Tu jest teraz twój domTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci Republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru

Haruki Murakami Podziemie. Największy zamach w Tokio

Drauzio Varella Więźniarki

Paweł Smoleński Balagan. Alfabet izraelski (wyd. 2 zmienione)

Jan Pelczar Lecę. Piloci mi to powiedzieli

W serii ukażą się m.in.:

Antonio Talia Droga krajowa numer 106. Na tajnych szlakach kalabryjskiej mafii

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 3)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by mrPliskin / Getty Images

Copyright © by Marta Wroniszewska, 2021

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Anna Zygmanowska, Katarzyna Juszyńska

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-263-1

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Od autorki

I. RODZINY ADOPCYJNE

Więź to nie więzienie

Aniołek

Droga

Bardziej od niż do

Emocje sprowadzone do kilkudziesięciu przepisów

II. RODZINY ZASTĘPCZE

Dzieci walizki

Nadzieja dla ulicy

Taką mamę chciałam i taką mam

Ciotka

III. RODZINY BIOLOGICZNE

Prawo do przeszłości

Na miano matki trzeba sobie zasłużyć

Stłuczony wazon mleka

IV. MŁODZIEŻ I DOROŚLI PO PIECZY ZASTĘPCZEJ I Z RODZIN ADOPCYJNYCH

Efekt motyla

Samotność

Drugi dom

Złość szczęśliwego człowieka

Próba codzienności

Walka o poczucie własnej wartości

V. DOMY DZIECKA

Wieczne dziadowanie

Zła opieka nad dzieckiem jeszcze niestety przestępstwem w Polsce nie jest

ZAKOŃCZENIE

To człowiek jest najsłabszym ogniwem, nie przepisy

Okaleczenie głęboko wewnątrz

Podziękowania

Najważniejsze pojęcia i skróty

Najważniejsze akty prawne regulujące sprawy przysposobienia

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Łucji, Leonowi, Ludwice

Karolinie, Oliwii

Wobec faktycznej niesamodzielności w zakresie decydujących funkcji życiowych komunikowanie się z innymi jest dla dziecka sprawą życia lub śmierci. Możliwość pozostania bez opieki bywa bezwzględnie najpoważniejszym zagrożeniem całej egzystencji dziecka.

Erich Fromm, Ucieczka od wolności, przeł. Olga Ziemlińska, Andrzej Ziemliński

Od autorki

Oddaję w Państwa ręce zbiór reportaży, których celem jest spojrzenie na adopcję i pieczę zastępczą z różnych perspektyw. Starałam się ująć temat możliwie jak najszerzej, od strony tych, którzy adoptowali, i tych, którzy zostali adoptowani, tych, którzy prowadzili rodzinny dom dziecka, i tych, którzy byli rodzinnym pogotowiem opiekuńczym. Rozmawiałam z tymi, którym odebrano prawa rodzicielskie, i tymi, którzy szukali swoich korzeni, ze specjalistami, z psychologami, pracownikami placówek i organizacji pozarządowych, a także z tymi, nad którymi krewni przejęli opiekę i stworzyli im nowy dom. Nie skupiłam się na żadnym konkretnym miejscu Polski, byłam nad morzem, na Śląsku, w centralnej, zachodniej i wschodniej Polsce. Nie próbowałam udowadniać żadnych tez, ale raczej szukałam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań. Rozmawiałam, czytałam, słuchałam. To, czego się dowiedziałam, opowiadam Państwu.

Część tych historii wydarzyła się na tyle dawno temu, że zdążyły zajść zmiany w procedurach, obowiązują inne akty prawne, ale emocje pozostały. Nadal są dzieci, które zostały zabrane ze swoich domów biologicznych i czekają na nowy, są i dorośli, którzy są gotowi im go ofiarować (obojętne, czy są pracownikami domów dziecka, czy bezpłodnymi parami). Doceńmy ich wszystkich.

Imiona i niektóre fakty z życia bohaterów książki zostały zmienione, aby zachować ich prywatność i anonimowość. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest przypadkowe. Wyjątek stanowią osoby występujące pod imieniem i nazwiskiem.


I Rodziny adopcyjne

Więź to nie więzienie
Jacek z Warszawy – adoptowany w wieku dwóch lat

Dwa lata codziennie modlił się o śmierć matki. Leżał wieczorem w łóżku przykryty kocem i wyobrażał sobie, że są z ojcem tylko we dwóch.

