Kot niebieski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W roku Pańskim tysiąc trzysta osiemdziesiątym siódmym w klasztorze już nikt nie pamiętał, czym jest cisza. Wciąż ktoś przyjeżdżał. Pośród stukania obcasami, brzęku srebrnych nakryć stołowych, szmeru rozmów prowadzonych przez gości w ogrodach, trudno było odnaleźć głos Pana. Ojcowie, nienawykli do słuchania mowy ludzkiej, wytrąceni z rytmu modlitw, postów i pracy w odosobnieniu, odczuwali ogromne zmęczenie i tracili poczucie rzeczywistości. By przywołać ciała do porządku, popijali wino, znany w owym czasie lek na wszystko, ale trunek tylko mącił im w głowach.

Gdy pierwszy z nich zobaczył w ogrodach klasztornych brzydkie dziecko z wielkimi oczami i siekierą w dłoni, nie uwierzył temu, co widzi. Dzieciak siódmej Sulki niezauważony przemieszkał w kuchni klasztornej całe lato i jesień, ale zimą jego mała postać stała się bardziej widoczna na tle bieli. Niepilnowany już tak skrupulatnie przez starego, zajętego karmieniem licznych gości, chłopiec zwykle kręcił się za krzakami jeżyn, rąbiąc pniaki na szczapki na rozpałkę.

– Zgiń, przepadnij! – wołał czasem ktoś na jego widok, jakby to była mara, prosząc Boga, by mu nie mieszał rozumu. Chłopak przyginał wówczas kark bliżej do ziemi, brał siekierę i gdzieś znikał.

Tamtego dnia też machał siekierą. Wielki niebieski kot zwisał z klasztornego płotu i wygrzewał się na wyjątkowo mocnym jak na styczeń słońcu, ogon i dwie łapy opuściwszy na stronę refektarza. To on pierwszy zobaczył ojca Jana Deterhusa. Wzmógł czujność. Mimo że kiedyś przyszedł za mnichem aż z Pragi, że wcześniej chodził za nim krok w krok jak pies, zapomniał o ojcu Janie od razu, gdy instynkt kazał mu się trzymać tylko nóg chłopca. Deterhus, zobaczywszy kocura, wyraźnie ucieszony ruszył ku niemu. Wtedy zwierzę zaczęło miarowo uderzać ogonem o ogrodzenie. Zdziwiony brakiem serdecznego powitania, zakonnik postąpił jeszcze krok i wówczas dostrzegł dziecko. Kot lekko uniósł się na łapach. Patrzył prosto i czujnie. Ojciec Jan Deterhus postanowił się wycofać. Nim zrobił krok w tył, przyjrzał się jeszcze, jak dziecko rąbie drewno na mniejsze kawałki. Każda drzazga, którą odcinał mały, była bliźniaczo podobna do poprzedniej.


Jana Deterhusa frapowało, kim jest chłopiec, którego bliskość niebieski kocur przedkłada nad jego własne towarzystwo. Dałby sobie obciąć skraj kukulli, że to syn tej kobiety, która kiedyś przychodziła nad jezioro i przez chwilę wydała mu się Matką Boską. Wieczorem wezwał Mateszkę. Ten jął zaraz przysięgać, że nic nie wie i że wówczas, kiedy w kościele zdarzył się cud płaczu, dzieciaka jeszcze nie było za furtą. Deterhus nie to chciał wiedzieć. Czy kot zawsze chodzi za chłopcem? Czy śpi u jego stóp? Czy mu przynosi pod nogi upolowaną zwierzynę? Mateszka kiwał głową, a Jan Deterhus ze zdziwienia tylko powtarzał jego ruchy.

Przez kolejne dni ojciec Jan Deterhus modlił się o olśnienie, co ma zrobić z dzieckiem. Chłopiec, o którym mówiono, że to syn dobroczyńcy, nawet jeśli z nieprawego łoża, powinien pozostać pod klasztorną kuratelą, ale kto miał się nim zająć? Kuternoga z kuchni? Ktoś z folwarku? Choćby i niechciany, dzieciak miał rycerską krew. Zasługiwał na coś więcej niż miska zupy i nocowanie kątem.

