Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Proszę nie czytać przy jedzeniu

KSIĄŻKI PRZEBRANE

Z papieru, z pamięci (o Fałszerzach pieprzu Moniki Sznajderman)

Po śladach (Karpiński – Krzeczkowski)

Widoki Florencji (Ewa Bieńkowska)

Pomysł na wagę złota (o opowiadaniach Macieja Miłkowskiego)

Do czego mogą służyć rzeczy? (Anna Król – Jarosław Iwaszkiewicz)

O czym pamięta człowiek szczęśliwy? (o Jacku Woźniakowskim)

ONE

Dąbrowska myśląca

Szymborska wtedy i teraz

Lipska w podróży

Przypis do Onych

FRANCUSKIE OPOWIEŚCI

Pokolenie zbuntowanych czytelników

Miłosz wobec Alberta Camusa. Szkic przyjaźni

Gwałtowność uczuć. O Albercie Camusie

Błoński francuski

Żal po Francji (o książce Érica Zemmoura)

Obcy – przygoda bez końca (o książce Alice Kaplan)

Odwiedziny w domu dzieciństwa

Przypisy

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: KRZYSZTOF LISOWSKI, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06644-7

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Proszę nie czytać przy jedzeniu

Tak mówiła mama, zanim zaczęliśmy obiad. Technicznie rzecz wydawała się trudna, ale znalazł się sposób. Należało oprzeć książkę o cukiernicę, odpowiednio ją pochylić, jak na pulpicie, i dało się czytać. Ale zakaz był zakazem. Ojciec przy jedzeniu nigdy nie czytał, nawet gazety. Patrzył w zamyśleniu na talerz. Ale ja tak. Czytałam, kiedy tylko nikt nie zwracał na to uwagi. Papierowy majątek mojej rodziny był jej jedynym i największym. A zaczynały się czasy kształcenia okupacyjnych dzieci, wybór metody okazał się niełatwy. Do tyłu czy do przodu? Co im dawać, do czego zachęcać? Dzieci, nie wiedząc o tym, były już drobną częścią ogólnego światopoglądu. Jaki świat im zalecać? No właśnie, spróbuję to opisać.

Wychowanie w bibliotece ma, jak wiadomo, swoje dobre i złe strony. Dobre kształtują charakter. Ale towarzyszy temu procesowi przeświadczenie, dziecinne najpierw, dorosłe później, że nie ma innego świata niż książki, ten zaś jest bez wątpienia najlepszy. Tak powstaje pycha uprzywilejowanych i język wtajemniczonych. Wciąż trwały, ba, więcej, wiecznie trwały wydaje się rdzeń tej postawy, gdyż wcześnie zniewolone przez druk dzieci nie wiedzą, że monolit nie będzie wieczny. Ich świat jest stabilny, a ciekawość pełna nadziei, czego zapewne nie da się już powiedzieć o ich rodzicach. Ten przydługi wstęp światopoglądowy to zarazem pierwszy krok w tamtą przestrzeń, dawno już oddzieloną od teraz, nad nią klamka zapadła.

Okupacja unicestwiła, w jakimś stopniu, książki dla dziewczynek i panienek. Ale Janina Porazińska, Zofia Żurakowska, Helena Boguszewska dalej stały na półkach, zanim do szkolnych umysłów weszła wojna oraz jej wersja ku pokrzepieniu serc, czyli Kawaler Złotej Gwiazdy. Ale także pogrzebana obyczajowość, aluzje do rzeczywistości nieistniejącej, cały ten nieporządek, który już nie dał się okiełznać. Wierszyki, bajki i baśnie, opowieści z życia zwierząt...

Z tej przemieszanej materii staram się wydobyć dawne emocje małej i większej czytelniczki, bardziej czytelniczki niż badaczki, choć potem nią się stałam. Nie czuję się, mimo wszystko, uczestniczką „przerwanego lotu” być może dlatego, że zawsze buszowałam pomiędzy książkami i nikt nie mógł mnie zatrzymać.

