Rosyjskie róże

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

LOST ROSES

Copyright © 2019 Martha Hall Kelly

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Elisabeth Ansley/Trevillion Images;

Byheaven87/Dreamstime.com

Redaktor inicjujący

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-765-4

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Katherine i Mary,

związanych srebrną nicią

Rosyjskie róże to fikcja literacka. Dialogi i wydarzenia, a także bohaterowie tej powieści, z wyjątkiem postaci znanych z kart historii, są wytworem wyobraźni autorki; wszelkie ich podobieństwo do żyjących lub zmarłych osób jest całkowicie przypadkowe. Przywołane tu postacie historyczne zostały przedstawione w wymyślonych sytuacjach, ich losy nie oddają prawdziwych wypadków ani nie zmieniają fikcyjnego charakteru tej książki.

PROLOG

Luba

1912

Włożyłam Elizie stonogę do kapcia, bo myślałam, że kradnie mi Sofię. Miałam wtedy osiem lat i niedawno straciłam matkę. Nie chciałam stracić także i siostry.

Eliza Ferriday, amerykańska przyjaciółka rodziny, zaprosiła nas na tydzień do swojego paryskiego apartamentu – dwie rosyjskie kuzynki cara, zmuszone, by opuścić dom w Sankt Petersburgu tuż przed świętami. Nasz ojciec ożenił się powtórnie i wyjechał na Sardynię z nową żoną Agnessą, która mnie nie cierpiała, ponieważ wypróbowałam na niej sztuczkę ze stonogą, kiedy w listopadzie odwiedziła nas po raz pierwszy. Nienawidziła zwłaszcza głównego przedmiotu mojego zainteresowania, astronomii, i przekonała ojca, by zabrał mi mapy konstelacji, ponieważ rzekomo odciągały mnie od lekcji francuskiego. Większość listopada spędziłam zabarykadowana w swoim pokoju, mimo że próbowała wywabić mnie prezentem w postaci serwisu do herbaty z Limoges dla lalek.

Kiedy w szkole Brillantmont w Alpach Szwajcarskich, do której chodziła Sofia, zaczęły się ferie, spotkałyśmy się w Genewie, by wsiąść do pociągu zmierzającego w stronę Paryża. Chuda i blada, wciąż przygnębiona z powodu nagłej śmierci matki zeszłej wiosny, niewiele mówiła podczas podróży, zatopiła się w lekturze książek, którymi wypełniła walizkę. Gdy skład wjechał na Gare de Lyon, siedziała i przyglądała się naszym towarzyszom podróży na peronie. Czy myślała o matce, która często odbierała ją tutaj podczas ferii szkolnych?

Eliza, oczekująca w Paryżu na przyjazd męża i córki z Nowego Jorku, przez cały czas starała się nas uszczęśliwić i nie zostawiała nas samych ani na chwilę. Pierwszego dnia poszłyśmy do jadłodajni dla ubogich w Le Marais. Widziałam, jak między nią i Sofią tworzy się coraz silniejsza więź. Jakże łatwo doprowadzała moją siostrę do śmiechu. Pracowały zgodnie, ramię w ramię, nalewając chochlami zupę z ogromnego srebrnego kotła, podczas gdy ja sprzątałam opróżnione miski ze stołów.

Następnego dnia patrzyłam, czując w piersi ukąszenia zazdrości, jak chodzą we dwie po świątecznie udekorowanym bazarze, dyskutując o zaletach gęsi w porównaniu z kaczką na obiad i jakie czekoladki warto kupić w cukierni À la Mère de Famille. Tydzień ciągnął się bez końca. Wieczorami przy kominku grywałyśmy w karty; pozwalały mi wygrywać, żeby mogły rozmawiać o powieściach, mężczyznach i innych nudnych rzeczach, a potem gadały dalej przez pół nocy. Jakże pragnęłam wrócić do domu, do Sankt Petersburga, i mieć Sofię tylko dla siebie.

W wieczór przed wyjazdem, krótko po tym, jak położyłam się spać, weszły do mojej sypialni i mnie obudziły. Na kominku jeszcze żarzyły się węgle.

