Odwaga jest kobietąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © by Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., 2014

Grupa Wydawnicza PWN

ul. Gottlieba Daimlera 2

02-460 Warszawa

tel. 22 695 45 55

www.dwpwn.pl

Copyright © for the text by Joanna Wojciechowska, 2014

Copyright © for the text by Ewa Wołkanowska-Kołodziej, 2014

Copyright © for the text by Iza Klementowska, 2014

Copyright © for the text by Ewa Winnicka, 2014

Copyright © for the text by Kamila Sypniewska, 2014

Copyright © for the text by Joanna Cieśla, 2014

Copyright © for the text by Renata Radłowska, 2014

Copyright © for the text by Joanna Podgórska, 2014

Copyright © for the text by Iza Michalewicz, 2014

Copyright © for the text by Joanna Woźniczko-Czeczott, 2014

Copyright © for the text by Anna Wiatr, 2014

Copyright © for the text by Marta Szarejko, 2014

Copyright © for the text by Sylwia Szwed, 2014

Prowadzenie zbioru: Marta Szarejko

Dyrektor wydawniczy: Monika Kalinowska

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Justyna Wodzisławska

Korekta: Zofia Kozik, Łukasz Mackiewicz/eKorekta24.pl

Projekt okładki: Katarzyna Borkowska/kb-design@o2.pl

Zdjęcie na okładce: Flash Press Media/Getty Images/stone/Henrik Sorensen

Przygotowanie publikacji elektronicznej: Ewa Modlińska

ISBN 978-83-7705-576-2 (ePub)

ISBN 978-83-7705-577-9 (Mobi)

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejsza publikacja ani jej żadna część nie może być kopiowana, zwielokrotniana i rozpowszechniana w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy. Wydawca niniejszej publikacji dołożył wszelkich starań, aby jej treść była zgodna z rzeczywistością, nie może jednak wziąć żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki wynikłe z wykorzystania zawartych w niej materiałów i informacji.


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

SPIS TREŚCI

  Joanna Wojciechowska

  GRÓB MAM PUSTY

  Ewa Wołkanowska-kołodziej

  CHCĘ SIEDZIEĆ NA JEDNYM KONIU

  Iza Klementowska

  MIMO WSZYSTKO

  Kamila Sypniewska, Ewa Winnicka

  SNY MONIKI TKACZYK

  Joanna Cieśla

  BLIŻEJ

  Renata Radłowska

  KRYSIA I MĄŻ

  Joanna Podgórska

  KOPCIUSZEK. WERSJA DLA DOROSŁYCH

  Iza Michalewicz

  DOM LALKI

  Joanna Woźniczko-czeczott

  MOJA MAMA IGRA Z OGNIEM

  Anna Wiatr

  NAJCZĘŚCIEJ MAM NA IMIĘ JUKKA

  Marta Szarejko

  PLAC WOLNOŚCI

  Sylwia Szwed

  KRÓLOWA MATKA

  Z serii REPORTAŻ

Naj­pierw ostrzeżenie: czy­ta­nie tekstów z tego zbio­ru nie będzie fa­scy­nujące dzięki sza­lo­nej dra­ma­tur­gii i gwałtow­nym zwro­tom ak­cji. Bo­ha­ter­ki tych re­por­taży nie miesz­kają w eg­zo­tycz­nych kra­jach, a re­por­ter­ki, które im się przyglądają, nie szu­kają sen­sa­cji. Przed­sta­wiają za to spra­wy po­wsze­dnie w za­ska­kujący sposób. No bo jak opi­sać ko­bietę, która od lat szu­ka ciała swo­jej córki? Albo ul­tra­ka­to­liczkę, która wy­cho­dzi za or­to­dok­syj­ne­go muzułma­ni­na? A les­bijkę, która żyje w szczęśli­wym związku, ale w nieszczęśli­wym miej­scu? Często li­czy się dro­biazg (przy­pad­kiem zna­le­zio­ny pa­pie­rek po ba­to­nie, ko­lo­ry szla­froków w łazien­ce, lodówka wypełnio­na fa­solą), który w całej oka­załości po­ka­zu­je wszyst­kie od­cie­nie ro­dzi­ny (szczęśli­wej, nieszczęśli­wej, skom­pli­ko­wa­nej, trud­nej). Naj­ważniej­szy jed­nak jest te­mat, w tym przy­pad­ku oso­bi­ste doświad­cze­nia o potężnej in­ten­syw­ności.

Au­tor­kom tekstów za­war­tych w tym zbio­rze z po­zor­nie mało efek­tow­nych hi­sto­rii udało się stwo­rzyć opo­wieści trzy­mające w napięciu. Po­ka­zały, jak cie­kawą dla re­por­te­ra prze­strze­nią może być ro­dzi­na. I jak nie­bez­pieczną dla ko­biet, które właśnie w niej najczęściej wy­ka­zują się od­wagą.

Na­pi­sały re­por­taże, które dzieją się bli­sko.

Mar­ta Sza­rej­ko

JO­AN­NA WOJ­CIE­CHOW­SKA: ab­sol­went­ka fi­lo­lo­gii pol­skiej na Uni­wer­sy­te­cie War­mińsko-Ma­zur­skim. W la­tach 2000–2007 pra­co­wała w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej” w Olsz­ty­nie. Lau­re­at­ka ogólno­pol­skie­go kon­kur­su na re­por­taż pra­so­wy imie­nia Wacława Białego „Czar­no na białym” za tekst Lincz we Włodo­wie (2006) oraz Grand Press za 500 euro za ciało, które zje ki­lo­gram (2006). Pu­bli­ko­wała w „Ty­go­dni­ku Po­wszech­nym” i „Bo­rus­sii”. Od 2007 roku ko­re­spon­dent­ka Pol­skiej Agen­cji Pra­so­wej.