A kiedy i jak to się zaczęło? Zakładam więc, dla własnego porządku, że wtedy, gdy przyjaciel ojca przywozi dla dzieci książeczkę do czytania; szybko uczę się jej na pamięć i recytuję. („Raz Termometr zachorował, najpierw skarżył się, że głowa...”). Jest już napisana i oczekuje na swoją kolej inna bajeczka, to Murzynek Bambo. Za nią narasta, szczęśliwie tamte dzieci o tym nie wiedzą, straszna kolonialna przeszłość, choć Tuwim nie pochwala bynajmniej kolonialnego ucisku. Zatem zdanie: „szkoda że Bambo czarny, wesoły nie chodzi razem z nami do szkoły”, było zupełnie jednoznaczne i nikogo nie krzywdziło.

Pomiędzy chorym Termometrem i małym Murzynkiem pozostaje wciąż dużo miejsca na przestrzeń klasyczną. Zaraz po wojnie chodzę z rodzicami do Teatru im. Juliusza Słowackiego, a tam, na proscenium, piękny chłopak nuci: „A kiedym ja jeszcze dziecięciem był małym...” – to Tadeusz Łomnicki w Wieczorze Trzech Króli.

Ale nad wszystkim panuje Andersen, pięć tomów zielonych, pięć czerwonych (oprawa płócienna), Królowa Śniegu, Mała syrenka, Bzowa Babuleńka.

Czytałam Andersena bez przerwy, kiedy już umiałam czytać. Będąc uczennicą, pochłonęłam oczywiście Anię z Zielonego Wzgórza, nie bacząc na to, że Ania miała być zabrana z przytułku jako dobry i zdrowy egzemplarz ludzki, a to przypomina biednego Murzynka. Była przedstawicielką upośledzonego gatunku – powiedzą po latach feministki.

Nie ma wokół nas, dzieci, ideologii książkowej. Ona dopiero nadchodzi. Wracam wciąż do napisanej w latach trzydziestych XX wieku powieści Kennetha Grahame’a O czym szumią wierzby. Jej bohaterowie to zwierzęta; na ich czele zamożny i kłótliwy Pan Ropuch.

Po wielu latach w siedzibie „Kultury”, w Maisons-Laffitte, znajduję ilustracje Jana Lebensteina do Folwarku zwierzęcego Orwella. Przypominają mi się łagodne zwierzęta mojego dziecinnego świata lektur. Dlaczego spotworniały, kiedy to się stało? To z grubsza wiemy, ale żal było je tak zostawić na pastwę niepewnego losu.

Powojenna edukacja bardzo szybko przystosowała się do rzeczywistości, która powstawała, i musiała mieć jakieś podpory. Wszystko wydawało się naprawdę naturalne i gimnazjaliści bez specjalnego sprzeciwu wchłaniali swoje obowiązkowe lektury; literaturę rosyjską przetłumaczono bardzo szybko. Do dziś pamiętam zakosy i pułapki Szosy Wołokołamskiej i podróże Samotnego białego żagla.

Jak hartowała się stal mniej mnie przekonała. Teatr przestał uwodzić – no bo kogo może uwieść Brygada szlifierza Karhana?

Szkolna wycieczka zaprowadziła klasę do Oświęcimia, szkolna lektura wymogła Dymy nad Birkenau. Dziwne to były połączenia, niespodziewane dotknięcia grozy, i potem nic już nie dało się porównać z zawartością półek w gabinecie ojca. Więc budowało się samodzielnie ten świat z książek, bo o książkach się rozmawiało i wypadało ów świat mieć.

W innym już czasie rozmawiamy z Tomaszem Burkiem o pewnej powieści. Rozmowa jest prywatna, nikt jej nigdzie nie zapisał. A więc, którego z braci wolisz? Antoniego czy Jakuba? Antoniego oczywiście. Jest wziętym, dobrze sytuowanym lekarzem, ma wspaniałe mieszkanie i garsonierę w okolicy Kléber (bardzo szykowne, Paryż), uwodzi swoje pacjentki. Głównym jednak wydarzeniem jego życia okaże się śmierć ojca i bitwa pod Ypres, z której wyjdzie na zawsze okaleczony. Ojcowie i ich pociechy w tamtych niepojętych dla powojennego dziecka czasach przeradzają się w marzenie. Ale Tomek wybiera Jakuba zbuntowanego przeciw mieszczańskiej rodzinie, uciekiniera z tamtego świata. I tak sobie gwarzymy o braciach Thibault, bez konsekwencji, ale z emocją wielką. Żadna strona nie da się przekonać argumentami strony drugiej, pozostajemy więc przy swoim, oddech wielkich fabuł bierze swój początek w latach okupacji, choć oczywiście czytano je z szacunkiem wcześniej. Prawie jak secesjoniści w Przeminęło z wiatrem, pogrążeni w lekturze Nędzników Wiktora Hugo.