– Obudź się, kochanie – szepnęła Sofia. Odgarnęła mi włosy z czoła, jak często robiła to matka. – Narzuć płaszcz na piżamę i chodź z nami.

– Mamy dla ciebie niespodziankę – oznajmiła Eliza.

Na wpół śpiąca wyszłam za nimi w zimną noc. Wędrowałyśmy przez cichy Paryż w stronę wieży Eiffla, tam stanęłyśmy pod masywnym, górującym nad nami ciemnym globem.

– Co to za miejsce? – zapytałam.

Poprowadziły mnie spiesznie po metalowych schodach na trzecią kondygnację i wepchnęły za ciężkie aksamitne kotary do ciemnego pokoju. W atramentowej czerni rozróżniłam kontury kilku stojących obok siebie leżaków, takich jak na pokładzie statku, tylko wyściełanych. Eliza i Sofia zajęły miejsca, a ja położyłam się między nimi. Leżaki po lewej i prawej stronie zajmowali inni.

– Po to mnie obudziłaś? – szepnęłam do Sofii.

– Tylko zaczekaj – powiedziała.

Trzymała mnie za rękę, kiedy na kopulastym sklepieniu nad nami zabłysły gwiezdne konstelacje, jakie setki razy oglądałam z ziemi. Światło gwiazd ukazało audytorium pełne ludzi, którzy tak jak my leżeli i wpatrywali się w rozległy sufit.

– To się nazywa sfera niebieska – wyjaśniła Eliza. – Planetarium.

Leżałam oszołomiona, a na niebie w kolorze indygo pojawiały się gwiazdozbiory. Szale Wagi. Jaskrawy Skorpion. Nawet zwykle przyćmiony Smok, skradający się za Małą Niedźwiedzicą.

Sofia nachyliła się bliżej i szepnęła:

– To tam mieszka mama.

Prawie nie oddychałam, kiedy po niebie żeglował księżyc, malejący od pełni do mlecznego sierpa. Wypełniała mnie radość, jakiej nie czułam od śmierci matki.

Eliza wzięła mnie ciepłą dłonią za drugą rękę.

– Miałyśmy nadzieję, że ci się spodoba.

Kiedy tak leżałyśmy, a nad nami obracały się niebiosa, uświadomiłam sobie, że wcale nie straciłam siostry, tylko zyskałam jeszcze jedną.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

Eliza

1914

To było zwykłe wiosenne przyjęcie, jakich wiele w Southampton, z typowymi grami: krokietem, badmintonem. Umiarkowaną wymianą towarzyskich uszczypliwości. Odbywało się w domu matki przy Gin Lane, otoczonym rozległym pożółk­łym trawnikiem opadającym w stronę oceanu. Wiejski dom w stylu królowej Anny, znany większości jako posiad­łość Mitchella – spadek po rodzinie ojca – stał w szeregu podobnych sobie braci w bezdrzewnym South Fork na Long Island, w stanie Nowy Jork, niczym jeden z pasażerów na pokładzie statku wychodzącego w morze.

Gdybym tamtego dnia była bardziej uważna, może potrafiłabym przewidzieć, który z chłopców śmiejących się nad bramkami krokieta umrze wkrótce w lasach Argonne i które kobiety zamienią sukienki z kremowego jedwabiu na czarną krepę. Na pewno nie wskazałabym na siebie.

Był koniec maja, nietypowo zimny jak na tę porę roku nad oceanem, za zimny na bankiety, ale matka nalegała, by pożegnać naszych rosyjskich przyjaciół Stresznajewów w wielkim stylu. Stałam w dużym, chłodnym salonie na tyłach domu. Niczym ze sterówki parowca, miałam stamtąd doskonały widok przez panoramiczne okno na podwórze. Scena z gośćmi wędrującymi po trawniku w stronę wydm, oglądana przez szyby zamglone od morskiej słonej wody, stawała się nieostra.

Poczułam czyjeś ramiona opasujące mnie w talii. Odwróciłam się i zobaczyłam moją jedenastoletnią córkę Caroline, już prawie sięgającą mi do ramienia, o włosach koloru pszenicy ściągniętych z tyłu białą wstążką. Obok stała jej przyjaciółka Betty Stockwell, całkowite przeciwieństwo Caroline – niższa o pięć cali i już rozkwitająca w ciemnowłosą piękność. Mimo że ubrane w jednakowe białe sukienki, różniły się od siebie jak dzień i noc.

