Tamten świat

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

1. I CO DALEJ PO KLĘSCE

Nowe terytorium. O listach okupacyjnych i „bocznicy dziejów”

Mapa

Życie

Żywi i umarli

Książki

Tren po stracie

Triumwirat?

„Odrodzenie” – pierwsze teksty na nową rzeczywistość

Przypis: Miasteczko wraca

Krakowska „Twórczość” jako nieukończony projekt humanistyczny

Co zawiera archiwum Kazimierza Wyki?

2. INTELIGENCI: PODOBNI, RÓŻNI, SPRZECZNI

Fantazmaty do wymiany

Bobkowski wobec pokusy sarmatyzmu

W świecie myśli

Konwicki i Pilch (albo centrum i pogranicza jako możliwość literacka)

Kronos – możliwe lektury

Umysł nienasycony. O dzienniku Andrzeja Kijowskiego

Mrożek w dwóch odsłonach

Baltazar – powrót do życia

Środowisko – literatura

Ostatnia odsłona. Dziennik 3 i sprawy z pisarzami

3. ICH OPOWIEŚCI

Rozmowa z Olą Watową – „Miałam teraz szereg takich wspomnień...”

Powrót Oli i Aleksandra Watów

Pod wpływem jednego zapisu... Wat i Gałczyński

Olga Scherer – powieściopisarka

Opowiedzieć swoją historię. O powieściach Janiny Katz

Rodzina idei w ujęciu Pawła Taranczewskiego

Czy postacie literackie wrócą? (W związku z Giavą Czesława Miłosza)

4. TAMTEN ŚWIAT

Poza socjalizmem. O korespondencji Czesława Miłosza i Jana Błońskiego

Czarna kamienica

Ostaniec – co zapamiętają? O książce Jerzego W. Borejszy Ostaniec, czyli ostatni świadek

Postscriptum

Przypisy

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Zespół redakcyjno-korektorski: BARBARA GÓRSKA, KRZYSZTOF LISOWSKI, ANNA RUDNICKA, KRYSTYNA ZALESKA

Opracowanie graficzne i projekt okładki: MAREK PAWŁOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07202-8

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

1.

I CO DALEJ PO KLĘSCE

Nowe terytorium.

O listach okupacyjnych

i „bocznicy dziejów”

Mapa

„Powróciliśmy do porzuconych domów [...]. Ziemię naszą nieprzeliczonymi wstęgami opasał szatan [...]. Stała się jesień do rozmyślań szczególnie sposobna” – tak patetycznie rozpoczął Kazimierz Wyka pisanie Pamiętnika po klęsce, jesienią 1939 roku. Nie dokończył go; z lakonicznego dopisku na marginesie rękopisu domyślamy się, iż kres zapisowi położyło powstanie warszawskie. Jego złe przeczucia przyszłości zaczęły się sprawdzać, choć nie wiedział o tym do końca.

Pociąg opuszczający Kraków kieruje się w stronę Trzebini i Katowic. Po drodze zatrzymuje się na małych stacjach: Mydlniki, Zabierzów, Rudawa, Krzeszowice. Zbliżając się do Krzeszowic, mija, po lewej stronie, potężne wapienniki. Stacja jest oddalona od centrum miasteczka, być może przy niej znajduje się poczta. Pociągi są niezmordowane, kursują tędy często. Ich stukot dochodzi w czystym powietrzu do domów po przeciwnej stronie linii kolejowej. Jadą tędy do Oświęcimia. Zatrzymują się tutaj, wioząc dzieci ocalone z powstania warszawskiego. Mieszkańcy zbierają się na stacji, bo niektórzy chcą adoptować sieroty.

Nad Krzeszowicami, wówczas Kressendorfem, góruje pałac Potockich. Zostaje on letnią siedzibą gubernatora Hansa Franka, który w zimie mieszka na Wawelu, mając naprzeciw główny urząd Generalnego Gubernatorstwa, w pięknym budynku Arsenału. W Arsenale znajduje się siedziba Ost-Institut, gdzie urzęduje Walter Christaller, autor Generalnego Planu Wschodniego. Powstaje wizja geopolityczna, powoli nabierająca kształtów.

