Kobieta bez grobuTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Martin Pollack
Kobieta bez grobu
Historia mojej ciotki
Przełożyła Karolina Niedenthal


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału niemieckiego Die Frau ohne Grab. Bericht über meine Tante

Polski przekład różni się miejscami od oryginału. Wszystkie zmiany wprowadzono w porozumieniu z Autorem.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie wewnątrz tomu i na okładce pochodzą z archiwum Autora

Fotografie na stronach 43, 58, 70 i 171 dzięki uprzejmości Laško Museum (Słowenia)

Copyright © by Martin Pollack, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2020

Copyright © for the Polish translation by Karolina Niedenthal, 2020

Opieka redakcyjna Magdalena Budzińska

Redakcja Maja Lipowska

Korekta Anna Gancarczyk, Agnieszka Frysztak

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Mapa Peter Palm

Publication of this book is supported by the Federal Ministry Republic of Austria, Arts, Culture, Civil Service and Sports, Department: Literature and Publishing, Libraries.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-033-0

Dla Gridi



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Kiedy przed laty pojechałem pierwszy raz do Laška, by szukać śladów swojej pochodzącej stamtąd rodziny, nie miałem pojęcia o istnieniu Pauline.

Ani mój dziadek, ani jego młodszy brat nigdy o niej nie wspominali. Lubili często opowiadać o Tüffer, jak po niemiecku nazywała się ich rodzinna miejscowość, o swojej szczęśliwej i beztrosko spędzonej tam młodości, o rozlicznych przygodach, wędrówkach po tamtejszych lasach, polowaniach na głuszce, bażanty, zające, sarny i jelenie, o wspaniałych kozłach, które ustrzelili po wielogodzinnym i mozolnym podchodzeniu, o gigantycznych rybach, głowacicach, wyławianych z przepływającej przez miasteczko rzeki Sann, słoweńskiej Savinji, o ukochanym domu rodzinnym i cudownych potrawach, które z pomocą słoweńskiej kucharki wyczarowywała i podawała na stół ich matka, o zapachu orzechowego ciasta, o serowcach, o niedzielnej pieczeni, najczęściej z indyka – istna poezja.

Podczas naszych wędrówek po wsiach wokół Amstetten w Dolnej Austrii dziadek godzinami z zachwytem opowiadał mi o swoim dawnym życiu w Tüffer. Było to pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Kiedy zatapiał się w opowieściach o drogiej jemu i jeszcze tylko kilku wtajemniczonym krainie dzieciństwa, za każdym razem stawał się sentymentalny, wilgotniały mu oczy, a jego głos przybierał śpiewny ton – tak mówiło się podobno u nich w domu. Na co dzień był surowy i porywczy, jednak Tüffer zawsze budziło w nim nostalgiczne wspomnienia o utraconym raju, prawdziwej idylli.

Mój dziadek Rudolf Bast, którego nazywałem czule dziadziusiem, tak jak jego młodszy brat Ernst był adwokatem i mieszkał w Amstetten.

Nie przypominam sobie, by któryś z nich kiedykolwiek wspomniał przy mnie o Pauline, a przecież była ich siostrą i bez wątpienia cząstką dawnego wspólnego raju. Również o innych siostrach – Annie, Käthe i Josefine, zwanej także Pepą – w Amstetten nigdy się nie mówiło. W każdym razie nie przy mnie. Pauline Bast urodziła się w Tüffer w 1875 roku jako druga z ośmiorga rodzeństwa.

Niewielka miejscowość Tüffer, słoweńskie Laško, położona dwanaście kilometrów na południe od Cilli (Celje), do 1918 roku należała do austriackiego kraju koronnego Księstwa Styrii, którego południowe kresy nosiły nazwę Dolnej Styrii. Po przegranej wojnie zamieszkana w większości przez Słoweńców Dolna Styria, po słoweńsku nazywana Štajerską, wraz z sąsiadującym z nią krajem koronnym Krainą (z centrum w Lublanie, Laibach) przypadły w udziale nowo powstałemu Królestwu Serbów, Chorwatów i Słoweńców, w skrócie SHS, przemianowanemu w 1929 roku na Królestwo Jugosławii. W roku 1927 Laško otrzymało prawa miejskie. Sytuacja niemieckojęzycznych mieszkańców Dolnej Styrii w 1918 roku pogorszyła się z dnia na dzień. Nagle przestali być panami, co dawano im dotkliwie odczuć.


Pauline, 1909 r.

