Tu jest teraz twój domTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bardziej od niż do
Rafał – adopcyjny ojciec; rozwiązana rodzina adopcyjna

To był Wielki Piątek.

Tomek tego dnia wyjątkowo się do niego tulił. Jak nigdy. Zawsze stronił od dotyku. Albo bił.

„Jestem jak Judasz – pomyślał tamtego dnia Rafał. – Wydaję bliźniego swego. Dzięki ci, Panie Boże, nie mogłeś się zdobyć na większy symbol. Gdybym się zastanawiał, czy robię dobrze, czy źle, to Ty mi to mówisz wprost”.

Były cztery porody. A dzieci piątka. Choć może czwórka? Nie wiadomo, jak liczyć. Pierwsza córka na skutek komplikacji okołoporodowych po trzech miesiącach zmarła. Zaklinowała się w kanale rodnym, owinięta pępowiną nie tylko na szyi, ale i na ramionkach. Każde parcie powodowało coraz większe zakleszczanie się dziecka. Położna słuchała tętna przez stetoskop, a potem kazała przeć. Tętno spadało do zera – o czym nikt nie wiedział – aż zupełnie się zatrzymało. Lekarka zareagowała nerwowo, w szczycie skurczu skoczyła matce na brzuch, dziecko wypchnęła. Ale było już za późno. Jeden punkt w skali Apgar.

Ktoś popełnił błąd. Nie chcieli szukać winnych, bo może sami nie byli bez winy. Byli młodzi, robili niezłe kariery, a ciąża, choć była świadoma, to chyba nie do końca uświadomiona. Nie zdawali sobie sprawy z powagi sytuacji, ewentualnych zagrożeń. Myśleli, że będzie dobrze.

On nie dotarł na poród, bo był na spotkaniu z klientem. Bardzo chcieli to dziecko, ale nie rozumieli jeszcze, że to oznacza zmianę priorytetów. Dopiero to, co nastąpiło, ustawiło im te priorytety. Dotarło do nich, że rodzicielstwo to przede wszystkim poświęcenie.

Ginekolog orzekł, że w wyniku traumy i ciężkich urazów psychicznych raczej już dzieci mieć nie będą. A przynajmniej nie wkrótce. Pomylił się.

Dużo rozmawiali o zmarłym dziecku. Mieli poczucie, że muszą zdecydować się na adopcję, aby w jakiś sposób odkupić życie za życie. Uratować inne, gdy tamtego się nie udało. Dziś wiedzą, że powinni byli iść na terapię, a nie do ośrodka adopcyjnego. Nowe dziecko miało być tym, które stracili. To stanowiło główną motywację, druga była społeczna – pomóc komuś, komu się nie udało na starcie życia. Oni też byli rodzicami, którym się nie udało. I to miejsce trzeba było wypełnić.

– Jak z kierowcą ciężarówki: skoro był przewóz, to musi być i ładunek – mówi Rafał.

Zgłosili się do ośrodka adopcyjnego. Przeprowadzono dokładną analizę ich sytuacji osobistej, zdrowotnej, rodzinnej, dochodowej i majątkowej. Przeszli szkolenie. Całkiem krótko to trwało, w pół roku byli obrobieni, kurs nie był intensywny. Czego się uczyli? Niczego praktycznego, a nie mieli przecież żadnego doświadczenia rodzicielskiego. Trochę o jawności adopcji, trochę o ich motywacjach, trochę o wychowaniu. Takie tam. Nie otwierało im to żadnych drzwi. Nic o FAS, nic o RAD (reaktywne zaburzenie więzi). Bardziej formalność do odbębnienia.

Jednak wbrew zapowiedziom lekarzy Weronika po zakończeniu kursu zaszła w ciążę. A dwa lata później w kolejną. Mimo to w ośrodku wciąż deklarowali, że się nie wycofują.

„Proszę nas brać pod uwagę” – pisali regularnie. Słali zdjęcia biologicznych dzieci. Po urodzeniu drugiego napisali, że etap naturalnej prokreacji mają za sobą. Czekają tylko na sygnał ze strony ośrodka.