 

Od najmłodszych lat sam robił porządek w swoim pokoju, od pierwszych klas podstawówki prał swoje rzeczy, podlewał kwiaty, odkurzał, robił sobie śniadanie. Nie miał problemów z nauką, w szkole nie wdawał się w kłótnie ani bójki.

– Do tego byłem taki ładny. Zobacz, to moje pierwsze zdjęcie z domu, mam na nim dwa lata. Marzenie każdego rodzica, prawda?

Z czarno-białego studyjnego zdjęcia spogląda chmurny malec, śliczny blondynek o jasnych oczach. Wiem, że są niebieskie.

– Byłem chodzącym ideałem, cholerną zosią samosią. We wszystkim najlepszy. To był mój sposób na wewnętrzny chaos, którego źródła nie potrafiłem zlokalizować; chęć porządkowania wszystkiego wokół siebie już od wczesnego dzieciństwa, żeby zapanować nad tym, co w środku. Poszukiwanie kontroli nad światem i matką, która była nieprzewidywalna.

Nie pamięta, żeby brała go na kolana, przytulała czy głaskała. Wydawało mu się, że skoro go nie dotyka, to dlatego, że nie zasługuje na jej miłość. Dlatego tak się starał jej przypodobać.

Uważa, że w domu nie było miejsca na jego emocje. Dla matki nie było istotne, co się w Jacku dzieje w środku, co czuje, co myśli. Dlatego był radarem jej potrzeb. Obserwował ją, gotowy działać. Zadowolić ją. Zasłużyć na jej miłość.

– Matka mnie wymyśliła, stworzyła postać, wyobrażenie dziecka, bawiła się w dom. Była jak mała dziewczynka, która dostała lalkę. Jak gdybym był pustą skorupą do ubierania. Stroiła mnie, przebierała cztery razy dziennie, szykowała do szkoły, kościoła, chwaliła się mną. Jednak na dobrą sprawę w ogóle nie była mną zainteresowana, tym, kim jestem, byłem. Nigdy nie pytała mnie na przykład: „Jak się czujesz?”, „Kim chciałbyś być w przyszłości?”, „Co lubisz robić?”, „Na co masz ochotę?”. Uważała, że zna odpowiedzi na te pytania. W domu nie mówiło się o uczuciach. Mogłem co najwyżej powiedzieć, że jakiejś rzeczy potrzebuję. Ale do głowy by mi nie przyszło prosić, żeby mnie przytulono.

Nie rozmawiali więc. Gadał sam ze sobą. Na głos. Tłumaczył sobie otaczający świat. Mówił o liściach, motylach, ptakach i książkach. Matka tego nie cierpiała, bo ludzie zwracali na to uwagę i mówili, że z tym dzieckiem jest coś nie tak.

To gadanie do siebie było nieuświadomioną – jeszcze wtedy – formą buntu przeciwko matce. Ucieczką pierwszą.

Drugą były książki.

– Uważam, że dobrze mnie wychowały. Mówię to świadomie: wychowały mnie książki! To one mi pokazały, co jest dobre, a co złe, jak należy się zachowywać, jak postępować z ludźmi. Nie rodzice.

Czytać zaczął w wieku sześciu lat. Nauczyła go babcia. Gdy wychodziła z kościelnej ławki, niefortunnie upadła i złamała biodro. Zanim zmarła w wyniku powikłań, kilka lat leżała unieruchomiona w łóżku. Towarzyszył jej mały Jacek, a ona mu czytała. Gdy miał dziesięć lat, wyrósł z bajek dla dzieci, po czym przeczytał wszystko, co znalazł w domu: Mickiewicza, Słowackiego, Żeromskiego. Ojciec zapisał go do biblioteki dziecięcej. Bibliotekarka w tajemnicy zamawiała dla niego książki z wypożyczalni dla dorosłych, które on potem odbierał od niej w bibliotece dziecięcej.

Trzecią drogą ucieczki był Bóg.

Jacek modlił się codziennie. Wydawało mu się, że Bóg pomoże mu się uporać z tym, z czym sam sobie nie radził. Kościół był wentylem bezpieczeństwa, a On postacią, której mógł wszystko powiedzieć i przez którą czuł się wysłuchany. Myślał, że Bóg go usłyszy, pomoże i matka go przytuli, zauważy, doceni.