Park pałacu Potockich, z rzadkimi drzewami (pośród nich wspaniały miłorząb, właściciele lubili bowiem egzotyczny drzewostan), zachęca do przechadzek. Po wojnie – ale do jej końca jeszcze daleko – mieszkańcy wtargną do pałacu, aby rabować to, co zostało po gubernatorze. Tną na kawałki perskie dywany, żeby zmieściły się w ich mieszkaniach. Następne lata nie są sprzyjające dla pałacu. Szkoła, która się tam instaluje, pogłębia dewastację. Można się o tym przekonać w lepszych czasach, gdy wolno już było zwiedzić wnętrze. Wspaniała sala balowa wygląda jak bezkresna tafla lodu. Ale chyba nikt już w niej nie tańczy.

Łoskot pociągów trwa wciąż w pamięci świadków tamtych lat: w wierszu Wisławy Szymborskiej o żydowskich imionach, w pierwszych lirykach Tadeusza Różewicza.

Pociągi to również poczta, listy kursują dynamicznie, nawiązują się przerwane przez wojnę nici. Andrzej Kijowski pisał niegdyś o „bocznicy dziejów”, na której znaleźli się prowincjonalni Polacy w latach okupacji. Niezupełnie tak było. Na mapie nakreślonej przez okupacyjną korespondencję jest Warszawa, Kraków, Krzeszowice, Rudawa. Przyjaciele Kazimierza Wyki, których listy przetrwały – ich pożółkłe koperty są w zupełnie dobrym stanie, ze znaczków spogląda wyraziste oko Hitlera – podejmują życie na różnych poziomach. Wewnątrz swojego czasu nie są jeszcze wzniośli, lecz codzienni. Po wojnie Jan Strzelecki pisze, iż wszyscy żyli na krawędzi i nad przepaścią. Tak, bo retoryka wojenna i martyrologiczna zobowiązywała do określonego stylu. Listy mogły być inne.

Jak więc żyli? Co zaprzątało ich umysły? Na co oczekiwali, prócz końca wojny rzecz jasna? Choć ich codzienność bada się wciąż skrupulatnie, ten przypadek jest swoisty, bo inne są okolice, ścieżki lektury, historie rodzinne. Losy korespondentów (i bohaterów tych listów) po wojnie zaczną się rozchodzić. Nie wszyscy ją przeżyją. Młodzieniec, którego z zachwytem poznają Miłosz i Andrzejewski, widząc w nim od razu poetę ponad miarę czasów, zginie. Najstarszy i najbardziej sceptyczny Karol Irzykowski to cywilna ofiara powstania. Odejdzie Karol Ludwik Koniński, zostawiając Uwagi 1940–1942. Rozpraszają się mieszkania, giną przedmioty, zapadają się w nicość obrazy. W niewielkim ciemnym domku Konińskiego, położonym tuż przy stacji kolejowej w Rudawie, ściany pokrywały obrazy Witkacego. Zapewne są gdzieś i teraz, ale już jako muzealny eksponat. Muzeum lat okupacji potężnieje, życie znika. Zamazuje się mapa niewielkiego skrawka Małopolski – Generalnego Gubernatorstwa – a małe podróże do Kressendorfu osiągają wymiar mitologiczny.

 

W roku 1975 Czesław Miłosz pisał do Jerzego Andrzejewskiego:

„Z całej mojej tzw. działalności niewiele pamiętam, poza tym, że jestem profesorem literatur słowiańskich. Nie, pamiętam dnie (2 chyba) spędzone przez nas u Wyki w Krzeszowicach i wielkie porozumienie naszego triumwiratu. Tudzież wielkie szczęście naszego wchodzenia po pijanemu do Krakowa tego lata 1941”.