 

Z moim przyjacielem ze studiów Janem G. układamy dla siebie nawzajem zgaduj-zgadulę o Przeminęło z wiatrem. Traktujemy ją niezmiernie poważnie, nie pamiętam, kto zebrał więcej punktów.

Wędrując wzdłuż półek w gabinecie ojca, natrafiam na tytuły hermetyczne: Nie było nas, był las, Całe życie Sabiny, Litujmy się nad kobietami, Czarne skrzydła. W mojej wyobraźni tworzą poznawczy zgiełk, bo nigdy tego świata, który opisują, nie widziałam, a jednak książki, i właśnie te, są częścią dzieciństwa. Wychodzę więc z adolescencji nieuporządkowana, w szkolnej nauce polskiego zawsze jestem lepsza, bo mam swoje książkowe tajemnice. I zawsze w czasie wizytacji płynnie opowiadam o Żeromskim, pisarzu postępowym, choć akcja Ludzi bezdomnych, dziejąca się w miejscu, którego nie potrafię zidentyfikować, potwornie mnie nudzi. Monotonny jest bowiem słownik interpretacji klasowej. Co dzisiaj dobrze wiemy, ale wtedy przezorna nauczycielka dyktowała, zdanie po zdaniu, do zapisania w zeszycie, słuszne definicje literackich zjawisk i postaci. Wyrzuciłam te zeszyty, ale panią od polskiego spotkałam po wielu latach na jakimś jubileuszu matury. Dalej uważała mnie za zdolną uczennicę. Ale swoich zdań już nie pamiętała, a może się tylko wstydziła. Do Żeromskiego wracałam niechętnie.

Nic tak jednak nie koiło duszy czytelniczej jak opowieści o innych szkołach, choć z naszą nie miały nic wspólnego. Stalky i spółka nie wychowywał bynajmniej białych kolonizatorów, a, już później, Mój przyjaciel Meaulnes wzruszał. A także tragiczna historia miłości młodego chłopca do starszej od niego nauczycielki w Diable wcielonym. Miałam więc jako dziewczynka te same lektury co mój ojciec i to, być może, zaszczepiło we mnie przekonanie, że książki są trwale i bezwzględnie konieczne.

Nie spytałam już nigdy Tomasza Burka, co go popchnęło w stronę niedokończonych arcydzieł. Dlaczego od Jana Krzysztofa wolał zawsze Człowieka bez właściwości i Grę szklanych paciorków? Słowem, nie umiem powiedzieć, dlaczego tacy jesteśmy – byliśmy, skąd nasza różnorodność?

To, co było pewnym porządkiem lekturowym dla rodziców, dla ich dzieci stawało się szczególnym chaosem. Nadchodziły bowiem nowe czasy, naprędce ustalano nowe hierarchie, lecz szybko miało się okazać, że ich podstawy są nietrwałe. Ale zachował się pewien zbawienny nawyk: rozmawiało się o książkach. Szukało się w nich rozwiązań dla siebie. Czy naprawdę receptą na życie mogło stać się czytanie Rudyarda Kiplinga, Romain Rollanda, Rogera Martin du Garda, Alain-Fourniera, Raymonda Radigueta, a później Jamesa Joyce’a, a jeszcze później Márqueza?

Po Ulissesa ustawiały się kolejki jak po pralkę. Co chcieli zyskać, a nawet posiąść, szczęśliwcy, którym się udało zdobyć egzemplarz?