– A życie pokazywało, że jesteśmy zajebistymi rodzicami. Gdzie jak nie do nas, kto jak nie my da drugą szansę potrzebującemu dziecku.

Pozostali uczestnicy ich kursu po jego zakończeniu czekali pół roku, maksymalnie rok, i dostali dzieci. Rafał z Weroniką uznali, że tylko ich mamiono, może o nich zapomniano. Obawiali się, że pewnie potraktowano ich kurs jako psychoterapeutyczny. A jednak, gdy ich syn miał niecałe trzy lata, a córeczka rok, zadzwonili pracownicy ośrodka. Jest dziecko. „Stanowią państwo idealne środowisko dla tego chłopca – powiedziano im – ze względu na biologiczne dzieci, niemal rówieśnicze”. Usłyszeli, że chłopiec potrzebuje rodziny, w której są inne dzieci, bo patrząc na nie, będzie się lepiej rozwijał, nadrabiał braki. Co z perspektywy czasu brzmi jak ponury żart.

Ich adoptowany syn był praktycznie w tym samym wieku, w którym była ich córka. Reguły, których uczono ich na kursie, że dzieci adoptowane muszą być młodsze od tych w rodzinie, ażeby móc się na nich skupić, bez uszczerbku dla pozostałych, poszły w zapomnienie. I tu nie chodziło o kamuflowanie się czy jawność adopcji, ale o naturalną, biologiczną strukturę i hierarchię w rodzinie. Uznali jednak, że skoro ośrodek adopcyjny podjął taką decyzję, to jest ona słuszna.

To była sprawa medialna: półroczny chłopiec, którym tatuś rzucił o ścianę. Miał umrzeć. Ale nie umarł, po kilku miesiącach do maleńkiego ciałka wróciła chęć życia. Może i wylewy krwi do mózgu niezbyt się wchłonęły, wciąż utrzymywały się drgawki i spastyczności, ale pojawiła się iskierka nadziei. Drgnęło.

Chłopiec był wówczas w pogotowiu rodzinnym, które wkrótce interwencyjnie rozwiązywano, więc trzeba było go stamtąd jak najszybciej zabrać. Dwa pokoje z zasłoniętymi oknami, na trzecim piętrze bez windy, jedna kobieta i siódemka dzieci – prawdopodobnie na lekach uspokajających, cichutkie i spokojniutkie. Gdy jeździli odwiedzać małego, był ociężały i apatyczny.

Już na pierwszej rozprawie sąd ustanowił ich rodzicami chłopca. Wszyscy mieli poczucie, że są wysłannikami dobra.

U nich Tomek rzeczywiście – zgodnie z przewidywaniami ośrodka adopcyjnego – ruszył z kopyta. Rósł jak na drożdżach, był wielki i silny, energiczny, chwilami wręcz nadpobudliwy, aby za chwilę zapaść w charakterystyczne dla choroby sierocej kiwanie. Najpierw zaczął raczkować, a potem, gdy stanął na nogi, nie mógł się zatrzymać. Biegał. Jak w przyspieszonym filmie – ale to było nawet urocze, mieli dowód, że ten eksperyment na ich rodzinie działa. Meble, ściany, nic nie stanowiło dla chłopca bariery. Uderzał się, wstawał i biegł dalej. Nie zjeżdżał ze zjeżdżalni, on z niej zbiegał. Na dole upadał, otrzepywał się i ze śmiechem gnał dalej. Nie czuł bólu i chyba wychodził z założenia, że inni też nie czują. A to powodowało, że testował nie tylko swoje granice. Lał rodzeństwo. Najstarszy brat to nawet lubił, do dziś wspomina: „Jak był Tomek, to było fajnie, miałem się z kim bić”.

Ale córka nie lubiła. Bardzo wcześnie zaczęła się bać brata. Chowała się przed nim, uciekała, wycofywała się.

