Kobiety i władza. ManifestTekst

Z serii: Varia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

***

Polecamy

Dedykacja

PRZEDMOWA

GŁOS KOBIETY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

KOBIETY U WŁADZY

POSŁOWIE

ŹRÓDŁA I LITERATURA

PODZIĘKOWANIA

SPIS ILUSTRACJI

SŁOWO NA TEMAT OKŁADKI

Pogromczyni trolli.

„New Yorker”

Kiedy byłam dziewczyną, chciałam zostać Mary Beard (…) nie do wytrzymania cudowną.

Megan Beech

Gdyby starożytni Rzymianie mieli Mary Beard po swej stronie, ich imperium trwałoby do dziś.

„Daily Mail”

To, co mówi, zawsze jest przejmujące i ciekawe.

„Guardian”

Z finezją skłania nas do zastanowienia nad naszym światem, a także nad odpowiedziami, jakich udzielamy na pytanie o to, co czyni nas ludźmi.

„Sydney Morning Herald”

Emanująca nieokiełznaną energią, z ożywczo lekceważącym podejściem do konwenansów.

„Financial Times”

POLECAMY TEJ AUTORKI:

SPQR. Historia starożytnego Rzymu

Pompeje. Życie rzymskiego miasta

Partenon

Dla Helen Morales

PRZEDMOWA

NIE ZAPOMINAJMY, ŻE KOBIETY na Zachodzie mają wiele powodów do radości. Moja matka urodziła się przed uzyskaniem przez kobiety w Wielkiej Brytanii praw wyborczych. Doczekała się pani premier. Niezależnie od tego, co myślała o Margaret Thatcher, była zadowolona, że rezydencję pod numerem 10 objęła kobieta, i dumna, że sama też w pewnym stopniu bierze udział w rewolucyjnych przemianach XX wieku. W przeciwieństwie do kobiet poprzednich pokoleń mogła pogodzić pracę zawodową, małżeństwo i macierzyństwo (dla jej własnej matki ciąża oznaczała koniec pracy w zawodzie nauczycielki). Była niezwykle sprawną dyrektorką dużej szkoły podstawowej w West Midlands. Jestem pewna, że dla oddanych jej pod opiekę pokoleń dziewcząt i chłopców stanowiła ucieleśnienie władzy.

Z drugiej strony, moja matka wiedziała, że nie wszystko jest tak proste, jak się wydaje, że prawdziwa równość płci wciąż jest odległą sprawą i że są powody zarówno do radości, jak i gniewu. Zawsze żałowała, że nie poszła na uniwersytet (i ze szczerego serca się cieszyła, że ja mogłam to zrobić). Często przygnębieniem napawało ją, że jej poglądów i jej zdania nie bierze się tak poważnie, jak na to liczyła. I choć metafora szklanego sufitu pewnie wprawiłaby ją w zdziwienie, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że im wyżej wspina się po szczeblach kariery, tym mniej widzi wokół siebie kobiecych twarzy.

Gdy przygotowywałam oba wykłady, na których oparta jest ta książka, często myślałam o mamie. Chciałam wyjaśnić jej – a także sobie samej oraz milionom innych kobiet wciąż skazanych na te same frustracje – jak głęboko zakorzenione są w zachodniej kulturze mechanizmy, które pozwalają zamykać usta kobietom, odmawiać im poważnego traktowania i odcinać je (czasem całkiem dosłownie, jak zobaczymy) od ośrodków władzy. Jest jedno miejsce w świecie starożytnych Greków i Rzymian, z którego naprawdę możemy się czegoś o sobie dowiedzieć. Jeśli chodzi o niedopuszczenie kobiet do głosu, kultura Zachodu ma tysiące lat praktyki.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

