Każde twoje słowo

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niezwykle piękna, intrygująca i przede wszystkim absolutnie wciągająca! Każde twoje słowo to dla mnie esencja literackiej przyjemności – w stworzonym przez Martę Reich świecie jest wszystko, czego potrzebuje kompletna powieść obyczajowa. Świetna fabuła, intensywne ludzkie emocje i wreszcie dawne tajemnice – przyznaję, że jestem zachwycona tym tytułem!

Miłka Kołakowska, Mozaika Literacka

Każde twoje słowo chciałabym podsunąć przyjaciółce – ze słowami: „Przeczytaj tę książkę, teraz!”. To nie tylko nieoczywista, subtelna i piękna opowieść o miłości, ale też sentymentalna podróż przez Warszawę ostatniego dwudziestolecia. Historia porusza, wywołuje wspomnienia, i co ważne – maluje absolutnie urzekający i realny obraz współczesnych trzydziestoparolatków, których marzenia, pragnienia i ideały poskramia… korporacja.

Marta Reich kazała długo czekać na swój literacki powrót, ale napisała niesamowitą powieść, na światowym poziomie.

Angelika Zdunkiewicz, Lustro Rzeczywistości

Zanurz się w tej niespiesznej opowieści, pełnej wielkich marzeń i bolesnych wyborów. Niegdyś tych dwoje połączyło wyjątkowe uczucie. Teraz należą do dwóch różnych światów. W tej historii to słowa mają nieodpartą moc, a jej bohaterowie doskonale poznali ich słodko-gorzki smak. Czy dane im będzie zaznać jeszcze szczęśliwego happy endu?

Natalia Kielar-Cybuchowska, @rudy_lisek_czyta

Cios zadany przez najbliższych zawsze odczuwamy podwójnie, a zaufanie raz utracone ciężko jest odbudować. Często posuwamy się do nieprzemyślanych czynów, nie wiedząc jak bardzo zmieni to życie drugiego człowieka. Poznajcie Karolinę, z której przeżyciami może utożsamić się wiele kobiet. Czy ma jeszcze szansę na szczęście? Przekonajcie się sami. Zapewniam, że jej historia pochłonie Was aż do ostatniej strony.

Joanna Ćwiertka, @panda_zksiazka_


Copyright © Marta Reich, 2021

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Lena Okuneva/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-761-6

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Ewy

Mów do mnie jeszcze... Za taką rozmową

tęskniłem lata... Każde twoje słowo

słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze –

mów do mnie jeszcze...1

1 Fragment wiersza Mów do mnie jeszcze Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

PROLOG

WARSZAWA, WTOREK, 5 WRZEŚNIA 2017

Budzik znów zapomniał zadzwonić. Albo ona znów zapomniała go nastawić. Znając życie, pewnie to drugie, ale za nic nie chciała się teraz do tego przyznać. Była niewyspana i rozdrażniona. Znów miała ten dziwny sen… Zniechęcona spojrzała na wyświetlacz komórki i skoczyła jak oparzona.

Ósma trzydzieści? Jasna cholera. Od półtorej godziny powinna być na nogach. Dziś przecież zjeżdża z wizytą ten cały ich bonzo-gonzo, nowy dyrektor regionu. Choć starała się zawsze żyć jak najdalej od biurowych plotek, to nawet do niej dotarło, co mówiono na korytarzach: facet przyjeżdża im dokopać. Pouczyć, co mogliby robić lepiej, i wyjaśnić, dlaczego działają źle. Karolina miała głęboką awersję do wszystkich tych nadętych bubków z centrali, którzy zjawiali się u nich bez wiedzy na temat specyfiki rynku i nawyków polskich konsumentów, ale za to z gotową receptą na sukces. Siedzieli im na głowie dwa, trzy dni, nie pytając, nie próbując zrozumieć, ale za to ciskając gromy. Karolina podczas takich nasiadówek nieraz zastanawiała się, jakim cudem polskiemu oddziałowi udało się przetrwać na rynku przez ostatnie dwadzieścia lat, skoro wszystko robili fatalnie. Korciło ją, by zadać to pytanie, ale czuła, że rozmówcy nie doceniliby żartu. Tym bardziej że jako szefowa działu kreatywnego już i tak była na cenzurowanym.