Wędrując opłotkami, zatrzymując się w przydrożnych knajpach, gdzie wciąż grały cygańskie kapele, młodzi mężczyźni chcieli ominąć czas, który na nich czekał. Czyli klęskę Francji, obozy, powstanie warszawskie, inne wędrówki pośród ruin spalonej Warszawy. Od stacji kolejowej w Krzeszowicach idą podobnie jak ich listy. Przecinają szosę, mijają ukryty po lewej stronie pałac Potockich, docierają do ulicy Targowej, gdzie stary Wyka prowadzi swój handel drzewem (na te dni zwolnił syna z obowiązku pomocy, więc wszyscy trzej pozują na deskach do fotografii), docierają wreszcie na skraj miasteczka, do ulicy Niecałej. Naprzeciw domu, w którym mieszka Wyka z rodziną (kwaterują też u niego dwaj oficerowie Wehrmachtu), stoi elegancka, niewielka willa, której strzeże pies i mundurowa warta. To krzeszowickie gestapo.

Więc prowincjonalne terytorium jest szkicem, który powtarza się wszędzie, w większych proporcjach. A jednak poza jego granicami, wchodząc do ogrodu przyjaciela, Miłosz i Andrzejewski pozostawią okupacyjną traumę Warszawy i jej pełne spięć życie podziemne. Są, mimo wszystko, w ogrodzie niewinności. Czytają wiersze, układają pastisze, patrzą, jak rosną dzieci.

Miłosz do Wańkowicza: „Bo w latach okupacji rozumieliśmy sytuację, udając często przed sobą, że jej nie rozumiemy [...]. I trzeba panu wiedzieć, że przyczyną, dla której Andrzejewski jest dziś w partii, był kwietniowy dzień 1945 roku, kiedy w Warszawie szukaliśmy śladów po naszych przyjaciołach w stosach gruzów”.

Życie

Stary krytyk, Karol Irzykowski, wierzy w roku 1941, iż przyszłość po wojnie będzie podobna do międzywojennej. I jest pewien, że podręcznik literatury polskiej, który zamierza napisać, przyniesie mu nie najgorszy dochód, którego wysokość dokładnie planuje. Trzystustronicowa książka pozostała w fazie projektu będącego znakomitym zapisem umysłowości Irzykowskiego, kostycznym i odkrywczym jednocześnie, egotycznym i wskazującym trafnie na wybitne punkty literackiej mapy. Można wątpić, czy ten rozrachunek z dwudziestoleciem doczekałby się druku zaraz po wojnie. Powstają co prawda liczne ankiety na ten temat, ale ich odpowiedzi dyktuje często rozczarowanie, chęć wybicia się, a także złudna nadzieja na nowe, lepsze czasy, które nadchodzą.

„Gdyby wojna się przeciągała – moja literatura – przy nieco lżejszym kursie politycznym – będzie się mogła również ukazać [...]. Zaliczki biegną także po wojnie [...]. Może wygoda skłoni mnie do sądów łagodnych, ciepłych, wujaszkowych? Surowość winna być opłacona ekstra...”.

Irzykowski gromadzi więc książki, co nie jest wówczas łatwe. Nie chce pisać „z pamięci”. Potrzebne mu są szybko i niezbędnie, „żeby od razu pisać, bo wtedy najlepiej wypada – jeszcze w nastroju wojennym”.

Krytyk nie przewiduje swojego końca – wojna jest dla niego tylko etapem, dokuczliwym, ale przejściowym. Przypomina się scena z filmu Jana Komasy o powstaniu warszawskim, w której operatorzy filmują w piwnicy Marię Rodziewiczównę. I mówią do niej: „niech się pani podpisze, tak jakby pani dawała autograf”. Stara pisarka, mało już świadoma sytuacji, w jakiej się znajduje, kreśli w powietrzu sygnaturę. Gesty zdają się trwać, niezmienione, choć świat wokół rozpada się w gruzy.