GŁOS KOBIETY W PRZESTRZENI PUBLICZNEJ

CHCĘ WYJŚĆ OD POCZĄTKÓW zachodniej literatury i pierwszego zapisanego w niej przypadku mężczyzny każącego kobiecie się „zamknąć”, mówiącego, że nie może ona zabierać głosu publicznie. Mam na myśli chwilę uwiecznioną w Odysei Homera, prawie trzy tysiące lat temu. Skłonni jesteśmy dzisiaj uważać to arcydzieło za epicką opowieść o Odyseuszu, jego przygodach i tarapatach, w jakie wpadał, wracając po wojnie trojańskiej do domu, gdy tymczasem jego żona Penelopa latami wiernie na niego czeka, opierając się nachalnym zalotnikom. Odyseja jest jednak w równym stopniu historią Telemacha, syna Odyseusza i Penelopy, historią jego dorastania i tego, jak w toku narracji zmienia się z chłopca w mężczyznę. Proces ten rozpoczyna się w pierwszej pieśni, kiedy Penelopa schodzi na dół, do wielkiej sali pałacowej i słyszy, jak aojda śpiewa dla tłumu jej zalotników o przeszkodach, które muszą pokonać greccy bohaterowie w drodze do domu. Nie podoba jej się ten przygnębiający temat i w obecności wszystkich prosi go, by wybrał inny, pogodniejszy. Wtedy wtrąca się młody Telemach: „Matko moja […], wracaj do siebie i pilnuj swojej roboty, krosien i kądzieli […]. Słowo do mężów należy, a ze wszystkich do mnie najbardziej, bo moja władza w tym domu”. I Penelopa wraca na górę.

Trochę śmieszne, że mający jeszcze mleko pod nosem chłopiec ucisza rozumną, dojrzałą kobietę. Scena ta dobrze pokazuje, że już u zarania kultury zachodniej, kiedy pojawiają się jej źródła pisane, kobiecego głosu w sferze publicznej nie słychać. Co więcej, jak twierdzi Homer, nieodłącznym elementem dorastania mężczyzny jest uczenie się przejmowania władzy nad wypowiedziami publicznymi i uciszania samic rodzaju ludzkiego. Słowa, którymi posługuje się Telemach, również są znaczące. Kiedy mówi, że „słowo należy do mężów”, używa słowa mythos, ale nie w tym znaczeniu, które znamy w odniesieniu do „mitu”. W grece Homera oznacza ono autorytatywne przemówienie publiczne, przeciwieństwo wszelkich pogawędek, paplaniny czy plotkowania, którymi może zajmować się każdy, w tym także kobiety – czyli głównie kobiety.


1. Na tym ateńskim naczyniu z V wieku p.n.e. przedstawiono Penelopę siedzącą przy krośnie (umiejętność tkania zawsze zaliczano w Grecji do przymiotów dobrej żony). Przed nią stoi Telemach.

Interesuje mnie właśnie związek między tym klasycznie homeryckim momentem uciszenia kobiety a pewnymi wzorcami obecnymi we współczesnej kulturze, a także w naszej polityce – od najważniejszych stanowisk począwszy, na hali produkcyjnej skończywszy – za których sprawą głosy kobiet nie są w sferze publicznej słyszane. Jest to dobrze znana głuchota, doskonale sparodiowana na rysunku w „Punchu” sprzed lat: „Znakomity pomysł, panno Triggs. Na pewno któryś z obecnych tu panów chętnie go zrealizuje”. Chcę zastanowić się nad tym, jak może się to wiązać ze zniewagami, na które jeszcze teraz wiele kobiet rzeczywiście wypowiadających się publicznie jest narażonych, jednym z problemów zaś, które nie dają mi spokoju, jest związek między poniżeniem Penelopy przez Telemacha a wysyłanymi na Twitterze groźbami zgwałcenia i obcięcia głowy osobie, która głośno poparła pomysł umieszczenia na banknotach postaci kobiecych.


„Znakomity pomysł, panno Triggs. Na pewno któryś z obecnych tu panów chętnie go zrealizuje”.

2. Prawie trzydzieści lat temu satyryczka Riana Duncan uchwyciła na tym rysunku seksistowską atmosferę panującą na różnego rodzaju posiedzeniach i zgromadzeniach. Trudno znaleźć kobietę, która by odezwała się na takim posiedzeniu i nie została potraktowana – tak samo lub podobnie – jak rzeczona panna Triggs.

Moim celem jest spojrzenie z bardzo, bardzo odległej perspektywy na kulturowo zagmatwany związek między głosem kobiet a publiczną sferą przemówień, debat i komentarzy – polityką w najszerszym znaczeniu, od biurowych narad po mównicę parlamentarną. Mam nadzieję, że taka perspektywa pomoże nam wyjść poza prostą diagnozę mizoginii, na którą zbyt skwapliwie się zdajemy. Oczywiście mizoginia należy do arsenału środków, jakimi opisujemy to, co się dzieje. (Kiedy weźmie się udział w dyskusji w jakimś programie telewizyjnym, a potem dostanie mnóstwo tweetów, w których roi się od porównań twoich genitaliów do rozmaitych brzydko gnijących warzyw, trudno znaleźć trafniejsze słowo). Jeśli jednak chcemy zrozumieć fakt, że kobiecie, nawet jeśli nie dała się uciszyć, wciąż przychodzi płacić bardzo wysoką cenę za to, by być wysłuchaną – i chcemy coś z tym zrobić – musimy przyznać, że jest to nieco bardziej skomplikowane i że w tle kryje się długa historia.