Co niedziela chodził do kościoła z rodzicami. Pamięta, jak wieczorem w skupieniu dłonie ojca składały się do modlitwy, wargi szeptały prośby. Matka jest wierząca, ale według jej syna z wiarą i religią nie ma to nic wspólnego, ona ją rozumie, ale nie jest pewny, czy czuje. Wiara jest dla niej na pokaz.

Został ministrantem, gdy miał sześć lat. Póki babcia była sprawna, każdego dnia chodził z nią do kościoła. A gdy zachorowała, zorganizował jej kościół w domu i odprawiał dla niej msze. Z kompletu kryształów, który rodzice dostali w prezencie ślubnym, brał kielich, do tego płócienną chustkę mamy i talerzyk deserowy. Do kielicha nalewał herbatę, nakrywał go chustą. Na talerzyku kładł kromkę chleba. W kółko powtarzał Ojcze nasz. Potem do wymyślonej przez siebie melodii dobierał różne słowa i śpiewał pieśni o Jezusie. Msza kończyła się przyjęciem komunii przez babcię. Kielich ostrożnie mył i odkładał na półkę w kredensie, żeby rodzice się nie zorientowali, że go użył.

Jaki był ojciec? Właściwie jakby go nie było. Jakby się wycofał z tego układu rodzinnego, uciekał do garażu naprawiać samochód, polerować, czyścić, smarować. Dokręcał umazane smarem śruby, a potem zostawiał na umywalce ciemne zacieki, a na mydle czarną, zaschniętą pianę.

Jednak to wycofanie nie było bolesne. Dawało wytchnienie, przestrzeń, której nie dostawał od matki. Ojciec był jej przeciwieństwem, zapewniał poczucie bezpieczeństwa, pozory stabilności, niezmienności rzeczy, trwałości i słowności. Wiedział, że może na niego liczyć. Gdy mówił: „Nie pojedziesz na wakacje, bo nie mamy pieniędzy”, to Jacek wiedział, że to nie za karę. Ojciec po prostu stwierdzał fakt i był w tym uczciwy.

A matka była niegodna zaufania, zawsze w ostatnim momencie zmieniała zdanie. Żaden plan nie był nigdy ostateczny, nic, co obiecane, się nie spełniało. Pamięta, że miał jechać z klasą do zoo, a rano ona dostawała gorączki i „umierała”, więc z wyjazdu nici. Miał iść do kina, nie poszedł. Miał obiecane, że wpadnie do niego kumpel, a matka w ostatnim momencie nalegała, żeby odwołał wizytę. Do późnego liceum praktycznie nie wolno mu było wychodzić z domu. Nie mogła znieść myśli, że wyjeżdża bez niej, że łazi ze znajomymi po górach. Już samo to, że miał przyjaciół, było dla niej zdradą.

– To była agresja z jej strony, zaborczość, chciała mieć mnie tylko dla siebie. Nie lubiła tracić mnie z pola widzenia. Nie lubiła się mną dzielić. Każdy był dla niej zagrożeniem, każdy potencjalnie mógł jej mnie, JEJ dziecko, odebrać. Emocjonalnie, psychicznie, fizycznie. Zawsze byłem przy niej, a ona przy mnie. Miałem poczucie, że się duszę.

W podstawówce Jacek zdał sobie sprawę z braku podobieństwa fizycznego między nim a matką. A w miarę jak rosła przepaść między nimi, stopniowo dochodził do wniosku, że w ogóle są inni, mają różne potrzeby. Matka ciągle się dziwiła, że syn czyta. Normalnie matki się z tego cieszą, a ona nie. Uważała, że to wyrzucanie pieniędzy w błoto i strata czasu. W tamtym okresie zaczął się też zastanawiać, czemu nie ma fotografii sprzed drugiego roku życia. Żadnych zdjęć z gołą pupą, jak to się kiedyś dzieciom robiło. Żadnych w beciku. Żadnego pierwszego kroku. Nic.

Na podwórku dzieci czasem mówiły do niego: „Jesteś z domu dziecka”. Ale on nie brał tego na poważnie, bo na takiej samej zasadzie wołały: „A twoja matka jest gruba!”.

