Na marne

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sieci handlowe to dziś stabilniejszy pracodawca niż huta. Nawet jak płoną, to się odradzają.

To też są konsekwencje transformacji.

*

W 1991 roku do huty dociera list z gratulacjami od Janusza Lewandowskiego, ministra przekształceń własnościowych. „Uprzejmie informujemy, że Wasze przedsiębiorstwo zostało zakwalifikowane”. Do masowej prywatyzacji. Będzie jednym z czterystu wybrańców.

Nikt jeszcze nie wie, co to faktycznie przyniesie.

Na wszelki wypadek hutnicza Solidarność wysyła delegata na szkolenie prowadzone przez amerykańskich specjalistów – właśnie przyjechali uczyć Polaków, jak układać biznesplany.

„Głos Odlewnika” (nakład sześć tysięcy egzemplarzy) informuje, że wśród pięciuset zwolnionych w minionym roku niewielu było bumelantów, złodziei oraz notorycznych pijaków. Z pracą żegnały się głównie roczniki z lat trzydziestych. Pięćdziesięciolatkowie i starsi. Rdzeniarze, tokarze, wyżarzacze, wybijacze, formierzy ręczni, składacze form, specjaliści do spraw zatrudnienia. Ginter, Jan, Wilhelm, Sławomir, Dietrich, Szczepan, Horst, Włodzimierz, Hildegarda, Krystyna.

Konieczne są dalsze redukcje. Rekomendowane działania: kierowanie pracowników na emerytury, zmniejszenie liczby zatrudnionych na pół etatu oraz wypowiedzenie umowy tym, którzy mają ograniczoną zdolność zawodową. Da się to osiągnąć, piszą związki zawodowe w porozumieniu podpisanym z zarządem huty.

Równolegle z hutą transformuje się Ozimek.

W 1991 roku miejskie lampy palą się tylko kilka godzin dziennie, ulice są odśnieżane wybiórczo. Zaciskamy pasa, argumentują włodarze.

Kino Zwycięstwo puszcza BatmanaLody na patyku. Nowo otwarta wypożyczalnia filmów przy Częstochowskiej najwięcej zgłoszeń notuje po Akademię ninja oraz Serce to samotny myśliwy.

Działa trzynaście sprywatyzowanych sklepów spożywczych, zaopatrzenie jest bardzo dobre, tylko pieniędzy brakuje.

W połowie roku w miasteczku pojawia się filia Rejonowego Biura Pracy w Opolu. Wśród pierwszych zarejestrowanych: siedemdziesięciu siedmiu absolwentów. Znacząca część rocznika liceum, technikum i szkoły zawodowej. Zespół Szkół Hutniczo-Mechanicznych zapowiada jednak, że w zbliżającym się roku szkolnym ponowi nabór.

Nie byłoby Ozimka, gdy nie tutejsze ziemie, rdzawe od darniowych rud. W połowie XVIII wieku przyjeżdża tu królewski lustrator lasów Rehdanz i dokonuje – na zlecenie pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego – wyboru lokalizacji pod inwestycję. Król nie chce „pozostawiać [rud] bez pożytku”, pragnie je eksploatować, przetapiać na armatnie lufy i kule. Wybór pada na Małą Panew, odcinek między Krasiejowem a Schodnią. Lokalny młynarz o nazwisku Ozimek robi, być może, interes życia. Młyn wodny, który od lat przerabia zboże z okolicy na mąkę, przechodzi w królewskie ręce. W 1754 roku w lesie nad Panwią wyrasta pierwsza fryszernia.

Pracownicy zjeżdżają tu nawet z Brandenburgii. Pierwsi przybysze, wykwalifikowani hutnicy i urzędnicy, dostają przydział mieszkaniowy. Wzdłuż dróg wyrastają osiedla – jedno z pierwszych w niedalekiej wsi Antoniów, kolejne przy dzisiejszej ulicy Wyzwolenia. Każda z rodzin, oprócz przydziału mieszkaniowego, dostaje też deputat rolny. Morga miary wrocławskiej (prawie 5600 metrów kwadratowych) przy domu, pod warzywniak, drugie tyle dalej, pod uprawę zboża i na pastwisko. Chłopohutnicy są non stop w pracy. Gdy kończy się zmiana w hucie, zaczyna się na polu.