Wzburzenie Telemacha było tylko pierwszym przypadkiem z ciągnącej się przez całą starożytność grecką i rzymską długiej serii przeważnie udanych prób nie tylko wykluczenia kobiet ze sfery publicznego przemawiania, ale także afiszowania się tym. Na przykład na początku IV wieku p.n.e. Arystofanes napisał komedię poświęconą w całości „zabawnej” fantazji, w której kobiety przejmują władzę nad państwem. Żart po części polegał na tym, że nie potrafią one poprawnie wypowiadać się publicznie – a raczej nie potrafią dostosować swojego prywatnego języka (który w tym wypadku w dużej mierze oscylował wokół seksu) do wzniosłego stylu wypowiedzi charakteryzującego męską politykę. W świecie rzymskim Owidiusz w Metamorfozach – niezwykłym mitologicznym, epickim poemacie o ludziach zmieniających kształty (i prawdopodobnie drugim dziele literackim mającym największy wpływ na sztukę zachodnią po Biblii) – wielokrotnie powraca do motywu uciszania kobiet za sprawą procesu przemiany. Nieszczęsna Io zamieniona przez Jowisza w jałówkę nie może mówić, tylko muczy, gadatliwa nimfa Echo zaś zostaje ukarana odebraniem głosu, który nigdy już nie będzie jej własnością, a jedynie narzędziem do powtarzania słów innych. Na słynnym obrazie Waterhouse’a patrzy na upragnionego Narcyza, ale nie może nawiązać rozmowy z owym pierwowzorem „narcyza”, który właśnie zakochał się w swym odbiciu ujrzanym w sadzawce.

 


3. Na obrazie Davida Teniersa starszego (XVII wiek) widać scenę, w której Jowisz oddaje nieszczęsną Io, już jako jałówkę, w ręce swej żony Junony, by odwrócić od siebie podejrzenia, jakoby jego zainteresowanie Io było niestosowne, czyli miało podtekst seksualny (a oczywiście miało).

Pewnemu sumiennemu rzymskiemu kompilatorowi z I wieku udało się znaleźć zaledwie trzy przykłady „kobiet, których naturalny stan nie skłonił do tego, by na Forum milczały”. Jego opisy są znamienne. Pierwsza z nich, Mezja, skutecznie sama broniła się w sądzie, a „ponieważ pod żeńską powłoką miała męskiego ducha, nazywano ją androgyne”. Druga, Afrania, sama wszczynała procesy sądowe i była „bezczelna” na tyle, by osobiście występować jako obrońca, aż wszystkich zmęczyło jej „szczekanie” i „ujadanie” (jej też odmawia się władania ludzkim „słowem”). Zostajemy poinformowani, że zmarła w 48 roku p.n.e., ponieważ „w przypadku takich wybryków natury ważniejsze jest odnotowanie, kiedy zmarły, niż kiedy się urodziły”.


4. W fenomenalnej onirycznej scenie namalowanej przez Johna Williama Waterhouse’a w 1903 roku półnaga Echo przygląda się w milczeniu swojemu „narcyzowi” bez reszty pochłoniętemu widokiem własnego odbicia w wodzie.

W świecie antycznym publiczne zabieranie głosu przez kobiety nie budzi odrazy tylko w dwóch zasadniczych sytuacjach. Po pierwsze, kobiecie wolno się wypowiedzieć jako ofierze lub męczennicy, zwykle w prologu do własnej śmierci. W epoce wczesnochrześcijańskiej kobiety opisywano jako te, które na głos wyrażały swoje przywiązanie do wiary, idąc między lwy. Cnotliwej Lukrecji, bohaterce powszechnie znanej opowieści z początków historii Rzymu, zgwałconej przez okrutnego królewicza, także pozwolono mówić wyłącznie po to, by potępiła gwałciciela i ogłosiła swe samobójstwo (przynajmniej tak to relacjonowali rzymscy pisarze: co naprawdę się wydarzyło, nie mamy pojęcia). Nawet jednak tak gorzka okazja wypowiedzenia się może zostać odebrana. Jedna z opowieści w Metamorfozach poświęcona jest gwałtowi na księżniczce ateńskiej Filomeli. Aby uniknąć słów potępienia w stylu Lukrecji, gwałciciel po prostu obcina jej język. Szekspir włączył ten motyw do tragedii Tytus Andronikus, gdzie zgwałconej Lawinii również wyrwano język.