Jest październik 1941 roku – a jednak, z którejkolwiek perspektywy ludzkiej spojrzeć, istnieje wola jakiegoś okrzepnięcia w nowej sytuacji. Nastrój wojenny wydaje się jeszcze stymulujący, niedestrukcyjny. Czesław Miłosz ma, jak sam pisze, mocną pozycję „w firmie” – czyli dobre układy z wydawcą, Ryńcą, skupującym rękopisy i zapewniającym tym samym pisarzom środki do życia.

Zmysł praktyczny jest wspólny, a ekonomiczne przetrwanie istotne. Bo zanim się zaczną rodzić idee – po lekturach, po listowej wymianie myśli – trzeba jakoś żyć.

„Teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje” – piosenka staje się bardzo popularna, umieją ją zanucić nawet dzieci.

A więc mały handel codziennej potrzeby rozwija się pomiędzy korespondentami. Koniński potrzebuje rumianku jako składnika do tytoniu, z którego kręci papierosy (moja mama robiła to jeszcze długo po wojnie), ale także „spirytualiów” (spirytus apteczny), jak się można domyśleć, do picia raczej niż do nacierania, i ziemniaków na zimę. Te załatwia mu Wyka, radząc, jak wynająć taniego woźnicę. Sam pracuje w tartaku swojego ojca i sprzedaje deski. Ale opuszcza też Krzeszowice, w Krakowie bierze udział w tajnym nauczaniu; mieszka tam też, zanim przeniesie się do Goszyc, Jerzy Turowicz (przy ulicy Sobieskiego), w Warszawie są Czesław i Jerzy, i jest młody Baczyński, a także warszawska rodzina Wyków. To ona zostaje dotknięta najmocniej represjami – w egzekucji ulicznej ginie Ludwik Goryński, profesor psychologii, brat szwagra Kazimierza Wyki. Juliusz Goryński (z Goldscheiderów) architekt, wraz z żoną Kazimierą Szybińską i małymi dziećmi, to jedyny uratowany. Kazimiera jest siostrą mojej matki, Jadwigi.

Istnieje więc inny krąg, infernalny. O nim się tylko napomyka, ale linia ognia się poszerza. Po upadku powstania Wyka stara się załatwić w okolicy Krzeszowic mieszkania i punkty oparcia dla przyjaciół. Żaden z nich tam się nie osiedlił. Republika pisarzy po klęsce okazała się szlachetną utopią – albo zmieniła się we wspólne domy dla wygnańców z różnych okolic Polski i Europy (w Krakowie, potem w Łodzi).

Małe rzeczy, prywatne przedmioty są dzisiaj częścią badań opisujących Zagładę. Karol Ludwik Koniński pisze w Uwagach... o swoim głęboko intymnym związku z rzeczami. To również część duchowości i punkt oparcia. Jakiego dzbanuszka szukał Wyka dla Turowicza? Dlaczego nie udało się go kupić? Gdzie zginął? Ten niejasny wątek korespondencyjny nie ma już dziś znaczenia, ale przemawia wprost do naszych emocji. Klęskę małych przedmiotów, ich nieistnienie widzimy jak miniaturę klęsk wielkich, obie zaś są równie dotkliwe.

Obowiązki obywatelskie mieszkańca małego miasteczka to uczestnictwo w „straży nocnej”, która pilnuje spokoju na ulicach, a potem kopanie rowów przeciwlotniczych. Gdy nadeszły naloty sowieckich samolotów rowy okazały się bezużyteczne, bo Niemcy wcześniej uciekli. Armia Czerwona zbliżała się od strony ulicy, gdzie stał dom rodziny Wyków. Wracając „ze zwiadu”, mój ojciec powiedział: „Rosjanie zaraz tu będą”. I rzeczywiście, nadeszli, zajęli dom, przygotowali sobie solidny popas z alkoholową ucztą, zganiając całą rodzinę do piwnicy.

To ostatni etap tej okupacyjnej historii, listy się urywają, pociągi przestają jeździć. Wyka z Krakowa do Krzeszowic wraca pieszo, poboczem atakującej miasto armii Koniewa. Wtedy ustala się „bocznica dziejów”, o której pisze Kijowski.