Pomagała im niania. Twarda i pozytywna to była kobieta, herszt-baba. Zajmowała się ich dziećmi jeszcze przed adopcją. Ona również zaczęła zwracać uwagę na to, że pod szaleństwem i nadpobudliwością chłopca kryje się dziecko bez empatii, wiecznie testujące granice, nierzadko agresywne. Koniec końców powiedziała, że nie jest w stanie zajmować się Tomkiem i jego rodzeństwem, że chłopak jest zbyt absorbujący, trzeba cały czas uważać, by nie zrobił sobie krzywdy, i ona zgadza się tylko na jedno dziecko pod swoją opieką. Zadecydowali, że córka pójdzie rok wcześniej do przedszkola, co wzmogło u niej poczucie odrzucenia.

Fizycznie Tomek rozwijał się świetnie, ale jego mózg nie nadążał. Był intelektualnie opóźniony. Nie zresorbowały mu się wylewy, martwe plamy w mózgu pozostały. Regularnie chodzili do lekarzy, prowadzili na badania tomografem, liczyli, że przy intensywnej pracy inne fragmenty mózgu wreszcie przejmą utracone funkcje, skompensują deficyty. Nie mówił i dopóki był z nimi, nie zaczął. Słyszał i rozumiał proste polecenia. Miał napięcia, spastyczności – rozmasowywali go sami, chodzili też na rehabilitację, na masaże. Miał zeza – zrobili mu operację oka. Objawy choroby sierocej utrzymywały się, ale po jakimś czasie ustały.

Po dwóch latach w domu poszedł do przedszkola. Jednak dzieci uciekały od niego. To nie było tak, że był zły. Po prostu lubił fizycznie eksperymentować. Uderzyć, popchnąć, wyrwać coś komuś. I bez emocji patrzył na reakcję. Nie hamowało go to, że ktoś się wywrócił i zaczął płakać. Stawał się zagrożeniem dla innych.

Rafała i Weronikę zaczął przerażać kompletny brak empatii u chłopca. Ale także to, że równie chętnie jak do nich przytulał się do dowolnej osoby. Nigdy nie dał im odczuć, że są dla niego najważniejsi. Mogli sobie to racjonalizować. Ale i tak bolało – tak czysto ludzko. Szukali informacji w literaturze fachowej i w prasie – doszukali się FAS i RAD – i próbowali je potwierdzać u lekarzy, konsultowali u psychologów, neurologów, w poradni rodzinnej, zwrócili się do ośrodka adopcyjnego.

Podczas diagnozowania chłopca ten już się tulił do osoby diagnozującej, kompletnie ich ignorując. Gdy psycholożka to zauważyła, powiedziała: „No widzicie, to dziecko nie ma żadnych problemów”.

„Właśnie to jest problemem. Żadne nasze dziecko się tak nie zachowuje. Nasze dzieci wiedzą, kto jest ich rodzicem, i to my jesteśmy dla nich najważniejsi”.

Dla chłopca każdy był równie ważny albo równie nieważny.

W ostatecznym rozpoznaniu padło, że być może przyczyną takiego zachowania dziecka jest to, że Weronika, adopcyjna matka chłopca, ubiera się na czarno. Po takich słowach traci się zaufanie do diagnozującego.

Stopniowo zaczęli wypracowywać modus operandi, by ich dzieci nie czuły się osaczone czy zdestabilizowane – zaczęli spędzać czas oddzielnie. Weronika brała na weekend dwójkę biologicznych, a Rafał jechał z adoptowanym synem – nigdy na odwrót – a to na rower, a to na wycieczkę w góry. Aby spożytkował gdzieś energię – byle nie na swoim rodzeństwie.

Zaczęli żyć jakby w dwie rodziny, żeby biologicznym dzieciom dać chociażby chwilowe wyciszenie – bo przy Tomku się to nie udawało – i żeby chłopiec mógł się fizycznie wyżyć z tatą. I wtedy było fajnie, on się nawet czasem potrafił przytulić, trzymać za rękę. Wtedy przez te krótkie chwile byli kumplami. Poza tym chłopak czuł respekt przed mężczyznami, z nimi na mniej sobie pozwalał. Przy matce nie istniały granice, których by nie przekroczył.

