ZaduchTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., 2015

Grupa Wydawnicza PWN

ul. Gottlieba Daimlera 2

02-460 Warszawa

tel. 22 695 45 55

www.dwpwn.pl

Copyright © for the text by Marta Szarejko, 2015

Wydawca: Marcin Kicki

Redakcja: Justyna Wodzisławska

Korekta: Łukasz Mackiewicz (eKoreka24.pl), Joanna Morawska

Projekt okładki: Justyna Boguś/MileWidziane.pl

Zdjęcie na okładce: © EyeEmCLOSED/istock

Przygotowanie wersji elektronicznej: Ewa Modlińska

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Domu Wydawniczego PWN: Marcin Kapusta

ISBN 978-83-7705-910-4 (e-book)

Książka powstała dzięki stypendium

Fundacji imienia Ryszarda Kapuścińskiego – Herodot


Autorka dziękuje Fundacji i wszystkim rozmówcom, którzy zechcieli poświęcić jej czas

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

SPIS TREŚCI

  Tadeusz od nieudanych powrotów

  Tomasz od sprzątaczek

  Justyna od śladowego mechanizmu obronnego

  Łukasz od kościoła

  Dominika od języków

  Ewelina od samotności

  Michał od lazanii

  Anna od mezaliansu

  Piotr od matematyki

  Adam od błyskawicznej kariery (albo sumarycznej liczby działań)

  Magda od mieszkań

  Krzysztof od sportu

  Ewa od zarządzania biedą

  Karolina od tęsknoty

  Katarzyna od poczucia winy

  Tadeusz od wymuszonego wyjazdu

TADEUSZ OD NIEUDANYCH POWROTÓW

Nie wiem, czy mogę mówić personalnie, bo boję się, że książka ta trafi w czyjeś ręce i ktoś pozna, że to ja mówiłem, i będzie mi wstyd. W opowieściach o ludziach z małych miasteczek trzeba uważać, bo ich pamięć jest wielopokoleniowa i twarda jak pamiątkowy kamień w rynku, do którego po osiemdziesiątym dziewiątym przytwierdzono tablicę, że jest pamiątką Konstytucji 3 maja. O wydarzeniach w Warszawie w roku 1791 pewnie nikt w tym zgniłym mieście nie słyszał, o ile można to było wtedy nazwać miastem, a nie błotnistą kałużą z wystającymi z niej drewnianymi kikutami domów. Ale tak jest. Pamięć jest tam trwalsza niż kamień, choć zawsze miałem wrażenie, że przykrywa ją błoto codziennych świństw, plotek i dopowiedzeń. Żyłem w czasach przedinternetowych, gdy i telewizja nie miała jeszcze maniery puszczania obyczajowego bełkotu o zdradach i innym syfie. Dlatego każdy mieszkaniec miasta mógł rozejrzeć się po sąsiadach i znaleźć u nich to, co ogląda w programach typu Trudne sprawy i innych paradokumentach obyczajowych. W telewizji lecą teraz znacznie ciekawsze historie niż tragedia Kokosa – kierowcy autobusu, którego pasją były gołębie.

Kokos to porządny człowiek, szanowany kierowca autobusu PKS. Mieszka z żoną i dwójką dzieci w bloku, ale po drugiej stronie ulicy ma też mały kawałek ziemi z domkiem i gołębnikiem, w którym trzyma wspaniałe okazy. Raz w roku do Kokosa przyjeżdżają białe mercedesy na warszawskich numerach, wychodzą tłuste twarze w rozpiętych koszulach, tacy, wiesz, co nie mają zegarków, bo szczęśliwi czasu nie liczą, tylko grube złote łańcuchobransoletki. Idą z Kokosem do gołębnika i kupują wspaniałe okazy hodowlane. Kokos jest z nich dumny: dopieszcza je, karmi najczystszym pokarmem i regularnie buja – tyczka ze szmatą wędruje i zatacza krąg. Kokos kocha je bardziej niż własne dzieci. Zawsze staję w oknie i patrzę, jak Kokos buja te swoje gołębie, jak one zmieniają kolor w zależności od tego, czy dzień jest pochmurny, czy słoneczny. Tu nikt nie jeździ samochodem, więc słychać nawet gwizd wydawany przez Kokosa. Gdy Kokos rusza w dłuższą trasę do Lublina, Warszawy, a w okresie letnim nawet do Gdańska, w bujaniu zastępuje go żona. Aż do tej nocy, kiedy padał ulewny deszcz. To była ciemna noc Kokosa. Lało, ale bez wiatru, jakby ktoś wylał wiadro wody, pionowy deszcz gęsty jak włosy. Tej nocy wszystkie gołębie zginęły. Ktoś przyjechał, wyłamał drzwi do gołębnika i wybrał wszystkie gołębie Kokosa jeden po drugim, i uciekł.