Niezdecydowane powojenne lata miały jednak swoje książkowe tajemnice i obietnice. Próbowały się uwolnić od obowiązku budowania pamięci społecznej, narodowej, politycznej. Obiecywały inność. Obracam w palcach książeczkę niewielkiego formatu, okładka dość ponura, czarno-biała (jej wznowienia po latach są komiksowe i kolorowe).

„No patrzcie, co ten Stefan napisał”, komentuje ojciec. Ale autor nazywa się, jak widać na okładce, Teodor Klon. Obok rozrachunkowej prozy (w tym jego własnej) powieść kryminalna Stefana Kisielewskiego, Zbrodnia w Dzielnicy Północnej, mruga okiem do czytelnika. Będzie inaczej, ponuro, ale sensacyjnie, inny świat buduje się mozolnie, lecz nie da się go zadeptać.

Kodeks dobrego wychowania zakazuje czytać przy jedzeniu, co nie dotyczy gazet oraz innych małych form drukowanych. Ale podstawą owego kodeksu wydaje się związek z czasem. Otwierając na stole książkę, kładąc ją obok talerza, zapewniając jej trwałe oparcie (to właśnie praktyczna cukiernica), wprowadzałam ją do świata moich codziennych, niezbędnych zajęć. Książki niczego mnie nie nauczyły oprócz czytania. Nie jadłam książek, ale trzymałam się ich kurczowo. Wciąż spodziewam się wspaniałego deseru.


Z papieru, z pamięci

Wszystkie rodziny są ciekawe, prawie wszystkie, na swój sposób wybitne, jeśli się o nich opowie. Utrwalone na papierze zyskują nową tożsamość – oczywiście literacką. Gdy literatura jest marna albo nijaka, rodziny cofają się w swoją przeszłość i trwają w oczekiwaniu. Czekają na autora.

Książka Moniki Sznajderman być może nie powstałaby albo okazałaby się zupełnie inna, gdyby nie odnalazły się rodzinne zdjęcia. Fałszerze pieprzu to efekt szczególnego, sprzyjającego zbiegu okoliczności. Autor wstępu, Martin Pollack, pisze tak: „Zanim autor rozpocznie pracę nad opowiedzeniem swojej rodzinnej historii, zastanawia się, po co w ogóle to robi. Czy nie byłoby lepiej, w każdym razie dla naszej psychicznej równowagi, pozostawić niektóre sprawy w spokoju i przykryć je milczeniem? [...] W końcu nikt nie może od nas żądać, byśmy się do wszystkiego dokopali i wszystko bez wyjątku ujawnili...”. To prawda, ale czy nasza nieposkromiona ciekawość żąda „wszystkiego”? Czy naprawdę czekamy na nową całość, czy na nową narrację? Jak się te oczekiwania objawiły w książce Sznajderman?

Stare fotografie, skrupulatnie przez autorkę opisane, są dowodem na istnienie bohaterów jej opowieści. Gdyby tylko zaświadczała to istnienie ustna opowieść, jakieś strzępy wspomnień, domniemania, moglibyśmy wątpić w jej prawdziwość.

Ale fakt materialny, fotografia, której los też był zawikłany, ma wpływ istotny na prawdę tego przekazu. Wprawia w ruch umysł i wyobraźnię, i o tym właśnie ruchu spróbuję tutaj napisać.

Fotografia jest gwarancją prawdy opowiedzianej historii, co zrozumiałe. Kiedy piszemy, że fotografie zaginęły, tracimy nieodwołalnie tę część narracji, która posługuje się materialnym dowodem. Ale spójrzmy uważniej na język, jakim posługuje się Sznajderman: tytuł (Fałszerze pieprzu) pochodzi z anonsu gazetowego, z ogłoszenia; spora część książki napisana jest w formie bezpośredniego zwrotu do ojca autorki; relacja o osobie, która opowiada, rozsypana jest na różnych stronach, ale po zlepieniu jej w całość przekonujemy się, że autorka należy nie tylko do pewnej rodziny, ale również do pewnego środowiska, które z różnicy, jaka polskie rodziny dzieliła, uczyniły wzór swojego zachowania i przyszłego światopoglądu. Słowem, jeśli nowoczesność wymaga (jak piszą krytycy) odwagi w pisaniu o doświadczaniu Zagłady, ta książka na odwadze nie poprzestaje.

