Lizbona. Miasto, które przytula

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Lizbona. Miasto, które przytula
Lizbona. Miasto, które przytula
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 65,80  52,64 
Lizbona. Miasto, które przytula
Lizbona. Miasto, które przytula
Audiobook
32,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Byłem tylko spojrzeniem, tylko uszami, byłem obiektywną kamerą, byłem żywością nóg i rozkoszą oddychania wilgotnym i chłodnym powietrzem, portowymi i morskimi zapachami, skrzeczeniem mew i syren statków; byłem ręką ściskającą uchwyt torby podróżnej; byłem prostym, bezosobowym szczęściem biorącym się z siedzenia w kawiarni za szybą, patrzenia na ludzi na ulicy, słuchania bliskich głosów (...)

Od samego początku rozumiałem, że to jest miasto, którego potrzebowałem.

Antonio Muñoz Molina, Jak przemijający cień


Tomkowi, mojemu ulubionemu człowiekowi.

Weronika

Mateuszowi i Łukaszowi, moim mężczyznom.

Marta


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20



.

Ta książka to opowieść o Lizbonie, a także o miłości. Próba oddania stanu ducha, który towarzyszy poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Zapis rozmów prowadzonych ze współautorką tej książki Martą Paixão, zbiór impresji i zdjęć będących stop-klatkami pamięci. To tylko fragmenty portugalskiej rzeczywistości. Jak się okazało, czterysta stron to zdecydowanie za mało na list miłosny.

Lizbona to jedyne miasto na świecie, za którym potrafię tęsknić jak za człowiekiem. Odkryłam ją dla siebie dziewięć lat temu podczas podróży, która zaskoczyła mnie samą. Wylądowałam w stolicy Portugalii i w odbiciach okien zobaczyłam zachwyt dziecka na twarzy trzydziestolatki. Zostawiłam przewodnik w hotelu i pozwoliłam sobie na chodzenie bez planu. Zaglądałam w przeróżne zakamarki, z perspektywy dzisiejszej wiedzy niekoniecznie bezpieczne dla turystów. Nie zobaczyłam rekomendowanych muzeów, nie odwiedziłam „najlepszych” restauracji i – o zgrozo – nie wsiadłam do słynnego tramwaju numer 28, który dzielnie pokonywał kolejne wzgórza. I co z tego? Wróciłam zachwycona! Miałam swoją Lizbonę.

To nie była podróż pod hasłem: must see. Słowo „musisz” wyeliminowałam na początku, dużo bardziej pociągające okazało się „możesz”. Pozwoliłam sobie na przesiadywanie godzinami w miejscach, w których czułam spokój, z pełną świadomością ograniczonego czasu, którego nie wystarczy na poznanie wszystkich atrakcji. Dotarło do mnie, że będąc wszędzie, jestem tak naprawdę nigdzie, w biegu. Zrozumiałam, że niewolnicze przywiązanie do przewodnika odbiera radość samodzielnego odkrywania – ludzi, miejsc, zapachów. Podczas tej podróży powiedziałam sobie: nie mam czasu na pośpiech! To zdanie okazało się uwalniające.

Opowieść o mieście podzieliłyśmy z Martą na osiem rozdziałów. Z każdym z nich czytelnik poszerza swoją perspektywę. Rozmawiamy o ludziach, których energię czuć na ulicach Lizbony, dyskutujemy o architekturze, języku, zabytkach. Mówimy też o niewidocznych przy pierwszym kontakcie różnicach pomiędzy Polakami a Portugalczykami. Zastanawiamy się, co przez lata wpływało na temperament mieszkańców najdalej na zachód wysuniętej części Europy. Opisujemy ich szczerą gościnność, inną jednak od tej, którą znamy z głośnego wydania włoskiego czy hiszpańskiego.

Esencją tej książki są ludzie, którzy podzielili się z nami swoją Lizboną. Apetyt na życie i portugalską kuchnię podsycają Janusz Andrasz i David Gaboriaud. Stolicę widzianą oczami mieszkańca pokazuje Sofia Coelho, a Gosia Furst mówi o tym, że w południowym raju można tęsknić za zapachem zgniłych liści. Lizbońska codzienność miesza się z metafizyką i światem sztuki. Reżyser Andrzej Jakimowski przybliża kulisy powstawania filmu Imagine, w którym nie raz pojawiają się dzwoniące na zakrętach tramwaje. Dzięki rysunkom i opowieści Shelly Ginenthal, Amerykanki od lat mieszkającej w stolicy Portugalii, można poczuć, że Lizbona ma w sobie coś z bajki. Nowy punkt widzenia dodaje kapitan Piotr Lipiński, który na Białe Miasto spogląda z kabiny pilota boeinga. Przed nami też wycieczka na wieś. Dominik Jasiński zabiera nas z Lizbony pod rozgwieżdżone niebo Alentejo na południu Portugalii, gdzie długim rozmowom towarzyszy pohukiwanie sów. Polski artysta zrealizował marzenie wielu lizbończyków o spokojnym domu z dala od zgiełku. To tam słowami malujemy miejskie i wiejskie krajobrazy.