Do „nicowania wojny” (znakomity termin Przemysława Czaplińskiego) dochodzi po wielu latach, gdy listy, eseje i wiersze są przede wszystkim świadectwem. Kiedy powstawały, były próbami, projektami, eksperymentami, tworzeniem nowego języka.

Żywi i umarli

Wielkim umarłym jest Stanisław Ignacy Witkiewicz. Jego rola, pozycja i przyszłe znaczenie podlegają wymownej zmianie. Rozmowa, jaka się o nim wywiązuje pomiędzy Konińskim i Wyką, jest szczególnie ważna. Koniński uważa Witkacego za twórcę o wysokim natężeniu etycznym, za człowieka czystego. Przeciwstawia mu Jarosława Iwaszkiewicza – czego nie zamierzam tutaj oceniać. Okoliczności śmierci Witkacego są znane, ale, aby tak rzec, mają formę zwięzłego komunikatu. Zabił się. Dlaczego? Zanim biografowie przystąpią po latach do swoich działań, i Miłosz, i Wyka, i Koniński zaczynają zastanawiać się nad tym szczególnym przypadkiem ludzkim i artystycznym (nie tylko poruszają ich okoliczności tego odejścia). Miłosz w Legendach nowoczesności uważa Witkiewicza za przedstawiciela literatury męskiej, za osobnika heroicznego. Dlatego przede wszystkim, że wbrew opiniom elit dwudziestolecia, wbrew lekceważącym często głosom prominentnych krytyków na marginesie, na peryferiach wymyśla nowy język, który przeczy przyjętym normom i gustom.

Witkacy staje się symbolem dwudziestolecia, przeciwwagą dla niepowagi, a nie błaznem, za którego się go uważało. Przeżycie wojenne nadało jego gestom metafizyczny sens, i ten sens korespondenci chcą uchwycić w jakąś formułę.

Poszukiwanie zmierza ku odtworzeniu tragedii epoki, nie tylko pojedynczego człowieka. Przypomnijmy, iż literatura polska poniosła w wojennych, następnych latach, wiele strat. I kwalifikuje się te dramatyczne luki jako „straty” przede wszystkim. Podczas powstania ginie Juliusz Kaden-Bandrowski, którego pozycja była niepodważalna, władcza. Ale nie odczuje się tego odejścia jako faktu symbolicznego. To może zbyt proste przeciwstawienie odsłania jednak pewien stan umysłów: Kaden jest stratą, ale nie jest ubytkiem. Witkacy otwierał drogę, po której, oprócz niego samego, nikt nie umiał się poruszać. Był możliwością niespełnioną – Kaden zaś już tylko stroną z historii literatury. Szansa na nowoczesność została na wiele lat utracona.

Odchodzą nauczyciele, wychowawcy, mentorzy. Wśród nich profesor Kazimierza Wyki, Stefan Kołaczkowski. Zwolnionego z obozu Wyka odwiedza w szpitalu w Krakowie. Nie rozpoznaje twarzy. Po latach dedykuje Modernizm polski Kołaczkowskiemu i Chrzanowskiemu. Bo to książka z tamtej przeszłości, powstawała już w latach okupacji, pod wpływem lektury jej maszynopisu Koniński zainteresował się żywo strukturalizmem. Nie wiadomo, czyby się spodobała mistrzowi.

Książki

Książki, żywe istoty, z wysokości, z jasności – pisał Miłosz. Wiersz o książce (który trawestuję) powstał w jego późnych latach, lecz zarzewie miłości do książki w latach wojny jest szczególnie wyraźne. Zapewne dlatego, że nienormalność wojny, którą Wyka nazwał „życiem na niby”, przyznawała okupacji status szczególny, twórczy i refleksyjny.