Jan rozważał posłanie chłopca do szkół w Nadrenii, do własnej rodziny, albo oddanie go na dwór książęcy na służbę. Wreszcie wymyślił, co zrobić. Dzieciak, choć musiał mieć już kilka lat, wydawał się bardzo mały. Może potrzebował matczynego ciepła? A skoro matka przepadła, czy nie zgodziłaby się wziąć go na wychowanie przeorysza klasztoru Norbertanek z Żukowa? Gdy kilka tygodni wcześniej odwiedziła Paradisus Beatae Mariae, zwabiona cudem płaczu, zdała się Deterhusowi osobą wielkiej mądrości i serca. Zaraz więc posłał list z prośbą, dodając, że szczegóły wyjawi osobiście.

Odpowiedź nadeszła, gdy stopniał pierwszy śnieg. Przeczytawszy, że przeorysza zaprasza go do siebie na rozmowę, Deterhus zawołał zaraz stajennego i kazał zaprzęgać wóz. Kazał też wezwać chłopca. Gdy go usadzono na wozie, za plecami brata prowadzącego konie, u boku szacownego prokuratora Deterhusa, braciszkowie z Raju Maryi przecierali oczy.

– Któż to? – pytali. – Skąd się za klasztorną kratą wzięło dziecko?

Zapakowawszy na wóz trochę skór dla ochrony przed chłodem i chlapiącym, topniejącym śniegiem, ruszyli, nie dbając o wyjaśnienia. Droga wiodła na wschód, przez puszczę. Chłopiec wsadził głowę jeszcze głębiej w ramiona i pociągał nosem, jakby chlipał. Ojciec Jan, zarzucając okrycie na jego wąskie barki, po raz pierwszy przyjrzał mu się z bliska. Dopiero teraz spostrzegł, jaki jest brzydki. Chuda szyja, przedramiona zbyt wielkie, jakby je oderwano od innego człowieka. Włosy płowe i sztywne. Usta wąskie, wargi zagryzione. Tylko oczy ogromne. Było w nich coś szlachetnego, co jednak ginęło, przytłoczone siną barwą cieni i przekrwień wżartych głęboko w oczodoły. Dziecko wyglądało na chore.

Za to dzień był piękny. Słoneczny. Żeby chłopca zabawić, przeor pokazywał mu drzewa, które właśnie mijali, zielone mimo zimy, wyrastające na innych drzewach. Pokazywał kopce mrówek, wyższe od człowieka i drgające, jakby były żywe, rzekę Radunię, rwącą i bryzgającą na boki białą pianą spomiędzy nadtopionych lodowych bałwanów, wreszcie to miejsce, w którym świat wydawał się nierówno złożony z dwóch połówek. Jakby dwa pola, za bardzo napierając na siebie, stworzyły uskok, i tak już pozostało. Rozciągał się tu widok, od którego w Janie Deterhusie zawsze wzbierała pokora wobec Boga.

Gdy dotarli do żukowskiego klasztoru, wokół strzelistego ceglanego kościoła zobaczyli doskonale uprzątnięte obejście. Nawet kamienie prowadzące od głównego traktu do bramy były pobielone wapnem. Przebiśniegi, zawilce i krokusy, choć wydawały się dzikie, rosły w takim porządku i w takiej równowadze, że musiały być przez kogoś doglądane. Sama brama, czarna, nabijana metalem, pozostała zamknięta, chociaż pukali tak długo, że Deterhus zaczął się zastanawiać, czy nie pomylił dni. Wpuszczono ich dopiero, gdy porządnie zmarzli. Czekali jeszcze, aż przeorysza, zwana matką Almą, przyjmie Deterhusa. Wyszła wreszcie do gości, uśmiechnięta i radosna, przepraszając, że miała spotkanie z Bogiem. Klasnęła w dłonie, by siostry przyniosły gorące wino dla gości. Nagle zamilkła, bo jej oczy zatrzymały się na dziecku.