Rozmowy dopełniają felietony, które pisałam w Portugalii i w Polsce. Są zapisem tego, co otwiera we mnie południe Europy. Ważną częścią tej książki są zdjęcia – czasem uzupełniają słowa, a czasem otwierają nowe historie. Są jak wstęp do kolejnych opowieści, na które być może przyjdzie jeszcze kiedyś pora. Przekopałam się przez archiwa z dziewięciu lat, dzięki czemu zobaczyłam, jak bardzo w tym czasie zmieniało się miasto.

Od początku tworzenia książki chciałyśmy, żeby Lizbona. Miasto, które przytula dała czytelnikom szansę na oswojenie języka portugalskiego. W rozdziale Szelest ulicy można przyswoić nowe słowa dzięki spolszczonej, uproszczonej wersji wymowy. Marta powiedziała, że spodziewa się linczu ze strony lingwistów za takie podejście do sprawy, ale ja będę jej usprawiedliwieniem. Odeszłyśmy od klasycznej transkrypcji fonetycznej, która w wielu przypadkach jest nie do odkodowania dla laika – chodziło nam o szybkie poznanie nowego języka, tu i teraz. Jak to określiła pani Paixão: „Niech każdy ma okazję poczuć portugalski w ustach”. Wielokrotnie przekonywała mnie, że to czysta fizyczna przyjemność.


Zgadzam się z nią. Portugalski ma w sobie wyjątkowo dużo czułości, a przy wymawianiu wielu słów usta układają się jak do pocałunku. Przyjęłyśmy zasadę, że portugalskie słowa zapisujemy kursywą. Obok nich, po sąsiedzku przedstawiamy najbliższy naszym uszom „spolszczony” zapis wymowy. Z pewnością nie jest to wersja idealna, ale taka, która pozwala na komunikację, a to ona jest najważniejsza.

Nasza książka jest zaprzeczeniem idei przewodnika, bo ten usztywnia. Podaje gotową listę, klasyfikuje, rozleniwia. Zamiast otwierać, zamyka oczy na to, czego nie pokazali nam inni. Dzielimy się swoimi ulubionymi miejscami i wrażeniami, ale przede wszystkim zachęcamy do tego, aby zaufać własnym stopom. Za cel postawiłyśmy sobie rozbudzenie ciekawości. To ona jest najlepszym przewodnikiem.

Lizbonę. Miasto, które przytula uznajcie za rodzaj podręcznej walizeczki, do której w dowolnej chwili można zajrzeć. Zostawiamy w niej przestrzeń na własne spostrzeżenia. Wszystko przechodzi przecież przez indywidualny filtr wrażliwości i doświadczeń. Miasto położone na siedmiu wzgórzach nagradza za uważność, zwolnijcie więc i zaczytajcie się – to stan podobny do zakochania.

Weronika Wawrzkowicz-Nasternak



Lubię to zdjęcie, bo jest na nim energia spotkania sprzed lat. Zero make-upu, rozwiane włosy i ten stan, kiedy człowiek uśmiecha się całym sobą. Wtedy nie wiedziałam, że przypadkowe spotkanie w Portugalii będzie początkiem kobiecej przyjaźni. Za nami Praia do Guincho.

.

Przez lata byłam dziewczyną z radia, gospodynią porannego programu, z którym wielu słuchaczy zaczynało dzień. Zapraszałam do studia gości – reżyserów, aktorów, autorów książek. Dzielili się ze słuchaczami swoim światem. Wspólnym mianownikiem tych spotkań była pasja, a rozmowa uchylała drzwi do cudzej codzienności. Kiedy antenowy czas pozostawiał niedosyt, relacje zawodowe niepostrzeżenie zamieniały się w prywatne spotkania. Te pozwalały zaspokoić ciekawość, nacieszyć się obecnością człowieka, od którego czułam dobrą energię. Podczas jednego z poranków poznałam Janusza Andrasza, autora przewodników po Lizbonie i Porto. Mówię na niego „Pan od Portugalii”, bo jest kopalnią wiedzy na jej temat. Stworzył portal luzomania.pl, na który zaglądam, ilekroć łapie mnie tęsknota za południem Europy. Po spotkaniu radiowym zaprosił mnie na domówkę. Przygotował portugalską kolację, na stole znalazły się między innymi moja ulubiona zupa caldo verde i pastéis de nata (powiedzenie, że to babeczki z budyniem, obrażałoby ten deser). Całość smakowała obłędnie. Jednak najważniejszym składnikiem menu okazali się ludzie.