5. Na tej iluminacji z szesnastowiecznego manuskryptu przedstawiono dwa główne epizody historii Lukrecji. W scenie u góry Sekstus Tarkwiniusz napastuje cnotliwą kobietę (irytujące, w jakim porządku zostawił swe zdjęte odzienie); u dołu Lukrecja demaskuje gwałciciela przed krewnymi.


6. Scena gwałtu Tereusza na Filomeli w ujęciu Picassa z 1930 roku

Drugi wyjątek jest szerzej znany. Sporadycznie kobiety mogły zabierać głos w majestacie prawa: bronić swoich domostw, dzieci, mężów albo interesów innych kobiet. Tak więc w trzecim z przykładów wymienionych przez wspomnianego rzymskiego kompilatora kobieta o imieniu Hortensja unika sankcji, ponieważ działa jawnie jako rzeczniczka rzymskich kobiet (i tylko kobiet), na które ma być nałożony specjalny podatek majątkowy od zamożności służący sfinansowaniu wątpliwego celu wojennego. Innymi słowy, w ostateczności kobiety mogą oficjalnie bronić swoich interesów, ale nie mogą mówić w imieniu mężczyzn ani całej społeczności. W zasadzie, jak ujął to jeden z filozofów w II wieku, „kobieta z równą skromnością winna się wystrzegać w obecności postronnych zabierania głosu, jak zdejmowania szat”.

Za tym wszystkim kryje się jednak coś więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. „Niemota” kobiety nie jest jedynie odbiciem powszechnego w świecie antycznym negowania jej znaczenia: odmówienia prawa do głosowania, ograniczenia samodzielności prawnej i finansowej i tak dalej. Tak się rzeczy miały naprawdę: kobiety epoki starożytnej oczywiście nie mogły zabierać głosu w sferze politycznej, bo formalnie ich w niej nie było. Mamy tu za to do czynienia ze znacznie bardziej realnym i celowym wykluczeniem kobiet z publicznej sfery języka – w dodatku takim, które ma o wiele większy wpływ na nasze zwyczaje, konwenanse oraz przekonania na temat głosu kobiet, niż chcielibyśmy przyznać. Nie chodzi mi o to, że kobiety po prostu nie zajmowały się przemówieniami i oratorstwem, tylko że ta działalność stanowiła ekskluzywne praktyki i umiejętności charakteryzujące męskość jako płeć społeczno-kulturową (gender). Jak widzieliśmy na przykładzie Telemacha, stać się mężczyzną (a przynajmniej wejść do elity mężczyzn) oznaczało móc rościć sobie prawo do mówienia. Przemawianie publiczne było atrybutem – a może wręcz tym atrybutem – który definiował męskość. Czyli, by przywołać znane rzymskie powiedzenie, należącego do elity obywatela można skrótowo opisać jako vir bonus dicendi peritus – człowieka prawego, doświadczonego mówcę. Kobieta przemawiająca publicznie w większości wypadków z definicji nie była kobietą.


7. Hortensja jest jedną z bohaterek zbioru O sławnych niewiastach Boccaccia. W tym wydaniu pochodzącym z końca XV wieku została przedstawiona w adekwatnym do tego czasu stroju na czele oddziału swych zwolenniczek jako odważnie stająca twarzą w twarz z rzymską władzą.

W literaturze starożytnej wielokrotnie podkreśla się autorytatywność niskiego męskiego głosu w przeciwieństwie do głosu kobiecego. Jeden z antycznych autorów w swym traktacie ujął to wprost: niski głos świadczy o męskiej odwadze, piskliwy zaś o kobiecym tchórzostwie. Inni pisarze podkreślali, że ton i barwa kobiecego głosu grożą nie tylko podważeniem powagi głosu męskiego mówcy, ale także osłabieniem stabilności społecznej i politycznej całego państwa – jego zdrowia. Pewien nauczyciel i myśliciel z II wieku noszący wymowne nazwisko Dion Chryzostom (co znaczy Złotousty) poprosił swych słuchaczy, aby wyobrazili sobie sytuację, w której „na całą społeczność spadła następująca dziwna niedola: wszyscy mężczyźni nagle zaczęli mówić kobiecym głosem, a żaden – młody czy stary – nie mógł powiedzieć nic męskim sposobem. Czy nie wydałoby się to straszniejsze i trudniejsze do zniesienia niż jakaś plaga? Jestem pewien, że udaliby się do sanktuarium, aby zasięgnąć rady bogów, i próbowali przebłagać boską moc licznymi darami”. Nie żartował.