Według centrali warszawski oddział przynosił za małe zyski, bo za bardzo szastał pieniędzmi. A to z kolei niezawodnie prowadziło do pytania, dlaczego tyle budżetu przeznacza na marketing oraz co gorsza – na wewnętrzną agencję kreatywną. „W Rosji obcięliśmy wydatki reklamowe o dwie trzecie – grzmiał poprzednik Nowego kilka miesięcy temu. – Wbrew prognozom sprzedaż nie spadła. Wręcz wrosła!”. Karolina miała ochotę wyjaśnić mu, że po tym odgórnym prikazie Rosjanie wszystkie koszty kampanii zaczęli przepuszczać przez lewą agencję sprzątającą i wykazywać jako koszty utrzymania biura, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Dowiedziała się tego po cichu od Dmitrija, dyrektora marketingu z moskiewskiego oddziału, i świetnie wiedziała, że gdyby to się wydało, poleciałyby głowy. Zresztą sprawa i tak się zdezaktualizowała, gdy poprzednik Nowego dostał awans i pojechał usprawniać działania kolejnych rynków (tym razem w Ameryce Południowej), a niedawno zatrudniony dyrektor generalny w Moskwie odkrył cięcia i zrobił w centrali karczemną awanturę, po czym przywrócił status quo.

Intuicja jej podpowiadała, że Warszawa może nie mieć tyle szczęścia. Ich wyniki były dobre, ale stabilne, i w niczym nie przypominały już dwucyfrowych wzrostów z końca lat dziewięćdziesiątych, o których słyszała tylko z nostalgicznych opowieści starszych kolegów. To właśnie na fali tamtych sukcesów pieniądze z centrali kiedyś lały się do Polski strumieniami, a w ramach eksperymentu stworzono wewnętrzny dział kreatywny, który obsługiwał wszystkie marki koncernu, zamiast pozostawić je na łasce i niełasce zewnętrznych agencji reklamowych.

Ale to, co w dobie świetnych wyników uchodziło za innowacyjność i oszczędność, teraz uznano za ekstrawagancję i zbędny wydatek. Dlatego Karolina miała wszelkie powody, by dzisiejszą wizytację potraktować poważnie: wstać wcześnie, wypić zieloną herbatę, jeszcze raz ułożyć sobie w głowie linię argumentacji, gdyby na przykład zapytano ją, dlaczego tyle firmowych pieniędzy wydaje na pensje zespołu… lub kawę z ekspresu. Taki właśnie miała plan, ale – jak to w życiu – stało się inaczej. Zazwyczaj punktualna i profesjonalna, teraz miotała się po mieszkaniu w poszukiwaniu wszystkiego: i stanika, i eyelinera, i białej bluzki, i służbowego laptopa.

Masz jedną nieodebraną wiadomość – oznajmiła komórka, a ona mimowolnie się spięła. Piotr. Zgodnie z nowym rytuałem z pewnością zadzwonił o ósmej, by życzyć jej miłego dnia. Podejrzewała, że przegapienie tego telefonu będzie ją kosztowało rozmowę pełną niewypowiedzianych na głos wyrzutów.

Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać. Pospiesznie związała długie włosy w kucyk, włożyła najelegantszy czarny żakiet, wrzuciła do torebki laptop i komórkę, a potem puściła się biegiem do windy, modląc się, by działała. W zabójczych szpilkach na dwunastocentymetrowym obcasie, które włożyła, by dodać sobie powagi, nie miałaby szans w szybkim tempie pokonać kręconych schodów przedwojennej kamienicy.

W samochodzie wzięła trzy głębokie wdechy, ostrożnie wyjechała z podwórka i wybrała numer Piotra. Od kilku dni był poza Warszawą na jednej z tych swoich prawniczych konferencji, ale liczyła na to, że wystąpienia jeszcze się nie zaczęły i zdąży wstrzelić się z krótkim telefonem. Kolejne długie sygnały w słuchawce przekonały ją, że nic z tego. Spojrzała na zegarek – pięć po dziewiątej. No tak, prawnicy zaczynali dzień znacznie wcześniej, zdążyła się tego nauczyć. W jej korporacji nikt nie umawiał spotkań przed dziesiątą.

Nagrała Piotrowi wiadomość, którą zdołał jednak odsłuchać, bo wkrótce dostała odpowiedź: Zaspałaś? Bywa. Powodzenia, ślicznotko. Krótko i lakonicznie, ale do tego też zdążyła przywyknąć. Ponieważ właśnie stanęła na światłach, udało jej się odpisać: (Nie) dziękuję, i nawzajem :) Ikonkę „Wyślij” nacisnęła w ostatniej chwili. Światło zmieniło się na zielone, a komórka dała znać o nowym połączeniu. Dzwoniła Anka.

– Nie uwierzysz, ale wychowawczyni z przedszkola powiedziała, że Józio pobił kolegę – wypaliła od razu z grubej rury. – Tłumaczyłam jej, że to niemożliwe…

Karolina cicho westchnęła. Nie miała teraz głowy do rozmowy o cudzych dzieciach. Ale Józio był jej chrześniakiem, a Anka najlepszą przyjaciółką od zawsze, czuła więc, że nie ma wyjścia.

– Wiesz, jakie są trzylatki – zaczęła ostrożnie. – Jeszcze nie wiedzą, jak należy się zachować, więc…

– Józio muchy by nie skrzywdził! – zgromiła ją Anka. – Wychowawczyni się na niego uwzięła. Wmawia mi, że się zdenerwował, bo kolega zabrał mu misia.