Najciekawsze rozmowy jak zawsze przeniosły się do kuchni i to tam poznałam Martę Paixão, która ostudziła mój zapał do natychmiastowej przeprowadzki na południe Europy. Sama mieszkała w Lizbonie przez jedenaście lat, pracowała między innymi w polskiej ambasadzie. Opowiedziała mi o zimach w Portugalii, które w mieszkaniach bez ogrzewania mają niewiele wspólnego z południowym rajem. Portugalczycy opatentowali nawet specjalny rodzaj poszewki na kołdrę, którą zawija się pod materacem tak, aby stworzyć coś w rodzaju schowka dla zmarzniętych stóp. Marta przytoczyła też dane dotyczące bezrobocia i wyjaśniła mi specyficzne portugalskie podejście do czasu. Z pasją opowiadała o mieście podnoszącym się po trzęsieniu ziemi w XVIII wieku, rewolucji goździków[1] z 1974 roku czy traktowanych bardzo serio współczesnych podziałach pomiędzy piłkarskimi klubami: Benfica i Sporting Lizbona.

 

Już wtedy zachwyciła mnie jej łatwość w objaśnianiu tego, co było dla mnie nowe. Czułam, że zbliżam się do portugalskiej kultury, coraz więcej rozumiem. Pochłaniałam informacje jak na najlepszym kółku zainteresowań. Zaprosiłam Martę i Janusza do radia. Podzielili się swoją pasją ze słuchaczami. Mieli moc, bo po audycji otrzymywałam kartki pocztowe od tych, którzy pod wpływem ich opowieści zapragnęli zobaczyć Lizbonę. Wiedziałam już, że można uruchamiać obrazy poprzez słowa. Jednocześnie zdałam sobie sprawę z tego, że radio ma w sobie ulotność, a papier zapisuje emocje na dłużej. Wtedy zaczęłam myśleć o książce.

Podczas kolejnej wizyty w Lizbonie przez przypadek spotkałam Martę i spontanicznie stałam się jej towarzyszką podróży. Ona prowadziła samochód, a ja z ciekawością pytałam o kolejne elementy mijanego krajobrazu. Razem penetrowałyśmy stolicę, ruszyłyśmy też poza miasto. Wśród wielu przystanków znalazło się pełne bajecznych willi Estoril i opanowane przez turystów Cascais. Spragnione słońca łapałyśmy opaleniznę na Costa da Caparica i Praia da Morena. Potem się rozdzieliłyśmy, ale nadal czułam, że mentalnie trzyma mnie za rękę. Kiedy zgubiłam się w mieście, wystarczył jeden „telefon do przyjaciela”. Podczas poszukiwania dzielnicy Baixa współautorka tej książki kazała mi namierzyć pomnik markiza de Pombal i iść za jego wzrokiem. Zadziałało. Trafiłam i do dzisiaj wiem, że kamienny mężczyzna z lwem może służyć za drogowskaz. Kilka lat później Marta podjęła się misji dotarcia ze zdjęciem do pewnego mieszkańca Alfamy, którego sfotografowałam z kotem. Nie znałam ani jego adresu, ani imienia, co nie przeszkodziło jej w dostarczeniu przesyłki do rąk własnych.

Pomyślałam, że nie chcę chować do kieszeni dobrych emocji związanych z Lizboną, warto puścić je w świat. Dzielisz się, ale niczego ci nie ubywa, przeciwnie, radość się mnoży. Na tym polega mój ulubiony matematyczny paradoks. Portugalskie nazwisko Marty – Paixão – oznacza gorącą miłość i pasję. To właśnie nimi nasyciłyśmy kolejne rozdziały tej książki.




Uśmiech złapany przed laty nadal grzeje. Częstujcie się.

.