Córka mocno objęła mnie w pasie.

– Idziemy na spacer na plażę. Ojciec przeprasza, że dziś rano ubrał się bez twojej pomocy, ale nie pozbawiaj go dubonneta.

Pogładziłam ją po plecach.

– Powiedz mu, że daltoniści, którzy uparcie przemycają do swojej garderoby żółte skarpetki, nie zasługują na przebaczenie.

Uśmiechnęła się do mnie.

– Jesteś moją ulubioną matką.

Zbiegła po trawniku na plażę, obok przytrzymujących słomkowe kapelusze mężczyzn w białych flanelowych spodniach łopoczących na wietrze. Panie w płóciennych pantoflach i kostiumach z kremowego lnu na delikatnych koronkowych bluzeczkach obracały twarze do słońca, szczęśliwe, powróciwszy z takich miejsc jak Palm Beach, że znowu czują północny wiatr. Sufrażystki, przyjaciółki matki, wystrojone w czarną taftę i jedwab, ostro wyróżniały się na tle jasnego trawnika, niczym napuszone wrony w złocistym zbożu.

Moja siedemdziesięcioletnia matka podeszła i wzięła mnie pod rękę.

– Trochę za zimno na spacery po plaży.

Caroline Carson Woolsey Mitchell, nazywana przez siostry Carry, była równie wysoka jak ja, metr osiemdziesiąt – krzepka nowoangielska odrośl starego jankeskiego szczepu, która przetrwała niezliczone huragany i przeciwności losu.

– Nic im nie będzie, mamo. – Zerknęłam szybko i dostrzegłam, że mój Henry, Caroline i Betty idą już po plaży, a wiatr wydyma białą sukienkę córki, jakby chciał ją unieść w niebo.

– Zdjęli buty? – zaniepokoiła się matka. – Mam nadzieję, że szybko wrócą.

Wszyscy troje szli z pochylonymi głowami. Wiatr szarpał białe grzywy fal.

Matka otoczyła mnie ciepłymi ramionami.

– O czym oni w ogóle rozmawiają, Caroline i Henry?

– O wszystkim. Jak zawsze zagubieni w swoim włas­nym świecie.

 

Silniejszy podmuch porwał słomkowy kapelusz Henry’e­go i w słońcu zabłysły jego kasztanowe włosy. Caroline podbiegła, by wyłowić kapelusz z fal.

– Poszczęściło jej się, że ma ojca, który za nią szaleje – stwierdziła matka.

Jak zwykle miała całkowitą rację. Ale czy Caroline znowu przez pół nocy nie będzie kasłać z powodu morskiego powietrza?

Henry pomachał z plaży niczym rozbitek wyrzucony na bezludną wyspę. Odmachałam mu w odpowiedzi.

– Spali się na słońcu z tą swoją jasną karnacją. – Matka też do niego pomachała. – Ci Irlandczycy są tacy delikatni.

– Pół-Irlandczycy, matko.

Poklepała mnie po dłoni.

– Będą za tobą tęsknić.

– Nie wyjeżdżam na długo.

Sofia i jej rodzina przyjechali na miesiąc w odwiedziny z Sankt Petersburga, a ja następnego dnia miałam wybrać się razem z nimi do Rosji.

– Martwię się o ciebie. Rosja jest tak daleko. W Saratodze jest przyjemnie o tej porze roku.

– Może to moja jedyna szansa, by zobaczyć Rosję. Kościoły. Balet…

– Głodujących wieśniaków.

– Mów ciszej, mamo.

– Zlikwidowali pańszczyznę, ale carscy biedacy wciąż są niewolnikami.

– Oszaleję, jeśli będę tkwić tu w zamknięciu. Henry zaopiekuje się Caroline.

– Przynajmniej nie ma wojny. Na razie.

Ci, którzy uważnie czytywali gazety, zauważyli, że reporterzy zapowiadali wojnę z Niemcami, ale świat tyle razy znajdował się już na krawędzi, że nowojorczycy nie przywiązywali do tej sprawy większej wagi.