U higienistki każdy posiadał kartę zdrowia. Wszystkie dzieciaki miały pierwsze adnotacje z datą z dnia urodzenia. A on? Pierwsza wizyta u lekarza: jak miał dwa lata; pierwsze szczepienie: dwa lata. Tak jakby przez dwa lata życia w ogóle nie istniał.

Kiedy szedł do pierwszej komunii świętej, proboszcz powiedział: „Ci twoi rodzice tacy wierzący, a ochrzcili cię, dopiero jak miałeś dwa lata”. Rzeczywiście dziwne. W ich okolicach zawsze chrzciło się bardzo małe dzieci – to niewielkie miasto, każdy o każdym wszystko wie – to ważny element życia społecznego. A potem dotarło do niego, że przecież urodził się w jakimś Grudziądzu. Nie mieli tam rodziny, nie jeździli na wakacje. Co innego, gdyby urodził się w takim Lęborku, skąd pochodził ojciec.

Jego uwagę zwracało też to, że nie był w stanie zasnąć bez ssania kciuka, miał również problemy z moczeniem się w nocy – nawet w liceum zdarzały mu się epizody – prał potem w tajemnicy przed rodzicami pościel, suszył prześcieradło. W łóżku co noc przed zaśnięciem kołysał się z boku na bok.

Szukał przyczyny tych zachowań. Czuł, że coś jest nie tak: z nim, w relacji jego i matki. Nie potrafił sobie tylko odpowiedzieć na pytanie, co to jest. A potem, nie pamięta dokładnie, czy to była trzecia, czy czwarta klasa podstawówki, robił w domu porządki, układał świeżo wyprane rzeczy w szafie. Znalazł jakieś papiery, posegregowane w teczkach, upchnięte pod stertami bielizny pościelowej. To były jego dokumenty adopcyjne. I podobny komplet dokumentów dotyczących jego mamy.

Przeczytał. Schował. O nic nie pytał. Jak gdyby wyparł to tak samo jak matka. Pomyślał, że skoro oni nie chcą o tym mówić, to on nie powinien pytać. A potem stan babci się pogorszył i Jacek uznał, że są ważniejsze sprawy.

Temat adopcji i dokumentów znalezionych w szafie wypłynął wiele lat później – oczywiście zupełnym przypadkiem – gdy zrezygnował ze studiów w seminarium duchownym. Od czasów mszy odprawianych dla babci chciał być księdzem, ale po czterech i pół roku w seminarium zrozumiał, że to była tylko forma ucieczki – powołanie odeszło. Przy tej okazji postanowił powiedzieć rodzicom, że jest homoseksualistą. Ojciec przyjął to do wiadomości, ale niespecjalnie wnikał, nie zadawał pytań. Matce nie przyszło to z taką łatwością. Próbowała to wyprzeć – jak wszystko, co trudne. Szybko zmieniła temat. Jednak od tamtej chwili coś się zaczęło zmieniać w relacji między rodzicami, jakby coś pękło w obrazie idealnej rodziny. Ojciec obwiniał matkę.

„Wychowywałaś go jak dziewczynkę, to przez ciebie!” – wykrzyczał któregoś razu.

Jacek nie mógł znieść napięcia między rodzicami, czuł się jego przyczyną, chciał zdjąć z nich odpowiedzialność za tę sytuację. I podczas którejś dyskusji, choć w ogóle nie zamierzał tego powiedzieć, stwierdził, że skoro homoseksualizm jest kwestią genów, to nie mogą mieć przecież pretensji do siebie, bo nie jest ich biologicznym dzieckiem.

Matka od razu próbowała zaprzeczyć.

„Jak to nie jesteś naszym dzieckiem?”

„No przecież nie jestem waszym dzieckiem, jestem adoptowany” – odpowiedział jej.

„Kto ci to powiedział, że jesteś adoptowany?” – dopytywała.

„Nikt mi nie powiedział, wiele lat temu znalazłem papiery w szafie”.

– Nie spytali mnie wtedy: „Jak się z tym czułeś przez te lata? Co myślałeś o nas, o sobie?”. Matka zadała pytanie: „Będziesz szukał swoich rodziców?”. I znowu nie chodziło o mnie, tylko o nią.

Zaczęła się bać, że Jacek ich porzuci, że już nie będzie do nich przyjeżdżał. Że przestanie do niej mówić „mamo”. Jakby przyznaniem, że zna prawdę o swoim pochodzeniu, zaprzeczał istnieniu ich rodziny. Po tym wydarzeniu wyjechał do Warszawy. I nie rozmawiali o tym więcej. Przynajmniej przez jakiś czas.