Pamiętam, że wróciłem do domu, a że Kokos mieszkał na parterze, słyszałem płacz i zawodzenie żony Kokosa i jego córek. On pił, a one płakały. Pił przez dwa tygodnie, dzień w dzień, od czasu do czasu krzycząc na żonę, wyzywając ją od najgorszych. Nie wiem, czy ją bił, nie wydaje mi się, choć w tamtych czasach porządny klaps w twarz kobiety był traktowany jak naturalne korzystanie z patria potestas. Myślę, że Kokos pił na smutno, a one zawodziły, żeby mu pokazać, że ten ból dotyczy także ich, ale Kokosowi puszczały nerwy, bo jaka kobieta może zrozumieć gołębiarza i jego miłość? Na ławce pod oknem siedzieli sąsiedzi i żywo omawiali sprawę niedawnej kradzieży. Nie było w tych słowach zmartwienia, raczej podekscytowanie wydarzeniem, które przerwało monotonię wiosny.

Gołębie Kokosa to właściwie taki świat z przeszłości, z filmów trochę. Dzisiaj hoduje się jakieś zwierzątka w komputerach, robią to nawet dorośli. A Kokos musiał sprzątać klatki z całym tym gównem. Gołębie to strasznie brudne ptaki, choć takie piękne. Takiego czegoś dzisiaj już coraz mniej, moje dzieci nie poznają już chyba gwizdu i bujania gołębi.

Nie poznają też kowala Wiśni, który miał zakład na Szpitalnej. Uwielbiałem to miejsce jako dziecko. Jego wnuczek był moim kolegą w podstawówce i zawsze sprawiał wrażenie niedorozwiniętego. Jak się szło korytarzem, to można go było walnąć w brzuch i się pośmiać. Później Wiśnia wyrobił sobie taki tik, że jak się przechodziło i podnosiło rękę, pozorując chęć zadania ciosu, kulił się, ale wzroku nigdy z ciebie nie spuszczał. Pojęcie odruchu Pawłowa przećwiczone w podstawówce, jak to się teraz mądrze mówi – edukacja nieformalna, przez doświadczenie. Ale nie przeszkadzało mi to w zasadzie chodzić do Wiśni do domu i do zakładu kowalskiego jego dziadka. Była to zawsze dziwna dla mnie rodzina. Tacy milczący, osmaleni, ciemni, jakby ktoś ich wędził z pokolenia na pokolenie. Wyjątkiem była matka Wiśni, polonistka. Miała przezwisko Plujka, bo jak mówiła, a mówiła dość szybko, to tryskała śliną od czasu do czasu albo zbierała jej się piana w kącikach ust. Pamiętam, że miała bardzo suchą i cienką skórę, Wiśnia zresztą też. A ojciec przez to, że był cały osmalony i brudny, sprawiał wrażenie naoliwionego.