 

Minęło kilka takich lat i u Rafała i Weroniki doszło do kryzysu emocjonalnego i do kryzysu ich więzi z chłopcem. Stracili poczucie sensu tego, co w duchu nazywali eksperymentem. Weronika zrobiła się nadwrażliwa. Zaczęła się bać o biologiczne dzieci. Jakość ich życia się pogorszyła. Życie seksualne siadało. Trudno o urocze chwile, gdy jedno musi się w stu procentach koncentrować na chłopcu, który jest żywym srebrem. Oboje nie mieli ani chwili wytchnienia. Zaczęli być dwojgiem wypalonych opiekunów Tomka, którzy czasem poświęcą ochłap uwagi biologicznym dzieciom.

– Mnie, facetowi, łatwiej było kupić ten scenariusz: cokolwiek by się działo, damy sobie radę, choć normalnie to mężczyźni sobie z tym nie radzą i dochodzi do rozpadu związku, ale jako śląski chłop uznałem, że pierdolić jakieś sfery emocjonalne. Poradzimy sobie. Jednak Weronika zaczęła zauważać miękkie, ale głębokie zmiany w naszej rodzinie. Głównie w biologicznych dzieciach. Sama też psychicznie nie dawała sobie rady. Dom, który miał być ostoją, azylem, stał się więzieniem. Nie chciała w nim być, miała reakcje lękowe, ucieczkowe przed Tomkiem. Koniec końców zaczęliśmy postrzegać chłopca jako przekleństwo i zagrożenie dla naszej rodziny.

„A może to jakiś obcy, zły, który przyszedł zniszczyć naszą rodzinę” – nachodziły ich straszne myśli.

– Nagle przestałem mieć odruch do, tylko miałem odruch od. Wtedy uświadomiliśmy sobie, ile jest w nas tego zwierzęcia, które determinuje wszystko dookoła. I zaczynasz myśleć, że jesteś po prostu draniem.

Zrozumieli, że nic nie oszuka atawizmu. To nie jest krew z krwi, kość z kości. Oczywiście można się związać z kimś, kto nie ma tego samego DNA, ale u nich to nie działało. Jeżeli dziecko nie odwzajemnia miłości, to – jak się przekonali – z nich wychodzi najgorsze. Również w zachowaniach brutalnych. Zdarzyło im się dać chłopcu klapsa. I byli tym przerażeni. Równia pochyła. Teraz dali mu w pupę, a co, jeśli posuną się dalej? Uderzą go mocniej? Chłopak rósł i stawał się coraz większym zagrożeniem dla ich biologicznych dzieci. Był hardy i zawsze chętny do bitki.

Przez cały okres trwania adopcji przesyłali do ośrodka adopcyjnego zdjęcia chłopca i opisywali jego postępy. Ale gdy przestali sobie dawać radę, dzielili się swoimi spostrzeżeniami, problemami. I poczuli, że są w tym strasznie osamotnieni. Że ośrodek nie próbuje im w żaden sposób pomóc.

– Dlaczego państwo reprezentowane przez ośrodek adopcyjny i sąd pozwoliło nam przeprowadzać eksperyment na dzieciach? Dopuszczono do sytuacji, w której biologiczne dzieci nie były znacząco starsze i stawały się ofiarami silniejszego.

Uważają, że w związku z tym musieli wybierać między dobrem jednego a dobrem drugiego dziecka, co stawało się coraz trudniejsze. Po to są ośrodki adopcyjne, żeby myślały za rodziców, którzy są pełni zapału i dobrych chęci, ale nie są świadomi potencjalnych konsekwencji, nie znają czarnych scenariuszy i nie biorą ich pod uwagę w chwili, gdy decydują się na adopcję.

Chcieli, by jeszcze ktoś oprócz nich poczuwał się do odpowiedzialności i wspólnie z nimi poszukał wyjścia z tej sytuacji.