Długo szukałam słowa, które powinno zacząć naszą rozmowę o Lizbonie, aż w końcu wpadło mi do głowy: „zauroczenie”. Pasuje idealnie, bo moja reakcja na to miasto przypominała pierwszy etap zakochania: świat widziany przez różowe okulary, motyle w brzuchu i podejrzana lekkość. Z czasem zaczęłam dostrzegać więcej, chociażby przemieniające się w pustostany stare kamienice, noszące już tylko ślady dawnej świetności. Nagle zauważyłam na ulicach śmieci, które wcześniej mój wzrok wycinał z kadru, zaczęło mnie irytować półgodzinne czekanie na autobus. To jednak nie zmieniło mojego odbioru Lizbony. Była piękna. Taka ludzka w swojej niedoskonałości. Złapałam się zresztą na tym, że myślę o tym miejscu jak o bliskiej osobie, a nie jak o jakimś architektonicznym tworze. I nawet jeśli, tak jak w związku, z czasem pojawiają się elementy, które mnie denerwują, to przecież nie przestaję z tego powodu kochać.

Po raz pierwszy przyjechałam do Lizbony w 2010 roku. Doskonale pamiętam stan ducha, z jakim jechałam na koniec Europy. Pogruchotane serce po niedawnym rozstaniu, lęk przed lataniem i niedowierzanie, że ja, do tej pory domatorka, która nie odważyła się na samotny wyjazd, nagle wsiadam do samolotu. Wstyd się przyznać, ale jeszcze na lotnisku miałam ochotę zawrócić. Przeszło mi, kiedy w samolocie TAP Air Portugal przywitał mnie przystojny steward. Wyglądał jak żywcem wyjęty z filmów Almodóvara, narysowany wyrazistą kreską. Po starcie zarejestrowałam uwalniające uczucie, że nic już ode mnie nie zależy, nie ma odwrotu, więc może czas zacząć cieszyć się tą wyprawą.

Pierwszą osobą, którą zobaczyłam, kiedy rozsunęły się drzwi hali przylotów, był George Clooney. Stał z filiżanką małej czarnej w dłoni. To, że uśmiechał się z plakatu, nie umniejszało mojej radości. Umysł zanotował: „Zdobywca Oscara witający mnie w stolicy to bardzo miły początek znajomości z Lizboną”. Reklamy na lotnisku się zmieniają, ale moje uczucie do tego miasta jest stałe.

Weronika

.

Moja relacja z Lizboną początkowo była związkiem na odległość. Nasza historia sięga końca XX wieku. Internet w powijakach odpalany przez ćwierkający modem na linii telefonicznej. „Zawrotna” prędkość i gigantyczne koszty. Polska poza Unią Europejską. Nie istnieje koncepcja tanich linii lotniczych. Portugalia wydawała się krainą na końcu świata, krążyły o niej legendy. Pełna egzotyka dla przeciętnej polskiej studentki portugalistyki. W tym czasie sporo zamieszania spowodował film Wima Wendersa Lisbon Story. Obudził on w wielu Polakach zaskakującą fascynację Lizboną. Co to za miasto, ludzie? Jakby wyjęci z innej epoki, odmiennej rzeczywistości. Wszechobecne mocne dźwięki strun gitar i przejmujący głos Teresy Salgueiro. To właśnie ta muzyka przemówiła do mnie najmocniej. Najpierw na poziomie emocji, potem pojawiły się znaczenia. Z każdym miesiącem studiów rozumiałam coraz więcej z opowieści formacji Madredeus. Dziś patrzę na Lisbon Story z sentymentem. Kiedy pierwszy raz oglądałam ten film, nawet mi się nie śniło, że to miasto na ponad dekadę stanie się moim domem. Teraz potrafię zlokalizować każdy kadr z filmu. Jestem wdzięczna reżyserowi za tę opowieść, bo to ona spowodowała, że poczułam głód, chęć posmakowania Lizbony, doświadczenia jej na własnej skórze. Znasz mnie, więc wiesz, że jestem zachłanna na życie. Chętnie słucham przekazów innych, ale to dla mnie jedynie wstęp do osobistego poznania. Kupiłam bilet i poleciałam. Nad Tagiem po raz pierwszy wylądowałam prawie dziesięć lat przed tobą i zostałam na ponad jedenaście. Wróciłam do Polski z jednym portugalskim żebrem, nie da się go już ze mnie wyrwać.

Marta




Dojrzała kobieta z duszą małej dziewczynki. Tak chciałabym się zestarzeć w południowym słońcu.

Weronika: Jedna z moich prywatnych lizbońskich przyjemności to możliwość zanurzenia się w języku, który rozpoznaję, ale którego nie rozumiem. Moje uszy bardzo lubią brzmienie portugalskich słów. Słyszę je i od razu chcę poznać ich znaczenie.

Marta: Pamiętam twój zachwyt, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś a-żurnaliszta! (A jornalista to po portugalsku dziennikarka).