Rozrastająca się huta od początku niańczy osadę. Inwestuje w linię kolejową, telegraf, linię niskiego napięcia. Przerzuca nad Małą Panwią most – nowatorski jak na pierwszą połowę XIX wieku, zbudowany z połączonych nitami, odlanych w hucie żeliwnych modułów. Urządza park, buduje tor saneczkowy, planuje ośrodek sportowy na miarę tego w Spale. Hutnicy nie będą musieli tułać się po kurortach, regeneracja będzie na miejscu.

Życie w cieniu huty ma to do siebie, że pulsuje.

Lepszy czas – huta się nadyma, inwestuje, zatrudnia.

Gorszy – kurczy się, oszczędza, zwalnia.

Wdech, wydech. Inwestycja. Redukcja.

W XVIII i XIX wieku naturalnymi regulatorami są wojny, epidemie. W czasach gierkowskiego rozmachu wydaje się, że huty nic nie może zatrzymać.

Na kilku wydziałach pracuje wtedy w sumie siedem tysięcy osób, z pieców wyjeżdżają już nie kule armatnie, ale skomplikowane elementy na eksport. Hutniczy dworzec w maleńkim Ozimku jest większy niż PKS w odległym o dwadzieścia kilometrów Opolu. Miasto zasysa siłę roboczą z okręgu o promieniu prawie stu kilometrów.

Takim autobusem z początku dojeżdża dziadek Damiana H. Mieszka na Bugaju, rolniczej dzielnicy Wielunia. Łapie robotę w hucie. Słyszy, że w Ozimku najłatwiej w Polsce dostać mieszkanie, więc chce zabrać żonę i dzieci, ale żona ani myśli porzucić kadłubkowego gospodarstwa: „Na Śląsk mnie nie zaciągniecie”.

Obietnicy dotrzymuje.

Jeszcze w Wieluniu zachodzi w kolejną ciążę. Ciążowe nadciśnienie prowadzi do rzucawki – kaskada powikłań kończy się udarem. Granatowieje na oczach bezradnych córek. Nie udaje się jej uratować.

Młodsza z córek, Marta, ma czternaście lat. Za cztery urodzi Damiana H.

Matka

Damian przychodzi na świat już w Ozimku. Jego ojciec, właściciel podwójnego paszportu, znika, najpewniej za zachodnią granicą. Marta, śliczna, drobna i wygadana, zatrudnia się w hucie. Zostaje – jak Anna Walentynowicz – suwnicową. Dni spędza w kabinie za szybą, z precyzją oraz gracją transportując trzydziestotonowe elementy. U sąsiada, w którego lodówce trzyma mleko dla małego (własnej nie ma), poznaje przyszłego męża. Pięć lat później rodzi córkę.

Choć nie są to już złote lata siedemdziesiąte, życie jest wciąż z grubsza przewidywalne; praca na trzy zmiany, system brygadowy. Cztery dni w pracy, jeden wolny, początek zmiany o szóstej trzydzieści, koniec o czternastej trzydzieści, w kolejnym cyklu przesunięcie o zmianę, aż po nocną. Po robocie czasem idzie się w kolejkę, żeby wystać kilo żeberek, częściej do domu, z zupą z pracowniczej stołówki w menażce. W wolne dni zdarza się wspólne wyjście do parku Hutnika, ale częściej zostaje się w domu, bo samo się nie wypierze, nie wyprasuje, nie posprząta. Raz do roku, na Dzień Hutnika, rodzinna wycieczka do kombinatu.

Nawet gdy brygadzista podnosi do ucha rękę, pokazując gestem słuchawkę telefonu, Marta wie, że to ze szkoły, do której chodzi Damian. Znów będzie rozmowa z dyrektorem.