– Nie martw się.

Odeszła spiesznie, a ja wyszłam na taras i poczułam słony wiatr we włosach. Zanurzyłam się w gwar uprzejmych konwersacji, punktowanych donośnym hukiem przyboju i od czasu do czasu uderzeniem młotka do krokieta. Przecisnęłam się przez tłum, ocierając się o gładkie jedwabie i kaszmiry, w poszukiwaniu mojej przyjaciółki Sofii.

Przyjaciele matki i ojca podzielili się na dwa wyraźnie rozgraniczone obozy. Ojciec nie żył już od kilku lat, ale matka nadal zapraszała jego znajomych na każde spotkanie. Był niegdyś przewodniczącym nowojorskiej Partii Republikańskiej, co znajdowało odbicie w gronie jego przyjaciół: kolegów prawników z żonami, finansistów i nielicznych magnatów, którzy wybili się o własnych siłach.

Przyjaciele matki byli zdecydowanie bardziej ożywieni: aktorzy i malarze płci obojga, sufrażystki wszelkich kształtów i rozmiarów oraz kilkoro członków międzynarodowej socjety z odległych miejsc, o których przyjaciele ojca szeptali między sobą. Nairobi. Bangkok. Massachusetts.

By odnaleźć Rosjan, wystarczyło nasłuchiwać podniesionych głosów, ponieważ stanowili odświeżająco hałaśliwą gromadką, o każdej porze dnia skłonną do głośnych dyskusji w mieszaninie francuskiego, angielskiego i ich ojczystego języka. Minęłam lekarza Stresznajewów, doktora Władimira Leonidowicza Abuszkina – przysadzistego, łysiejącego mężczyznę w futrze z rysia narzuconym na poranny garnitur – nos w nos z lekarzem matki, doktorem Forbesem.

– Nie obchodzi mnie, co robią w Sankt Petersburgu – oświadczył doktor Forbes. Miał pobrużdżoną twarz i obwis­ły podbródek po latach nocnych wizyt przy łożach śmierci i przyjmowania porodów. – Jeśli chcecie, żeby Sofia urodziła zdrowe dziecko, nie powinna podróżować. Potrzebuje odpoczynku w łóżku i wapnia.

Doktor Abuszkin odrzucił głowę do tyłu.

– Ha! Wapń. Mamy dwa miesiące do porodu. Ona jest zdrowa jak rydz.

– Ale jest w grupie podwyższonego ryzyka. Dwa poronienia. Dłuższa podróż jest niebezpieczna.

Znalazłam Rosjan zgromadzonych na drugim końcu tylnego tarasu, wokół moich przyjaciół aktorów: srebrnowłosego E.H. Sotherna, klęczącego na kolanie, i jego żony Julii Marlowe. Julia przemawiała do nich z okna mojej sypialni, ponieważ razem z mężem odgrywali scenę balkonową z Romea i Julii, jedną z ich najsłynniejszych.

– „Wkrótce dnieć będzie; rada bym, żebyś już odszedł”1 – zawołała Julia, wyciągając rękę nad tłumem, okryta narzutą z mojego łóżka.

Rosjanie oglądali to małe przedstawienie z poważnymi minami, podczas gdy reszta gości kręciła się w pobliżu, obojętna na największą amerykańską parę szekspirowskich aktorów ich czasów, jako że często widywała ich występy. Można by zapytać, jak Julia i E.H. w wieku czterdziestu ośmiu i pięćdziesięciu czterech lat mogą grać słynną parę nastolatków, wystarczyło jednak zobaczyć ich na scenie, by docenić ich talent.

Julia dokończyła scenę, nagrodzona entuzjastycznymi oklaskami i wiwatami Rosjan, którzy tworzyli na tarasie wesołą kompanię. Iwan, ojciec rodu, kuzyn cara Mikołaja II, spoglądał na huczący przybój, rękawy jego koszuli łopotały na wietrze. Ten uprzejmy, zadbany mężczyzna odznaczał się pewnym europejskim polorem. Poznał Henry’ego przed laty, kiedy mój mąż był młodym kupcem i zajmował się sprzedażą futer w firmie Poor Brothers Dry Goods, a Stresznajew reprezentował rosyjską izbę handlową.