JO­AN­NA WOJ­CIE­CHOW­SKA GRÓB MAM PU­STY

Zima czy lato, jej wyjście z domu za­wsze wygląda tak samo.

– Asiu, wy­chodzę na chwilkę. Dwa­dzieścia mi­nut i wra­cam, bo idę po chleb, tu do skle­pu na osie­dlu – mel­du­je.

Z po­ma­lo­wa­ne­go na biało ko­ry­ta­rza, w którym są tyl­ko wie­szak i szaf­ka na buty, go­to­wa już do wyjścia, zer­ka jesz­cze w stronę ma­lut­kiej, ste­ryl­nie czy­stej, też urządzo­nej na biało kuch­ni. Spraw­dza, czy zakręciła gaz, za­mknęła lodówkę, okno. Na ko­niec pa­trzy jesz­cze, czy zga­siła światło w łazien­ce. I zno­wu mel­du­je Asi.

– Wszyst­ko w domu zo­sta­wiam w porządku. Cze­kaj, za­raz wra­cam – rzu­ca w stronę dużego po­ko­ju, wy­chodząc już na klatkę wieżowca, w którym miesz­ka.

In­nym ra­zem, szy­kując się do wyjścia, tłuma­czy córce cier­pli­wie:

– Zno­wu źle się dziś czuję, boli mnie ucho, Asiu. Muszę iść do przy­chod­ni na Dwor­co­wej. – I roz­cze­su­je długie blond włosy, a po­tem spraw­nie wiąże je w kitkę. Za­wsze sta­ra się wyglądać do­brze, na­wet jak nie ma już na nic siły. Wie, że roz­czo­chra­na, za­nie­dba­na i ze spusz­czoną głową nie­wie­le wskóra. Dla­te­go na­uczyła się trzy­mać głowę wy­so­ko, cho­dzić pro­sto jak świe­ca na­wet wte­dy, gdy tak jak dziś, obo­lała, zmęczo­na i po nie­prze­spa­nej nocy, le­d­wo powłóczy no­ga­mi. – Wiesz, dziec­ko – nie prze­sta­je mówić do córki, gdy wkłada szy­kow­ny fil­co­wy ka­pe­lusz, w którym bar­dzo jej do twa­rzy – w tej przy­chod­ni są kosz­mar­ne ko­lej­ki. To się ktoś we­pchnie, to dok­tor się spóźni, to zno­wu ktoś pil­nie czy z dziec­kiem. Ale ty cze­kaj na mnie, ja wrócę. Obie­cuję – mówi w stronę dużego po­ko­ju.

Da­nu­ta Ja­nu­szew­ska sta­ra się do­trzy­my­wać da­ne­go córce słowa. Dla­te­go jak przed wyjściem mówiła, że będzie za chwilę, to wra­ca za chwilę. Nie wda­je się w nie­po­trzeb­ne dys­ku­sje, ni­ko­mu nie daje się pod­pusz­czać. Cho­ciaż niektórzy próbują. Wte­dy re­agu­je szyb­ko.

 

Ostat­nio miała taką sy­tu­ację na podwórku przed blo­kiem. Jakiś mężczy­zna – znała go tyl­ko z wi­dze­nia – pod­biegł i za­py­tał:

– Pani Ja­nu­szew­ska, to praw­da, że Asia wypłynęła?

– A co to ona ryba, że ma wypływać? – ucięła i z pod­nie­sioną głową, choć ściśniętym gardłem, poszła da­lej.

Jej powrót do domu też za­wsze wygląda tak samo.

– Asiu, dziec­ko, je­stem – mówi, zdej­mując płaszcz. – Mam prze­wlekłe za­pa­le­nie ucha, pa­skud­na spra­wa, do­stałam leki, ale to się będzie ciągnąć. Ale to nic, to nic, dam radę – obie­cu­je córce i idzie do kuch­ni, gdzie na ide­al­nie czy­stej białej ga­zo­wej ku­chen­ce go­tu­je w czaj­ni­ku wodę. Do wy­so­kie­go kub­ka wrzu­ca dwie to­reb­ki zie­lo­nej her­ba­ty, za­le­wa wrzątkiem i idzie do dużego po­ko­ju od­po­czy­wać. Sia­da w brązo­wym fo­te­lu, ku­bek sta­wia na ławie przy­kry­tej fi­ran­kową ser­wetą. Cza­sem od­po­czy­wa w mil­cze­niu, a cza­sem pa­trzy na usta­wio­ne na me­blościan­ce zdjęcia Asi i opo­wia­da jej, co ją dziś spo­tkało poza do­mem, z kim roz­ma­wiała, co kupiła. Tych zdjęć na po­zba­wio­nych gra­ma ku­rzu półkach jest kil­ka. Na wszyst­kich Asia jest do­rosłą panią Jo­anną. Ma długie blond włosy. Jej drobną, ładną twarz z małym no­skiem i wyraźnymi usta­mi przesłaniają zbyt duże oku­la­ry, ja­kie wte­dy były mod­ne. Na jed­nym zdjęciu Jo­anna te­atral­nie, sze­ro­ko się uśmie­cha, na in­nym jest za­du­ma­na, nie­obec­nym wzro­kiem zda­je się pa­trzeć z fo­to­gra­fii na matkę. Obok tego za­du­ma­ne­go zdjęcia w ozdob­nej ram­ce drzwi­czek jest we­tknięty pa­pie­ro­wy ob­ra­zek z twarzą Je­zu­sa. Cza­sem Da­nu­ta się mo­dli, ale częściej zer­ka na córkę. Pa­trzy i cze­ka.