– Zależało nam, aby ludzie z ośrodka adopcyjnego uświadomili sobie, że ich praca nie polega na wypchnięciu potrzebującego dziecka z domu dziecka! To właśnie wtedy, gdy dziecko znalazło nowy dom, ich robota się zaczyna, a nie kończy. Żeby nam się udało, powinniśmy byli mieć właściwą formę prowadzenia. Oni nas nigdzie nie kierowali, byli niewyedukowani w problemach, z którymi się zgłaszaliśmy. Od nas dowiadywali się: FAS? RAD? Nie mieli tej wiedzy, nie mieli przygotowania, żeby z nami polemizować. To my na własną rękę szukaliśmy przyczyn i rozwiązań. Głównie pomagał nam wujaszek Google.

Ich podstawowy zarzut pod adresem ośrodka adopcyjnego to nawet nie to, że placówka zdecydowała się im powierzyć chłopca, bo wówczas to być może było dla niego rzeczywiście najlepsze rozwiązanie. W środowisku ich rodziny Tomek był w stanie wiele nadgonić. Uważają jednak, że pracownicy powinni byli im zaproponować formułę rodziny zastępczej.

– Bo tym, co nas na pewnym etapie przygnębiało, było to, że już nie możemy się wycofać, że nie możemy powiedzieć: „dość”. Czuliśmy, że gdybyśmy mieli furtkę, to chętniej byśmy ten eksperyment, przez nikogo nieoceniani, ciągnęli dalej. Świadomość wyjścia ewakuacyjnego by nas napędzała. W pewnym momencie stwierdziliśmy nawet, że pewnie chodziło o kasę. Gdybyśmy zostali rodziną zastępczą, państwo musiałoby ponosić koszt utrzymania dziecka. A jak jest adopcja, to dziecko formalnie staje się twoją rodziną i nie dostajesz nic. Ani pieniędzy, ani pomocy.

Od słowa do słowa ośrodek adopcyjny przyznał, że popełniono błąd. Ale i tak próbowano przerzucić na nich ciężar odpowiedzialności; stwierdzono, że widziano ich traumę i dopuszczono ich do szkolenia z litości.

Byli wściekli. I pewnie z litości nikt im nie powiedział: „Przygotujcie się na ewentualną porażkę”.

– Uważaliśmy, jak i pewnie wszyscy uczestnicy, że zrobimy dobry uczynek. A kandydatom na rodziców adopcyjnych trzeba powiedzieć: „Pamiętajcie, bądźcie czujni, żebyście za kilka lat nie czuli się najbrudniejsi ze wszystkich ze względu na myśli i czyny”. Powinno się to mówić niekoniecznie po to, żeby zniechęcać do adopcji, ale po to, żeby zabezpieczyć te dzieci przed kolejnymi rozczarowaniami i żeby po ukończeniu szkolenia rodzice rzeczywiście byli świadomi wszystkich zagrożeń.

Rafał z Weroniką zrozumieli, że im szybciej rozwiążą adopcję, tym lepiej, bo potem może być już na to za późno, nikt im tego prawa nie da. Minie kolejne pięć lat i co? Ktoś im powie: „Po dziesięciu latach chcecie rozwiązać przysposobienie?”.

Sąd mógłby powiedzieć, że to jest sprzeczne z zasadami życia społecznego, że chłopiec się zżył.

Ale on się nie zżył.

W poradnikach i książkach adopcja zazwyczaj jest przedstawiana w różowych barwach. Rodzice zakochują się w dziecku od pierwszego wejrzenia i nawet jeśli ono początkowo sprawia jakieś problemy, ostatecznie trudności udaje się pokonać.

Adopcja, analogicznie do rodzicielstwa naturalnego, powinna być z założenia nierozwiązywalna. Jednak z adopcją jest jak ze ślubem, na mocy decyzji urzędnika ludzie stają się rodziną i podobnie jak w przypadku małżeństwa czasem coś może pójść nie tak, jak zostało zaplanowane. Ludzie się rozwodzą. Adopcję również można rozwiązać.