Pani Sulina Gałkowska, bratanica wojewody na Tayszewie, patrzyła długo, na przemian podnosząc i opuszczając wzrok, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Spoważniała. Ręce, dotąd swobodne, ciasno zaplotła na piersi. Słuchając, o czym mówi mnich, zaciskała palce na przedramionach tak, że widać było, jak bieleją kostki. Deterhus starał się, jak mógł, by ją przekonać. Gdy skończył, milczeli dłuższą chwilę. Nim zgodziła się uczynić zadość prośbie przeora kartuzów, powiedziała na głos, może bardziej do siebie niż do ojca Deterhusa, że przecież to tylko parę lat. Tylko tyle, ile Bóg wymaga. Wreszcie odezwała się:

– Niech się dzieje wola Boga. Amen.

Na koniec zapytała, czy ten piękny błękitny kocur, który przyszedł z dzieckiem, też zostaje, bo w zakonie myszy jest nie do przejedzenia. Ale zwierzęcia już między nimi nie było.


W dwie niedziele po tym, jak odwieziono chłopca do Żukowa, w klasztorze kartuskim znów zjawił się pan z Ruśniczyna. Wyglądał źle. Niedawna choroba odebrała mu władzę w prawej ręce i chyba także zmąciła zmysły.

Nie przywitawszy się z nikim, zdjął płaszcz, rzucił go na rabatę pod refektarzem, po czym obszedł jezioro kilka razy. Wrócił. Zaczynał zadawać pytanie, lecz nie kończył. Wreszcie przeor kartuzów sam podjął rozmowę: jeśli Jan z Ruśniczyna ciekaw jest, co się stało z siódmą Sulką i jej dzieckiem, to na pierwsze pytanie nikt nie zna odpowiedzi. Ale dzieciak jest bezpieczny.

Pan z Ruśniczyna, słysząc, że chłopca wzięła do siebie matka Alma z Żukowa, patrzył na Deterhusa, jakby nie rozumiał, co się do niego mówi. Poprosił, by powtórzyć. A potem poprosił o łaskę spowiedzi.


– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

– Na wieki wieków. Amen. Czymże zdołałeś już nagrzeszyć, synu? Co cię tak niepokoi?

– Zgrzeszyłem pychą, ojcze. Bóg nie chce mi wybaczyć.

– Bóg, który zszedł na ziemię pod postacią bezbronnego dziecka, nie pokazał się ludziom w otoczeniu istot tak łagodnych jak panna, starzec, osioł, wół i owce, po to aby się go bano. A jeśli pytasz o grzechy już odpuszczone: kiedy pokuta została odprawiona, a żal był szczery, grzechy są zmazane.

– Jednak Bóg wciąż nie pozostawia mnie w spokoju. Tak bardzo się boję, że światłość wiekuista przede mną jest zamknięta.

– Bóg mówi zawsze jasno i prosto. Lęki, niejasne obawy, są ludzkie i nie pochodzą od Boga. Bóg walczy o każdą duszę, ale nigdy jej nie niepokoi. Lęk pochodzi jedynie z wyobraźni.

– Jak rozpoznać głos Boga?

– Czasem w snach, czasem w cudach. Jeśli posłuchasz ciszy, będziesz wiedział.

– Ja jednak myślę, że Bóg nie chce mnie oglądać. Wiem, czym zawiniłem, ojcze. I wiem, że trudno będzie zmazać taką winę.

– Zabiłeś?

– Nigdy poza polem walki właściwej memu stanowi, w słusznej sprawie, czego i tak żałuję. Nieszczęściu młodego Schofkego, o którego śmierć mnie przez lata oskarżano, kto inny jest winien. Jednak, ojcze, lat temu prawie trzydzieści w swojej pysze chciałem odebrać Bogu jego własność.

 

– To znaczy: zakochałeś się?