W kwietniu 1941 roku do Jugosławii wkroczyły wojska niemieckie i w różnorodnej językowo Dolnej Styrii rozpoczęła się brutalna germanizacja. Wydziedziczono i wypędzono wielu Słoweńców. Tych, na których padło choćby najmniejsze podejrzenie, że nie poddadzą się germanizacji czy też narzuconemu im niemieckiemu panowaniu, wywożono do obozów koncentracyjnych, wielu z nich zostało tam zamordowanych lub zmarło. Wraz z rozwojem wojny szybko rosła w siłę komunistyczna partyzantka, również na terytorium Słowenii; partyzanci prowadzili sabotaż, akcje zbrojne, na co niemogący sobie poradzić z tym Niemcy coraz częściej odpowiadali krwawymi represjami. Masowe egzekucje oraz wypędzenia były na porządku dziennym.

Milczenie o Pauline, zwanej również Paulą czy ze słoweńska Pavlą, wydawało mi się tym bardziej dziwne, im więcej się o niej dowiadywałem, zwłaszcza że jako jedyna w rodzinie ojca zmarła tragicznie po II wojnie światowej we własnej ojczyźnie, Dolnej Styrii. O tym także ani mój dziadek, ani jego brat nigdy przy mnie nie zająknęli się słowem. Tak jakby nie mieli w ogóle takiej siostry. Może chcieli mnie, dziecko, chronić, oszczędzić mi okrutnych historii o jej zaginięciu i śmierci? A może się jej wstydzili, ponieważ najwidoczniej nie była zdeklarowaną nazistką, a więc w ich oczach jawiła się jako autsajderka?

Piętnaście lat temu napisałem książkę o swojej rodzinie, której centralną postacią jest mój ojciec Gerhard Bast, oficer SS i wysoki funkcjonariusz Gestapo. Wyraziłem wtedy przypuszczenie, że Pauline pochowano w grobie Bastów, którego na próżno szukałem na cmentarzu w Tüffer. Nagrobek zniknął. Być może został zniszczony podczas nalotu albo – co bardziej prawdopodobne – partyzanci w odwecie rozbili kamień i od razu go usunęli.

Wiele lat po ukazaniu się książki jeden z profesorów uniwersytetu w Grazu zwrócił mi uwagę, że chyba się mylę; dużo zdaje się przemawiać za tym, że Pauline, siostra mojego dziadka, zginęła daleko od swej rodzinnej miejscowości i że została pogrzebana gdzieś w okolicy Hrastovca. Powiedział mi o artykule słoweńskiego historyka, który bada ponurą historię tego miejsca.

Hrastovec, zamek Hrastovec, po niemiecku Gutenhaag albo Gutenhag, własność rodziny Herbersteinów, znajduje się w Slovenskich goricach, Windische Büheln, w gminie Lenart, niedaleko Mariboru, Marburga, i ma sięgającą odległych czasów ponurą historię. W XVII wieku poddawano tu torturom, a potem spalono na stosie ponad czterdzieści kobiet uznanych za czarownice – masakra niewinnych we wczesnej erze nowożytnej. W maju 1945 roku zamek, którego właściciel Gundiger Herberstein na krótko przedtem zbiegł z rodziną do Austrii, zajęli jugosłowiańscy partyzanci. Jeszcze w tym samym miesiącu komunistyczna OZNA (Odjeljenje za zaštitu naroda), Wydział Ochrony Ludu, urządziła w położonym na malowniczym wzgórzu nad wioską Hrastovec zamku, nazwanym tak samo jak ona, prowizoryczny obóz koncentracyjny. Zarządzał nim znany między innymi ze swego okrucieństwa niejaki Bogdan Hrovat, zwany Puklasti Miha, Garbatym Mihą. Jeden z funkcjonariuszy OZNA w swoich wspomnieniach napisał, że Garbaty Miha powinien być raczej pacjentem zakładu psychiatrycznego niż komendantem obozu. Do Hrastovca zwożono ludzi z różnych rejonów Słowenii, w tym z Gottschee oraz innych terenów niemieckojęzycznych, na przykład z Laška i Prekmurja[1], enklawy węgierskiej, a także Serbów i Chorwatów, nie wyłączając mieszkańców położonego nieopodal Lenart.