Kto wie, może to dziś za­dzwo­ni usta­wio­ny na półce nad stołem te­le­fon? Może tym ra­zem nie będzie to głuche połącze­nie, ale znak, na który Da­nu­ta tyle cze­ka? To dla­te­go od lat nie zmie­niła nu­me­ru te­le­fonu i nie zmie­ni go, póki się nie docze­ka. Kto wie, może już niedługo? Prze­cież idzie je­sień, grzy­bia­rze ruszą w las, może ktoś coś znaj­dzie? Pew­nie nie będzie to cała Asia, ale może choć jed­na kość? Oku­la­ry? Albo skra­wek jej ubra­nia? Albo co­kol­wiek, co wte­dy miała i co można będzie po­cho­wać? Bo na ra­zie grób Asi, choć stoi na cmen­ta­rzu i z po­zo­ru wygląda jak wszyst­kie inne gro­by, jest pu­sty.

RZUT OBRĄCZKĄ

Ostat­ni raz wi­działy się w piątek 13 września 1996 roku. Obo­lała i chu­da jak wiór Da­nu­ta leżała wte­dy w szpi­ta­lu chorób płuc ulo­ko­wa­nym w le­sie na obrzeżach Olsz­ty­na, a Jo­an­na od nie­spełna trzech ty­go­dni była mężatką i nosiła na­zwi­sko Mar­kie­wicz. Asia jak zwy­kle od kil­ku dni przyszła wte­dy wyżalić się mat­ce, że palnęła głupstwo, że małżeństwo z Mar­kiem to porażka i że musi je jak naj­szyb­ciej unie­ważnić. I nie cho­dziło jej już na­wet o to kosz­mar­ne przyjęcie ślub­ne, na którym teścio­wa ją szar­pała i próbowała ze­pchnąć ze schodów, a poślu­bio­ny kil­ka go­dzin wcześniej przed ołta­rzem małżonek cisnął w nią obrączką.

– Gdzie two­ja mat­ka? Gdzie jej gach? Cze­mu po­szli? Kasy nie chcą dawać na ocze­pi­nach? – krzy­czała pod­pi­ta teścio­wa, łapiąc Jo­annę za tiu­lo­we fal­ba­ny su­kien­ki. – Gardzą nami czy co?! Cze­mu po­szli?! Niech dają kasę! Na ocze­pi­nach daje się młodym kasę! Niech wy­ska­kują z port­fe­la, dzia­dy cho­ler­ne! Bie­do­ta je­steś, won stąd, won! – pi­skli­wym głosem darła się ni­ska i kor­pu­lent­na teścio­wa i spy­chała Asię ze schodów.

Pod­pi­ty już całkiem Ma­rek stanął za matką i mam­ro­tał:

– Do­brze mama mówisz, do­brze. Niech dają kasę, a co?! Młodzi je­steśmy, na do­rob­ku – bur­czał i tak długo maj­stro­wał przy założonej mu przez Jo­annę w koście­le obrączce, że w końcu ją zdjął i cisnął w nią. – Won, żonko! Poszła!

Prze­rażona pan­na młoda próbowała tłuma­czyć, że jej mat­ka mu­siała wra­cać do szpi­ta­la, bo na czas ślubu dali jej tyl­ko kil­ka go­dzin prze­pust­ki, a oj­czym ją tam zawiózł. Przy­po­mi­nała, że to ona za swo­je pie­niądze kupiła we­selną wódkę, którą ro­dzi­na Mar­kie­wiczów wypiła jesz­cze przed we­se­lem, dla­te­go w ostat­niej chwi­li trze­ba było ku­po­wać następne bu­tel­ki.

– Jak możecie mówić, że je­stem bie­do­ta?! Prze­cież się dołożyłam – próbowała ich prze­krzy­czeć.

Gdy zo­ba­czyła, że jej pożyczo­na suk­nia ślub­na jest po­rwa­na, wy­rwała się z prze­py­chan­ki i chwy­ciła za te­le­fon. Z płaczem za­dzwo­niła do domu. Ode­brał oj­czym. Po­pro­siła, żeby przy­je­chał i ją za­brał. Był za pół go­dzi­ny. Z przyjęcia, które na do­bre za­mie­niło się już w li­bację, za­brał i ją, i Mar­ka. Po dro­dze tłuma­czył, że tak wspólne­go życia nie war­to za­czy­nać, że wszyst­ko przed nimi, więc niech się nie sprze­czają. Tłuma­czył tak długo, aż Ma­rek obie­cał, że będzie spo­koj­ny.

Oj­czym zawiózł obo­je do Olsz­ty­na. Ciasną i pra­wie nie­ume­blo­waną klitkę w sta­rej ka­mie­ni­cy na uli­cy Par­ty­zantów pod nu­me­rem dwa­naście jesz­cze przed ślu­bem na rok z góry wy­najęła i opłaciła młodym Da­nu­ta, która chciała, żeby za­czy­na­li ra­zem na swo­im, a nie kątem u jed­nej czy dru­giej mat­ki.