Teraz mówi się na to ADHD, wtedy: pierun cholerny, diabeł wcielony. Marta nieraz słyszy, że ktoś ma ochotę pierdolnąć Damianem o ścianę, tak że zostanie z niego czerwona plama. „Żebym ja tobą nie pierdolnął” – odszczekuje nauczycielowi za którymś razem jej mąż, ojczym Damiana. Spokojny człowiek, ile można wytrzymać?

Damianowi udaje się skończyć podstawówkę, ale Marta nie ma złudzeń. Wie już, że syn nie pójdzie w jej ślady. Rwie się pokoleniowa sztafeta; kończy stabilizacja. Jasne jest, że huta za chwilę sama będzie potrzebować wsparcia.

Zwolnienia zaczynają się jeszcze w latach osiemdziesiątych, ale wielkie kurczenie przychodzi pod koniec pierwszej dekady po przemianie ustrojowej, w 1998 i 1999 roku. Kadry wzywają mężczyzn z czterdziestoletnim stażem pracy i kobiety, które oddały hucie przynajmniej trzydzieści pięć lat. Lata oddane dzieciom też się wlicza. Ale nie tylko. Pan schorowany, pani w pełnym wymiarze niezdolna? Emerytura czy odprawa? Nikt się nie opiera, bo to nie jest sytuacja jakiegokolwiek wyboru. W ten sposób do sektora świadczeń społecznych, po pomoście nazwanym Hutniczym Pakietem Socjalnym, przechodzi kilkaset osób. Marta – również. Choć nie w pełni sił (zdążyła ją już dopaść odma), ma kwalifikacje oraz predyspozycje, więc po roku znajduje pracę w rzecznej stoczni remontowej w niedalekim Dobrzeniu Wielkim. Wkrótce okazuje się, że znów jest potrzebna w hucie; ściągają ją z powrotem. Na chwilę, okazuje się jednak, że jest zbyt wyeksploatowana. Gdzieś po drodze przepada nagroda jubileuszowa, na dwudziestolecie. Jakoś sobie będziemy radzić, Usia, mówi mąż.

Potem, choć obiecywano, że jedynych żywicieli zwalniać nie będą – pracę traci i on.

Eksperyment nazwany prywatyzacją się nie udaje. W 2002 roku długi huty wobec samorządu, skarbówki, zakładu energetycznego są już tak wysokie, że spółka ogłasza upadłość. Sto trzydzieści cztery miliony złotych wierzytelności to więcej niż jej majątek.

„Nie osiągnięto zadowalającego stanu realizacji głównych celów” – piszą rok później, w 2003 roku, autorzy raportu Najwyższej Izby Kontroli, miażdżącego transformację polskiego hutnictwa, także w Ozimku. Za nadgonienie konkurencji – pała. Dostosowanie asortymentu – pała. Dopływ kapitału – również. Ze wszystkich zaplanowanych działań najlepiej wyszła restrukturyzacja. Gratulacje, udało się zwolnić więcej osób, niż początkowo zakładano.

Z siedmiu tysięcy osób zostaje tysiąc siedemset. Spadkobiercy huty, spółki, które rozsiądą się na gruzowisku, zaczną wyprzedawać majątek, żebrać w urzędach i instytucjach o umorzenie zaległych podatków. Zacznie się faza przetrwalnikowa. Fala zwolnień nigdy się całkiem nie wyciszy; mówi się, że ludzie zatrudnieni przez Hutę Małapanew są już przyzwyczajeni do myśli, że redukcja może nadejść w każdej chwili. Zostało ich jakieś pięćset osób.

Huta po transformacji z ostrożnością będzie podchodzić do roli żywicielki. Koniec z partycypacją, finansowaniem, inwestowaniem w gminę. Ledwo będzie dawać radę regulować zobowiązania.

Populacja miasteczka skurczy się o dwa tysiące osób.

Wszystko odbędzie się jakoś tak po cichu, na raty. Prawie niewidzialnie. Nie będzie nagłego tąpnięcia. Nikt nie poniesie odpowiedzialności.