W zasadzie do kuźni przychodziło się tylko jesienią. Bo lato, wiosna i zima dają duże możliwości w takim miasteczku. A jesień jest czasem, że nie położysz się na trawie, bo jest chłodno. Kuźnia natomiast oferuje mnóstwo atrakcji i jest przyjemnie ciepło. Mnóstwo żelastwa, możliwość rozgrzewania go do białości. Nikt w zasadzie nie przejmował się takimi pierdołami, że się komuś może coś stać. Wiele razy poparzyliśmy się, ale co tam, wtedy nikt nie leciał z powodu oparzenia ręki u dziecka do szpitala, tylko kazał zacisnąć zęby i mówił: „Do wesela się zagoi”. Wiem, że dzisiaj już nie ma kuźni starego Wiśni. Przechodziłem tamtędy ostatnio – ulica Szpitalna wydawała mi się zawsze taka długa. Tymczasem można ją pokonać w minutę szybkim krokiem. Kuźni nie ma, jest tylko stary płot z desek, ale solidny, nie takie żerdki, co nasiąkają wodą i gniją. To drogie deski, jedna przy drugiej, na lata. Wysokie na ponad dwa i pół metra, tak że nie mogłem zajrzeć do środka i zobaczyć, co tam teraz jest. Może i lepiej. Dom Wiśni na tej samej ulicy też stoi opuszczony. Drewniany, kiedyś zielony, z krzakami porzeczek czarnych, białych i czerwonych. Wiśnia zawsze będzie mi się kojarzył z ich smakiem, z garścią porzeczek czarnych, białych i czerwonych. Dziwny smak.

 

Od czasu do czasu przypomina mi się jeszcze jedno. Mam trzy lata. Babcia odebrała mnie z przedszkola w jakiś ciepły, wiosenny dzień. Na pewno było przed dwunastą, bo jak weszliśmy do domu, to leciał hejnał mariacki w radiu. Jeszcze nie wiedziałem, że to hejnał. Pamiętam drogę, która mi się strasznie dłużyła. Minęliśmy kościółek Świętego Stanisława z ogrodzeniem-parkanem zrobionym z betonowych cegłówek kiepskiej jakości. Później zdałem sobie sprawę, jak kiepski to był beton, bo deszcze przez te lata wypłukały zaprawę, a z cegieł powychodziły kamyki i stały się takie szorstkie jak piaskowiec, i miejscami się kruszyły. Potem skręciliśmy w ulicę 1 Maja, minęliśmy Zajazd – miejsce konsumpcji, w którym zawsze czuć było piwno-moczowy odór przemieszany z potem i jakimś rodzajem mielonego. Kawałek błotnistą ulicą, przy której stoją trzy domy i jakieś drzewa kwitnące na biało, potem skręt w prawo i te sześciokątne betonowe pszczele kamienie, po których skacze się, żeby nie trafić na pęknięcie, i już mieszkanie babci. Dzisiaj tę trasę pokonałbym w siedem minut, ale wtedy wydawało mi się to ogromną odległością. W ogóle odległości wydawały mi się wtedy ogromne. Wszystko było takie wielkie, odległe, rozległe. Nawet później, jak byłem starszy i chodziłem do szkoły podstawowej i potem średniej. To miasto było dla mnie całym światem, bo innego nie znałem. Jak dzisiaj myślę, co mnie najbardziej uderza w tym wspomnieniu, to taka leniwość dnia, takie zastygnięcie. Jakbyśmy tylko my się poruszali – babcia i ja. No i może liście drzew. Taka przestrzeń bez samochodów, bez ludzi. Podejrzewam, że to miasteczko było takie samo w XIV i XVII wieku. Nic się w nim kompletnie nie działo na zewnątrz, a wewnątrz pulsowało życiem. Ale życiem pełnym gazów, niekoniecznie tych szlachetnych.

Dobrze czasem wyjść z samochodu i pójść przez zapomniany fragment miasta na piechotę. Nie tak, że wjeżdżasz i od razu jedziesz na cmentarz. Idziesz i zaczynasz pamiętać kawałki przestrzeni, którą kiedyś żyłeś. Trochę bardziej zniszczone. Tak jak ty. Wraca pamięć i nawet zapach jest ci blisko znajomy. Na ulicach spotykają się zawsze te same osoby, widać przyzwyczajenie na ich twarzach, rzadko co może ich zaskoczyć. Jest tam na przykład taki Laponiec. Miał na nazwisko Polak, ale wszyscy mówili na niego Laponiec albo Ruski, narkoman. Mnóstwo Siniaków – tych, którzy byli fioletowi, mieli fioletowe plamy na twarzy, a wśród nich Pumba. Ale jeszcze wtedy nie było Króla Lwa. Pumba była takiego koloru róż, spuchnięta od alkoholu. Jak miałem osiemnaście lat, to ona miała koło czterdziestu, a wyglądała na sześćdziesiąt. To zresztą koleżanka moich rodziców, więc jak rodzice ją mijali, to mówili zawsze: „Pumba, co tam?”. A Pumba na to: „Elka, daj pięć złotych, bo tak mnie suszy”.