BA­TO­NIK NA ZŁY LOS

Jo­an­na nie kryła przed Da­nutą, że ani ślub, ani noc poślub­na się nie udały. Rano przyszła do mat­ki do szpi­ta­la i nie tyl­ko wszyst­ko jej opo­wie­działa, lecz także po­ka­zała bu­racz­ko­we ślady na szyi.

– Zo­bacz, on mnie dusił. Nor­mal­nie mnie chwy­cił za gardło i dusił – mówiła roztrzęsio­na.

Ko­lej­ne wi­zy­ty Asi u mat­ki w szpi­ta­lu były ciągiem nie­kończących się na­rze­kań i la­mentów: że Ma­rek pije i śmier­dzi, że spro­wa­dza ko­legów, że nie szu­ka ro­bo­ty, że nie mają co jeść, że wciąż się awan­tu­ru­je i do tego to ją szar­pie, to dusi, a raz na­wet stra­szył nożem…

Asia była roztrzęsio­na, z dnia na dzień rosły cie­nie pod jej ocza­mi, była kłębkiem nerwów. Mat­ka wi­działa, że dziew­czy­na przeżywa piekło, dla­te­go na­wet nie próbowała jej prze­ko­ny­wać, że po­win­na wal­czyć o ten związek, roz­ma­wiać z Mar­kiem czy do­pa­so­wy­wać się do nie­go. Szyb­ko uznała, że córka ma rację, że je­dy­nym wyjściem jest rozwód. Obie­cała na­wet Asi, że jak tyl­ko wyj­dzie ze szpi­ta­la, to jej w tym pomoże.

– Pójdzie­my do ad­wo­ka­ta, opłaci­my po­zew, wnie­sie­my do sądu... Nie ty pierw­sza się roz­wie­dziesz, nie ostat­nia – tłuma­czyła Asi w ten ostat­ni piątek trzy­na­ste­go. Czuła się już w miarę sil­na, więc od­pro­wa­dziła córkę ze swo­jej sali do drzwi szpi­ta­la. Drep­tały tak obok sie­bie, szep­tały, co chwil­ka przy­sta­wały. Gdy po dro­dze mijały szpi­tal­ny skle­pik, weszły do środ­ka. Da­nu­ta na osłodę kupiła córce cze­ko­la­do­wy na­dzie­wa­ny ba­ton. (Pa­pie­rek po nim zna­lazła po­tem na lodówce w ka­wa­ler­ce przy Par­ty­zantów. Dzięki temu zmiętemu pa­pier­ko­wi wie­działa, że Asia po wi­zy­cie u niej w szpi­ta­lu do­tarła do domu).

NIE­PO­TRZEB­NE ZWIĄZKI

Po co Asia związała się z Mar­kiem, tego Da­nu­ta do dziś nie może zro­zu­mieć. Od lat często myśli o tym, ana­li­zu­je to i do końca nie wie. Od razu było widać, że wca­le do sie­bie nie pa­so­wa­li. On brzyd­ki dry­blas, często zionął al­ko­ho­lem, pro­sty i pro­stac­ki, bez­ro­bot­ny. Ona fi­li­gra­no­wa blon­dy­necz­ka z długi­mi włosa­mi i me­lan­cho­lij­nym spoj­rze­niem. Choć w ostat­niej chwi­li nie po­deszła do ma­tu­ry i chwi­lo­wo też nie miała pra­cy, to jed­nak była i am­bit­na, i in­te­li­gent­na, lubiła po­ezję, w pre­zen­cie po­da­ro­wała je­den to­mik mat­ce. Może za­im­po­no­wał jej nie­bie­ski mer­ce­des becz­ka, którym Ma­rek pod­jeżdżał pod blok? Wszy­scy wkoło wi­dzie­li, że Asia, która do po­przed­nie­go chłopa­ka An­drze­ja z sąsied­niej dziel­ni­cy jeździła au­to­bu­sa­mi, te­raz wozi się mer­ce­desem. Uwie­rzyła, że jego ro­dzi­ce i on są bo­ga­ci? Mie­li dom pod Olsz­ty­nem, wy­naj­mo­wa­li lu­dziom stan­cje, mie­li auta, „za­da­wa­li szpa­nu”, jak to się wte­dy mówiło.

Gdy Asia pytała: „Mamo, i co? Może ten Ma­rek być?”, Da­nu­ta mil­czała wy­mow­nie, a po­tem, choć go nie lubiła, od­po­wia­dała, że może ma piękną duszę.