– Diabeł mnie chyba opętał, pod władanie szaleńca się dostałem, a szaleniec ten zamieszkał w moich spodniach.

– To ludzkie. Bóg rozumie tę cechę człowieka, sam przecież ją stworzył. Wziąłeś pannę gwałtem? Z krzywdą dla niej?

– Nawet jej nie dotknąłem. A jedynie chciałem się z nią ożenić. Z trudem i kosztem niemałym uzyskałem pozwolenie biskupa. Nim ostatecznie przysięgła wierność Bogu, porwano ją dla mnie od norbertanek ze Słupska.

– Żałujesz, choć odpuszczono ci grzech? Pannie zadośćuczyniłeś? Odpłaciłeś jej rodzinie?

– Jak tylko umiałem.

– W takim razie z Bogiem ta sprawa jest załatwiona. Pana nie ma w takich burzach, mój synu. Pan przychodzi po burzy, w ciszy spokojnego powiewu. Trzeba czekać, szukając w sobie spokoju. A ten znaleźć można tylko w prostych rzeczach. Nieokreślone obawy należy lekceważyć. Szatan nie jest cierpliwy i odpuszcza.

– A co, jeśli jednak Bóg chce ode mnie większego zadośćuczynienia?

– Przecież już oddałeś Bogu, co mogłeś. Czego jeszcze miałby od ciebie żądać?

– Mojego życia, ojcze. Może Bóg już na mnie krzyżyk postawił i chce, żeby mnie wreszcie zabrano ze świata, na wieczne potępienie?

– Teraz grzeszysz bluźnierstwem, mój synu. Bóg po to przelał krew swoją, byśmy żyli. Za wiele myślisz o tym, co masz Bogu dać, a nie dbasz o to, co możesz przyjąć. Otwórz serce i czekaj. Będziesz i bogatszy, i hojniejszy, i szczęśliwszy, gdy Bóg wleje w twoje serce miłość. Bóg nie używa masek, nie zdradza, jest na to zbyt prosty. Bóg jest samą prostotą, zatem i my musimy być prości, żeby się zbliżyć do niego.

– Więc Bóg chce ode mnie, abym stał się prosty niczym chłop z Prokowa?

– Raczej siądź w spokoju i posłuchaj, jak twoje serce bije. Połóż na nim rękę. Serce jest silne, mocne i należy do Boga, więc poprowadzi cię. Nie szukaj więcej zadośćuczynień. Gdy dusza tkwi w smutku i rozgoryczeniu, nie wolno niczego zmieniać w zwyczajnym postępowaniu! Czekaj, a – powiadam ci – po burzach przyjdzie cisza. I w tej ciszy odnajdziesz Pana. Czy masz jeszcze jakieś grzechy do wyznania?

– Nie mam, ojcze.

– Żałujesz? Także za te, których nie byłeś świadom?

– Szczerze, z całego serca.

– Zatem odpuszczam ci w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


Wiosną Anno Domini tysiąc trzysta osiemdziesiątego siódmego, o dwa dni drogi od klasztoru, w Ruśniczynie, w zamku z polnego kamienia zaczęło się pakowanie. Pan i właściciel obwieścił, że cały doczesny majątek przepisuje zakonowi kartuzów, a zamek postanowił sprzedać. By zjednać sobie Boga, miał zamiar darować ojcom nawet własne łóżko. Jan Deterhus, przeor zakonu na Pomorzu, sprzeciwiał się temu, lecz kapituła w Rzymie nie znalazła zrozumienia dla jego stanowiska.

Dziwne nastroje zapanowały na zamku w Ruśniczynie. Pakowano do kufrów wszystko, co nie było już potrzebne, bieliznę, rzeczy osobiste. Portret pierwszej Sulki, z którego powodu malarz stracił rękę. Pracował, jak umiał najlepiej, wspierając się na opisach Jana z Ruśniczyna, a pozowała mu Sulka trzecia. Jednak widząc efekty pracy, pan wpadł w taką wściekłość, że kazał odciąć malarzowi dłoń i rzucić świniom, a obraz zabrać mu sprzed oczu. Potem się opamiętał, zapłacił sowite odszkodowanie skrzywdzonemu, portret zaś stanął w którejś z nieużywanych komnat. Odnalazłszy obraz po latach, Jan doszukał się podobieństwa do ukochanej kobiety, kazał zawiesić go w sypialni i odtąd, jadąc w podróż, zabierał ze sobą. Nikt nie wiedział, dokąd portret miałby pojechać teraz. Wraz z panem? Do klasztoru? Każdy bał się zapytać.