‒ O tak! Cały czas zachwycam się pojedynczymi słowami, ale portugalski nadal stanowi dla mnie wyzwanie. Dla ciebie jest równie oczywisty jak polski, ale każdy przecież kiedyś zaczynał. Jak wyglądały twoje początki z mową Pessoi? Dlaczego w latach dziewięćdziesiątych zdecydowałaś się akurat na portugalistykę?

‒ Trochę zdecydował o tym przypadek, a trochę silne rodzinne lobby. Moja mama jest romanistką, uczy francuskiego. Całe życie słyszałam, że jestem do niej podobna i tak jak ona mam „ponadprzeciętne zdolności językowe”. Rodzice przekonali mnie, żebym porzuciła marzenia o byciu dentystką i przyjęła, że studia językowe to coś dla mnie. A ja jakoś się tej narracji poddałam. Żeby jednak trochę postawić na swoim, z przekory wybrałam inny język niż mama, a portugalistyka wydawała mi się wystarczająco egzotyczna. Przysięgam, że kiedy szłam na studia, nie miałam bladego pojęcia, jak ten język brzmi. Moja ukochana babcia często powtarzała: „Ile nowych języków poznajesz, tyle razy rodzisz się na nowo”. Miała rację.

‒ W takim razie jak wyglądały powtórne narodziny, czyli pierwsze lekcje?

‒ Wchodzenie w przestrzeń nieznanego języka jest świetną przygodą. Na początku jesteś bezradna jak dziecko, osłuchujesz się z nowym brzmieniem, „po omacku” szukasz sensu. Jednocześnie przygotowujesz aparat mowy do pierwszych słów i zdań wypowiadanych w nowym języku. Przy kolejnych powtórzeniach niepostrzeżenie wkrada się zrozumienie oraz przyjemne uczucie wyrażania siebie i bycia rozumianym. Takimi etapami oswajałam kolejną nowość w moim życiu. Pamiętaj, że mówimy o końcu lat dziewięćdziesiątych, kiedy internet dopiero raczkował. Nie można było włączyć sobie ot tak YouTube’a i posłuchać przykładowych konwersacji. Przez pierwsze dwa tygodnie dzień w dzień jak papugi powtarzaliśmy zdania, których słuchaliśmy z kasety magnetofonowej. Uczyliśmy się na pamięć całych fraz, bez zrozumienia i bez zapisu. To było dla mnie nowe doświadczenie. Wcześniej uczyłam się kilku języków obcych, ale po raz pierwszy ktoś zaproponował mi wejście w taką „świadomą niekompetencję”.

‒ Bądź moją kasetą magnetofonową! Pamiętasz, co powtarzaliście na początku?

‒ Jasne. Oryginał przedstawiał się następująco:

– Tenho medo de abelhas.

– Mas gostas de mel.

– Caramelos espanhóis são os mais baratos.

Wersja spolszczona brzmiałaby tak: „Teniu medu dy abeliasz. Masz gosztasz dy meu”. Albo: „Karamelosz eszpanioisz sau usz maisz baratusz”.

‒ Co to znaczy?

‒ A widzisz! My mieliśmy zakaz zadawania takich pytań, dopóki płynnie nie opanujemy wymowy zdań. Pierwsza zbitka wyrazów to fragment rozmowy, w której kobieta stwierdza: „Boję się pszczół”, a zdziwiony mężczyzna odpowiada: „Ale przecież lubisz miód”. Kolejne zdanie mówi o tym, że hiszpańskie karmelki są najtańsze. Kontekst i sens nie miały większego znaczenia, na tamtym etapie koncentrowaliśmy się po prostu na odwzorowywaniu słów. To było jak układ choreograficzny dla ust i języka, który przy odpowiedniej liczbie powtórzeń zapewnia ładną wymowę i naturalny akcent. Chodziło o przełamanie strachu przed niezrozumiałym, uruchomienie umiejętności słyszenia i artykułowania nowych dźwięków. Tak jak w radiu musisz się dostroić do nowej częstotliwości. Ten sposób nauki okazał się najszybszą ścieżką dostępu do języka portugalskiego.

Potem, kiedy sama uczyłam innych polskiego, francuskiego czy portugalskiego, zauważyłam, że uczniowie często wpadali w „pułapkę słownikową”. Gorliwie wypisywali niezrozumiałe dla siebie słówka i mozolnie szukali ich odpowiedników w ojczystym języku. A tymczasem najłatwiej jest zanurzyć się w języku obcym jak w oceanie, doświadczyć go. Wtedy człowiek uczy się najszybciej.

‒ Chodzi ci o zanurzenie w obco brzmiących słowach?