„Jesteśmy w sytuacji kamieni młyńskich, które mielą bez ziarna [...] obracamy się, bo to jedyna rozsądna rzecz” – tak widział tę sytuację Miłosz, który pracuje nad Legendami nowoczesności. Posyła plan Wyce i na jego podstawie możemy dowiedzieć się, czego nie napisał. Nie ma eseju o humorze i śmiechu jego pokolenia ani osobnego tekstu o religijności (bo nie chodzi zapewne o Religijność Zdziechowskiego).

Miłosz utrzymuje listowy kontakt z Bolesławem Micińskim, więc już w roku 1941 Wyka wie, że powstało „dziełko o Kancie”, i pisze się następne – o Julianie Apostacie. Miciński zastanawia się nad polityką swoich czasów. Jego uwagi na ten temat należą do najciekawszych wojennych refleksji; są to jednak tylko uwagi, podobnie jak u Konińskiego. Zarys całości, pomimo że materiał dowodowy wciąż narasta, widoczny jest tylko pod piórem Miłosza i Wyki (Legendy nowoczesności i pisane już Życie na niby).

Widoczny jest pewien absurdalny rys w lekturach okupacyjnych: czyta się to, czego już nie da się napisać w zmienionej sytuacji, a pisze się w innej zupełnie przestrzeni tekstowej. Wielkie bowiem okupacyjne lektury to klasyczna epika – i tak jest w całej bodaj Europie. W Polsce, we Francji, w Ameryce. Balzac, pisarz „ludzkiej komedii”, nabiera odmienionego znaczenia. Jak go czytali? Ludzki świat Balzaca to nie tylko realistyczny obraz społeczności francuskiej w pewnej epoce. To przede wszystkim mapa różnych terytoriów emocjonalnych, niekończący się zbiór zachowań ludzkich, słowem, obraz świata w ciągłym ruchu i zmianie. Stefan Zweig nie kończy co prawda rozpoczętej biografii Balzaca, przerywa ją samobójcza śmierć. Ale część dzieła znamy, a całość Zweig relacjonował dokładnie w listach do wydawcy.

Podobno podczas wojny secesyjnej konfederaci czytali na głos Nędzników Wiktora Hugo. Dowiadujemy się o tym z Przeminęło z wiatrem. Z zapałem czytano ich też w latach okupacji.

W tym dziwnym, ale prawdziwym splocie widać zasadniczą niemożność literatury związaną przede wszystkim z językiem, z ekspresją wielkich wydarzeń. Wojna to wciąż Tołstoj. Ale język zaczyna się powoli obracać, zmieniać. Dowodem w tej sprawie okaże się najpierw poezja – powstaje Świat (poema naiwne). Prozę oczekuje dłuższy proces. To oczekiwanie i narastanie widać w listach Andrzejewskiego, wielbiciela wysokiego tonu w prozie. Ale jego groteski okupacyjne dowodzą, iż wzniosłość musi – na jakiś czas – ustąpić miejsca ironii. Listowe wykłady Andrzejewskiego dość wyraźnie zapowiadają jego dalszą drogę – Zaraz po wojnie (czyli Popiół i diament) historia literatury miała zakwestionować i odsunąć na margines. Ale podobny los spotkał Miazgę. W gąszczu epiki Andrzejewski wciąż szukał tonu nastrojonego na dykcję Bernanosa. Tymczasem autor Pod słońcem szatana przestawał być wzorem, choć planowano dalsze przekłady (Turowiczowie). Ale wciąż szukano wzorów przede wszystkim francuskich.

 

Jak Francja mogła tak zawieść zapalonych czytelników Barrèsa, Ropsa, Mauriaca, Georges’a Bernanos, Bendy, Céline’a? A także Belmonta, Maritaina i Mouniera? Kapitulacja Francji, ciężko przeżyta i nigdy nieprzepracowana, pozostanie bolesnym miejscem świadomości. Podobna nieco przemiana wiąże się z filozofią. Już przed wojną oddalano się od Nietzschego, aby zbliżyć się do Schopenhauera. Ta tendencja się nasila – i Schopenhauer właśnie patronuje teoriom okupacyjnego pesymizmu. Miłosz do Schopenhauera wracał wielokrotnie, na różnych etapach twórczości. Odczytywano jego pisma wciąż na nowo.