Zbigniew Kowalczyk, zastępca burmistrza Ozimka: „Zła kondycja huty i zwolnienia pracowników miały ogromny wpływ na naszą gminę.”

*

Gdy Marta traci pracę, Damian nie mieszka już w domu; kilka miesięcy wcześniej, gdy podniósł na nią rękę, powiedziała mu: „Jesteś dorosły, musisz odejść”.

 

Syn więc wyprowadza się oficjalnie. Pomieszkuje tu i tam, wpada czasem znienacka, głównie po to, żeby się przespać i coś zjeść. Marta nie ma nic przeciwko temu, ale wolałaby, żeby to się odbywało normalnie: obiad, kawa, potem może piwo. Tymczasem jest na odwrót, najpierw dużo piwa, a potem wyciąganie z lodówki naszykowanego na następny dzień mięsa, smażenie do północy. Gdy Marta próbuje interweniować, słyszy, że syn jest głodny. On zawsze jest głodny.

Worek

Pierniki, serniki, rolady z makiem – to Marta znajduje za pierwszym razem.

Kurze udka, schabowe, zmielone wieprzowe, poporcjowane, śląska, parówki, szynka, polędwica sopocka – to za drugim, gdy czarny wypchany mięsem worek jest tak ciężki, że musi zadzwonić po męża. A potem po sąsiadów; do późnej nocy segregują paczki na stole w kuchni, dzielą, gotują, smażą, mrożą.

Za kolejnym przynosi do domu czekoladki deserowe, zapakowane w serduszka z czerwonej blachy. Akurat są mikołajki, wręcza pudełeczko mężowi. Skąd to masz, Usia? A ze śmietnika. Masz więcej? No ba!

Raz chodzi do Biedronki, tej, co się spaliła, raz do tej drugiej, co stoi naprzeciwko miejskiego stadionu. Zagląda też do Netto; mają dużo słodyczy. Znajoma, która przez pewien czas pracuje na kasie, potwierdza, że faktycznie dużo wyrzucają.

Czasem musi chwilę wyczekać. Trafić w dobry moment, krótką szczelinę.

Chodzi sama, z sąsiadką albo z Damianem. Ostatni raz – zaraz po pożarze. Obiecała sobie, że więcej tego nie zrobi; ale akurat jechała rowerem przez Słowackiego, jakiś mężczyzna postawił delikatnie worek obok kontenera. Ta delikatność zastanowiła Martę; wyczekała, aż zniknął.

W środku były melony, kokosy, ananasy, paczkowane wędliny, jeszcze w terminie. I pół paczki doskonałego niemieckiego proszku do prania.

Dziewięć miesięcy po pożarze, gdy Damian z podejrzanego staje się osadzonym, mąż Marty przewraca się na jej oczach, koło tego stołu, na którym kiedyś układali stertami schaby, udka, korpusy. Jest trzecia czterdzieści. Usia, nie wiem, co się ze mną dzieje. Udar. Rokowania są z początku niezłe; będzie się pan długo rehabilitował, mówią lekarze. Marta odlicza pigułki, po trzynaście sztuk trzy razy dziennie. Gdy idzie gdzieś coś załatwić, żartuje: Dzidek, tylko niczego nie zmaluj.

Jednego dnia zastaje go nie tam, gdzie zostawiła – na wąskim łóżku pod kolorową ścianą, z widokiem na ławę, telewizor i kuchnię – tylko pod kaloryferem. Leży skurczony, z kołdrą między kolanami. Nie wiem, Usia, jak to się stało. Przyjeżdża pogotowie. Znów szpital.

Umiera akurat wtedy, gdy jej nie ma. W walentynki.

– Nie zaglądam już do śmietników. Mam rentę po mężu, zrobię sobie kotleta i dwa ziemniaki na obiad, i to mi wystarcza. Nawet odkładam trochę – mówi mi, gdy spotykamy się pół roku później.