Do kolejnych kufrów pakowano to, co należało odwieźć do zamku kasztelana Pawła, brata Jana, do następnych to, co do Gdańska, co na sprzedaż, do zakonu i do nowej biblioteki. W kuchni składano mosiężne naczynia w worki z lnu, w piwnicach sortowano beczki z winem, w spiżarniach pakowano zapasy jedzenia na wozy, by rozdać je biednym pod katedrą w Gdańsku. Pakowano też dobytki pomniejsze, bardziej osobiste. Ludzie, od młodości pracujący na zamku, wracali do wsi, których już nie pamiętali.

Kilkunastu wojów radziło jeszcze pod małą bramą, jak odwieść Jana z Ruśniczyna od jawnego szaleństwa. Bezskutecznie. Dziwna była to wiosna. Ostatnia – czuło się to, choć nikt jeszcze nie wiedział, że rok po roku topniejące śniegi będą odsłaniać nowe ubytki zaprawy, słońce wypali kamienie, a mróz z wiatrem ostatecznie je zniszczą, zmarnują. Czuć było w powietrzu ów zapisany koniec. Jezdni, pokojowi, kucharze, dziewki podkuchenne, kobiety z pralni, chłopcy do fermentowania wina, wszyscy uwijali się, by zagłuszyć niepewność jutra. Pracowali ciężko, a Jan z Ruśniczyna siedział na schodach prowadzących do wieży i czekał na wóz, zwykły, dwukołowy. Gdyby wierni słudzy umieli litować się nad nim, dostrzegliby, że nawet oddawszy wszystko, nie odzyskał spokoju. Ale już nie mieli dla niego dobrych uczuć.


Tej samej wiosny, w roku Pańskim tysiąc trzysta osiemdziesiątym siódmym, ukończono mury nowego klasztoru Kartuzów. Na powiązanych sznurem drewnianych rusztowaniach robotnicy kończyli sklepienie nowej świątyni, gdy przy zachodniej ścianie kopano pierwszy grób. Ojciec Mojżesz i dziesięciu nowych braci, którzy przyszli z Pragi, pożegnali Hioba. Umarł cicho. Spocząć miał pod boczną wieżą, której schody będą kiedyś prowadziły na pierwszy chór.

Szacownego donatora nie było na pogrzebie. Od miesięcy, w oczekiwaniu na ukończenie prac w dormitorium, próbował żyć jak mnich, i początkowo się to udawało. Przestrzegał ścisłego postu, choć jako niezakonnik nie musiał tego robić, stosował się do zakazu rozmowy, uczestniczył we mszach nocnych wraz z braćmi i modlił się jak oni. A ponieważ donator nie mógł przejść na zakonną stronę kościoła, ktoś z braci zapalał w świeckiej części dodatkową świecę.

Z czasem jednak coraz częściej słychać było, jak ów stary i samotny człowiek głośno szlocha w oddzielonej części kościoła. Widywano go, jak błądzi pomiędzy eremami, bezradny jak dziecko, jak wędruje po polach, szukając nie wiadomo czego. Któregoś dnia rozkrzyczał się po prymie. Bracia, nie bacząc na zakazy, pobiegli ku niemu, ale nawet zakonnik, który znał język Wiślan, nie rozumiał, o czym krzyczy fundator. Dlaczego pan Jan miałby od wielu lat być trupem, którego wykopał pies?!