Po wyjeździe zrozumiał, że wreszcie może sam o sobie decydować, zdalnie matka nie mogła sprawować nad nim już takiej kontroli jak kiedyś i choć regularnie dzwoniła i mówiła mu, co powinien, a czego nie, on poczuł się w końcu wolny, odzyskał siłę.

– Mama dzwoni już trzeci raz. Dziś jeszcze z nią nie rozmawiałem. Muszę odebrać – mówi mi podczas rozmowy.

„Tak, mamo? Dobrze, a mogę za jakąś godzinę zadzwonić? Dobrze, zadzwonię za godzinę. No to cześć”.

– Wypadło mi z głowy, co mówiłem.

Objawy choroby sierocej ma nadal.

Jeszcze podczas pobytu w seminarium bardzo się wstydził, że ssie palec, więc związywał sobie na noc ręce bandażem i w ten sposób się odzwyczaił. Nigdy jednak nie oduczył się kiwać podczas zasypiania. To nie jest zwykłe, delikatne bujanie, tylko przewalanie się z jednej strony na drugą. Ale pogodził się z tym, przecież nie zwiąże się cały na noc.

Miewa okresy, że przez trzy miesiące się nie kołysze, ale są i takie, kiedy zaczyna to robić intensywnie. Nie walczy z tym, bo to przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Nauczył się, że to mu coś mówi: „Bądź ostrożny, przypatrz się sobie, może jeszcze tego nie widzisz, ale coś się dzieje”.

Wsadzenie palca do ust czy bujanie się dawało mu ten sam poziom ukojenia, co kilka lat później wypicie kieliszka wódki.

Do domu jeździł tylko na święta. Po jakimś czasie zaczął pytać – delikatnie, żeby nie wystraszyć matki. I słowo po słowie poskładał swoją historię.

– Urodziłem się w Grudziądzu w więzieniu dla kobiet. Moja biologiczna mama, będąc w ciąży, zabiła mojego biologicznego ojca. Mam dwa lata starszego brata. On trafił do domu dziecka. Nie wiem, do jakiego miasta. Nie wiem, czy żyje. Po urodzeniu przez chwilę byłem w więzieniu przy matce. Potem mnie jej odebrano. Trafiłem do domu dziecka.

Czy będzie szukał matki biologicznej? Gdy pierwszy raz padło to pytanie, odpowiedział automatycznie, że nie. Przemyślał to i podtrzymuje. Nie chce jej odnaleźć z różnych powodów.

 

Chociażby dlatego, że w domu adopcyjnym jest jedynakiem, widział starzejących się rodziców, ojca umierającego na raka, jego kruchość tuż przed śmiercią. Matkę, która została sama. Czuje się w obowiązku, by się nią zająć.

Równocześnie boi się szukać matki biologicznej, bo obawia się odrzucenia. Co by było, jak by zareagował, gdyby ona go nie przyjęła, odtrąciła. Albo gdyby dowiedział się, że nigdy go nie chciała? A co, jeśli okazałoby się, że ona żyje w skrajnej nędzy? Co miałby wtedy zrobić? Zaopiekować się nią? Pomóc jej? Nie chce się czuć za nią odpowiedzialny.

A gdyby ona była fantastyczna i ich relacja byłaby fantastyczna, to gdzie byłaby w tym jego mama adopcyjna? Jak by to na nią wpłynęło? Równocześnie zdaje sobie sprawę, że spotkania jak z amerykańskich filmów – rzucają się sobie w objęcia i żyją długo i szczęśliwie – to ułuda i nie ma co na to liczyć. A nawet gdyby, to jak ją przytulić? Nie umiałby. To dla niego obca osoba.

Matki biologicznej nie szukał jeszcze z jednego powodu: nie wiedział, jaki dramat stał za jej pobytem w więzieniu. Oczywiście najbardziej prawdopodobne wydaje się, że to była kobieta bita, jego biologiczny ojciec zapewne znęcał się nad nią, a zabójstwo było formą samoobrony. Najbardziej prawdopodobne, ale też najłatwiej akceptowalne. Każde inne rozwiązanie wydaje się bagażem, którego on nie chce brać na siebie.