Domy, ich wnętrza, meble i obrazy, upodobania, gry i zabawy, czyli cały świat nieistniejący, przywołany, jak na seansie mediumicznym, gestem pisarza, to również zabieg o charakterze antropologicznym. Taki jest bowiem warsztat Moniki Sznajderman jako badaczki. Jak wprowadzić w jego krąg literaturę?

Martin Pollack swój wstęp tytułuje: Mowa jednak złotem. Chyba nikt nie ma co do tego wątpliwości. Książka empatyczna, ale pozbawiona warsztatu, żyje krótko. Jest też w swoisty sposób ograniczona: identyfikując się na krótką chwilę lektury z autorem (autorką), mamy świadomość jednorazowości owego przeżycia. Czy wracamy do niego? Bardzo rzadko. Literackość więc, a nie świadectwo musi być czynnikiem spajającym książkę „nurtu rodzinnego”.

Dwa światy ukazane przez Sznajderman, czyli jej dwie rodziny: żydowska i polska, ziemiańska, miały różny los. Ten pierwszy, żydowski, jest już bardzo dobrze udokumentowany, na różne sposoby, w różnych dykcjach. Ten drugi, jak sądzę, przykrywa cień zapomnienia. Tak jakby został ukarany przez historię, która dla niego była łaskawsza. Gdy tamci ginęli, ci grali w brydża i żyli w miarę spokojnie w swoich posiadłościach. Było ciężko, ale śmierci doświadczało się mniej.

Sprawiedliwość dziejowa, jak wiadomo, nie istnieje. Myślę więc, że na pytanie Sznajderman o „przydział losu” dla polskich Żydów i polskich ziemian nie ma żadnej dobrej odpowiedzi. Trzeba wyzwolić ich od litości. Przed wieloma laty Karol Irzykowski wyśmiewał wzniosły styl Stanisława Brzozowskiego, oparty, według niego, na takim oto założeniu: „jak śmiesz jeść śniadanie, kiedy w Afryce tysiące ludzi umiera z głodu?”.

Oczywiście Monika Sznajderman nie naśladuje takiego stylu, unika emfazy. Ale poza zestawieniem jej dwóch rodzin czai się podobne niebezpieczeństwo. Może więc przyszedł, dla innych autorów, odpowiedni czas, żeby wejść głębiej w ten drugi świat. Jego dramaty były innej jakości – ale nie sprowadzały się na pewno do rozgrywek brydżowych i konsumpcji (już po wojnie) wyjątkowej zawartości paczek żywnościowych z UNRRA.

Anons – ostrzeżenie o „fałszerzach pieprzu” pochodzi, powtórzmy, z gazety okupacyjnej. Jest materialny jak fotografia. Przez rodzinne dzieje prowadzi czytelnika papierowy fragment o niezbyt wielkiej wartości komunikacyjnej. To bardzo dobry chwyt literacki, łagodzący pokusę nadmiernej wzniosłości narracyjnej, ale mający też wagę subtelnego ostrzeżenia. Wielokrotne światy lat okupacji domagają się wciąż właściwej dla nich hierarchii.

Monika Sznajderman, Fałszerze pieprzu (Historia rodzinna), Wołowiec 2016.

Po śladach

Pierwszy plan Wojciecha Karpińskiego, gdy rozpoczynał pracę nad Henrykiem, był zapewne dość prosty: napisać biografię kogoś, kto niegdyś szeroko znany w intelektualnym środowisku odchodzi z wolna w zapomnienie. Kogoś, kto wywierał wpływ na młodych ludzi rozpoczynających swoją drogę i spotykających na niej, co naturalne, osoby różnego formatu umysłowego o zmiennej sile oddziaływania. Karpiński już raz zmierzył się z wybitną indywidualnością twórczą, pisząc o Józefie Czapskim; zamierzał powtórzyć ten gest wobec Konstantego Jeleńskiego, do czego zresztą nie doszło. Wymiar Henryka Krzeczkowskiego był inny, dokumenty o nim, niezbędne dla biografa, dość – albo bardzo – skromne. Papiery pozostawione u przyjaciela, nie do końca rozpoznane. Zdjęcia bez podpisu. Wreszcie dziennik, poprawiany i niszczony, czy też ważne listowe wyznanie skierowane do nieznanego adresata.