Druga żona Iwana, hrabina, stała z ciężarną Sofią oraz jej mężem Afonem, wojskowym, i rozwlekle opisywała, jak wysyłała bieliznę osobistą do prania z Rosji do Paryża. Większość gości była dostatecznie dobrze wychowana, by nie gapić się na nią z otwartymi ustami, ale podstarzała rosyjska piękność stanowiła spektakularny widok – ubrana według zeszłorocznej francuskiej mody, w sobolowej etoli, obwieszona sznurami takich dużych pereł i brylantów, jakich nigdy dotąd nie widywano w Southampton przed obiadową porą.

Sofia napotkała moje spojrzenie, uniosła brwi i się uśmiechnęła. Ciąża jej służyła, jej figura nabrała majes­tatycznych kształtów, w przeciwieństwie do mojej przed urodzeniem Caroline, kiedy wyglądałam, jakbym dźwigała przed sobą szetlandzkiego kuca.

Hrabina zignorowała kłótnię rozgorzałą między lekarzami i odciągnęła na bok pokojówkę.

– Przynieś mi wody sodowej, dobrze? I nie zapomnij o lodzie.

Pokojówka odeszła spiesznie, a hrabina położyła rękę na ramieniu Sofii.

– Naprawdę musisz usiąść. Pomyśl o swoim cudownym dziecku i o tym, jak długo już na nie czekasz, kochanie. I koniecznie przestań jeść, bo Afon więcej cię nie dotknie po porodzie.

Sofia strząsnęła rękę hrabiny.

– Zlituj się, Agnesso, prosiłaś już o dwie wody sodowe i zostawiłaś je nietknięte.

– Amerykanie mają dużo kostek lodu na zbyciu, moja droga.

Byłam podekscytowana wyjazdem do Rosji, podróżą mojego życia. Nie tylko zobaczę nowo narodzone dziecko Sofii, ale też wreszcie zwiedzę Sankt Petersburg – obejrzę zdobny klejnotami sobór Zmartwychwstania Pańskiego, zwany Cerkwią na Krwi, z wnętrzem pokrytym drogocenną mozaiką, i obrazy Rembrandta w Pałacu Zimowym cara. A co najważniejsze, codziennie będę mogła odwiedzać moją najlepszą przyjaciółkę.

Pociągnęłam Sofię za rękę do jadalni, pokoju dostatecznie dużego, by pomieścił ogromny mahoniowy stół, zastawiony tacami przekąsek i deserów, oraz różową adamaszkową sofę.

– Dziękuję, że mnie od nich uwolniłaś. Agnessa umiera ze strachu, że dziecko może się pojawić w każdej chwili.

– W końcu to dziedzic. Wiesz, jakie są matki.

– Macochy. A Afon to wrak człowieka… Sam staje się dzieckiem wraz ze zbliżającym się porodem.

– Cieszę się, że jutro wyjeżdżamy, kochana. W domu mniej się będą martwić.

Sofia sięgnęła przez stół i wzięła jedno z ciastek.

– Jak to się nazywa?

Uwielbiałam kojące brzmienie głosu przyjaciółki. Jej rosyjski akcent wygładzał krawędzie angielszczyzny; zauważyłam, że ludzie często przerywali swoje zajęcia i nachylali się do niej, aby jej posłuchać.

– Kruche ciastka z kajmakiem, przepis z wojny domowej.

Poprosiłam w kuchni o skorzystanie z rodzinnych przepisów babci Woolsey. Pieczone jabłka. Biszkopciki i likier jeżynowy.

Sofia skończyła ciastko w trzech kęsach.

– Chciałabym zostać tu na zawsze i żywić się ciastkami. Podróż do domu będzie okropnie długa…

– Statkiem do Francji, a potem pociągiem do Sankt Petersburga? Brzmi niebiańsko. – Zawsze się cieszyłam, kiedy miałam pretekst, by wyjechać na lato z Nowego Jorku.

Przyjaciółka sięgnęła po następne ciastko.