Wielu internowanych, przede wszystkim Słoweńców, których podejrzewano o kolaborację z Niemcami i o inne przestępstwa przeciwko narodowi słoweńskiemu, zostało od razu, w maju, rozstrzelanych przez pluton egzekucyjny niedaleko Hrastovca i w oddalonej o trzy kilometry Voličinie, w pięknym liściastym lesie – same dęby i graby. Egzekucje odbywały się również w Hrastovcu. Tu za groby służyły między innymi stawy rybne pod zamkiem. Spuszczano z nich wodę, ciała grzebano w mule, potem stawy znowu napełniano – i prowizoryczne groby znikały. Rozstrzeliwano z reguły bez sądu i praworządnego wyroku. Często wystarczało podejrzenie, niesprawdzona denuncjacja. Niekiedy w literaturze egzekucje takie nazywa się nazbyt eufemistycznie, żeby nie powiedzieć cynicznie, pozasądowymi.

 

Po latach okoliczni mieszkańcy opowiadali, że wokół miejsc, w których znajdowały się zwłoki, w promieniu kilku metrów nigdy nie zamarzała woda mimo bardzo ostrych zim. Wierzący widzieli w tym palec Boży i przez długi czas zapalali wokół stawów świece. Niejaki Edo Kurnik – jego brat zginął w Hrastovcu – twierdził, że na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku szczątki zamordowanych wydobyto ze stawów i przewieziono ciężarówkami do odlewni w Mariborze.

Dlaczego do odlewni? Przypuszczam, że chciano się pozbyć w piecach śladów tak zwanych egzekucji pozasądowych i tym samym sprawić, że ofiary znikną już na zawsze. Żeby nie trzeba było o nich pamiętać.

Mojej babce Pauline oszczędzono tego losu, zmarła w Hrastovcu z głodu i wyczerpania albo na jedną z panujących w obozie chorób. Z powodu nieludzkich warunków i katastrofalnego stanu higieny szerzyły się tam biegunka i paratyfus. W zamku nie było prądu ani wody, więźniowie pod ścisłym nadzorem musieli ją przynosić z oddalonego o dwa kilometry źródła. Na dziedzińcu znajdowała się wprawdzie studnia, ale mogli z niej korzystać wyłącznie strażnicy. Więzienne pożywienie, jak mówili ocaleni, składało się głównie ze starej robaczywej fasoli lub grochu oraz małego kawałka chleba. Jedzenie dostawali dwa razy dziennie, rano wodnistą zupę i kawałek pieczywa, a po południu gotowaną fasolę lub groch, wszystko to prawie niejadalne. Chleb dostarczano na tym samym wózku, którym wożono ciała zmarłych. Ocalona z Hrastovca kobieta pochodząca z małej niemieckojęzycznej miejscowości Füchselsdorf, Fikšinci, w Prekmurju, wówczas czterdziestoletnia, tak po latach wspominała swój pobyt w obozie:

„Było tam strasznie. Warunki higieniczne – okropne, masa wszy i pcheł. Grzebało się w stertach śmieci i czasami znajdowało coś do zjedzenia. Zmarłych za nogi ściągano na dół po długich schodach, tak że za każdym razem głowa uderzała głośno o kolejny stopień”.

Dookoła wysokich niedostępnych murów zamku rozpięto dodatkowe ogrodzenie z drutu kolczastego, tam znajdowała się pierwsza brama. Drugie wejście stanowiła stara brama zamkowa. Jej także pilnowali strażnicy. Do obozu trafiło dużo dzieci i starszych osób, one jako pierwsze padły ofiarą tych nieludzkich warunków.

Zamek w Hrastovcu odwiedziłem kilka razy. Za pierwszym, w 2006 roku, brama była zamknięta na głucho, z umieszczonej obok tablicy wyczytałem, że mieści się tu zakład dla umysłowo chorych. Dzwonienie (dzwonkiem, który – jak zakładałem – i tak nie działał) ani pukanie na nic się nie zdały, brama pozostawała zamknięta, a wokół żywej duszy.