Jak odłoży więcej, to może znów pojedzie do syna. Ostatnio była w grudniu, dwa miesiące przed śmiercią męża. Zaproponowała Damianowi kawę. Kawy mam potąd, Usia, odpowiedział, ale zjadłbym coś słodkiego. W więziennej kantynie były tylko dwie drożdżówki. Marta podzieliła się swoją z córką, drugą oddała Damianowi.

Instytucja

Cały czas szukam w Ozimku czegoś, co pozwoliłoby mi tę historię zakotwiczyć w tym konkretnym miejscu. Żadnym innym. I coraz bardziej wydaje mi się, że niczego takiego nie znajdę. Ot, impuls, zapałka, sterta folii, nieszczęście. Mogło się zdarzyć wszędzie.

Bo przecież bezdomni są wszędzie. Masowe zwolnienia są wszędzie. Kosze z jedzeniem są wszędzie. Co to za pomysł, słyszę od osób, które próbuję namówić na rozmowę łączącą te trzy wątki.

– Nie widzę związku.

– Nie mam na ten temat nic do powiedzenia.

– Ależ ten pan, co podpalił Biedronkę, nie był nawet z naszego terenu. Przyjechał z jakiejś innej gminy, chyba z Turawy – mówi mi przez telefon osoba z Ośrodka Integracji i Pomocy Społecznej w Ozimku, gdy wypytuję ją o pożar, przeterminowane jedzenie i bezdomność. Konsultuje się z pracownikami, nie przerywając rozmowy: – Od nas był? Naprawdę? Po śmietnikach grzebali, grzebią i będą grzebać. To nie wynika z biedy czy z tego, że my nie pomagamy. I to nie jest tylko w naszej gminie, to się dzieje w całej Polsce.

Do Ośrodka Integracji i Pomocy Społecznej dzwonię kilkakrotnie.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni, bo liczba bezdomnych w Ozimku zmniejszyła się do sześciu osób – słyszę za którymś razem. Sześć osób to mniej niż promil populacji. – Pani pyta, czy my wiemy, dlaczego ci ludzie chodzą po śmietnikach? Ale my ich nie widzimy. Nie wiem, czy uda się teraz porozmawiać, jesteśmy bardzo zajęci. No, dobrze, proszę przysłać pytania.

Wysyłam ich kilkanaście.

Dotyczą tego, jak wygląda w Ozimku redystrybucja żywności i pomoc osobom dotkniętym bezdomnością oraz ubóstwem.

Pytam o to, dlaczego zdaniem instytucji odpowiedzialnej za niesienie pomocy niektórzy mieszkańcy Ozimka decydują się szukać jej w kontenerach.

Oraz o to, z jakiego powodu nikt nie korzysta z możliwości odbioru niesprzedanej żywności z obu Biedronek.

Po miesiącu dostaję wiadomość:

„Ze względu na ochronę danych osobowych nie udzielimy Pani odpowiedzi na zadane pytania”.

Prawie pół roku – tyle czekam na odpowiedź firmy Jerónimo Martins, właściciela sieci sklepów Biedronka. Zapytałam portugalski koncern o to, jaką strategię stosują względem osób, które korzystają z żywności w kontenerach, czy oraz jak zabezpieczają kosze.

Koncern nie odpowiada na żadne z nich, za to pisze: „Informujemy, że ze sklepów znajdujących się w sąsiedztwie miejscowości Ozimek, to jest w Opolu, Lublińcu oraz Strzelcach Opolskich, Biedronka przekazuje nadwyżki żywności do Caritas Diecezji Gliwickiej oraz Federacji Polskich Banków Żywności. Wynika to z faktu, że te właśnie OPP wyraziły zainteresowanie wskazanymi placówkami”.

List

List z Aresztu Śledczego w Opolu przychodzi zimą.

Wyobrażam sobie, że Damian H. siada przy stoliku, wyciąga kartkę papieru w kratkę, składa ją na pół i pisze, a właściwie kaligrafuje, starannie wykańczając ogonki.

Zaczyna od odpowiedzi na ostatnie pytanie, to o wstyd. Że nie powinnam myśleć, że wszyscy bezdomni to żule, tacy jak się ich pokazuje w telewizji.