Zawiązki wielkiej przemiany duchowej były wcześniejsze niż lata przymusowego zawieszenia. Miłosz pisze do Wyki: „Ludziom zdaje się, że bolesność życia datuje się od wojny, bo dopiero teraz ją odczuli. Wymagają, bo sądzą, że to przełom, wstrząs – co jest nieprawdą. Myślę, że stan wody się nie zmienia, czy temperatura wynosi 100 czy 120 – tak samo się gotuje [...]. Jest pewna granica intensywności odczuwań, poza nią jest już tylko euforyczny śmiech [...]. Zważ, że epoki wielkich wstrząsów nie sprzyjają skargom i elegiom”.

Ta przenikliwość w ocenie „dziejów” powróci u Miłosza w Traktacie moralnym, ostatnim utworze poety, jaki udało się Wyce wydrukować w „Twórczości”. A więc czuł o wiele wcześniej, że „jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”.

Wraz ze zmianami frontowymi i politycznymi, ze świadomością, iż wojna skończyć się musi, pokoleniowa solidarność zaczyna podlegać wielorakim komplikacjom. Wyka ogłasza w podziemnym piśmie „Miesięcznik Literacki” tekst zatytułowany Nadzieje na emigrację, podnosząc w nim i dyskutując sens porównania lat okupacji z Wielką Emigracją listopadową. Wtedy najwybitniejsi opuścili Polskę, „romantyzm krajowy” nie odegrał istotnej roli w kształtowaniu polskości, wielki krąg ukształtował się we Francji i nigdy, pomimo personalnych rozgrywek, nie uległ rozpadowi. Teraz pisarze wybitni są w większości w granicach okupowanego kraju, a ich doświadczenie różni się od tamtego, romantycznego. Czemu miał służyć ten wywód?

Można zaryzykować twierdzenie, iż Wyka, do pewnego stopnia, przeczuł polityczne zagrożenie przyszłości, która się zbliżała. Posłużył się ciekawym określeniem, mówiąc: zachowajmy „milczenie wewnętrzne”. Co nie znaczy, że nie będziemy drukować i brać udziału w życiu publicznym. To jeden z ostatnich aktów przynależności do pokolenia imponderabiliów, sugestia gospodarska (co potem będzie się powtarzać), podjęta zaraz po wojnie przez wielką trójkę korespondentów.

Formuła ugodowości okazała się krucha i bliska utopii w konfrontacji z realiami. Wszystkie bodaj wersje odchodzenia od zapomnianej Wykowskiej formuły są już opisane. Nie wchodząc więc w nie raz jeszcze, warto pamiętać, iż dramaty osobistych wyborów rodziły się nie wśród oportunistów, lecz w kręgu ludzkim i pisarskim, dla którego powołanie zawodu było nie tyle dylematem, ile prawdziwym problemem moralnym.

Tren po stracie

Listy Stefanii Baczyńskiej do Kazimierza Wyki to największy tren po stracie w polskiej literaturze. Z niezbyt udanego związku nauczycielki polonistki ze Stanisławem Baczyńskim przychodzi na świat Krzysztof – maturzysta w przededniu wojny, poeta, powstaniec, chłopiec wątły i cichy. Poetę odkrywają w nim wszyscy korespondenci Wyki, a on sam pisze o nim pierwszy poważny artykuł krytyczny List do Jana Bugaja. Tyle tytułem przypomnienia.

Choć może warto coś dodać do terytorium Krzysztofa: ostatnie przedwojenne wakacje spędza w Bukowinie Tatrzańskiej, w starym drewnianym domu, wystawionym na widok Tatr, z ciemnymi pokojami i skrzypiącymi podłogami. Jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku mieszkała tam stara góralka, która go pamiętała. Dalecy krewni chcieli wówczas sprzedać dom, ale kupiec się nie znalazł. Pamięć miejsc dopiero dojrzewała. Krzysztof w tym domu pisał swoje pierwsze utwory.