Prawo przyjmuje, że szczególnie ważne przyczyny – kodeks nie precyzuje jakie – mogą prowadzić do rozwiązania adopcji i zarówno adoptowany, jak i adoptujący mogą zażądać jej zakończenia. Jedną z podstawowych przyczyn, na które zazwyczaj powołują się rodziny, jest trwały i całkowity rozkład więzi rodzinnych, a także sytuacja, gdy między przysposobionym a przysposabiającym powstał stan wrogości, gdy więź rodzinna między nimi przestała istnieć, gdy dochodziło do znęcania się rodziców nad adoptowanym lub odwrotnie, gdy dziecko znęcało się nad rodziną. Uznaje się, że owymi „ważnymi powodami” są jedynie sytuacje nadzwyczajne, wyjątkowe, w wyniku których adopcja przestała pełnić swoją funkcję. Rozwiązanie przysposobienia jest jednak niedopuszczalne, jeżeli w wyniku tego miałoby ucierpieć dobro małoletniego dziecka. To tyle z teorii. Przepisy nie są zbyt precyzyjne, wszystko zależy od sądu i interpretacji faktów.

Według ewidencji spraw rodzinnych dotyczących spraw o rozwiązanie przysposobienia w sądach rejonowych w Polsce przykładowo w 2007 roku wpłynęło 107 spraw o rozwiązanie adopcji, z czego załatwiono 89, w 2011 roku wpłynęło ich 111, a zakończono 109, w roku 2015 wpłynęło 100 spraw, a załatwiono 106 (tych drugich jest więcej, bo rokrocznie pozostają nierozwiązane sprawy z lat poprzednich). W 2018 roku wpłynęło takich spraw 98, załatwiono 80, a w pierwszym kwartale 2019 roku wpłynęło ich 42, z czego załatwiono 35. Pokazuje to, że liczba spraw tej kategorii zgłaszanych do sądów rodzinnych utrzymuje się na stałym poziomie. Należy pamiętać, że w tej ewidencji ujęte są również zgłaszane do sądu pozwy o rozwiązanie adopcji składane przez męża albo żonę, którzy adoptowali dziecko współmałżonka, a potem się rozwiedli i chcą prawnie uciąć relację również z dzieckiem. Dlatego trudno w tych statystykach wyodrębnić przypadki takie jak Rafała i Weroniki.

To mało czy dużo? Nieważne. To zawsze tragedia.

Z chwilą rozwiązania przysposobienia ustają jego skutki, choć były już adoptowany ma prawo zachować imię oraz nazwisko nadane mu przez rodziców adopcyjnych. Dodatkowo sąd może zarządzić obowiązek alimentacyjny, który rodzice adopcyjni będą zmuszeni spełniać wobec dziecka po ustaniu adopcji. Co de facto oznacza, że koszty tej summa summarum błędnej decyzji poniosą nie tylko dzieci, które znów zostaną spakowane i przeniesione, ale i rodzice adopcyjni. Nie państwo, nie ośrodki adopcyjne, nie biologiczni rodzice. Poniosą je przede wszystkim ci, którzy chcieli pomóc, ale powinęła im się noga. To oni będą musieli żyć z traumą i piętnem tych, którzy zawiedli. Wszyscy po drodze umywają ręce. A dzieci cierpią.

Do zakończenia adopcji konieczne jest orzeczenie sądu opiekuńczego, a decyzję wydaje sąd rejonowy, do którego należy złożyć dokumenty. Jednak jest to stwierdzenie na tyle suche, że nie pokazuje tragedii rozgrywających się w tych rodzinach. Są to sprawy zazwyczaj dramatyczne, ciągnące się latami i nierzadko zakończone oddaleniem powództwa.

Decyzja o rozwiązaniu zapadła, ale póki sprawa się toczy, zarówno rodzice, którzy chcą oddać swoje adoptowane dziecko, jak i małoletni, którego w tym domu już nikt nie chce, mieszkają pod jednym dachem. Dopóki wyrok się nie uprawomocni, rodzina funkcjonuje w starym składzie, uczestników dramatu się nie rozdziela, co jest dodatkową torturą. Chyba że w rodzinie dochodzi do przemocy, wtedy sąd działa na zasadzie interwencji.