Nie wie w końcu, czy byłby w stanie unieść dwie matki. Adopcyjna się nie zmieni. Ale on zna i rozumie już jej mechanizmy funkcjonowania. Musi się skupić na zaakceptowaniu jej takiej, jaka jest. Z jej wadami, zaborczością, zamknięciem na jego potrzeby.

Jego terapeutka uważa, że powinien poszukać biologicznej matki. Że to wciąż niezałatwiona sprawa, a to, że nie robi tego ze względu na adopcyjną mamę, to jedynie wymówka. Powinien zmierzyć się z traumą, wpisać ją w narrację swojego życia, dokonać przewartościowania, dzięki któremu bardziej doceni to, co dostał od losu, stanie się mniej surowy dla siebie i matki. Doświadczy lepszego życia. Ale on boi się, że to rozdrapie, rozbabrze i zostanie z dziurą, pustką, a co gorsza – z czyjąś tragedią.

Niedawno stał na przystanku. Podszedł do niego jakiś mężczyzna i mówi:

„Cześć, Zbyszek!”

„Nie jestem Zbyszek” – odpowiedział mu.

„No jak to, przecież ty jesteś Zbyszek Kowalczyk”.

„Nie jestem Zbyszek Kowalczyk. Z kimś mnie pan myli”.

„Ale weź, stary, przestań, no jak nie Zbyszek Kowalczyk?”

Zaczęło go to drażnić. Czemu się tak uczepił tego Zbyszka Kowalczyka? Chciał nawet pokazać dowód temu człowiekowi, ale podjechał autobus. Jacek wsiadł. Był zirytowany tym zajściem. A potem zaczął myśleć: „Może mój brat żyje? Może jest tak do mnie podobny, że ktoś nas ze sobą pomylił?”.

Pojechał do Grudziądza. Jest tam więzienie dla kobiet. Stanął pod wysoką na jakieś pięć metrów żółtą bramą. Kiedyś to był klasztor należący do zakonu franciszkanów reformatów, zwanych Braćmi Mniejszymi Ściślejszej Obserwancji. W ciągu ostatnich dwustu lat budynki powiększano o kolejne skrzydła, przebudowywano, izby zakonników zamieniono na cele więzienne. W czasach stalinowskich wymontowane zostały ołtarze, wnętrze przedzielono betonowym stropem, postawiono sześć kolumn, które go dźwigają. O tym, że to był kiedyś klasztor, dziś świadczy jedynie zewnętrzna fasada, zaatakowana polską pastelozą. Budynek praktycznie całkowicie pozbawiono sakralnego charakteru. Sacrum i profanum.

Popatrzył na mury. Nic się nie wydarzyło. Nie wie, na co liczył. Pochodził dookoła, pokręcił się, nie wszedł do środka. Wrócił do domu.

Gdy rzucił seminarium, przeprowadził się do Warszawy i ukończył filozofię. Był zdolny, chętny do pracy. Do czegokolwiek się brał, wychodziło mu dobrze. Szybko został kostiumografem, wkrótce potem stylistą. Od trzech lat zajmuje się również redagowaniem książek. Poprawia to, co piszą inni. To też robi dobrze. Dziś ma czterdzieści sześć lat i wygląd chłopaka z magazynu modowego. Mieszka w eleganckim mieszkaniu, na grodzonym osiedlu, którego wejścia strzeże konsjerż. Dziś się śmieje, że został stylistą, bo podobały mu się pogrzeby. W miasteczku, z którego pochodzi, kobiety tak pięknie się wtedy ubierały. Jego babcia miała w szafie specjalny zestaw: czarną suknię, toczek z woalką, rękawiczki, małą torebkę – pogrzeb to był ważny element życia towarzyskiego małego miasta i świadectwo obecności na tym świecie.

Nigdy nie miał ciągot do alkoholu – nawet jako młody człowiek. Mógł iść na imprezę, a do zabawy niepotrzebne mu były żadne używki. Aż tu nagle jakby ktoś mu wajchę przestawił. Zaczął znikać na tydzień, zaszywał się w domu i pił kilka butelek wódki, nie jedząc, nie pijąc niczego innego. W pierwszym odruchu pomyślał, że praca go wykańcza. Ale nie miał z nią problemu. Tylko z alkoholem. Stał się jego wentylem. Ucieczką czwartą. Pozwalał natychmiast uwolnić się od problemów. Jak wcześniej bujanie czy ssanie kciuka.