To nie żaden dziwaczny światopogląd panujący w jakiejś odległej kulturze. Odległa może być jedynie epoka. Chcę jednak podkreślić, że do tego wzorca ujmowania aktu mówienia w kategoriach płci – i teoretyzowania na ten temat – wciąż bezpośrednio lub częściej pośrednio sięgamy. Lecz nie przeceniajmy tego. Kultura zachodnia nie wszystko zawdzięcza Grekom i Rzymianom, czy to w kwestii mówienia, czy czegokolwiek innego (i dzięki Bogu, gdyż nikt dzisiaj nie wyobraża sobie życia w świecie grecko-rzymskim). Oddziałują na nas różnego rodzaju zmieniające się i wzajemnie zwalczające czynniki, a w naszym ustroju politycznym na szczęście obalono wiele antycznych pewników wiążących się z płcią. Prawdą jest jednak, że na nasze zwyczaje dotyczące debaty i wystąpień publicznych, na ich formy i reguły wciąż pada cień antyku. Nowożytne zasady retoryki i perswazji sformułowane w epoce renesansu zostały zaczerpnięte wprost ze starożytnych przemówień i podręczników. Nasze kategorie analizy retorycznej wywodzą się bezpośrednio od Arystotelesa i Cycerona (przed erą Donalda Trumpa przyjęło się podkreślać, że Barack Obama, a właściwie ci, którzy pisali mu przemowy, najlepszych chwytów nauczyli się od Cycerona). A dziewiętnastowieczni dżentelmeni, którzy wykoncypowali – albo usankcjonowali – większość parlamentarnych zasad i procedur w Izbie Gmin, wychowali się na tych właśnie antycznych teoriach, dewizach i uprzedzeniach, które przywołuję. Nie padliśmy w tym wypadku po prostu ofiarą naszego starożytnego dziedzictwa ani nas ono nie omamiło, tylko antyczne wzorce wyposażyły nas w pożyteczny model służący analizie wypowiedzi publicznej i rozstrzyganiu, co należy uznać za dobre i przekonujące oratorstwo, a co za złe i nieskuteczne, i czyjemu głosowi dać przestrzeń do wybrzmienia. A płeć jest oczywiście ważną częścią tej mozaiki.

WYSTARCZY RZUT OKA na nowożytne zachodnie schematy tworzenia przemówień – panujące przynajmniej do XX wieku – aby stwierdzić, że wiele wątków antycznych, które naświetlam, ciągle powraca. Kobiety domagające się prawa do zabierania głosu publicznie uważane są za dziwacznych androginów, jak Mezja, która sama występowała w swojej obronie na Forum – lub najwyraźniej same się za takich uważają. Oczywistym przykładem jest buńczuczne orędzie Elżbiety I skierowane w Tilbury w 1588 roku do żołnierzy stających do walki z hiszpańską Armadą. Słowami, których wielu uczyło się w szkole, zdaje się wręcz potwierdzać swoją androginię:

Wiem, że mam ciało słabej, wątłej kobiety, ale serce i odwagę mam króla, i to króla Anglii.

Dziwne, że wybrano je na dewizę mającą zachęcać dziewczęta do nauki. Prawdopodobnie Elżbieta I nigdy niczego podobnego nie powiedziała. Nie ma rękopisu, który wyszedłby czy to spod jej ręki, czy to spod ręki jej sekretarza, nie ma relacji naocznego świadka, a kanoniczna wersja przemowy pochodzi z prawie czterdzieści lat późniejszego listu niewiarygodnego, gdyż kierującego się własnym interesem nadwornego kapelana. Za to moim celom domniemana fikcjonalność tej wypowiedzi służy jeszcze lepiej: miłym odstępstwem od reguły jest w niej to, że autor mężczyzna wkłada przechwałkę (a może wyznanie) w usta Elżbiety.