– Dziec­ko, a bo to raz się tra­fiają małżeństwa, że ona gru­ba i brzyd­ka, a on jak z ob­raz­ka? Albo na odwrót? – Ale za­raz do­da­wała, że gor­sze od jego brzy­do­ty fi­zycz­nej jest to, że pije i przy­cho­dzi do Asi na kacu. Tłuma­czyła też, że Asi­ne dwa­dzieścia trzy lata to nie czas na ślub z chłopa­kiem po­zna­nym za­le­d­wie trzy mie­siące wcześniej. Ale Asia bar­dzo chciała tego ślubu. Może po to, żeby się wy­rwać z domu, od oj­czy­ma? Od słucha­nia ich kłótni? Od jego cham­skich od­zy­wek? To mógł być ten powód – sama przed sobą przy­zna­je Da­nu­ta, która przed laty palnęła iden­tycz­ne głupstwo – wyszła za mąż za fa­ce­ta, którego nie ko­chała, który do niej nie pa­so­wał, który nie był w jej ty­pie. To była bar­dzo po­dob­na hi­sto­ria: on mówił, że ją ko­cha, a ona jakoś nie umiała sta­now­czo go od­rzu­cić. On cho­dził za nią krok w krok, go­dzi­na­mi wy­sta­wał pod jej pracą, ku­po­wał pre­zen­ty, pra­wił czułe słówka, a ona jakoś nie po­tra­fiła mu wprost i prze­ko­ny­wająco po­wie­dzieć, że go nie chce i że ma jej w końcu dać spokój. W 1988 roku Da­nu­ta wzięła ślub, choć wie­działa, że Asia oj­czy­ma nie lubi i nie ak­cep­tu­je. Gdy pierw­szy raz przy­pro­wa­dziła go do domu, córka, której aku­rat wy­padły przed­nie mle­cza­ki, wy­se­ple­niła:

– O, nie, nie! Za­dne­go oj­cy­ma tu nie chce.

BĘKART SIĘ TRU­JE

Da­nu­ta męża nie ko­chała, ale za­cho­wy­wała się, jak na żonę przy­stało: go­to­wała dużo i smacz­nie, bo on lubił zjeść, prała, pra­so­wała, sprzątała. On cho­dził do pra­cy i często pił. Były awan­tu­ry, kłótnie i krzy­ki. Na szczęście mąż zna­lazł so­bie pracę w Niem­czech i wy­je­chał. Pra­co­wał tam, słał pacz­ki i wpa­dał z wi­zy­ta­mi. Jak były same – były szczęśliwe. Jak wra­cał – grały przed nim, że wszyst­ko jest w porządku, a do sie­bie po­ro­zu­mie­waw­czo pusz­czały oczka, po­ka­zując na por­cje, które so­bie nakładał, czy ko­men­tując milcząco jego brak ele­men­tar­nych ma­nier.

Asia nig­dy się do oj­czy­ma nie prze­ko­nała ani nie przy­zwy­czaiła. Lubiła jego pacz­ki z mod­ny­mi ubra­nia­mi, do­ce­niała, że wkładał do nich też nie­dostępne wte­dy w Pol­sce ko­lo­ro­we „Bra­vo”, którego za­zdrościła jej cała kla­sa. Ale mimo to go nie lubiła, nie umiała się wpa­so­wać w życie z oj­czy­mem w tle, który wciąż miał do niej pre­ten­sje o por­tret ojca wiszący w jej po­ko­ju.

– Co to?! Ołta­rzyk? To nie miej­sce na ołta­rzyki – wy­rzu­cał na­sto­lat­ce, którą w roz­mo­wach z Da­nutą na­zy­wał „bękar­tem”.

Asia miała tak dość, że zaczęła się truć ta­blet­ka­mi. Raz, dru­gi, trze­ci. Ale za­raz po­tem, gdy połknęła pełne garście, mel­do­wała mat­ce, co zro­biła. Ta wzy­wała ka­retkę i tuliła lejącą się przez ręce córkę, za­kli­nając:

– Tyl­ko mi nie umie­raj, dziec­ko, tyl­ko nie umie­raj.

ZE­MSTA NA BYŁYM?

Asia chciała szyb­ko wy­rwać się z domu, zna­le­zie­nie kan­dy­da­ta na męża było dla niej ważne. Miała kil­ku chłopaków, ale ta­kim naj­bar­dziej na poważnie był An­drzej. Da­nu­ta pamięta, że był sym­pa­tycz­ny, na­wet przy­stoj­ny, było widać, że ko­chał Asię, a ona jego. Mie­li ten błysk w oczach, jak byli przy so­bie. Mówili so­bie czułe słówka, da­wa­li bu­ziacz­ki. Ale Da­nu­ta tym związkiem nie była za­chwy­co­na, bo ro­dzi­ce chłopa­ka mie­li pro­ble­my z al­ko­ho­lem. Asi to jed­nak nie prze­szka­dzało i na­wet po­miesz­ki­wała u nich, ale co chwi­la wpa­dała do mat­ki. Miały wte­dy ze sobą do­bry kon­takt, lubiły się.

Kie­dy pew­ne­go dnia Asia z ma­ne­la­mi weszła do miesz­ka­nia, Da­nu­ta spe­cjal­nie się nie przejęła, gdy usłyszała, że córka roz­stała się z An­drze­jem. Skąd zajęta użera­niem się z mężem miała wie­dzieć, że jej je­dy­nacz­ka za trzy mie­siące weźmie ślub z chłopa­kiem po­zna­nym na wiej­skiej dys­ko­te­ce za­le­d­wie kil­ka dni po ze­rwa­niu z An­drze­jem?

Gdy Da­nu­ta, siedząc w brązo­wym fo­te­lu przy her­ba­cie za­pa­rzo­nej z dwóch to­re­bek, myśli o miłościach Jo­asi, przy­cho­dzi jej do głowy, że może po­wo­dem, dla którego związała się z Mar­kiem, nie był jed­nak oj­czym, a zro­bie­nie na złość An­drze­jo­wi. Może związała się z Mar­kiem, żeby wzbu­dzić za­zdrość w An­drze­ju? Ta­kie myśli też krążą Da­nu­cie po głowie, gdy w ci­szy cze­ka na dźwięk te­le­fo­nu.