Za drugim razem, w sierpniu 2018 roku, wybrałem drogę krajową z Mariboru na Lenart. Pagórkowaty krajobraz, pola kukurydzy, łąki, trochę winnic. Trzy razy przecinałem rzeczkę o nazwie Pesnica, która po utrzymujących się od wielu dni deszczach zamieniła się w wezbrany, rwący brudny potok. Przed niewielkim miasteczkiem Lenart skręciłem w prawo na Voličinę. We wsi Spodnja Voličina, Unter-Wellitschen, piękny duży kościół Świętego Ruperta; cmentarz, na którym gdzieś w rogu pogrzebano moją ciotkę, bez grobu, tak że dzisiaj nikt nie potrafi powiedzieć, gdzie spoczywa, znajduje się poniżej wsi, na stromym zboczu. Z Voličiny do Hrastovca prowadzi wąska, pełna wyrw i dziur droga, ostatni jej odcinek biegnie ostro w dół, przez ciemny las, tu w maju 1945 roku rozstrzeliwano więźniów. Nieco dalej, już na wzniesieniu, ujrzałem potężny biały zamek i u jego podnóża gęsto zarośnięte stawy. Wokół zamku dużo drzew – orzechy, buki, akacje, lipy, brzozy. Na prowadzącej do niego wąskiej drodze stał domek wartownika, w którym siedział starszy mężczyzna. Kiedy spytałem go, czy mogę zwiedzić zamek, uśmiechnął się życzliwie i uczynił ręką zapraszający gest. „Proszę – powiedział – może pan śmiało tutaj chodzić”.

Inaczej niż za pierwszym razem, brama była szeroko otwarta. Wisząca obok tablica informowała, że teraz w Hrastovcu znajduje się Zakład Otwarty dla Umysłowo Chorych. Z nowo dobudowanego skrzydła dobiegały jakieś krzyki. Duży wewnętrzny dziedziniec nie był, co zaskakujące, ani kwadratowy, ani prostokątny, lecz miał nieregularny kształt oraz sporo zakamarków, pośrodku rosły potężne stare drzewa, których nie znałem. Próbowałem później je określić za pomocą odpowiedniej literatury oraz na podstawie liści i kapsułkowatych owoców, których kilka zabrałem ze sobą, i doszedłem do wniosku, że to przypuszczalnie chińska paulownia omszona, zwana również drzewem cesarskim. Na pewno posadził je tu jeden z właścicieli zamku.

Obchodząc budowlę dookoła, odkryłem długie schody, którymi zapewne ściągano zmarłych, a ich czaszki uderzały o każdy stopień. Nie do wyobrażenia. Na dachu zamocowano wielki zegar, bez wskazówek. Po dziedzińcu przechadzali się pacjenci i personel, wzdłuż murów parkowały samochody. W jednych drzwiach stała młoda kobieta i z plastikowego kubka popijała kawę, mierząc mnie uważnym wzrokiem. Gdy ją pozdrowiłem, uniosła kubek i uprzejmie skinęła głową. Pracowała tu jako pielęgniarka.

Obok nas, szczerząc się w uśmiechu, stał jeden z pacjentów, mniej więcej pięćdziesięcioletni, rosły, w czerwonej koszulce. Kiedy ruszyłem dalej, natychmiast przyłączył się do mnie, szedł dziwnie pochylony i od razu zaczął coś mówić, ale tak niewyraźnie, że ledwie mogłem go zrozumieć. „Dzień dobry, co u pana słychać?” Podał mi rękę. Rzucając ostrożne spojrzenie na pielęgniarkę, zapytał cicho, czy dałbym mu dwa euro. Wcisnąłem mu dyskretnie monetę i rozejrzałem się dookoła. Z tyłu zamku zauważyłem czarny kamień z wyrytym na nim po słoweńsku i węgiersku napisem upamiętniającym internowanych tu w 1945 roku ponad pięciuset Węgrów z Prekmurja:

MIÉRT?

MAGYAR VOLTÁL EZÈRT.

(Dlaczego?…

…Dlatego że byłeś Węgrem).

Sándor Márai

O kamień oparto dwa wieńce, obok stało kilka zniczy w czerwonych plastikowych osłonkach.

Poniżej kamienia odkryłem jeszcze drugi, z inskrypcją upamiętniającą wszystkie ofiary 1945 roku. Nie znalazłem tylko tablicy, która byłaby poświęcona ofiarom niemieckiej mniejszości, Austriakom, w tym mojej ciotecznej babce Pauline. Widocznie ten temat ciągle jeszcze jest niewygodny, Austria najwyraźniej woli oficjalnie trzymać się od niego z daleka. Lepiej go nie poruszać, żeby uniknąć nieprzyjemnych dyskusji. Kto trzyma język za zębami, może spać spokojnie, jak powiada Johann Wolfgang Goethe.