Potem pisze o kobiecie. Tej, z którą ma syna. O pracy, że starał się, gdy był na wolności, ją wykonywać. Ale za dużo pokus, głównie alkohol.

O kontenerach – że korzystał z nich od zawsze, regularnie, nie tylko w celach spożywczych. Można znaleźć w nich różne rzeczy, które przydają się innym. Faktycznie, kiedyś był większy wybór; na kaszy, którą wyciągał ze śmietnika, zdarzyło mu się nieraz ugotować krupnik – wystarczyło dorzucić ziemniaków oraz wędzonki. I obiad gotowy.

Plasterkowana kiełbasa z kolei idealnie pasowała do bułek. Do tego pomidory, cebula, śmietana i jest sałatka. Wszystko dało się wykorzystać.

Jajka były bardzo często (całe mnóstwo). Robił z nich z kolegami jajecznicę na patelni rozstawionej na ognisku koło mostu. Skończyło się, gdy policja postanowiła wystawić mandat za palenie ogniska i spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. Komu to przeszkadzało, pyta, jakie to miejsce publiczne? Nikt oprócz nich tam nie siedział.

Był w Ozimku taki kontener, nazywa go Eldorado, gdzie wyrzucano żywność dwa razy dziennie, korzystali z niej nie tylko koledzy bez domu, ale i znajomi z domami, ci, którzy potem mieli jak to sobie przygotować. Też jednak spłonął. Jeszcze przed Biedronką.

Wciąż, jak słyszał, udaje się namówić sprzedawczynie, żeby pozwoliły wybrać sobie coś z odpisów, ale w sklepie pojawiły się specjalne lodówki. Jakaś firma odbiera z nich przeterminowane mięso, podobno ze względu na jad kiełbasiany. Ale przecież jad kiełbasiany da się wyprodukować w domu, gdy na przykład na święta kupi się za dużo, a potem nie ma gdzie trzymać.

W innym z marketów jeszcze niedawno sprzedawczynie dawały znajomemu, który zamiatał, reklamówki pełne tego, co i tak miały wyrzucić. Też się skończyło. Odgórnym zarządzeniem są zmuszone siłowo niszczyć żywność.

A w Biedronce, która spłonęła, słyszał, jest jeszcze lepszy dostęp do koszy niż wcześniej. Dziewczyny, które tam pracują, mają lepsze warunki.

W jego ocenie z kontenerów w Ozimku regularnie korzysta jakieś dwadzieścia osób.

Jeśli chodzi o wyrok, nie jest najgorzej, bo jako recydywa miał szansę i na lat piętnaście. A w sumie zostały mu trzy lata i pięć miesięcy. Pieniądze w kwocie dwóch i pół miliona umorzył komornik. Coś trzeba będzie zrobić z ponad trzydziestoma tysiącami kosztów egzekucji. Póki jest w więzieniu i pracuje, komornik zabiera je po trochu. Co będzie później, się zobaczy.

(Kartka się kończy, literki robią się coraz mniejsze).

Żal, że mama z siostrą tak rzadko go odwiedzają. Czas tutaj bardziej się dłuży.

Pozostaje jednak stare powiedzenie: jakoś to będzie.

*

Arkadiusz Bruliński, rzecznik prasowy Grupy ERGO Hestia, pisze ponownie: „Potwierdzam, że egzekucja została umorzona na wniosek wierzyciela, czyli ERGO Hestii. Komornik wydał postanowienie o umorzeniu postępowania 2 października 2018 roku i obciążył kosztami egzekucji dłużnika. Dodam od razu, że obciążenie dłużnika tymi kosztami nie jest decyzją ERGO Hestii, tylko wynika z przepisów”.

W mailu od rzecznika fraza „umorzona na wniosek wierzyciela” jest podkreślona.

Proszę Arkadiusza Brulińskiego o uzasadnienie.

Obiecuje, że skonsultuje się i wróci. Po dwóch tygodniach pisze, że nie ma już nic więcej do przekazania.