Związek matki z synem, potem zaś z dziecinnym, jak sama mówiła, małżeństwem Barbary Drapczyńskiej i Krzysztofa, tylekroć opisany, porusza do głębi. Kryła się w nim – ale ujawniła w listach – bezwzględna miłość i równie silne rozczarowanie wobec świata, który nie docenił jej syna. Stefania Baczyńska dopiero po ekshumacji grobów powstańców uwierzyła w jego śmierć. Ustalając trzech kuratorów (Andrzejewski, Turowicz, Wyka) spadku po Krzysztofie, ustanowiła też nagrodę jego imienia. Uczestniczyła w pierwszym – i ostatnim – posiedzeniu jury, w lipcu 1948 roku. Czy w jej obecności pierwszy laureat tego wyróżnienia, Tadeusz Różewicz, nagrodę odebrał – nie wiem.

W testamencie zapisała dochody z praw autorskich nie tylko na poetycką nagrodę, lecz również na fundusz opieki nad dzieckiem bezdomnym (RTPD, Caritas). Dwa obrazy z jej mieszkania, również odnotowane w testamencie, zaginęły. Nie ma ich w żadnym muzeum.

Rękopiśmienny spadek Krzysztofa oszołomił jego wydawców. Kiedy rozpoczynała się praca nad dwutomowym wydaniem wierszy, Kazimierz Wyka i daleka krewna Krzysztofa, Aniela Piorunowa, przeżywali chwile nieustającego podziwu, wręcz ekstazy. Opowiadali o tym wielokrotnie. Ten diament był perfekcyjnie oszlifowany. Potem przyszło wiele innych wydań i odnalezionych, mniej ważnych, rękopisów.

Fundusz gromadzony z wydań wierszy ostatecznie unicestwiła denominacja. Zostało z niego kilkadziesiąt złotych.

Triumwirat?

Związki intelektualnej przyjaźni nie trwają wiecznie, a jeśli nawet, to zmienia je i modyfikuje czas, obficie wyposażony w pułapki i drogi bez wyjścia. Czy mieli – wobec swojego czasu – szansę na przetrwanie w kształcie pierwotnym, czy „radosny triumwirat” mógł trwać? Jeszcze raz powracam do tego pytania.

Na odległym horyzoncie pojawia się Faust – jako postać literacka i jako symbol. Wyka w ruinach Warszawy kupuje, po raz wtóry, Goethego. Trzeba będzie coś sprzedać, żeby zachować życie? Oddać duszę, aby zyskać słyszalny głos?

Ich nienormalne czasy spowodowały, że pragnęli odzyskać wewnętrzną równowagę, zakotwiczając się w świecie książek, niewinności dzieci i rodzin, w prawach życia codziennego, w małych przedmiotach. Ten punkt obserwacyjny pozwalał im oceniać, co się kończy w literaturze, co powinno się zacząć, jaki może być ich osobisty udział w tych przemianach.

Śmierć ludzi, śmierć gatunków literackich, zagłada środowisk – bierzemy udział w uczcie pośmiertnej, pisał Miłosz. Rację więc miał Jan Błoński, nazywając eseje okupacyjne Miłosza „książką z Atlantydy”. Sam autor chyba nie przypuszczał, iż opisuje zatopiony bez jego udziału ląd. Uczta, nawet pośmiertna, kończy się na ogół powrotem do porządku dnia. Nic takiego się nie stało.

Sprawdza się kapitalna formuła Marii Janion: „Żyjąc, tracimy życie”.

J. Andrzejewski, C. Miłosz, Listy 1944–1981, Warszawa 2011.

C. Miłosz, M. Wańkowicz, Korespondencja 1951–1956, Warszawa 1986.

Pod okupacją. Listy, wstęp M. Wyka, przypisy i nota wyd. M. Urbanowski, Fundacja „Zeszytów Literackich”, Warszawa 2014.