Już parę razy za­dzwo­nił.

– Mamy czaszkę, praw­do­po­dob­nie ko­biecą – mówił po­li­cjant, a w Da­nu­cie rosła na­dzie­ja, że to może Asia.

– Kość pisz­cze­lową wy­ko­pa­no na bu­do­wie, będzie­my badać, czy to nie pani córka – usłyszała in­nym ra­zem. Za każdym oka­zy­wało się jed­nak, że to nie Asia.

 

PA­PIE­REK PO BA­TO­NIE

– Nie ma jej. Poszła w so­botę na dys­ko­tekę i do dziś nie wróciła. Pew­nie się łaj­da­czy, taka z niej żona. Gdzie mam jej szu­kać? Była tu? – Tym ra­zem to Ma­rek przy­szedł do Da­nu­ty do szpi­ta­la i się skarżył.

Był wto­rek. Ona Asi nie wi­działa od piątku, on twier­dził, że nie wi­dział jej od so­bo­ty. Gdy tyl­ko wszedł do sali, wydał się Da­nu­cie jakiś dziw­ny: wzrok miał nie­obec­ny, włosy mu nie­na­tu­ral­nie ster­czały, spodnie miał przy­ku­rzo­ne ce­men­tem. Da­nu­ta od razu pomyślała, że te włosy mu tak dzi­wacz­nie sterczą, bo są sztyw­ne od ce­men­tu. Ale gdy usłyszała, że Asi nie ma od kil­ku dni, od razu prze­stała się nad tym ce­men­tem i dziwną miną Mar­ka za­sta­na­wiać. Poszła do le­ka­rza i po­pro­siła o na­tych­mia­sto­wy wy­pis.

– Pani Ja­nu­szew­ska, co pani wy­pra­wia? W pani sta­nie? Je­steśmy w trak­cie le­cze­nia, będzie le­piej… Proszę się za­sta­no­wić… – próbował prze­ko­nać ją le­karz.

– Dziec­ka muszę szu­kać, córka mi za­ginęła – od­po­wie­działa.

Po per­trak­ta­cjach z dok­to­rem zo­stała w szpi­ta­lu jesz­cze na noc, ale już rano le­d­wo żywa poczłapała na przy­szpi­tal­ny przy­sta­nek. Po dro­dze wymyśliła, że musi spraw­dzić, czy w po­nie­działek Asia ode­brała ku­ro­niówkę, bo aku­rat wy­pa­dał jej ter­min. Na pocztę poszła z sąsiadką. Upro­siły panią w okien­ku o spraw­dze­nie, czy Jo­an­na Mar­kie­wicz po­brała zasiłek. Nie po­brała.

– Da­nu­sia, na po­licję mu­sisz iść. – Sąsiad­ka po­wie­działa to, o czym w tej sa­mej chwi­li pomyślała. Obie ura­dziły, że musi na ko­mendę pójść z Mar­kiem, bo to on ją wi­dział ostat­ni, a poza tym był jej mężem. Le­d­wo żywa po­je­chała na Par­ty­zantów. Ma­rek był w ka­wa­ler­ce. Roz­wa­lo­ny i prze­pi­ty, wy­le­gi­wał się na skotłowa­nym, brud­nym łóżku. W klit­ce śmier­działo wódką, pa­pie­ro­sa­mi, a do tego wszędzie walały się pety, zakrętki, kap­sle, ja­kieś reszt­ki nad­gniłego je­dze­nia. W kuch­ni na lodówce Da­nu­ta do­strzegła pa­pie­rek po ku­pio­nym Asi w szpi­tal­nym skle­pi­ku ba­to­nie.

Oszołomio­na wyszła przed ka­mie­nicę. Po­ste­ru­nek ko­men­dy miej­skiej był sto metrów w pra­wo, ko­men­dy wo­jewódzkiej pięćdzie­siąt metrów w lewo. Poszła do miej­skiej.

– Chcę zgłosić za­gi­nięcie córki Jo­an­ny Mar­kie­wicz – po­wie­działa dyżurne­mu, a ten kazał jej pójść na roz­mowę z po­li­cjan­tem od po­szu­ki­wań. – Córka mi za­ginęła, a ten, który ma z tym za­gi­nięciem coś wspólne­go, właśnie leży roz­wa­lo­ny na łóżku i ma wszyst­ko gdzieś – wy­du­kała drżącym głosem i opo­wie­działa o ostat­nim spo­tka­niu z córką w szpi­ta­lu. Wspo­mniała na­wet o cze­ko­la­do­wym ba­to­nie i pa­pier­ku na lodówce.

Po­li­cjant słuchał, pisał, a na ko­niec po­wie­dział:

– Pani Ja­nu­szew­ska, pani jest cho­ra, niech pani wra­ca do domu i się położy.