Ten materiał prezentuje się skromnie, ale, jak się okaże, zachowane archiwum było twórczym bodźcem, również pretekstem. Karpiński pisze tyleż o Krzeczkowskim, ile o sobie i swoim pokoleniu, konsekwentnie schodzi w głąb, najpierw ku rzeczywistości Warszawy lat sześćdziesiątych, gdy jego bohater pojawia się na scenie, aby chwytając się wątłych nici i dowodów, w sposób przemyślany budować palimpsest; nie chronologia wydarzeń bowiem jest ważna w tej książce, gdzie znajdziemy wiele celowych powtórzeń i wariacji na jeden temat.

Kompozycja tekstu upodobnia się tym samym do utworu muzycznego – co sam Karpiński podkreśla. Przesłanie zmierza ku napisaniu „prywatnej historii wolności”, a proces szczególnego śledztwa w sprawie Henryka Krzeczkowskiego rozciągnięty zostaje na lata.

Konsekwencją tej techniki pisarskiej jest ukazanie różnych punktów widzenia: przygody młodego umysłu łączą się z dojrzałą refleksją, opowieści, przypowieści i mity – z przejmującą prawdą o czasach zamętu, w których jednostka stawała wobec zadań historycznych przekraczających jej siły i wymuszających na niej tragiczne często decyzje. Pisarski i poznawczy zamiar tej niezwykłej książki różnie ujmie czytelnika, dając narzędzie do odmiennej, indywidualnej lektury. Tutaj zapisuję więc swoją.

„Poznałem Henryka Krzeczkowskiego latem 1967 roku w Warszawie” – takie jest pierwsze zdanie książki Wojciecha Karpińskiego. Kogo poznał autor? Lokatora małego pokoiku przy ulicy Czackiego, skromnego azylu, który nigdy nie został zamieniony na reprezentacyjne pokoje, właściciela książek, które wówczas chciało się mieć i czytać bez pomocy przekładów (angielski jest tutaj głównym językiem), nade wszystko zaś opowiadacza historii, dynamicznego rozmówcę, niestrudzonego, jak miał o nim mówić Stefan Kisielewski, „inseminatora”.

Nie był to jedyny, jak można się domyślać, warszawski pokoik tamtych lat. Uczestniczenie w wydarzeniach na dużej scenie politycznej, przebywanie na agorze nie interesowało wtedy tego pokolenia. Współzawodnikiem i konkurentem Krzeczkowskiego w walce o rząd dusz okazuje się Roman Zimand, mieszkaniec pokoiku przy ulicy Śniadeckich (po jego odejściu następny lokator odkrył w ścianie przemyślnie założony podsłuch...), krytyk, publicysta, marksistowski wykładowca, groźny doktryner lat pięćdziesiątych. Zimand publicznie przyznał się do swojej przeszłości, do żydowskiego pochodzenia, rodzinnego Lwowa... Krzeczkowski długo ukrywał zmianę nazwiska (Herman Gerner), współpracę z kontrwywiadem, rezydencję we Francji i Włoszech. Zimand wychował się w rodzinie zamożnej, Henryk Gerner pochodził ze Stanisławowa, jego rodzinne parantele były o wiele skromniejsze.

 

Jak wolno domniemywać, w walce o dusze Marcina Króla i Wojciecha Karpińskiego stroną zwycięską okazał się Krzeczkowski. W obu jednak przypadkach narodziła się legenda „małych pokoików” jako kuźni intelektów lat sześćdziesiątych. Z biegiem czasu przyrastały opowieści o nich, mitologizujące bądź prawdziwe, historie zmyślone, lecz dotykające żywej tkanki tego, co było wówczas ćwiczeniem umysłowej niepodległości. Przeciwnicy tej formacji intelektualnej mówią po latach o „salonie” czy też „licznych salonach”. Nic bardziej błędnego i omijającego rzeczywistość tamtego okresu. To właśnie „małe pokoiki” były kwintesencją umysłowych tęsknot, poszukiwaniem celu intelektualnego, który ukrywał się w książkach, opowieściach o przeszłości i przyszłości; w nich powstawał repertuar możliwości, którym trzeba nadać życie nie tylko retoryczne. To w małych pokoikach rodziły się wielkie plany wolnościowe i zarysy przyszłych publikacji. Wraz ze zmianą stylu epoki te wnętrza przestały istnieć – nikt już nie chciał ich naśladować. Pisze o tym w swojej autobiografii Marcin Król.