Stawy u podnóża zamku z trudem można było odróżnić od ich gęsto zarośniętego otoczenia: krzaków, wierzb, wysokich do uda traw, pokrzyw i wybujałych zarośli oraz niedużych kęp drzewek o przypominających podbiał liściach, a także mnóstwa innych nieznanych mi roślin, które tworzyły niełatwy do przebycia gąszcz. Dojście nad wodę zagradzały szpalery trzcin oraz sitowia z kwitnącymi pałkami wodnymi. Powierzchnię porastały rzęsa, lilie wodne, rdestnica – wszystkie możliwe odmiany roślin wodnych.

Na jednym ze stawów zostawiała za sobą wodne serpentyny kacza rodzina, przodem płynęli rodzice, a za nimi niczym nanizane na sznurek perełki małe kaczątka.

Próbowałem dociec, kto i kiedy w Tüffer (teraz znowu Laško) aresztował Pauline i zabrał ją do obozu w Hrastovcu. Samą czy może dzieliła swój los z innymi niemieckojęzycznymi mieszkańcami miasteczka? Podczas pobytów w Lašku przy różnych okazjach zawsze o to pytałem, wydawało się jednak, że nikt nie umie udzielić mi odpowiedzi. Pytani przeze mnie ludzie nie potrafili wymienić ani dnia, ani nawet miesiąca. Wszyscy byli zgodni co do jednego: że stało się to latem 1945 roku. Latem. W gorący dzień. „Nic więcej nie wiemy – mówili. – Sami się baliśmy, nie wiadomo było, co przyniesie kolejny dzień”.

12 maja weszli do Laška pierwsi partyzanci jugosłowiańscy, Črnogorske Partizanske Brigade, Czarnogórskie Brygady Partyzanckie, wcześniej przez wiele miesięcy kryli się w pobliskich gęstych lasach, przysparzając Niemcom poważnych strat. Ledwie przejęli władzę, od razu wszystko się zmieniło. Nic już nie było takie samo jak przedtem. Z miasta musiały natychmiast zniknąć niemieckie nazwy i napisy, na ulicy nie wolno było mówić po niemiecku. Brutalnych, aroganckich Niemców, panów życia i śmierci, którzy przez pięć lat gnębili Słoweńców, teraz czekał taki sam los. Nie wszyscy oczywiście byli tacy, ale nikogo to nie obchodziło. Nie miało to żadnego znaczenia. Tak jak przedtem dla Niemców, którzy wobec wszystkich bez różnicy stosowali krwawe represje. Każdy Słoweniec z założenia był winny. Teraz role się odwróciły. I przyszła kolej na członków mniejszości niemieckiej.

Fatalny zwrot akcji. Aż do I wojny światowej dominującą rolę w Dolnej Styrii odgrywali jej niemieckojęzyczni mieszkańcy, którzy na wszelkie możliwe sposoby próbowali pozbawić Słoweńców równych praw, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że relacje między obiema nacjami stale się pogarszały. Kiedy w 1919 roku władzę tam objęli Słoweńcy, niemieccy czy też niemieckojęzyczni mieszkańcy poczuli się zagrożeni. Zwalniano z pracy niemieckojęzycznych nauczycieli i urzędników, wielu z nich opuszczało kraj z dnia na dzień. Gdy w 1941 roku Hitler napadł na Jugosławię, natychmiast wydał rozkaz, by nie zważając na Słoweńców, w Dolnej Styrii przywrócić niemieckość. W 1945 roku karta ponownie się odwróciła i w rzeczywistości w dawnej Dolnej Styrii nastał kres mniejszości niemieckiej. Przez wiele lat wspólnego bytowania nigdy w zasadzie nie próbowano ani na serio nie rozważano możliwości ułożenia tej koegzystencji na stopie pokojowej. Jeśli tylko ktoś się za tym opowiadał, od razu w swojej mniejszości uznawano go za zdrajcę.

Działo się tak w większości wielojęzycznych regionów Europy. Rządziły tam ślepy nacjonalizm, wzajemna niechęć, często nienawiść. Przyczynili się do tego głównie Niemcy zbrodniczą, bezwzględną rasistowską polityką narodową, sami przygotowali upadek swojej mniejszości we wschodniej i w południowej Europie.

Rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy przeżyli te czasy w Lašku. Nikt nie wiedział, kto wyprowadził Pauline z domu i w jaki sposób ją odtransportował. Nie była jedyną osobą, którą tego dnia zabrano do obozu w Hrastovcu. Czy stawiała opór? Czy płakała i zapewniała o swej niewinności, czy może w milczeniu i z rezygnacją poddała się swemu losowi? Więźniów przypuszczalnie wywieziono pociągiem do Mariboru, stamtąd ciężarówkami lub autobusami do Hrastovca. Czy zanim zostali tam odesłani, najpierw przesłuchiwano ich w Lašku, Celje albo w Mariborze? Czy kiedy zabrano ich z Laška, wiedzieli, dokąd ich wiozą? Czy ciężarówki lub autobusy, którymi dojechali do Hrastovca, były otwarte, tak że można się było rozejrzeć po okolicy, czy też zakryto je plandekami? Czy okna w autobusach zasłonięto, żeby pozostawić więźniów w niepewności? Czy udało im się od któregokolwiek strażnika wyciągnąć jakąś informację, podpowiedź, dokąd ich zabierają? Choćby krótką, rzuconą pośpiesznie wskazówkę? W to raczej nie wierzę. Można mieć tylko nadzieję, że podczas tej podróży w nieznanym kierunku Pauline spotkała jakichś znajomych lub przyjaciół i że o nią zadbali, pomogli przy wsiadaniu i wysiadaniu, nieść bagaż. Co wolno im było ze sobą zabrać? Przypuszczalnie tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Początkowo w Lašku łamano sobie głowy, dokąd zabrano Pauline i innych Niemców. Tylko o tym szeptano, snuto różne przypuszczenia. Nie wolno było zadawać takich pytań. Bo mogły być oznaką sympatii dla Niemców. Dopiero po jakimś czasie, długo po śmierci mojej ciotki, dowiedziano się w mieście, że zabrano ją do Hrastovca, jednego z wielu obozów koncentracyjnych założonych naprędce z myślą o tak zwanych wrogach państwa. Obóz w Hrastovcu funkcjonował tylko przez kilka miesięcy, potem go zlikwidowano. Tych, którzy przeżyli, wypędzono bez żadnych wyjaśnień. Ale mojej ciotki Pauline pośród nich nie było.

Niektórzy zdają sobie przypominać, że Pauline wyprowadzili z domu jacyś chłopcy, prawie jeszcze dzieci, że z ramion zwisały im karabiny, niemal tak duże jak oni sami. I że byli to nie obcy, nie Czarnogórcy, lecz tutejsi – Słoweńcy. Może z Laška albo z pobliskiej wsi, chłopskie dzieci, parobkowie, pracownicy rolni, początkujący urzędnicy, którzy zachłysnęli się swoją niespodziewanie otrzymaną władzą i chcieli ją w pełni wykorzystać. Noszona z dumą broń dodawała im pewności siebie, władczości. Nagle stali się panami, mogli decydować o czyimś życiu i czyjejś śmierci, szykanować i odbierać komuś jego własność, a nawet zabijać, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Tak było przez kilka pierwszych tygodni, miesięcy, gdy skończył się nazistowski reżim. Kiedy rządy przejęli partyzanci, zapanowało prawo pięści i przekonanie, że można się bezkarnie mścić na dawnych ciemiężcach, nie odróżniając winnych od niewinnych. Załatwiano wtedy wiele porachunków, często u podłoża denuncjacji leżały osobiste animozje, czasami motywem była żądza posiadania. Jeżeli kogoś kłuły w oczy piękne pola albo dom sąsiada, łatwo mógł ulec pokusie i zostać donosicielem, by przejąć na własność cudzy majątek. Czasem nieprawdziwe oskarżenie, jedno złe słowo wystarczyły, by zniszczyć czyjeś życie.

 

Na temat zniknięcia Pauline z miasteczka, w którym jako powszechnie szanowana obywatelka i posiadaczka okazałego domu spędziła całe życie, żadna z pytanych przeze mnie osób nie umiała udzielić bliższych informacji. Wszyscy byli już starszymi ludźmi. „Niczego nie wiem”. „Nic więcej nie potrafię powiedzieć”. „Bardzo mi przykro”. Wzruszenie ramion, bezradnie rozłożone ręce, bezbronny, zażenowany uśmiech.