W przypadku Rafała i Weroniki sprawa trwała około roku. Po sześciu miesiącach ciszy od złożenia dokumentów Weronika zdecydowała się interweniować przez sąd i złożyła pismo o poczynienie zdecydowanych kroków w celu wyszukania dla chłopca rodziny adopcyjnej. Ostatecznie pojawili się ludzie gotowi adoptować Tomka. To nikomu nie krzyżowało planów, a jedynie prostowało ścieżkę chłopca. Dla sądu był to dobry argument.

Podczas rozprawy sądowej Weronika przekonywała, że sytuacja szkodzi całej rodzinie. Sędzia usłyszała głos matki, która się boi, której rodzina cierpi. Powiedziała, że tu nie chodzi o szukanie winnego, że abstrahując od tego, czy mają rację, czy nie, czy w tym dziecku jest coś dziwnego, czy nie, ważne jest, że sąd widzi, że nie ma już w nich miłości do chłopca, i niezależnie od dalszego rozwoju sytuacji zarządziła oddanie Tomka do pogotowia rodzinnego.

Sąd wyznaczył datę oddania dziecka na dzień, który wypadał akurat w Wielki Piątek.

Rafał przyprowadził Tomka, opowiedział jego historię, a w pogotowiu zapytali: „To jest ten chłopiec pobity przez ojca?”. „Tak”. Znali tę historię. Organizowali przysposobienie starszego brata Tomka – to właśnie rodzina, która go przysposobiła, poszukiwała jego rodzeństwa.

Dziś Rafał i Weronika nie mają kontaktu z chłopcem. Tamta rodzina nie chce z nimi utrzymywać relacji.

– Mają nas za potworów.

Czy słusznie?

Łatwo ich oskarżać, bo powód rozwiązania adopcji był trudny do nazwania, nieuchwytny, gdy się z nim nie żyje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Do dziś nachodzą ich wątpliwości. Gdzie tkwiła przyczyna, czy gdyby nie było ich biologicznych dzieci, toby go nie oddali? Eksperyment – jak go nazywają – trwałby dalej. Z jakim skutkiem?

Zastanawiali się, na ile przyczyna leżała w nich. Na ile nie byli w stanie zaakceptować odmienności chłopca. A może przerosła ich liczba dzieci? Nie, bo bardzo szybko po oddaniu chłopca zdecydowali się na kolejne dziecko. Życie pokazało, że również dla trzeciego mają pokłady: miłości, cierpliwości, ciepła, zrozumienia, wybaczenia. A może to mają tylko dla biologicznego dziecka?

– Ale być może jest tak, że masz je dla dziecka, które potrafi oddać miłość. Co pokazuje, że miłość, jak mówił Nietzsche, to egoizm. Jeśli druga osoba nie daje ci potwierdzenia miłości, to się od niej odwracasz – mówi Rafał.

Czy kochali Tomka?

– Tak żebym się za nim rzucił w ogień, to nie – twierdzi Rafał. – Takiej miłości, jaką mam do swoich dzieci, do niego nie miałem. Natomiast gdyby ktoś chciał mu wyrządzić krzywdę, tobym go obronił.

Rafał podkreśla, że kochał chłopca „jak swojego”. Bez problemu mógłby powiedzieć, że to był jego człowiek, ale nie, że to było jego dziecko. Patrzył mu w oczy i w myślach pytał: „Kto ty jesteś?”, „Czyj ty jesteś?”. Czasami miał poczucie, że wprowadził się do nich obcy człowiek.

– Jakbym go spotkał, tobym go poprosił o wybaczenie, że go porzuciłem. Choć do końca nie wierzę, że zrobiłem źle. Nie miałbym satysfakcji, gdybym się dowiedział, że on został jakimś rzezimieszkiem. Ale też nie chcę być hipokrytą i mówić: „Noszę w sobie ten ból, że nam się nie udało”. Raczej odczuwam ulgę, że nie muszę się z tym zmagać. Gdyby to nie potoczyło się inaczej, gdyby on nie poszedł do dobrej rodziny, do swojego rodzonego brata, byłoby mi z tym gorzej. Teraz mogę myśleć, że byłem chwilowym narzędziem. Że ktoś go poprowadzi lepiej, niż gdyby został w naszej rodzinie. Ale czuję też, że kogoś zawiedliśmy.