Przyglądając się współczesnym wzorcom krasomówstwa z szerszej perspektywy, znajdujemy te same obszary, w których kobiety są dopuszczane do głosu – bądź w obronie interesów grupowych, bądź z dumą głosząc jednostkowy status ofiary. Kiedy chce się przeczytać o zasługach kobiet wymienianych w kuriozalnych kompendiach tytułowanych „sto najwspanialszych przemówień w historii” czy jakoś podobnie, okazuje się, że większość najważniejszych kobiecych mów – począwszy od Emmeline Pankhurst, a na przemówieniu Hillary Clinton na poświęconej kobietom konferencji ONZ w Pekinie skończywszy – odnosi się do kobiet jako zbiorowości. Należy też do tego gatunku przykład kobiecego oratorstwa prawdopodobnie najczęściej z nich włączany do różnych antologii, czyli przemówienie „Czy nie jestem kobietą?” wygłoszone w 1851 roku przez Sojourner Truth, byłą niewolnicę, abolicjonistkę i propagatorkę praw kobiet w Ameryce. Uważa się, że powiedziała: „A czyż nie jestem kobietą?”.

Urodziłam trzynaścioro dzieci i widziałam prawie każde sprzedane w niewolę, a kiedy wypłakiwałam swój ból matczyny, nikt oprócz Jezusa mnie nie słyszał! A czyż nie jestem kobietą?

 


8. Królowa Elżbieta I w Tilbury – przedstawienie często zamieszczane w brytyjskich podręcznikach szkolnych w XIX wieku. Królową w lekkim, powiewnym stroju ciasno otacza krąg mężczyzn – i las pik.


9. Licząca ponad siedemdziesiąt lat Sojourner Truth na zdjęciu z 1870 roku w najmniejszym stopniu nie wygląda na buntowniczkę. Upozowana została na stateczną, bezbronną staruszkę.

Muszę powiedzieć, że choć te słowa były ogromnie ważne, mają charakter tylko trochę mniej legendarny niż przemowa Elżbiety I w Tilbury. Autoryzowana wersja powstała mniej więcej po dziesięciu latach od przemówienia Sojourner Truth. Wtedy właśnie do przemowy wstawiono słynny refren, którego z pewnością nie użyła, a jednocześnie, chcąc dopasować wypowiedź do przesłania abolicjonistki, całość przerobiono tak, by wybrzmiewał w niej południowy akcent – mimo że Truth pochodziła z Północy i dorastała w środowisku, gdzie mówiono po holendersku. Nie twierdzę, że głosy kobiet podnoszone w obronie kobiecej sprawy nie były lub nie są ważne (ktoś musi zabierać głos w imieniu kobiet), ale problemem pozostaje to, że przez wieki publiczne przemówienia kobiet starano się zepchnąć do obszaru „spraw kobiecych” i marginalizować.

Nawet takie ograniczone ustępstwo na rzecz kobiet nie zawsze bądź nie w pełni jest przestrzegane. Przykłady sytuacji, kiedy próbuje się – na modłę Telemacha – całkowicie wykreślić kobiety z publicznego dyskursu, można mnożyć. Głośnym przypadkiem zupełnie świeżej daty było odebranie głosu Elizabeth Warren na forum Senatu Stanów Zjednoczonych – i jej wykluczenie z debaty – kiedy usiłowała odczytać list Coretty Scott King. Przypuszczam, że niewielu z nas orientuje się w zasadach senackiej debaty na tyle, aby wiedzieć, czy było to uprawnione z formalnego punktu widzenia. Zasady te nie przeszkodziły jednak Berniemu Sandersowi i innym senatorom (przy jej poparciu, trzeba przyznać) odczytać tego samego listu i nie prowadziło to do ich wykluczenia.