W dniu, w którym chowano Hioba, Jan kręcił się po okolicy. Widziano go w Prokowie przy zwalonej chałupie, widziano aż w Żukowie, gdzie krążył ponoć koło klasztoru. Po mszy pogrzebowej bracia – pełni szacunku dla swego dobroczyńcy – ruszyli, bo go poszukać. Znaleźli nad jeziorem. Zatkawszy uszy na straszliwe brednie, jakie wygadywał, dawali sobie znaki, którędy podejść szalonego nieszczęśnika. Nie pojmując ścieżek, jakimi Bóg prowadzi ich dobrodzieja, pochwycili go wreszcie, zabrali do kuchni i napoili nalewką. Wierzyli, że mocny zakonny trunek ma moc naprawiania duszy. Bracia serwowali go donatorowi aż do samego wieczora i przez następne dni. Cieszyli się, gdy zasypiał, a kiedy tylko otworzył oczy, kazali znów pić lekarstwo. Donator pił, pokorny wobec braci. Pił i spał. Gdy po kilkunastu dniach przetrzeźwiał, okazało się, że niczego nie pamięta.

– Na szczęście – uznali bracia.

Dla pewności jednak pilnowali go codziennie, zmieniając się przy chorym i donosząc nalewki. Dumni, że choć zmysły postradał, to mimo wszystko je odzyskał, zaniedbywali modlitwy i łamali nakaz milczenia, z pełnym przekonaniem, że przysłużyli się bliźniemu.

Ojca Jana Deterhusa już wówczas na Kaszubach nie było. Dostawszy list na najlepszym pergaminie z koźlej skóry, pojechał do Karlina pod Darłowem, by zakładać tam następną kartuzję. Bracia z Kaszub wstydziliby się przed przeorem, gdyby po powrocie nie zastał fundatora w dobrym zdrowiu.


Któregoś dnia, tuż po Benedictus, pan z Ruśniczyna znów zniknął. Długo chodził po nabrzeżnej skarpie porośniętej młodymi bukami, kroki stawiając ostrożnie, bo ziemia dziwnie wirowała mu przed oczami. I tak dotarł na przesmyk łączący dwa jeziora. Krajobraz w tym miejscu się otwierał, wody obu jezior Grzybnych łączył drobny, czysty strumień, wokół którego gęsto rosły pałki i tatarak. Dzień był piękny, niebo w chmurach, łąka pachnąca ziołami, powietrze czyste i rześkie. Donator, wierząc, że uda mu się przeskoczyć na drugą stronę strumienia i inną drogą wrócić do klasztoru, wszedł pomiędzy trzciny.

Sterta starych, butwiejących szmat, na jaką niebawem się natknął, zachowała gdzieniegdzie dawny, jasny odcień błękitu. Długo patrzył w ten materiał, nie rozumiejąc, dlaczego tak wielki lęk w nim budzi. Przewrotna pamięć z całych sił starała się wyciągnąć na wierzch jakieś ważne wspomnienie, lecz donator, leczony od wielu miesięcy nalewką, nie umiał go uchwycić. Coś wiedział, coś pamiętał, ale nie potrafił zrozumieć. Usiadł w skrzypiącym tataraku i złapał się za głowę. Duszno mu się zrobiło, więc rozdarł na sobie koszulę. Długo siedział, aż zaszło słońce. Coś go przeraziło. Może widział postaci, których tam nie było, a może zgubił poczucie, gdzie jest i jak wrócić? Jego krzyki – przeraźliwe i straszne – w końcu sprowadziły zakonników.

Zmarł tej samej nocy, przed świtem. Wcześniej ciskał rękami na boki, zdzierał z siebie ubranie i w przedśmiertnych majakach uciekał przed wielkim psem.

Przeor Jan Deterhus, powiadomiony o jego śmierci, nakazał przed pogrzebem koniecznie sprowadzić chłopca od norbertanek z Żukowa, by ten mógł rzucić garść ziemi na trumnę. List dotarł jednak za późno.