Małe pokoje mieściły w swojej skromnej przestrzeni książki i przedmioty wybrane. To one tworzyły ich styl, krótkotrwały wizualnie, obfitujący w konsekwencje umysłowe. Nikt już dziś zapewne nie przechowuje mebli PRL-owskiej spółdzielni Ład, tak wówczas lubianej, jako wystrój wnętrza – ale mieszkańcy tej scenografii, porzuciwszy ją, pamiętają, że w niej się ukształtowali. A to warto odnotować.

W książce Karpińskiego biegną obok siebie dwa wątki: historia Gernera-Krzeczkowskiego i „prywatna historia wolności”, której częścią jest narracja o Henryku. Narracja porwana, rozciągnięta w czasie, który mija dla obu tych podmiotów; coraz to nowe dokumenty pojawiają się w sprawie Henryka, coraz nowe osoby wkraczają na scenę jego życia, które on sam starannie re-komponował, wymazując miejsca wstydliwe, ale nie unieważniając ich. Tak jakby liczył na to, że w jakimś momencie pasek papieru przesłaniający jego prawdziwe nazwisko zostanie odklejony i tajemnica stanie się jawna. I tak się dzieje. Autor książki zyskuje pewność, iż jego śledztwo przyniosło efekt.

Osobiste dzieje Wojciecha Karpińskiego, leżące u podstaw jego pisarstwa, wiążą się z dziejami formacji intelektualnej, która tak wielki wpływ wywarła – i wciąż wywiera – na nasze życie umysłowe. Jego rówieśnicy wybierali niełatwą drogę, opuszczając „małe pokoiki”. Pozostawieni, w jakimś sensie, samym sobie, wiedzieli dokładnie, co wybierają i dokąd zamierzają dojść, za wysoką czasem cenę. Najlepiej bodaj ten stan ducha oddaje tytuł książki Adama Zagajewskiego – Solidarność i samotność (Camusowski, jak wiadomo).

Impulsem, który uruchomił dochodzenie w sprawie tożsamości Henryka, okazuje się odnalezione zdjęcie jego siostry Klary Gerner z dedykacją, którą Karpiński wykorzystuje jako motyw przewodni swoich kolejnych powrotów do Krzeczkowskiego. Dedykacja zapisana na zdjęciu z roku 1941 brzmi: „Memu najdroższemu bratu, jedynemu Szilowi na pamiątkę naszego rozstania ofiaruje Klara. Pamiętaj, bądź człowiekiem. Nieważne nic, ważne, by godnie kończyć”.

Pisarzowi zapis ten daje możliwości prawie nieograniczone. Każde słowo zdaje się domagać dalszego ciągu, domysłu bądź wyjaśnienia. Jakie rozstanie? Kiedy Szil stał się Henrykiem? O jakim końcu tutaj mowa? Jak godność ma zostać uratowana? Czyja godność?