Wątpliwości nie pozostawia jedynie data śmierci Pauline. Franc Kurnik, grabarz z położonej niedaleko Hrastovca Voličiny, odnotowywał potajemnie na zwykłych kartkach dane na temat dostarczanych mu z obozu ciał. Najczęściej jedynie nazwisko ofiary oraz datę pogrzebu na cmentarzu w Voličinie, na którym zakopano ją w jakimś kącie, bez krzyża i nagrobka, tak że dziś nikt nie umie powiedzieć, gdzie dokładnie leży. W notatkach grabarza pojawia się również wzmianka o ciotce Pauline:


23.08.1945 dve moški trupli v eni krsti iz Hrastovca (pok. pod Rusom) zwłoki dwóch mężczyzn z Hrastovca w jednej trumnie (pochowani pod Rosjaninem)
23.08.1945 Ljutomer, Marija Berminje (dvor) Marija Berminje z Ljutomeru (dwór)
26.08.1945 Pavla Drolc iz Laškega Pavla Drolc z Laška

Pavla Drolc z Laška. Pauline Bast, po mężu Drolc. Kiedy grabarz nie potrafił ustalić nazwisk, wkładał ciała anonimowo do grobu, często bez trumny. Tak jak wyżej wymienionego Rosjanina. Jak to się stało, że trafił do Hrastovca? W jaki sposób poniósł śmierć? I dlaczego?

19.08.1945: dwa ciała kobiet i jedno dziecka, z Hrastovca (z Laška). W Hrastovcu przetrzymywano dużo ludzi z Laška.

Pauline Bast w 1925 roku wyszła za mąż za Słoweńca Franca Drolca, szanowanego jak ona obywatela małej osady targowej, która dwa lata później zyskała prawa miejskie. Drolc był kierownikiem kościelnego chóru, organistą i zakrystianem w parafialnym kościele Świętego Martina. Przez pewien czas prowadził gospodę, a w 1919 roku został sekretarzem gminy. Mówiono na niego powszechnie „organista Drolc”, sam często podpisywał się tylko nazwiskiem. Młodsi krewni z Amstetten podczas pobytów w Tüffer zwracali się do niego „wujku Drolcu”. Nigdy po imieniu. Jakby go w ogóle nie miał. Był ogólnie poważany, również przez Bastów, krewnych swojej żony, mimo że mieli radykalnie nacjonalistyczne przekonania, a później okazywali wręcz fanatyczną pronazistowską postawę i we wszystkich bez wyjątku Słoweńcach upatrywali zagrożenia, które należy kategorycznie usunąć, by utrzymać własną, niemiecką, hegemonię w wielojęzycznej Dolnej Styrii. Wujka Drolca to nie dotyczyło, tak jak niektórych słoweńskich sąsiadów oraz przyjaciół, towarzyszy ich dawnych dziecięcych zabaw. Wprawdzie to Słoweńcy, ale przede wszystkim nasi, są z tej samej miejscowości, mieszkają po sąsiedzku.

Dla Drolca było to drugie małżeństwo. Jego pierwsza żona Frančiška zmarła w lutym 1919 roku, zostawiając go z dziesięciorgiem po części małych dzieci. Drolc umiał się najwyraźniej szybko pocieszyć. W dziesięć miesięcy po przedwczesnej śmierci żony przychodzi na świat jego nieślubny syn Dušan.

Gdzie Drolc był wtedy, gdy partyzanci wyprowadzali z domu jego żonę Pauline? Czy w ogóle był w Lašku? W domu Bastów? Tam, gdzie mieszkał z żoną i czarnym dużym psem o imieniu Nero? Czy go zamknął, kiedy partyzanci z całych sił walili w bramę, ze strachu, że mogą mu zastrzelić to wierne zwierzę, jeśli będzie szczekało? Czy stawiał się partyzantom? „Chcę pomówić z waszym przełożonym! Czego chcecie od mojej żony? Nigdy nie zrobiła nic złego”.

Czy może wolał milczeć? Jako ściśle związany z Kościołem katolickim i będąc tym samym (w oczach komunistycznych partyzantów) zatwardziałym reakcjonistą, niemal wrogiem ludu, miał wszelkie powody, by powstrzymać się od krytykowania partyzantów i ich decyzji. Równie dobrze mógłby sam wylądować w Hrastovcu albo w jakimś innym obozie. Może uchroniło go przed takim losem to, że jego nieślubny syn Dušan należał do komunistycznej partyzantki i zginął we wrześniu 1942 roku w Gottschee, słoweńskim Kočevsku, zabity przez Włochów. Narodowy bohater. Chwała syna stała się tarczą obronną dla ojca.

W sumie na cmentarzu w Voličinie powinno leżeć trzydzieści jeden ciał ofiar obozu w Hrastovcu, zmarłych pomiędzy 10 a 28 sierpnia 1945 roku. Dla wszystkich razem grabarz Kurnik, jak sam podaje, wykopał siedemnaście dołów. Nadaremnie szukałem ich śladów.