Albo Sikut. Później, żeby mu nie było przykro, mówiliśmy na niego Santos, ale za plecami nadal był Sikutem, bo w podstawówce sikał w pory. To jest w ogóle ciekawa historia – Sikut miał starszego brata o przezwisku Hans, bo sprowadzał samochody z Niemiec. Pamiętam końcówkę lat osiemdziesiątych, kiedy Polacy uciekali za granicę do Szwecji, Niemiec, USA, i po filmie 300 mil do nieba bracia Hans i Sikut też ruszyli w drogę. Pamiętam, że przez tydzień, dwa całe osiedle, no i miasto, żyło ich ucieczką, choć po dwóch tygodniach wrócili. Ta historia nie skończyła się jak w filmie. Znaleźli ich u ciotki w Rzeszowie. Przez jakiś czas pojawiały się teksty, że obrali nie ten kierunek, co trzeba.

Kiedyś opowiem ci jeszcze o Chudym, jak go w lesie w strefie przygranicznej zostawiliśmy, mówiąc, że jedziemy na dziwki na Białoruś. O lokalnym Morrisonie, który z dziewczyną popełnił samobójstwo, i Żółwiu – garbatym obsługiwaczu projektora w kinie Pionier, i coś tam jeszcze się znajdzie, ale nie teraz, bo jakoś wstyd mi wracać w te miejsca, do tych ludzi. Dlatego wracam najrzadziej, jak tylko się da. Jak wiem, że tam jadę, w tamte strony, to bardzo się cieszę i przebieram nogami na samą myśl. Ale potem z każdym kilometrem czuję się gorzej. A jak tylko przekraczam granicę, mijam znak, stawiam stopę na chodniku, to mam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Samochodem, busem, piechotą. Uciekać od tych pospolitych twarzy, z miejsca, gdzie określenie „naturalna uroda kobiet” nie jest komplementem. Ostatnio widziałem na pokrytej liszajem odpadającego tynku ścianie bilbord zapraszający na studia u Łazarskiego w Warszawie – najlepszej prywatnej uczelni o profilu prawno-ekonomicznym. Zdobią go miejskie twarze dziewcząt i chłopców. Twarze jak z fanpage’a Facebooka: niezła dupa z ciebie z twarzy. Nikogo podobnego nie widziałem w tej dziurze. Dziś może to się trochę zmienia, nawet kobiety zaczęły o siebie dbać. Ale jedno z moich doświadczeń seksualnych jest takie: piękna dziewczyna, z którą się całowałem na łące, żeby nikt nas nie zobaczył. Pamiętam do dzisiaj skorupę brudu na jej szyi. A była taką śliczną dziewczyną! No a w dużym mieście fitness, zielona herbata, sałatka z awokado, musli, czarny ryż. W małym miasteczku mniej powierzchownie jest postrzegana przyjemność. Bo mimo wszystko ta przesadna dbałość o zdrowie i wygląd to jest powierzchowność. Myślę, że w małych miasteczkach i na wsiach ludzie są bardziej zakłamani względem innych, a nie względem siebie. A w mieście zakłamują bardziej siebie, bo nie mają wobec kogo się zakłamywać, czują się anonimowi. W małym miasteczku wsiadasz do autobusu i kierowca wie o tobie wszystko – że jedziesz codziennie stąd dotąd, pracujesz tu i tu do piętnastej i jeśli nie wracasz o tej samej porze, to natychmiast jest to podejrzane. Musisz spełniać bardziej wymagania innych niż swoje marzenia. Może dlatego zawsze myślę: uciec i nie wracać. Wciąż mam poczucie, że to nie jest moje miejsce. I myślę: obym tylko nikogo nie spotkał. A przecież w takiej małej miejscowości zawsze kogoś spotkasz! To jest tragedia. Nie daj Boże spotkać osobę, z którą spędziło się na przykład cztery lata w liceum. Jak zaczyna wspominać nauczycieli i kolegów ze szkoły, to jeszcze pół biedy, ale jak zaczyna wspominać przygody i masz wrażenie, że czas się dla niej zatrzymał? I myślisz sobie: ja pierdolę. Ostatnio spotkałem Baśkę Kacperską – rozczochrana fryzura, podkrążone oczy, ziemista cera i tłumaczy mi, że nie jest tak źle. Nie oczekiwałem od niej żadnych wyjaśnień, w ogóle nie chciałem tego wiedzieć, po prostu spotkałem ją na ulicy i nie poznałem w pierwszej chwili, więc powiedziałem: „O fuck, Baśka, nie poznałem cię, będziesz bogata!”. Tak zażartowałem i widzę, że ona chętna do rozmowy. No i musiałem wysłuchać historii, że wcześniej nie miała pracy, ale teraz pracuje w pieczarkarni, że wcale nie jest tak źle, że najważniejsze, że zdrowie.