– Jak możesz tak mówić? Połowa Rosji strajkuje. Nie doceniasz tego, co masz tutaj. Plaża i Manhattan…

– Tak, tkwienie nad oceanem w mokrym kostiumie kąpielowym albo pocenie się w nagrzanym mieszkaniu w mieście. Zagraniczne podróże to jedyne lekarstwo.

– Zawsze jest praca społeczna.

– Mam wstąpić do jakiegoś stowarzyszenia naprawiaczy świata i ględzić z innymi o funduszach na mleko i wentach kościelnych? W przeciwieństwie do mojej matki większość z tych ludzi nie zmienia zbyt wiele i z pewnością nie poszerza swoich horyzontów.

– Żeglujesz…

– Tylko pod przymusem. Jedyne jednostki pływające, które mnie interesują, to parowce płynące na wschód. Poza tym tęsknię za Lubą.

– Ja też. Gdyby tylko Agnessa nie przekonała ojca, że ona musi studiować…

Sofia położyła jedną rękę na brzuchu i się skrzywiła.

– Dziecko? – zapytałam, nieco oszołomiona na tę myśl. Było za wcześnie.

– To nic.

Goście zebrali się przy stole i przeprowadzali inspekcję poczęstunku. Matka przepłynęła obok nas, niewzruszona kłótnią lekarzy, wysoko unosząc silny podbródek Woolseyów. Za nią ciągnęła się przyjemna mieszanina woni słonego powietrza, perfum Jicky i kulek na mole. Jak zwyk­le radziła sobie z kłopotami w ten sposób, że ignorowała je z uśmiechem, przeczekiwała jak nagłą ulewę.

Poczułam, że o moje ramię ociera się zimna, aksamitna miękkość, typowa dla okryć z bobrów. Odwróciłam się i zobaczyłam naszą sąsiadkę Elektrę Whitney z twarzą jak zniszczona ściana stodoły, sięgała przez stół po kanapkę. Elektra mieszkała kilka domów dalej przy Gin Lane, w ponurym domiszczu przypominającym sarkofag, gdzie przy każdych drzwiach stali lokaje w liberii. Tego dnia była sama, a nie jak zwykle otoczona przyjaciółkami z Towarzystwa Ogrodniczego Różowe i Zielone.

Nakładała sobie wędzonego łososia i wyraźnie się z tym ociągała. Podsłuchiwała?

Do pokoju wszedł nasz ogrodnik, noszący jakże pasujące do niego nazwisko Gardener, dźwigając w obu rękach srebrną wazę wykonaną przez Paula Revere’a, wypełnioną antycznymi różami, z których był tak dumny – od kremowobiałych do kwiatów w kolorze fuksji.

Sofia aż się zachłysnęła i przycisnęła rękę do zaokrąg­lonego stanika.

– Tak pomyśleliśmy, że ci się spodobają – powiedziałam.

Niegdyś moja przyjaciółka zapowiadała się na wybitną botaniczkę i nadal studiowała rośliny dla przyjemności. Kiedy nie spacerowała po wydmach w poszukiwaniu róż japońskich, spędzała długie godziny w cieplarni matki, szczepiąc orchidee.

Pan Gardener postawił wazę na lśniącym stole jadalnianym – filcowa podkładka cicho spoczęła na mahoniu – otarł ręce o przód białego kombinezonu i odwrócił się, by odejść. Jego rodzina znała się z rodziną mojej matki od dwóch pokoleń. Był niezwykle miłym i przystojnym młodym człowiekiem: wysoki, krzepki jak drwal i ciemny jak ilasta ziemia, którą uprawiał.

Sofia ujęła go pod pachę.

– Jest pan po prostu geniuszem od róż, panie Gardener.

Elektra przysunęła się bliżej stołu i zmierzyła wzrokiem ogrodnika od stóp do głów. Potem spojrzała na róże.

Każdy kwiat był piękniejszy od drugiego: bladoróżowa róża stulistna Williama Lobba o płatkach porośniętych mszystymi włoskami; cielista, rozkosznie pachnąca Madame Bosanquet.

Sofia wdychała ich woń.

– Nigdy takich nie widziałam. Ten zapach jest niezwyk­ły. Prosto z Chin?