OD­DAM WER­SALKĘ

Da­nu­ta nie znała się na po­szu­ki­wa­niach ani po­li­cyj­nych pro­ce­du­rach, ale wie­działa, że po­li­cjant uznał ją za spa­ni­ko­waną wa­riatkę: wy­chu­dzoną z po­wo­du cho­ro­by, prze­sad­nie bladą, zapłakaną, nie­ucze­saną, nie­ubraną jak należy. Nie wi­działa w jego po­sta­wie ani współczu­cia, ani zro­zu­mie­nia. Czuła się prze­raźli­wie sa­mot­na, strach o Asię pa­ra­liżował ją tak, że każdy ruch zaczął spra­wiać ból. Mimo to wie­działa, że jak sama nie znaj­dzie córki, to po­li­cja na pew­no tego nie zro­bi. Po­sta­no­wiła szu­kać na własną rękę. Za­dzwo­niła do koleżanki Asi.

– Ma­rek mówił mi, że poszłyście w so­botę ra­zem na dys­ko­tekę. Asia nie wróciła do domu, nie wiesz, gdzie może być? – spy­tała wprost.

– Pani Da­nu­siu, myśmy na żad­nej dys­ko­te­ce w so­botę ra­zem nie były – usłyszała i wte­dy jej prze­czu­cie, że za za­gi­nięciem Asi stoi Ma­rek, za­mie­niło się w pew­ność. Zno­wu po­biegła na ko­mi­sa­riat i po­wie­działa o tym po­li­cjan­tom. Sama też usta­liła, że Asia nie od­wie­dziła zna­jo­mej, z którą się umówiła, żeby jej po­dziękować za upie­cze­nie cia­sta na we­se­le. Z każdą in­for­macją Da­nu­ta biegła na ko­mi­sa­riat i prze­ko­ny­wała, że Ma­rek musi mieć z tym za­gi­nięciem Asi coś wspólne­go.

– Pani Ja­nu­szew­ska, prze­czu­cie to jesz­cze nie dowód. Może zięć po­my­lił imię koleżanki? Może córka z inną poszła na tę dys­ko­tekę? Prze­cież miała więcej koleżanek, nie? A pani się nie zda­rza spo­tka­nia z kimś odwołać? Ot, wiel­ka mi rzecz – usłyszała i do­wie­działa się, że po­li­cjan­ci byli w ka­wa­ler­ce, ale poza bałaga­nem nie zo­ba­czy­li w miesz­ka­niu nic nad­zwy­czaj­ne­go.

Obu­rzo­ny ich wi­zytą Ma­rek szyb­ko spa­ko­wał swo­je rze­czy, wieżę i biżute­rię Asi i wyniósł się do ro­dziców pod Olsz­tyn. Klu­cze oddał Da­nu­cie. „Kto po­trze­bu­je wer­sal­ki, może ją za dar­mo ode­brać z miesz­ka­nia na uli­cy Par­ty­zantów 12” – na­pi­sała w ogłosze­niu, bo nie miała siły i cza­su na prze­wożenie me­bli z wy­najętej klit­ki. Chętny zna­lazł się raz-dwa, za­brał wer­salkę i jakąś szafkę. Da­nu­ta na­wet nie spy­tała go o imię.

LICZ­NIK CZE­KA­NIA

Co czu­je mat­ka, której je­dy­ne dziec­ko prze­pa­da bez śladu? Da­nu­ta nie umie na­zwać tych uczuć, bo chy­ba nie ma na nie słów. Zresztą to już nie są chy­ba na­wet uczu­cia, to jest fi­zycz­ny ból: kłucie, pie­cze­nie, ści­ska­nie, du­sze­nie – to w głowie, to w płucach, to w ściśniętym żołądku. Ból przy cze­sa­niu, ból przy my­ciu, ból przy cho­dze­niu. Ból w cza­sie snu, który nie jest snem, bo w głowie wciąż kłębi się mi­lion myśli: gdzie jest moje dziec­ko? Może moja córka leży cho­ra, głodna, zziębnięta? Może płacze i błaga o po­moc albo litość? Cier­pi? Kona?

Nie­pokój nie daje spać, nie po­zwa­la jeść. Naj­pierw mat­ka płakała: z tęskno­ty, roz­pa­czy, bez­sil­ności. Lu­dziom wi­dok jej zapłaka­nej, za­puch­niętej i wy­czer­pa­nej chy­ba spra­wiał frajdę, bo łatwo mo­gli po­znać, że „to mat­ka tej, co za­ginęła”. Po ja­kimś cza­sie jed­nak łez za­czy­na bra­ko­wać i pieką oczy. Wewnętrzny przy­mus dnia­mi, tygodnia­mi, a w końcu mie­siącami kazał się jed­nak Da­nu­cie mo­bi­li­zo­wać i reszt­ka­mi sił szu­kać córki. „Sko­ro nikt jej nie wi­dział, nikt nie ode­brał od niej te­le­fo­nu, trze­ba spy­tać ja­sno­wi­dza” – myśli któregoś dnia i wy­dzwa­nia do tego już wte­dy bar­dzo zna­ne­go z Po­mo­rza. Każe przy­je­chać. Da­nu­ta nie ma czym, bo mąż aku­rat wy­je­chał z kra­ju. Zresztą on i tak uważa, że Da­nu­ta prze­sa­dza, że nie ma co się aż tak wygłupiać, w końcu po­li­cja o za­ginięciu Jo­an­ny wie, a prze­cież nie prze­padło bez­rad­ne małe dziec­ko, tyl­ko do­rosła, zamężna ko­bie­ta, która może robić ze swo­im życiem, co chce.