8 listopada 1945 roku najmłodszy brat Pauline, Ernst Bast, nazywany przeze mnie wujkiem Ernstem, napisał do kierowniczki swojej kancelarii, panny Elsy Perbel, która przed wojną i podczas niej, często z nim, ale i sama odwiedzała Tüffer:

„Od Gustiego we wtorek 6 listopada otrzymałem krótki list z 17 października, w którym zawiadamia, że jest zdrowy i znowu przebywa w Tüffer. Od połowy czerwca do początku września był z pozostałymi folksdojczami internowany w Gutenhaag koło Marburga; moja 72-letnia siostra Pauline też była internowana, nie wytrzymała tamtejszego traktowania i umarła 24 sierpnia”.

Wujek Ernst popełnił błąd, źle obliczył wiek siostry, co zadziwiające jak na prawnika, którego bliscy uważali za fanatycznego pedanta. Pauline urodziła się 26 lutego 1875 roku, a więc w dniu śmierci miała siedemdziesiąt lat.

19 marca 1946 roku Ernst Bast w liście adresowanym znowu do kierowniczki kancelarii Elsy Perbel uzupełnia kilka krótkich informacji na temat śmierci swojej siostry:

„Od Hedi (z Tüffer) otrzymałem z Velden list kierowany do wujka Rudiego, w którym zawiadamia, że była z Pauline do samego końca i że to ona zamknęła jej powieki”.

Wujek Rudi to mój dziadek Rudolf Bast. Kim była owa Hedi? Nie udało mi się ustalić.

Jeśli tym razem wierzyć Ernstowi, Pauline zmarła 24 sierpnia 1945 roku. Dwa dni później została pośpiesznie pochowana na cmentarzu w Voličinie. Zakopana. Pogrzebana. Wiadomo zatem, kiedy ją deportowano: w połowie czerwca 1945 roku. Niektórzy z więźniów zostali zwolnieni, jak wspomniany już Gusti, czyli Gustav Schmidinger, inżynier, również z Laška, szwagier Ernsta Basta, inni – jak Pauline Drolc, de domo Bast, tam umarli.

Czy usprawiedliwione jest twierdzenie, że Pauline Bast-Drolc zmarła nienaturalną śmiercią, z powodu okrutnego traktowania przez jugosłowiańskich partyzantów w Hrastovcu? Czy nie pachnie to rewanżyzmem, próbą wyrównania rachunków za niemieckie zbrodnie na jugosłowiańskich partyzantach i relatywizowaniem ich w ten sposób? Często zadawałem sobie takie pytania i dlatego długo zwlekałem, zanim zająłem się losem swojej ciotki i zacząłem opowiadać jej historię. Jestem jednak przekonany, że dzisiaj można opowiedzieć już wszystkie historie, a nawet trzeba to zrobić, bez złości, bez zacietrzewienia, nie przemilczając niczego, nie zacierając śladów, nie przedstawiając tylko wybiórczo, nie umniejszając w jakikolwiek sposób rozmiarów tych niepojętych zbrodni, których my, potomkowie, się wstydzimy i które przyprawiają nas o bezsenność.

Możemy usilnie próbować przykryć zbrodnie naszych bliskich – w moim przypadku ojca, wujka i dziadka – zbrodniami innych, tuszować je, zrzucić z siebie wszelką odpowiedzialność. Zobaczcie: inni wcale nie byli lepsi, oni też tak robili. Ale to tak nie działa. Wiem po sobie, jak bolesne, ale równocześnie ważne jest to, by opowiedzieć historię swoich bliskich, którzy jeszcze przed marcem 1938 roku, „nielegalnie”, już walczyli o zaprowadzenie nazistowskiego reżimu i tym samym zniszczenie Austrii. Radykalni antysemici, wrogo nastawieni do Słowian, w tym do Słoweńców, mimo że prywatnie często żyli ze Słoweńcami w przyjaźni. Jedno z drugim w kuriozalny sposób miało niewiele wspólnego. Tak jak to, że – używając języka obowiązujących wówczas ustaw norymberskich – pół-Żyda traktowano jak członka rodziny, kochano go i chętnie do siebie zapraszano. Bo należał do nich. Był jednym z nich. W niczym nie zmienia to faktu, że wszyscy moi bliscy byli zaciekłymi, fanatycznymi antysemitami, co u mojego ojca zaszło tak daleko, że w 1944 roku jako dowódca Sonderkommando Einsatzgruppe na Słowacji urządzał prawdziwe polowania na ukrywających się Żydów.