Jednak większość twoich starych znajomych częstuje cię „cześć” i nagle się spieszy. W sobotę. Uciekają. Jedyni skłonni do rozmowy są ich rodzice, którzy zaczynają od: „Ojej, nie poznałem cię, czy ty jeszcze rośniesz?”. Nadal traktują jak dziecko, które chodziło z ich Mirkiem do podstawówki. Twarze z popękanymi naczynkami w mroźne poranki uśmiechają się żółtą kością zębów. „Cześć. Co tutaj robisz? Wróciłeś? Ja też byłem kiedyś w Warszawie, ale to nie dla mnie. Ciężko, wcale tak dobrze nie płacą. I nikogo nie znasz. U Radzia teraz pracuję na Targowej. Czy dobrze płacą? Oj, zawsze mogłoby być lepiej. A ty gdzie?”. Tłumaczę, ale twarz rozmówcy wyjaśnia mi, że nie spotykam się ze zrozumieniem. Więc nie umawiam się z nikim, nie mam takiej potrzeby. Nawet z dalszą rodziną, która tam została. Oni, tak jak Baśka, próbują mi udowodnić, że nie jest tak źle. Że jest fajnie, że można żyć.

W ogóle ludzie w małym mieście przyglądają ci się z niepokojem i uwagą. Co ty tutaj robisz? Po co wróciłeś? Czego szukasz? Jestem rozpoznawany jako obcy przez nieobcych. I ja też przypatruję się im jakby z zewnątrz. Nie wiem, czy to świat mnie zmienił, że od razu wiedzą, że nie jestem stąd. Czy od początku tu nie pasowałem i musiałem wyruszyć w świat.

TOMASZ OD SPRZĄTACZEK

Która była pierwsza?

Tomek nie pamięta imion, bardziej wrażenie, wiek i wzrost (dwie pierwsze były liliputkami). A trzecia? Tomek nie jest pewny, rzadko ją widywał. Unikał czwartej i piątej – na pewno były młode.

– Może niektóre z nich nie były dla mnie uprzejme dlatego, że byliśmy w podobnym wieku? Więc sobie myślały, dlaczego niby one u mnie sprzątają, a nie na odwrót? Ale nie jestem pewien. Równie dobrze mogły nie myśleć nic lub: nie podoba mi się twa twarz.

Szósta była starsza. I dlatego ona stała się największym problemem.

Najpierw w ogóle nie chciał ich poznawać. Nie wyobrażał sobie, że siedzi i czyta albo ogląda film, a one sprzątają. Próbował sobie tłumaczyć, że to ich praca, że tak zarabiają – bezskutecznie. Że jeśli on poczuje się swobodnie, to sprzątaczka też poczuje się lepiej. Że nie ma sensu za każdym razem uciekać z domu. Nic z tego.

– Udaję, że się spieszę, bo właśnie mam spotkanie, a potem idę do kawiarni i sączę kawę, zerkając na zegarek. Albo umawiam fryzjera, chodzę na siłownię. Odliczam czas, żeby mieć pewność, że jak wrócę, jej na pewno nie będzie. Dawanie pieniędzy do ręki też mnie krępuje, więc zostawiam je w jakimś widocznym miejscu.