Wizytatorzy z Nadrenii oficjalnie i na piśmie wyrazili szczery żal, że fundator Raju Maryi, pan z Ruśniczyna, zakończył żywot. Szykowano uroczysty obrządek. Non opus – mówiono przy tym między sobą o Janie. Oczywiste było, że człowiek o takich zasługach dla Kościoła idzie prosto do nieba.

Żałowano, że donator nie dożył dnia uroczystej konsekracji świątyni. Na to wielkie święto ściągnąć mieli szlachetni goście z najdalszych zakątków Europy, przedstawiciele najważniejszych rodzin europejskich i królów. Skrycie liczono też na obecność Jana Deterhusa, wciąż zajętego przy budowie nowego klasztoru w Karlinie. Zabrakło zaledwie piętnastu dni, by Johannes von Russniczin mógł ich przyjąć osobiście.

Gdy uprzątnięto resztki drewna z rusztowań, prokurator, zastępujący nieobecnego Deterhusa, kazał zasypać popiołem biało-czarną posadzkę.

– Równo i dużo – powiedział – tak, by łacińskie i greckie litery, wypisane z pomocą psałterza w popiele przez celebransa, były dobrze widoczne.

O popiół kazano zadbać staremu Mateszce, wciąż nazywanemu Chłopcem, człowiekowi z kuchni. W dniu poprzedzającym konsekrację stary uwijał się więc, raz za razem to rozpalając, to gasząc ogień i przesypując popiół łopatą do wiader. Po raz kolejny zszedłszy las, nie znalazł już nic do spalenia, poszedł więc poszukać w nadjeziornych trzcinach. Przy przesmyku, tam gdzie najgęściej rósł tatarak, leżała stara, zbutwiała szmata. Sądząc z ciężaru tego, co się zachowało, musiał to być kiedyś niemały kawał sukna. Materiał był szlachetny. Choć pod palcami łamał się jak próchno, czuło się jeszcze tę gładkość. Może jedwab?

Spaliwszy już na śmietnisku za wschodnią ścianą refektarza wszystko, co znalazł w obejściu i w lesie, Mateszka wrzucił w ogień i tę szmatę. Niebawem w czarną noc aż po samo niebo poszybowały płonące, maleńkie skrawki materii. Gasły, nim dotknęły gwiazd. Mateszka nie mógł pojąć, dlaczego jest mu tak smutno. Świtało już, gdy na starych, przygiętych plecach wciągnął ostatnią beczkę do kościoła. Wtedy spadł deszcz. Rzęsisty i ciężki, gęsty. Jakiego dawno tu nie widziano.

Tymczasem od południowej strony zjeżdżały konie, wozy i powozy. Kilkuset gości zaproszonych na wielką uroczystość, wśród których byli możni i ważni tego świata, pragnęło osobiście zobaczyć nowy kościół, nim go kartuzi zamkną na zawsze dla świeckich oczu. Był książę Przemysław, nowy dziedzic, wysłannicy królów, donatorzy, synowie najlepszych rodów Europy.

Już tupały obcasy po schodach prowadzących do kościoła, gdy nowy prokurator, który wszedł przed wszystkimi, znalazł przy drzwiach dwie beczki z nierozsypanym popiołem, a obok martwego Mateszkę. Zawołał kilku braci. By nie robić scen, zepchnięto trupa pod chór i przyciśnięto beczkami, a te nakryto tkaniną.

 

Gdy zaczęto radosny kantyk Zachariasza, atłasowe trzewiki na obcasach z drewna, wedle francuskiej mody, zaszurały po wysypanej popiołem posadzce. Każdy chciał wszystko zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Goście kręcili się, a popiół wzbijał się wyżej i wyżej. Wszechobecna w powietrzu wilgoć sprawiała, że oblepiał wszystkim policzki, włosy, usta, właził pomiędzy zęby. Nawet tam, na górze, pod dachem pachnącym żywicą, koty, którym przerwano sen, zlizywały popiół z futer. Tak oto dokonało się opus vitae donatora z Ruśniczyna, które miało przeżyć jego samego.

Inne książki tego autora