Da­nu­ta upie­ra się przy wyjeździe, ale wie, że pociągiem nie da rady do­je­chać na Po­mo­rze. Nie ma na to siły. Od­pa­da też au­to­bus, bo nie wy­trzy­ma tylu go­dzin w twar­dym fo­te­lu, poza tym nie ma bez­pośred­nie­go połącze­nia. Idzie więc do ta­ry­fia­rza i uma­wia się, że nie­za­leżnie od tego, ile ki­lo­metrów wy­bi­je licz­nik, zapłaci mu trzy mi­lio­ny. Jadą. Ona pełna na­dziei, jej kie­row­ca nie­co wy­stra­szo­ny. Gdy do­cie­rają, żona ja­sno­wi­dza wpusz­cza ją do ko­ry­ta­rza, a po ja­kimś cza­sie daje kartkę z za­pi­sem wi­zji męża.

„Nic złego nie stało się pani córce, ona sama zde­cy­do­wała, że uciek­nie. Bar­dzo żałuje, że wyszła za tego człowie­ka. Ona z nim nie chce żyć i nie będzie żyła. Pani córka uciekła do ja­kiejś swo­jej koleżanki Joli” – mat­ka czy­ta i wie, że stra­ciła czas, bo ten zna­ny ja­sno­widz nic nie czu­je, nie miał na te­mat jej córki żad­nej wi­zji. Nie myśli o trzech mi­lio­nach dla taksówka­rza, myśli o tych go­dzi­nach, które zmar­no­wała, nie wa­rując pod te­le­fo­nem. Może aku­rat wte­dy ktoś dzwo­nił?

WODA BEZ NA­DZIEI

Ko­lej­ny ja­sno­widz su­ge­ru­je, że Asia nie żyje, a jej ciała każe szu­kać w wo­dzie, w miej­scu, gdzie jest tama, ja­kieś roz­le­wi­sko. Pew­nie, że matkę boli, jak o własnym dziec­ku słyszy „nie żyje”, ale Da­nu­ta gdzieś tam głęboko czu­je, że tak właśnie może być. Chce zna­leźć dziec­ko i tyle. Żywe czy nie. Ale zna­leźć. Myśli o słowach ja­sno­widza i przy­po­mi­na so­bie, że tuż za Olsz­ty­nem jest elek­trow­nia Wadąg, a tam – roz­le­wi­sko. Jest pew­na, że cho­dzi o to miej­sce. Idzie do wy­działu geo­de­zji i wy­pra­sza map­ki tego te­re­nu. Choć jest połowa grud­nia, wy­naj­mu­je ekipę nurków. Schodzą pod wodę. Go­dzi­na po go­dzi­nie prze­cze­sują mu­li­ste, zarośnięte wo­do­ro­sta­mi dno. Da­nu­ta nie jest w sta­nie stać nad brze­giem, cze­kać na każde wy­nu­rze­nie nur­ka. Sie­dzi w domu pod te­le­fo­nem. Mi­nu­ty się dłużą jak go­dzi­ny. Nie pije, nie je – żeby na czas pod­nieść słuchawkę. Cze­ka i cze­ka, a te­le­fon mil­czy.

– Ni­ko­go nie zna­leźliśmy – słyszy w końcu w słuchaw­ce.

PAN Z TE­LE­WI­ZJI

Choć mijały ty­go­dnie od za­gi­nięcia Jo­an­ny, Da­nu­ta się nie pod­da­wała. Chudła, słabła, zda­rzało się, że nie zmrużyła oka na­wet przez dwa ty­go­dnie, przed ocza­mi na zmianę latały jej światła albo czar­ne pla­my. Ale nie prze­stała szu­kać dziec­ka. Nie mogła, bo wie­działa, że nikt inny za nią córki nie znaj­dzie. Bo kto? Mąż, który co­raz częściej przebąkiwał, że na po­szu­ki­wa­nia Asi idzie za dużo pie­niędzy? Ma­rek, który też po­je­chał do ja­sno­wi­dza na Po­mo­rze, a kartkę z wizją, że „Jo­an­na jest u dużo star­sze­go od niej mężczy­zny w Trójmieście. Ra­zem piją i się nar­ko­ty­zują” jego mat­ka oso­biście za­niosła na ko­mendę? Mu­siała ra­dzić so­bie sama. Któregoś dnia wy­brała naj­piękniej­sze zdjęcia córki i poszła do re­dak­cji lo­kal­nej ga­ze­ty. – Pomóżcie – po­pro­siła. Po­tem były następne tek­sty i ape­le, wresz­cie pro­gram Kto­kol­wiek wi­dział, kto­kol­wiek wie. Błagała lu­dzi o po­moc, zięć nie­zbyt wzru­szo­ny stał obok niej i mówił: – Wróć, żono, roz­wie­dzie­my się.

Ale Asia ani nie wróciła, ani się nie ode­zwała.

PO­ZDRO­WIE­NIA Z NIE­MIEC

Nie minął rok od za­gi­nięcia Asi, gdy Da­nu­ta zna­lazła w skrzyn­ce pocztówkę od Mar­ka. „Po­zdro­wie­nia z Nie­miec prze­syła zięć. Szu­kałem żonki po lo­ka­lach ale bez re­zul­ta­tu a na bur­de­le mnie nie stać” – prze­czy­tała i po raz ko­lej­ny roz­padła się na tysiąc kawałków. Wie­działa, że Ma­rek wie, co się stało z jej dziec­kiem, czuła, że ce­lo­wo za­da­je jej ko­lej­ny cios, że świa­do­mie się nad nią znęca.

Inne książki tego autora