Tomek płaci sprzątaczce, bo lubi sterylną czystość, ale bardzo nie lubi sprzątać.

Być może Tomek czułby się swobodniej, gdyby nie wychował się w miejscu, w którym bardziej naturalne jest bycie sprzątaczką niż jej zatrudnianie. Albo w miejscu, w którym praca chociaż trochę może kojarzyć się z pasją, a nie tylko pieniędzmi i męczarnią. Tam gdzie się wychował, trzeba coś robić i trzeba mieć pieniądze.

JAK TOMEK TESTOWAŁ SWOJĄ CIEKAWOŚĆ

Raz obejrzał film Władca much (nową wersję).

– Nie miałem pojęcia, co to jest. Ale zacząłem oglądać i bardzo mnie wciągnęło. W trakcie stwierdziłem, że chciałbym przerwać, ale nie byłem w stanie, zaskoczyła mnie ta przedziwna siła przyciągająca, z którą nigdy wcześniej się nie zetknąłem.

Zanim skończył oglądać, zebrało mu się na płacz. Poszedł do łazienki, napuścił wody i zagłuszał chlipanie.

– Mimo to usłyszał mnie ojciec. I to był dla niego wstrząs. Chyba z dziesięć razy pytał, co się stało, i nie mógł pojąć. Przecież nikt nie płacze z powodu filmu! Wtedy pierwszy raz poczułem taki dysonans. Że on jest jednak inny.

Czasem Tomek obserwuje, jak jego matka ogląda telewizję. Skacze po kanałach, każdemu programowi poświęca kilka minut. Tomek wciąga się w najgorsze szmiry, ale matka wtedy przełącza.

– Doprowadza mnie to do szału. I jednocześnie przypomina, jak w dzieciństwie testowałem swoją wytrzymałość. Włączałem na przykład Pegaza, program, któremu rodzice nie poświęcali nawet dwóch sekund, bo wiedzieli, że to ostatnie, co chcą oglądać. Albo Agrobiznes. I jeśli akurat nic mnie nie zainteresowało, mówiłem sobie: jeszcze pięć minut, jeszcze pięć minut, jeszcze trzy minuty. I zawsze znalazło się coś, co było w stanie mnie wciągnąć.

Potem ta cecha niestety u mnie zanikła.

Bo nikt nie generował we mnie ciekawości.

Ojciec miał kilka książek, głównie biografie. Ale kiedy je czytał, nie wiem. Może w nocy?

Więc właściwie to, co mnie tam najbardziej ograniczało, to wcale nie miejsce, pieniądze ani warunki. Tylko rodzice.

CZYM TOMEK NAJBARDZIEJ SIĘ DENERWUJE

Na przykład tym, że jak pyta swoich rodziców, co u nich, to rodzice mają ogromną potrzebę absolutnego nieeksponowania dobrych rzeczy.

– Czy to jakaś magia, jakieś czary? Myśl, żeby nie zapeszyć? A może lęk, żeby się nikomu nie narażać, bo przecież wszyscy się znają i lepiej, żeby z sąsiadami mieć po równo? Najważniejsze, żeby nikt się nie wychylał, żeby wszyscy mieli równie źle. A dzięki temu równie dobrze. Wypada być umartwionym.

Denerwuje się też stylem kobiet, przez Tomka nazywanym roboczo „jeszcze dzisiaj nie usiadłam”.

– Jest źle i ma być źle. A ja nigdy nie wypocznę. Uwewnętrzniony pracoholizm. Tymczasem mężczyzna może usiąść, wypić piwo i gapić się w telewizor. Nie za długo, ale może. Do tego kobieta nie może za bardzo o sobie dbać.

 

(Mama Tomka gardzi kobietami, które zawsze mają zrobione paznokcie – nie daj Boże, tipsy – i włosy, i noszą drogie ciuchy).

Poza tym – zwłaszcza kobiety – wszystko muszą robić szybko. Najlepiej kilka czynności naraz.