Z rodzinnego Stanisławowa Szil (Herman, Henryk) zostaje wywieziony do Rosji sowieckiej. Tam jest żołnierzem ludowego wojska, potem współpracownikiem kontrwywiadu. Po wojnie staje się rezydentem tegoż wywiadu we Francji i Włoszech. Potem następuje nawrócenie, odejście, zamazywanie życiorysu i budowanie własnej pozycji. Ostatnie miejsce Henryka – wybrany przez niego samego cmentarz w Tyńcu. Jest to finał, jak widać, religijny, wieńczący związek z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Karpiński nie ocenia wcieleń, masek i ról Krzeczkowskiego. Pokazuje tę postać w nieustannym ruchu, stroniąc od moralizowania, które krytyków będzie zapewne mocno pociągać. Największą jednak zasługą tej książki wydaje mi się mistrzowskie wykorzystanie – i ukazanie – kulturotwórczej roli archiwów. Szperactwo bywało często uprawiane jako pokaz umiejętności bez szczególnej konsekwencji poznawczej. Dziś znaleziska archiwalne, podobnie jak bruliony dzieł, pełnią inną funkcję. Kiedy Karpiński znajduje w IPN-ie zapiski, które odkrywają Krzeczkowskiego porzucającego kolejne swoje role, mówią one przede wszystkim o jednej z najbardziej dramatycznych sytuacji jednostki w XX stuleciu; sytuacji Żyda, mieszkańca ziemi utraconej, wroga i jednocześnie admiratora Rosji, Europejczyka za wysoką cenę, człowieka poszukującego prawdy o samym sobie. Przemiana Krzeczkowskiego nie jest jednak romantyczna – a taka analogia się narzuca. Bo właściwie nie wiemy do końca, kto się rodzi w miejsce młodzieńca ukształtowanego na wzór Gustawa.

A Klara? Nie wiadomo, jak zginęła, wiadomo, że stało się to podczas wojny. Jeden z rozmówców Karpińskiego mówi, że „komunizowała”. Przypomina się wiersz Gałczyńskiego o Inge Bartsch:

...żyła z Finkiem. Fink był reżyser. Przez snobizm

komunizował

(są tacy też – na Mazowieckiej).

Słowo „komunizowanie”, rzadko dziś używane, zdaje się dobrze oddawać różne odcienie lewicowych skłonności. Przypadek rodziny Krzeczkowskich nie miał zapewne wiele wspólnego ze snobizmem. Ale ukazywał kierunek, który stając się wyborem, był przede wszystkim tragiczny.

I jedna jeszcze frapująca linia, jaką rysuje Karpiński w swojej książce, dotycząca takiej rzeczywistości umysłowej, którą nazwałabym „zmową mężczyzn” albo „republiką mężczyzn”.

Pakt intelektualny zawierają, jak się domyślamy, Zygmunt Mycielski, Henryk Krzeczkowski, Paweł Hertz, Jarosław Iwaszkiewicz. Jest on na tyle wyrazisty, że przyciąga, bez zbędnej agitacji, młodszych. I nie mam tutaj wyłącznie na myśli homoseksualnego charakteru tego paktu, aczkolwiek jest on ważnym czynnikiem spajającym te związki. Czy decyduje o ich swoistości, czy kształtuje teksty – a jeśli tak, to w jakim stopniu i w jakim zakresie? Jest w książce Karpińskiego parę drastycznych cytatów z dziennika Krzeczkowskiego, które wagę paktu obniżają i sprowadzają na wulgarne tereny. Ale nie tutaj należy szukać ogniw spajających „zmowy mężczyzn” w polskiej literaturze. Gdzie zaś? Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ale mówią wyraźnie o literaturze – nie o cielesności. I nie tylko o tematach literackich – również o tym, co było wyróżnikiem i skazą Krzeczkowskiego: o wymazywaniu jako akcie kulturowym.

Książkę o Henryku Krzeczkowskim pióra Wojciecha Karpińskiego przyszli badacze umieszczą w dziale „biografistyka”. To oczywiste dość stwierdzenie i równie oczywiste przyporządkowanie gatunkowe książki nie sygnalizuje jeszcze trudności, jakie sprawia. Karpiński wie dobrze o tym, że biograf nowoczesny opowiada nie tylko o swoim bohaterze, ale również o sobie samym, choć te dwie postaci nie są bynajmniej symetryczne. Tajemnice Henryka Krzeczkowskiego odsłaniają się z wolna, życiowe koleje Wojciecha Karpińskiego będzie można zrekonstruować. Uczyni to przyszły czytelnik.

Ja widzę tę książkę jako świadectwo podwójne: zobowiązań pamięci wobec mentora i głos formacji rozstrzygającej w znacznym stopniu o kształcie współczesnej kultury.

Wojciech Karpiński, Henryk, Warszawa 2016.