‒ W słowach, wyrażeniach, dźwiękach. Moja mama, z pochodzenia Bułgarka, nazywa to kąpielą językową. Sama, jako studentka, biegle opanowała w ten sposób język polski. Jeśli natrafisz na nieznane słówko, nie wpisuj go od razu do elektronicznego tłumacza, który po sekundzie poda ci polski odpowiednik. Sięgnij po opisowy słownik języka portugalskiego, docieraj do sensu szukanego słowa powoli, jakbyś zrywała kolejne warstwy cebuli. Właśnie w ten sposób wykąpiesz się językowo, a twój umysł nauczy się sprawnie wyłapywać znaczenie z kontekstu i na długo zapamięta dane wyrażenie.


‒ Złapałam się na tym, że lubię ten język dlatego, że przy wymowie wielu słów usta układają się jak do pocałunku. Dużo w nim czułości. Zatrzymajmy się przy wyrazie „kapcie”. Zwykłe, byle jakie słowo, które kojarzy mi się z rozdeptaną codziennością, po portugalsku brzmi jak wyznanie miłosne.

‒ Bardzo mnie cieszą twoje odkrycia fonetyczne w tych najbardziej potocznych wyrazach. Dzięki nim poznaję portugalski na nowo. Kapcie, czyli usz-szinelusz (os chinelos), mają w sobie „u”, szeleszczące „sz” i wymawiane na lwowską modłę, głębokie „l”. Rozkosz w ustach. Rozłóżmy je na czynniki pierwsze:

 

– „o” w sylabach nieakcentowanych, a także na końcu wyrazów, wymawiamy jak „u”,

– „s” na końcu wyrazu brzmi jak „sz”,

– „ch” czytamy jako „sz”.

Takie to proste!

‒ Przyznam ci się, że nie mogę się zdecydować na zerwanie z portugalską niewiedzą, bo lubię ten stan, kiedy siedzę w lizbońskiej kafejce otoczona rozmowami, których nie rozumiem. Czytam z intonacji, mimiki, pojedynczych wyrazów. Włączam funkcję obserwatora. To jest taki rodzaj miłego rozdwojenia: jestem z ludźmi, a jednocześnie w swoim świecie.

‒ Jesteś na etapie przyjemności słuchania, ale sytuacja jest rozwojowa, bo przed tobą coś, co zintensyfikuje wrażenia. Uwierz mi, mówienie po portugalsku to wręcz fizyczna przyjemność. Warto jednak dać sobie czas na spokojne poznawanie. Nie chodzi zresztą tylko o sam język, ale też o temperament Portugalczyków.

Kiedy pojechałam do Lizbony na pierwszy staż, przez pół roku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mój szef jest permanentnie poirytowany. Powód? Portugalska ekspresja jest głośniejsza. Można się o tym przekonać w autobusach, w tramwajach, w metrze. W Polsce jest po prostu ciszej. W Lizbonie wszędzie słychać wyrazisty szmer rozmów. Intonacja i melodia języka brzmią jak wieczne zdziwienie, graniczące niemal z oburzeniem. Znajomi Polacy, słuchając Portugalczyków, pytali: dlaczego oni wciąż się kłócą?

‒ Podczas nauki trudno ten język jakoś sobie „spolszczyć”. Słyszę dźwięki nieporównywalne z tym, co znam. Trudno mi też uchwycić melodię, portugalski brzmi dla mnie tak, jakby ktoś na bieżąco dorzucał po jednym słowie.

‒ Ależ on jest niezwykle melodyjny!

‒ To może mi słoń nadepnął na ucho...

‒ Portugalczycy mają kilka grzechów na sumieniu, które nie ułatwiają cudzoziemcom wejścia w ten język. Po pierwsze, mówią bardzo szybko i ekspresyjnie, po drugie, połykają większość sylab, przez co obcokrajowcom trudno odróżnić poszczególne wyrazy w zdaniach. Przyswajanie portugalskiego jest jak przełamywanie kolejnych barier dźwięku, z czasem coraz więcej słyszysz, rozróżniasz i wreszcie umiesz powtórzyć. Niezbędna jest konsekwencja. Warto od razu dodać, że my, Polacy, i tak jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji. Znamy przecież dźwięki nosowe „ą” i „ę”, które w języku portugalskim są pierwszym stopniem wtajemniczenia. Nosówka dźwięczy w moim nazwisku Paixão (pajszau), w którym „a z falką” wymawiamy właśnie przez nos. Kolejny poziom, na który wskakujemy bardzo naturalnie, to zbitki twardych i szeleszczących spółgłosek, a zwłaszcza wyraźnie brzmiące „sz” na końcu wyrazów. Dość swobodnie przychodzi nam więc rozsmakowanie się w portugalskich „usz” i „asz”. Bardzo przyjemnie dla polskiego ucha brzmią takie słowa jak:

– os bombeiros (usz-bombejrusz), czyli straż pożarna,

– as pipocas (asz-pipokasz), czyli prażona kukurydza.