– I ja to niestety przejąłem. Mówię do Marka, żeby obrał ziemniaki. Zanim on wstanie, zabierze się za to, szlag mnie trafia! Mija dziesięć sekund, a ja już nerwowo trzepię talerzami. I ja też staram się robić trzy rzeczy jednocześnie. Nie wyobrażam sobie, że siedzę i tylko obieram. Rach, ciach, musi być zrobione.

O czym Tomek ostatnio najczęściej myśli? Że w życiu jego rodziny na wsi nie ma miejsca na przyjemność.

– Jak tylko próbuję obracać na korzyść coś, co oni przedstawiają w czarnych barwach, traktują to jak atak.

No i Tomek denerwuje się tym wiecznym rozpamiętywaniem złej przeszłości, bo przecież nic dobrego się nie wydarzyło. Albo wracaniem do dobrej historii, o ile wszystko źle się skończyło.

– Może dlatego, że w ich życiu nie dzieje się zbyt wiele? Wychowali dzieci, te dzieci nie są już w stanie dostarczać im tematów, bo one same jeszcze nie mają dzieci. Ślub to jest wydarzenie, ewentualnie chrzciny. Inaczej nie ma o czym mówić.

Jego rodzice nie mają przyjaciół. Rodzina jest najważniejsza. Znajomi to strata czasu.

JAK TOMEK MUSIAŁ SZYBKO

– To żadna nowość: inteligenci szalenie praktyczni nie są. Przynajmniej ci prawdziwi, bo brzydzą się biznesem. A ci tacy mniej prawdziwi, inteligenccy od niedawna, radzą sobie lepiej.

U nas to oczywiste, że po studiach natychmiast zaczynamy na siebie zarabiać. Albo najlepiej jeszcze wcześniej. Nie umiem się utożsamić z osobami, które do trzydziestki nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Z całym szacunkiem, ale wydaje mi się, że gdybym ja próbował w jednym, drugim, trzecim miejscu, to w końcu ktoś by mnie gdzieś zatrzymał. A z nimi się tak nie dzieje, pracują za darmo albo nie pracują wcale. Inna sprawa, że my musimy szybko, a oni mogą się bujać. Rodzice są na miejscu, mieszkanie jest na miejscu, wszystko jest. U nas nie ma czegoś takiego. Już na studiach mówią ci: znajdź sobie coś, przecież możesz się uczyć i dorabiać. Spotykają się na tych grobach i muszą coś sobie opowiedzieć. A co mają opowiedzieć? Że dziecko nadal studiuje? Mało.

CO TOMEK MYŚLI O PIENIĄDZACH

– Moje pierwotne podejście do pieniędzy było bardzo małomiasteczkowe: robić cokolwiek, z czego będą pieniądze. Nawinęło mi się jakieś ogłoszenie, więc na nie odpowiedziałem, po czym zacząłem się tym zajmować. To mogło być cokolwiek. Mogłem na przykład sprzedawać ogórki. Ale na szczęście sprzedawałem książki. A studia wybrałem, bo słyszałem, że są dobre. Że niosą ze sobą jakiś prestiż. Tym sposobem zacząłem studiować zarządzanie. Teraz, jak komuś o tym mówię, czuję się zażenowany.

METODA TOMKA NA STWORZENIE KOMPLEKSU

Być może nie byłoby kompleksów Tomka, gdyby nie dwie osoby – jego były szef i teraźniejszy chłopak. Metodą szefa (inteligentny, ale nietaktowny) było mówienie o brakach prosto w twarz.

– Wszyscy w jego firmie byli głupsi od niego. Gdyby to był intelektualista pogodzony ze sobą, to nie dawałby mi odczuć, że wie więcej, tylko w dyskretny sposób pchałby mnie w różne kierunki, pokazując różne rzeczy, ucząc. Ale on lubił tą przewagę i używał argumentów, które trafiały do mnie w bardzo nieprzyjemny sposób. Choć jednocześnie skłaniały do przemyśleń, czyli przyspieszyły mój rozwój. Ale jak już raz zdasz sobie sprawę ze swoich braków, to zaczniesz je zauważać także w innych przypadkach. Jak ktoś zaszczepi w tobie poczucie niższości, to ono zacznie się uwydatniać w różnych innych sytuacjach – opowiada Tomek.