– Musiałem znaleźć przyczynę, źródło. Wiedziałem, że w Warszawie tego nie zrobię, bo znam ludzi, knajpy, miejsca dezercji. Musiałem iść na porządną terapię, a nie jakieś tam pierdolenie raz w tygodniu. Miałem odłożonych trochę pieniędzy, zrezygnowałem z mieszkania, które wynajmowałem, i pojechałem do matki. Wiedziałem, że jest jedyną osobą, przy której nie będę pił.

Poszedł na terapię grupową. Dołączył do grona mężczyzn, którzy zostali sądowo zmuszeni do uczestnictwa. Alkoholicy, narkomani, hazardziści, przemocowcy. I on wśród nich, w obcisłych czarnych spodniach, z odsłoniętymi kostkami, nienagannym, lśniąco białym T-shircie i w marynarce, gadający o mamie, uczuciach i emocjach. Długo się oszukiwał, że jego picie jest przecież inne. Że on nie jest jak ci faceci. Ale skoro stoczył się na dno, to doszło do niego, że niczym się nie różni od tych gości. I że jeśli teraz czegoś z tym nie zrobi, za pół roku czy za rok będzie spał bezzębny na ławce w parku. A to, że przeczytał w życiu mnóstwo książek i być może osiągnął więcej niż oni, nie będzie miało większego znaczenia.

Nie chciał grzebać w przeszłości. Wydawało mu się, że ma to wewnętrznie przerobione, poukładane. Czuł, że jego picie bierze się z czegoś innego.

Terapeutka przed rozpoczęciem każdej sesji pytała:

„Jak się dziś czujesz?”

„No nie wiem, jak się czuję”.

„W jakim jesteś nastroju? Pogodny? Smutny? Jaki jesteś?”

Stał przed gabinetem, myślał o tym, że zaraz będzie musiał wejść do środka, a ona znowu zapyta, jak się czuje. Szlag go trafiał.

W końcu kiedyś powiedział jej:

„Wkurwiasz mnie! Tak się czuję”.

„No dobrze, wkurwiam cię, ale dlaczego?”

Nikt go dotąd nie pytał, jak się czuje, i dlaczego tak, a nie inaczej. I w ten sposób zaczął patrzeć na swoje emocje. Kawałek po kawałku zaglądał w głąb siebie.

Zobaczył, że całe życie zbierał kolejne kamienie do swojego ogródka. Robił to dla świętego spokoju matki, aby nie sprawiać jej bólu, przykrości. Pozornie rzeczy nieciężkie, że nie posolił ziemniaków, że znów czyta, że lepiej by było, żeby nie wychodził, tylko spędził czas z mamą. Ale jak się nie umie tych kamieni pozbywać, to one cię zaczynają w pewnym momencie przygniatać. I właściwie nie wiadomo, o co ci chodzi. Alkohol był dowodem na to, że nie był tego w stanie dalej dźwigać.

Na terapii najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że jest podobny do matki. Źle funkcjonował w związkach, przyjaźniach. Osaczał ludzi, tak jak i ona jego osaczała. Ktoś mu kiedyś powiedział: „Jacek, jesteś jak ośmiornica”. Bo przychodził, organizował innym ludziom życie, dawał im prezenty, kupował drogie bilety na koncerty, nie zapytawszy, czy w ogóle chcą iść.

Podobnie jak matka nie chciał się dzielić ludźmi. Ktoś mu mówił, że był wczoraj na spacerze z Józkiem albo z Magdą, a on myślał od razu: „O Jezu, a nie ze mną?! Pewnie mnie nie lubi”. I ruszała lawina odrzucenia. Potrafił być równie zaborczy i zazdrosny jak ona. Podczas terapii nie tylko zrozumiał, gdzie są cudze granice, lecz także znalazł swoje. Do tej pory tak bardzo chciał się dopasować, że przestawał być sobą, a zaczynał być dla drugiej osoby. Zawsze mu się wydawało, że przecież wie wszystko: o sobie wie, czego ludzie chcą – też wie. Jego matka również myślała, że wie, czego on chce. Zobaczył, że funkcjonują u niego bardzo podobne mechanizmy. Tłumaczył sobie, że te jego są „ładniejsze”, bardziej eleganckie. Ale to nie była prawda.