Po intensywnych spacerach po mieście Lizbonę czuje się w nogach.

‒ Uwielbiam popcorn! Nie jeść, tylko słuchać, jak brzmi w wersji portugalskiej.

‒ Przy wymawianiu niektórych słów warto postawić na szeroki uśmiech, jaki teraz masz na twarzy. Przykładowo gdybyśmy chciały powiedzieć:

– groszek – as ervilhas (az-erwiliasz) albo

– tramwaj – o elétrico (u-eletriku) – szeroko się uśmiechamy, wymawiając na początku „e”. Prawda, że to czysta przyjemność?

Porozumiewając się po portugalsku, warto postawić na mocną ekspresję i wyrazistą intonację, co na początku może stanowić dla nas wyzwanie. W tym języku słychać najróżniejsze emocje. Jeśli chcesz brzmieć jak Portugalka, podkręć głośność i daj odczuć rozmówcy swoje zaangażowanie. To język, w którym często słychać zdziwienie, przekorę, ironię albo śpiewne niedowierzanie.

– A sério?! (a-seeeriu?!) – Naprawdę?!

– Achas?! (aszaaasz?!) – Poważnie?!

– Niektórym przy nauce pomaga wejście na ambicję. Nie zapomnę, kiedy na moje: „To jest nie do wypowiedzenia!” pokazałaś mi filmik z papugą. Ptak śpiewał piosenkę, którą zna każdy portugalski przedszkolak. Wśród bohaterów tej opowieści jest dona Chica (wym. szika) i kot, a utwór w warstwie tekstowej jest co najmniej kontrowersyjny.

‒ Prawda, że działa? Uczyłyśmy się flagowego utworu portugalskiej piosenki dziecięcej, czyli Atirei o pau ao gato (atirei-u-pau-au-gatu). Już sam tytuł brzmi niepokojąco: „Rzuciłem w kota patykiem”. Z dziką przyjemnością uczę tej piosenki dzieciaki polskich znajomych. Po trzech powtórzeniach śpiewają bezbłędnie frazy, które tak jak powiedziałaś, dorosłym wydają się nie do powtórzenia. Podmiot liryczny opowiada, jak to z bliżej nieokreślonych przyczyn rzucił w kota kijem. Od razu uspokoję czytelnika, że zwierzak nie odniósł poważniejszych obrażeń, za to dona Chica, czyli pani Franciszka, przestraszyła się okrutnie kociego wrzasku. W finale utworu głośno artykułujemy piskliwe: miau! Koci język okazuje się w tym przypadku uniwersalny. Zachęcam do skorzystania z youtube’owej wyszukiwarki, dzięki której bez problemu znajdziemy piosenkę. Najpierw nauczymy się jej „na słuch”. Zrozumienie przyjdzie potem. Bawi mnie fakt, że to właśnie ten utwór zasłużył na dwa akapity w naszej książce.

‒ W końcu to poważna sprawa, można chyba powiedzieć, że Atirei o pau ao gato jest odpowiednikiem naszego Wlazł kotek na płotek?

‒ Tak, chociaż w wersji portugalskiej kot jest w roli ofiary, przecież rzuca się w niego patykiem! Babcie uczą tej piosenki swoje wnuki, zanim jeszcze dzieci pójdą do przedszkola. Co bardziej świadomi rodzice bezskutecznie próbują modyfikować słowa tego szlagieru, bo nie propaguje, jak zauważyłaś, szacunku i miłości do naszych braci mniejszych.

‒ Kiedy nie znasz obcego języka, wyławiasz te słowa, które najczęściej krążą w powietrzu. Chyba nie przesadzę, kiedy powiem, że w lizbońskiej przestrzeni unosi się sporo wdzięczności. Co chwilę słyszę: obrigada, obrigado, czyli portugalskie: dziękuję.

‒ Owszem. Podkreślmy od razu, że to język, w którym inaczej podziękuje kobieta, a inaczej mężczyzna. Dla panów zarezerwowana jest końcówka „o” w obrigado, a dla pań „a” w obrigada. Takich rozróżnień nie ma na przykład we francuskim merci, włoskim grazie czy angielskim thank you.