– Nie, pszepani. To są antyczne. Niektóre najpiękniejsze stare róże teraz po prostu rosną dziko.

– On je znajduje w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach – dodałam. – Na cmentarzu, w składzie drewna.

– Przypuszczam, że są też odporne na choroby – powiedziała Sofia. – Pan jest czarodziejem, panie Gardener. Ta kremowa z plątaniną złotych nitek w sercu…

– Ulubiona pani Mitchell, i moja też – odparł z uśmiechem. – Katharina Zeimet… Taka odporna, długo kwitnąca odmiana. Potrzebuje tylko wody i trochę nawozu.

– Pan Gardener chętnie zapakuje parę dla ciebie, prawda? – zapytałam. – Żebyś je zabrała do domu, do swojej cieplarni.

Elektra postąpiła krok w naszą stronę.

– Nielegalne jest rozmnażanie roślin wciąż chronionych patentem, jeśli się nie płaci tantiem. Można to nazwać kradzieżą.

Pan Gardener wyprostował się i wbił wzrok w podłogę.

– Pozyskanie sadzonki z dzikiej rośliny to nie kradzież i nie jest to gorsze niż podsłuchiwanie, Elektro.

 

– Czegoś takiego nigdy nie widywano w Southampton – oświadczyła.

– I nigdy nie widywano nieuprzejmego zachowania.

Sąsiadka odpłynęła w tej samej chwili, kiedy matka wprowadziła tłum gości z tarasu i zagnała ich do jadalni. Pan Gardener odszedł z ukłonem.

Kiedy Elektra Whitney nauczy się pilnować swojego nosa?

– No chodźcie – zawołała matka.

Goście kłębili się wokół nas, pokojówki roznosiły w tłumie srebrne tace ze smukłymi kieliszkami wypełnionymi bąbelkującym bursztynem.

Afon podszedł i stanął obok Sofii. W cywilnym ubraniu wyglądał jak zwyczajny, przystojny młody człowiek, ale w granatowym mundurze stawał się niewątpliwie Rosjaninem, ze swoimi brązowymi oczami o gęstych rzęsach i strzechą granatowoczarnych włosów.

– Matka cię szuka, Sofio – powiedział. – Aha, Elizo, doktor Abuszkin właśnie popchnął waszego lekarza na stolik z herbatą.

– O nie… – jęknęła Sofia, marszcząc czoło.

Matka wspięła się na podnóżek, wciąż prosta jak świeca po latach stania z kijem od szczotki trzymanym z tyłu, między zgiętymi łokciami. Założyła za uszy druciane zauszniki okularów. Jej przyjaciółki sufrażystki skupiły się wokół nas, szeleszcząc jedwabnymi sukniami.

– Dziękuję wam wszystkim za przybycie! – zawołała matka, rozkładając ramiona.

– Słuchajcie, słuchajcie! – krzyknął ktoś w tłumie.

Zadzwoniłam łyżką o kieliszek i w pokoju ucichło.

Odchrząknęła.

– Nie co dzień gościmy takich…

Drzwi salonu otworzyły się z hukiem i pojawili się dwaj doktorzy, a tuż za nimi hrabina.

– Niech ktoś wezwie policję do tego człowieka! – zawołał do matki doktor Forbes. – Jest pijany i chyba złamał mi nadgarstek.

Matka się odwróciła.

– Panowie… Panowie doktorzy, świętujemy tutaj…

– O nie! – Sofia zawołała z sofy i objęła rękami brzuch. – Elizo…

Podbiegłam do niej, a Afon uklęknął przy jej stopach.

Hrabina chodziła po pokoju, wachlując się rękami.

– Dieu, sauve-nous! Ona rodzi.

Matka przepchnęła się do nas, podwijając rękawy.

– Przynieście moją torbę – rozkazała i nasza pokojówka Peg pobiegła po czarny medyczny ekwipunek.

Sofia sięgnęła po moją rękę.

– Nie zostawiaj mnie, Elizo.

Trzymałam ją za rękę i modliłam się, żeby dziecku nic się nie stało, z mdlącym przeczuciem, że nigdy nie zobaczę Sankt Petersburga.

1 William Szekspir, Romeo i Julia, przeł. Józef Paszkowski.