Niepokojące przykłady znajdziemy też w literaturze. Jednym z głównych wątków w opublikowanych w latach osiemdziesiątych XIX wieku Bostończykach Henry’ego Jamesa jest uciszanie Vereny Tarrant, młodej sufrażystki i mówczyni. Bohaterka, poznając bliżej swojego konkurenta Basila Ransoma (mężczyznę obdarzonego, jak podkreśla James, mocnym, niskim głosem), zauważa, że nie potrafi już przemawiać publicznie, tak jak robiła to przedtem. Ransom z powodzeniem re-prywatyzuje jej głos, nalegając, żeby mówiła tylko do niego: „Zachowaj dla mnie kojące słowa”. Trudno z powieści wyłowić stanowisko samego autora – czytelnicy z pewnością nie przekonali się do Ransoma – ale James przedstawia je w esejach, pisał w nich bowiem o zanieczyszczającym, zaraźliwym i społecznie destrukcyjnym wpływie kobiecego głosu, używając słów, które mogłyby równie dobrze wyjść spod pióra jakiegoś Rzymianina z II wieku (i prawie na pewno częściowo zaczerpnięte zostały ze źródeł antycznych). Podkreślał, że pod wpływem Amerykanek język narażony jest na przekształcenie się w „powszechny bełkot albo śmietnisko, ślinienie się, powarkiwanie lub skomlenie niemowy”, że będzie brzmiał jak „krowie muczenie, ośli ryk i psie powarkiwanie”. (Proszę zauważyć, że pobrzmiewa w tym echo pozbawionej języka Filomeli, muczenia Io i szczekania mówczyni na Forum Romanum). James był jednym z wielu. W tamtym czasie, kiedy w Ameryce trwało coś w rodzaju krucjaty na rzecz poprawnościowych standardów wymowy, różni wybitni współcześni Jamesa wychwalali melodyjne, śpiewne tony kobiecego głosu pasujące do użytku domowego, z gruntu sprzeciwiając się posługiwaniu się nimi na szerszym forum. Wielu grzmiało na temat „wysokich tonów nosowych” w publicznych wystąpieniach kobiet, ich „nosowej wymowy, poświstów, sapania, skomleń i parsknięć”. James powtarzał: „W imię naszych rodzin, naszych dzieci, naszej przyszłości, naszego honoru narodowego – nie pozwólmy na to naszym kobietom!”.

Oczywiście teraz nie rozmawiamy tak aroganckim tonem. A przynajmniej niezupełnie takim. Nadal bowiem u podstaw niektórych naszych przekonań na temat kobiecego głosu w sferze publicznej oraz zakłopotania, jakie on wywołuje, leży wiele aspektów tradycyjnego pakietu poglądów zakładających, że kobieta w ogóle nie nadaje się do publicznego przemawiania – pakietu, który korzeniami sięga ponad dwóch tysięcy lat wstecz. Weźmy język, który wciąż służy do opisywania tonów kobiecego głosu i który nie jest wcale tak daleki od języka Jamesa czy owych wymądrzających się Rzymian. Kobiety występujące w publicznej sprawie albo walczące o własną, kobiety mówiące otwarcie – jakie wtedy są? „Natarczywe”. „Biadolą” i „jęczą”. Kiedy po jednej z fal szczególnie obrzydliwych komentarzy internetowych na temat moich genitaliów napisałam na Twitterze (dość śmiało, pomyślałam), że to wszystko niemal „odbiera mowę”, pewien komentator brytyjskiego czasopisma głównego nurtu następująco zrelacjonował moje słowa: „Biadoli, że mizoginia naprawdę «odbiera mowę»”. (Jak się orientuję na podstawie pobieżnego przeglądu stron w Internecie, jedyną grupą w tym kraju, którą posądza się o to, że „biadoli” tak jak kobiety, są przeżywający serię porażek niepopularni menedżerowie klubów piłkarskich z Premiership).

Czy takie słowa są ważne? Oczywiście, ponieważ wzmacniają idiom, który przyczynia się do odbierania wypowiedziom kobiet autorytetu, mocy, a nawet humoru; który skutecznie repozycjonuje kobiety do sfery domowej (ludzie „biadolą” nad takimi rzeczami jak zmywanie), trywializuje ich słowa albo je „re-prywatyzuje”. Wystarczy zestawić konotacje głębi, które przywołuje zwykłe słowo „głęboki”, z mężczyzną o „głębokim”, niskim głosie. Wciąż jest tak, że kiedy ludzie słuchają głosu kobiety, nie słyszą w nim autorytetu albo raczej nie nauczyli się tego autorytetu słyszeć: nie słyszą mythos. I dotyczy to nie tylko głosu, również twarzy: poorana bruzdami lub pomarszczona oznacza dojrzałość w wypadku faceta, kobiety zaś – „termin przydatności do spożycia minął”.


10. Jacqui Oatley w dniu otrzymania doktoratu honorowego w 2016 roku. Kiedy zaczynała pracę jako komentatorka w programie Match of the Day w roku 2007, pojawiła się fala krytyki. Jedni mówili, że to „zniewaga dla wyważonych komentarzy”, inni odgrażali się, że „zmienią kanał”.