Uświadomił sobie też, że niejednokrotnie podświadomie używał adopcji do tłumaczenia sobie własnych życiowych niepowodzeń. Zawsze mógł posłużyć się nią jako tarczą albo taryfą ulgową. Mówił sobie: „Jak na dziecko kryminalistki jest całkiem nieźle”. Dobra wymówka, prawda? Grał przed sobą nieszczęśnika, jest taki biedny, pije, ma chorobę sierocą, bo go nie kochają. Nie było w tym jego pracy. Tylko bierność.

Pod koniec terapii poczuł, że być może adopcja jest jego bogactwem, siłą, wartością. Bo dzięki niej musiał wziąć się w garść, zająć się swoimi relacjami, przeszłością. Ludzie, którzy wychowali się w biologicznych domach, niekiedy żyją zupełnie bezrefleksyjnie. Życie niesie ich jak na fali. Nie zadają sobie pytań, dlaczego są tacy, a nie inni, dlaczego tak, a nie inaczej budują relacje, dlaczego coś im się udaje albo nie.

– Zrozumiałem, że nie miałem wpływu na swoją przeszłość. Zacząłem myśleć o swojej adopcji jak o każdej innej historii z mojego życia. Pogodziłem się z tym i z matką. Zrozumiałem, że są ludzie, którzy są przygotowani do wychowywania dzieci, a inni tego nie potrafią. I nigdy się nie nauczą. Więc nie mam o co mieć do niej pretensji. Wybaczyłem jej większość rzeczy.

Równolegle zaczął się zastanawiać, jaki wpływ na jego matkę i to, jak go traktowała, miała historia, o której dowiedział się z dokumentów w szafie – to, że ona sama została adoptowana. Była dzieckiem znalezionym pod koniec wojny – prawdopodobnie niemiecką dziewczynką. Porzucono ją albo jej rodziców zamordowano. Miała trzy, może cztery lata. Dziadkowie ją przygarnęli, a na początku lat pięćdziesiątych została przeprowadzona sądowa adopcja. Czy matka jako dorosła osoba sama nosiła traumy dzieciństwa, swojej przeszłości, z którymi nie umiała się uporać? A może nawet nie jest ich świadoma?

Jaka zatem była jej historia i jak to wpłynęło na ich relację? Nigdy nie widział, żeby rodzice okazywali sobie czułość, żeby byli dla siebie ciepli, trzymali się za ręce, dotykali, całowali. Jego zdaniem matka tego nie umiała. Być może sama nigdy tego nie doświadczyła. Miała traumę? Co przeżyła? I jaką matką była jego babcia? Dla niego była najcieplejszą, najcudowniejszą osobą pod słońcem, jedyną, którą zapewnił o swojej miłości i naprawdę ją czuł. Ale czy przytulała przybraną córkę, czy rozmawiała z nią? Nigdy nie zapytał.

W tym czasie mieszkał z matką i dużo z nią rozmawiał. To były jednak powierzchowne rozmowy, bo choć mówił jej sporo, tak naprawdę nie zdradzał niczego o sobie. Ale było w tym mnóstwo emocji. Podczas jednej z tych rozmów mama powiedziała coś, co rzuciło światło na ich relację. Przyznała, że długo starali się z ojcem o dziecko. Adopcja była jego ultimatum: jeżeli nie adoptują dziecka, on się z nią rozstanie.

– Poczułem się, jakbym dostał obuchem w głowę. Na szczęście byłem w trakcie terapii i mogłem to przegadać z terapeutką. Jeśli rzeczywiście matka adoptowała mnie tylko ze względu na ojca, to znaczy, że byłem po to, żeby go przy niej zatrzymać. Więc musiała o mnie dbać, ale nie dla mnie samego, tylko dla niego. Tak bardzo chciałem, żeby on żył, żebym mógł to z nim skonfrontować, żeby mógł zaprzeczyć. Pierwszy raz poczułem do matki coś na kształt zrozumienia i współczucia.

Trzy czy cztery lata temu matka zaczęła dzwonić codziennie i mówić: „Kocham cię”. Nigdy wcześniej tego nie robiła.

– Ale to jest okej – twierdzi Jacek, choć uważa, że to niczego w nim nie wypełnia. Nigdy nie odpowiada. Mówi po prostu: „Wiem”.