Kropelka

Do koszy przy Kolejowej chodzi się w dzień albo tuż po zmroku. W nocy ostatnio jest trudniej; szczególnie po pożarze pracownicy uważają, żeby zakładać kłódki. Wciąż na nowo, bo ci, którzy korzystają z odpisów, w rewanżu za utrudnienie dostępu ciągle coś wpychają do zamków. Zapałkę, trochę kitu albo kropelkę, i znów trzeba instalować nową kłódkę.

Huta Małapanew dalej się odchudza, ostatnie duże zwolnienie przeprowadziła w 2013 roku. Wyparowało dwieście osób. Wojewódzki Urząd Pracy w Opolu od tamtego czasu nie otrzymał kolejnych zgłoszeń.

Na największego pracodawcę w regionie wyrasta JuraPark w niedalekim Krasiejowie. Kilkanaście lat temu odkryto tu szkielet dinozaura o zupełnie innej budowie niż wszystkie znane. Jest nadzieja, że Ozimek volans, bo tak nazwano latającego malucha, zapewni regionowi bezpieczną ekonomicznie przyszłość.

Na stacji benzynowej znów jest ruch.

W miasteczku mówi się, że na rumowisku po Manhattanie ma powstać Lidl.

Chleb – suchy, być może dla konia

To dość młode osiedle. Oddane tuż przed krytycznym rokiem 2008, gdy cena metra kwadratowego w tej okolicy przebiła pułap dziesięciu tysięcy złotych, a skorelowana z nim wartość szwajcarskiej waluty pełzła po ziemi. Składa się z trochę ponad dwustu czterdziestu mieszkań. Jego lokatorzy żyją wygodnie oraz higienicznie, zostawiając produkty uboczne przemiany kuchennej materii w trzech zewnętrznych śmietnikach, dyskretnie wkomponowanych w bryłę budynku. Ten, który jest najbliżej głównego wejścia na teren osiedla, z reguły szybko się zapycha. Zwłaszcza w niedzielę wieczorem. Gdy o świcie w poniedziałek ładowacze otwierają drzwi altanek, obleczone w lazurową folię cielska wysypują się na wyłożony granitem podjazd.

Na rączce czerwonego kontenera dynda półprzezroczysta siatka wypełniona skamieniałym chlebem.

Tak jakby wejścia na teren osiedla nie chroniła otwierana kilkucyfrowym kodem brama. Jakby w wyłożonym ciemnym kamieniem pasażu nie było szklanego akwarium – w którym siedzi ktoś w odprasowanej białej koszuli z pagonami. Ktoś, kto zarabia tak mało, jak to tylko możliwe.

Choć po śmietnikach tego osiedla (ładne, ciche, o skandynawskim designie, mówią) nie krąży nikt zainteresowany suchym pieczywem, wygląda na to, że wśród ludzi użytkujących kosztowne metry kwadratowe nabyte za denominowane we frankach szwajcarskich kredyty są tacy, którzy uważają, że niezależnie od okoliczności niezjedzony, skamieniały chleb nie zasługuje na los pospolitych kuchennych resztek. Że jego los powinien być inny.

Ładowacze w odblaskowych kombinezonach wdeptują w granit to, co się wysypało z worków. Ciągną czerwony kontener za uszy. Wielka łapa podnosi go i odwraca do góry dnem. Hurgot niesie się pogłosem aż do najwyższych pięter (ładne osiedle jest jednak dość akustyczne). Torba ze starannie oddzielonym pieczywem miesza się w komorze razem z całą resztą.

Gdy w 1986 roku CBOS zapytało Polaków o to, co robią, żeby zapobiegać marnotrawstwu (nie tylko żywności), aż sześćdziesiąt osiem procent nauczycieli i czterdzieści dziewięć procent pracowników przemysłu zadeklarowało, że regularnie odkłada suche pieczywo.

 

Tymczasem z badań przeprowadzonych w 2018 roku na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności wynika, że najczęściej wyrzucanym produktem jest właśnie chleb.

O odkładanie nikt nawet nie pyta.