Nie są też skłonni usłyszeć głosu eksperta, przynajmniej poza sferą zwyczajowo przypisywaną płci żeńskiej. Dla kobiety zupełnie czym innym jest stanowisko ministra do spraw kobiet (albo edukacji, albo zdrowia), a czym innym ministra finansów – funkcji, której żadna kobieta w Wielkiej Brytanii jeszcze nie pełniła. I – ogólnie rzecz biorąc – wciąż widzimy ogromny opór przeciwko wkraczaniu kobiet na zwyczajowo męskie terytorium dyskursywne. Przybiera on formę bądź to obelg ciskanych w Jacqui Oatley za to, że miała odwagę porzucić uprawianie sportu i zostać pierwszą komentatorką w „Match of the Day”, bądź krytyki wymierzonej w kobiety, które pojawiają się w „Question Time”, gdzie wśród poruszanych tematów przeważają wyraźnie mainstreamowe „męsko-polityczne”. Może nie być zaskoczeniem, że ten sam dziennikarz, który oskarżył mnie o „biadolenie”, deklaruje rozpisanie „krótkiego, niepoważnego” konkursu na „najgłupszą kobietę, jaka pojawi się w «Question Time»”, jego pomysł za to ujawnia inne, bardziej interesujące powiązanie kulturowe: niepopularne, kontrowersyjne lub po prostu odmienne poglądy wyrażane przez kobietę są traktowane jako przejaw jej głupoty. Nie chodzi o to, że ktoś się z nią nie zgadza, tylko o to, że ona jest głupia: „Kochanie, przykro mi, po prostu nie rozumiesz”. Straciłam rachubę, ile razy nazwano mnie „głupią kretynką”.

Te postawy, przekonania i uprzedzenia są w nas mocno osadzone: nie w naszych mózgach (nie ma neurologicznych podstaw do tego, żeby głos niski uznać za bardziej autorytatywny od wysokiego), ale w naszej kulturze, języku i tysiącleciach naszej historii. A kiedy myślimy o niedostatecznej reprezentacji kobiet w polityce na szczeblu państwowym, ich względnej niemocie w sferze publicznej, musimy wyjść w myśleniu poza to, co niektórzy prominentni brytyjscy politycy i ich kumple wyrabiali w oksfordzkim Bullingdon Club, poza złe zachowanie i kulturę kolesi z Westminsteru, nawet poza „godziny dla rodziny” i zapewnienie opieki nad dziećmi (choć są ważne). Trzeba się skoncentrować na jeszcze bardziej fundamentalnych kwestiach: w jaki sposób nauczyliśmy się słuchać o zasługach kobiet lub – wracając do przywołanego już satyrycznego rysunku w „Punchu” – na tym, co nazwałabym „kwestią panny Triggs”. Rozważmy nie tylko, jak to się stało, że nie mogła dojść do głosu, ale też – jak możemy uświadomić sobie uprzedzenia, które sprawiają, że jej nie słuchamy, i procesy, które do tego prowadzą.

NIEKTÓRE PROBLEMY dotyczące związku głos–płeć mają także wpływ na kwestie internetowych trolli i agresji w sieci – od obelg po grożenie śmiercią. Musimy ostrożnie podchodzić do pryncypialnych uogólnień na temat paskudnych aspektów sieci. Przejawiają się one w wielu różnych formach (na przykład komentarze na Twitterze to nie to samo, co w dziale komentarzy w gazecie), a karalne groźby to inna para kaloszy niż zaledwie „nieprzyjemne” seksistowskie odzywki. Ich celem są różne grupy, zarówno przechodzący żałobę rodzice zmarłych nastolatków, jak i wszelkiej maści „celebryci”. Oczywiste jest natomiast – choć dane szacunkowe są różne – że sprawcami znacznie częściej są mężczyźni niż kobiety i że ich celem są częściej kobiety niż mężczyźni. Sama, mimo że nie dałam żadnego powodu do takowych reakcji (a nie doświadczyłam tego, co dotyka niektóre kobiety), za każdym razem, gdy wypowiadam się w radiu lub telewizji, spotykam się z czymś, co moglibyśmy nazwać eufemistycznie reakcją „niewspółmiernie wrogą” – to znaczy z czymś, co wykracza poza uzasadnioną krytykę czy nawet uzasadniony gniew.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?