‒ Otworzyłyśmy szufladę ze słówkami potrzebnymi na co dzień. Poproszę o podręczny zestaw podróżnika. Zacznijmy od powitań.

‒ W tej dziedzinie Portugalczycy są bardzo konkretni i nadzwyczaj jak na siebie punktualni. Poranne bom dia! (bon-dia), czyli dzień dobry, obowiązuje równo do południa. Dosłownie, do wybicia godziny dwunastej. Należy tego przestrzegać, bo jeśli wejdziesz do kafejki o dwunastej siedemnaście z radosnym powitaniem: bom dia!, to nie dość, że od progu zostaniesz zdemaskowana jako przyjezdna, to jeszcze cię poprawią w dobitnie brzmiącej odpowiedzi: bao tarde! (boa-tardy). Po godzinie dwunastej obowiązuje właśnie to powitanie, a rytm biegnącego dnia jest wyraźnie ustalony i należy go przestrzegać bez wyjątków. Po zapadnięciu zmroku pozdrawiamy się tylko zwrotem boa noite (boa-noity). Aby się pożegnać, wystarczy rzucić pompatycznie brzmiące A Deus! (a-deusz), czyli „z Bogiem!”.


‒ W portugalskim odnajdziemy sporo słów, które wskazują na wpływy kultury arabskiej.

‒ Szacuje się, że po wielowiekowej obecności Maurów na Półwyspie Iberyjskim we współczesnym portugalskim pozostało blisko dziewiętnaście tysięcy wyrazów arabskiego pochodzenia. Dla porównania w języku hiszpańskim jest ich znacznie mniej, około czterech tysięcy[2]. Portugalski wchłonął wiele słów z dziedzin, w których specjalizowali się średniowieczni Maurowie. Słowa mające arabskie pochodzenie bardzo często są związane z rolnictwem, gospodarstwem domowym, sztuką, naukami ścisłymi czy nawigacją. Wiele z tych wyrazów rozpoznamy po charakterystycznych przedrostkach -al, -az czy -ar. Arabskie korzenie mają na przykład takie słowa jak: almofada (almofada / poduszka), azeite (azeity / oliwa), arroz (arrosz / ryż), azul (azul / niebieski). Jedno z moich ulubionych słów to alfaiate (alfaiaty), czyli krawiec męski. Ciekawie dla ucha brzmi też alface (alfasy), oznaczające sałatę. Historyczne dziedzictwo Arabów zachowało się również w wielu nazwach geograficznych, a także w codziennym portugalskim pozdrowieniu Olá! (Ola! / cześć), od arabskiego wa Allah.

Spacerując ulicami Lizbony, odkrywamy bogatą kulturowo przeszłość Portugalii. Studiując mapę, bardzo szybko znajdziemy nazwy ulic, dzielnic i miejscowości, które mają arabskie korzenie, na przykład: Alcântara, Alfama, Campo de Ourique, Benfica, Alvalade. Ciekawa historia wiąże się z dzielnicą Mouraria. Pierwszy król Portugalii Dom Afonso Henriques po odbiciu Lizbony z rąk Maurów w 1147 roku nakazał wypędzić ich poza mury ówczesnego miasta. Zezwolił im na osiedlenie się w specjalnie utworzonej strefie. To właśnie dzisiejsza Mouraria, jedna z najstarszych dzielnic portugalskiej stolicy, która nadal nosi nazwę od swoich pierwszych mieszkańców. Bardzo lubię utwór Céu da Mouraria (Niebo Mourarii) w wykonaniu zespołu Madredeus. Pięknie oddaje nostalgiczną atmosferę tej dzielnicy.

‒ Języka najlepiej uczyć się w praktyce. W przewodnikach można znaleźć informację, że mała kawa w Lizbonie to uma bica.

‒ Podstawowy kurs przetrwania w języku portugalskim można oprzeć na nauce tego, jak zamówić kawę i ciastko w Lizbonie. Szyldy z napisem Pastelaria (pasztelarija) rzucają się w oczy praktycznie na każdym rogu. Wizyta w takim miejscu to kluczowy moment poranka mieszkańca stolicy.

‒ Zanim przejdziemy do zamawiania, zatrzymajmy się przy samym słowie pastelaria. Polska „cukiernia” chyba nie oddaje w pełni jego znaczenia.

‒ Są takie portugalskie słowa, którym przy próbie tłumaczenia amputuje się kawałki znaczeń. Jednym z najbardziej nieprzetłumaczalnych wyrazów jest saudade (saudady), czyli portugalska tęsknota, wymieszana z melancholią i samotnością.