Na przykład towarzyskich i uczuciowych.

Chłopak Tomka stara się go pouczać w dyskretny sposób, zmieniając temat albo dopowiadając, ale to jeszcze bardziej krępujące.

– Pewnych rzeczy po prostu nie wiesz, choćbyś nie wiem ile przeczytał książek. Słucham rozmów w inteligenckich domach: takie codzienne, zwyczajne są znacznie bardziej rozbudowane. Jeśli na przykład porusza się temat wakacji, to w moim domu nie ma nawet nawyku oglądania zdjęć. Bo po co? W moich rodzicach nie ma ciekawości. A jeśli się mylę i jest, to są w nich na tyle duże kompleksy, że nie pozwalają im na zadawanie żadnych pytań, bo boją się już na wstępie. A przecież gdyby obejrzeli te zdjęcia i zadali najprostsze pytania, możliwa byłaby rozmowa. Może to właśnie brak wiedzy trzyma ich w mieszkaniach? Być może wycieczka do Poznania albo Wiednia jest dla nich tylko zmianą okoliczności, dekoracji, plus oczywiście dodatkowe wydatki. Dlatego nie ma powodu, żeby jeździć gdziekolwiek. Podróże kształcą wykształconych. Jeżeli ktoś ma wrażliwość i gdzieś wyjedzie, to nadal będzie ją miał. Ale jeśli nie ma, to nie odnajdzie jej w innym miejscu.

Co moi rodzice zapamiętują z przyjazdów do dużego miasta? Jakiś park, zoo, restauracja. To musi być fizyczne. Czasami do takich doznań zalicza się koncert, ale kino i muzeum to już na pewno nie.

CO ZROBIĆ, ŻEBY POGŁĘBIĆ KOMPLEKS TOMKA

Kiedy mają się spotkać rodzice Tomka i rodzice Marka, ten pierwszy układa plan działania przynajmniej tydzień wcześniej.

– Ostatnio padła propozycja, żebyśmy wszyscy poszli do kina. I uświadomiłem sobie, że możemy iść tylko na polski film, bo moi rodzice kompletnie nie są przyzwyczajeni do czytania napisów.

Tomka krępują także nawyki alkoholowe. I telewizor w tle. Gigantyczny, na pół ściany. Zawsze włączony.

– Ludzie na wsi bardzo rzadko używają jako tła muzyki. Zawsze telewizora. Jak skończą się tematy (co dzieje się bardzo szybko), przynajmniej leci Cejrowski w tle, można zawiesić oko i nie ma krępującej ciszy. Jak się cieszyć ze spotkania, kiedy jedni są przyzwyczajeni do zupełnie innego stylu niż inni? Jak połączyć tych, którzy mają rubaszny humor, z powściągliwymi? Nie wspominając o błędach językowych moich rodziców. Moja mama do tej pory mówi „swetr” i „wyciąg coś”. Chociaż od podstawówki powtarzam jej: „sweter” i „wyciągnij”. Czasami mam wrażenie, że robi mi na złość. A ojciec nie zna wszystkich form, co też daje ciekawy efekt.

No więc cisza – podsumowuje Tomek.

POTRZEBY TOMKA

Potrzeby Tomka to: sterylnie czysty dom, duży stół, wielkie okna, książki, płyty, filmy. A jednocześnie zdejmowanie butów, nieprzyprowadzanie psów. Gładka podłoga. Mało przedmiotów, a te, które są – drogie. Kosmetyki dobre, marynarki markowe. Bardzo duży telewizor (jednak) do oglądania ambitnych filmów. I siatkówki.

Tomek lubi gotować, ale nie lubi, kiedy zapach jedzenia roznosi się po całym domu.

Lubi gości, ale nie znosi, kiedy pojawiają się niezapowiedziani.

Lubi swoje sprzątaczki, ale nie chce ich znać.

– Jak zatrudniam sprzątaczkę, to czuję, jakbym zatrudniał własną matkę. Dlatego ich unikam.

Inne książki tego autora