Karolina zastanawiała się, jak delikatnie uświadomić przyjaciółce, że takie reakcje maluchów są normalne, i zamiast się burzyć, powinna spokojnie porozmawiać z synkiem. Wiedziała jednak, że stoi na straconej pozycji. Gdy Anka dochodziła do wniosku, że nie ma w niej sojusznika, z braku innych argumentów wytaczała najcięższe działa: „zrozumiałabyś, gdybyś miała własne dzieci” albo „może czas dorosnąć i założyć rodzinę, zobaczyłabyś wtedy, jak to jest”. Akurat tego Karolina nie chciała słuchać.

– No więc nie wiem, czy powinnam to zostawić, czy iść na skargę do dyrektorki, albo może porozmawiać z mamą tamtego chłopca, bo przecież…

– Znowu miałam ten sen – oznajmiła niespodziewanie dla samej siebie.

– Co? – Ton Anki świadczył o tym, że natychmiast zapomniała o Józiu i jego wychowawczyni.

 

– Znowu miałam…

– Słyszałam. Karolina, skarbie. – Anka westchnęła ciężko. – To było piętnaście lat temu. Musisz wreszcie…

– Ale w tym śnie to było jakby wczoraj. Szłam ulicą i padał deszcz…

– Karolina.

– Doszłam do drzwi, wcisnęłam dzwonek…

– Karolina! – Tym razem głos Anki był stanowczy i surowy. – Otrząśnij się. To już było. I nie wróci.

– Wiesz, że dziś mija dokładnie…

– Wiem. Zapomnij o tym.

– Po prostu czasem zastanawiam się, co by było, gdybym wtedy postąpiła inaczej.

– Przestań. Ciesz się tym, co masz. A masz Piotra. Mieszkanie w świetnej okolicy. Pracę…

– Cholera, właśnie, pracę! – Karolina momentalnie oprzytomniała. Od loftowego biura w Koneserze dzieliło ją jeszcze kilka minut. Pospiesznie wyjaśniła Ance, że musi kończyć, po cichu wyrzucając sobie, że w międzyczasie porzuciła temat Józia i jego przedszkolnych wybryków, i obiecując, że zadzwoni, jak tylko wyrwie się ze szponów gości z centrali.

Spojrzała na zegarek: dziewiąta trzydzieści pięć. Miała szczęście, że miasto nie zdążyło się porządnie zakorkować po wakacjach. Zostało jej dwadzieścia pięć minut, żeby wejść na górę, poprawić fryzurę, zaparzyć kawę i jeszcze raz przeanalizować główne zagadnienia spotkania.

– Już są – oświadczyła jej asystentka Basia Lisowska, gdy tylko przekroczyła próg biura. – Chcieliby zacząć trochę wcześniej…

– Szlag – zaklęła pod nosem Karolina.

– Nie martw się, od kwadransa ściągamy towarzystwo, nie będziesz ostatnia.

– Super.

– Próbowałam cię uprzedzić, ale było zajęte. Poza Nowym przyjechał jeszcze ktoś… Tylko się nie denerwuj. To podobno jeden ze współwłaścicieli.

– Co takiego? – Karolina z wrażenia aż przystanęła. Wiedziała, że ich kolosalny koncern do kogoś należał. Były to jednak abstrakcyjne nazwiska, które nic jej nie mówiły, poza wspomnieniem twarzy uśmiechających się do nich czasem z korporacyjnych maili rozsyłanych do wszystkich pracowników. Bardzo rzadko zresztą. Na ogół z okazji świąt i Nowego Roku, ewentualnie w dobie zamrażanych pensji i szczególnie dotkliwych cięć – dla podniesienia morale.

– Nie tych właścicieli! Pamiętasz, jakiś czas temu dowiedziałyśmy się, że część udziałów kupił duży fundusz? To właśnie jakaś szycha od nich, dyrektor zarządzający albo ktoś taki.

– A co go obchodzi akurat biuro w Polsce?

– Kto to wie? – Basia w trudnych momentach przyjmowała postawę filozoficzną. – To też Anglik, przyleciał z Londynu. Nazywa się Jack Stowe. Tomek z kontrolingu słyszał, że facet jest nastawiony na cięcie kosztów i maksymalizację zysków.

– To akurat żadna nowina – prychnęła Karolina, rzucając na biurko torebkę. Wyjęła z niej laptop. O kawie mogła zapomnieć. Skoro inni już zbierali się w sali konferencyjnej, to należało się tam jak najszybciej pojawić.

– Ale powiem ci, że prezentuje się naprawdę dobrze.

– Nowy? – spytała Karolina, machinalnie przeglądając się w lustrze. W śnieżnobiałej koszuli i ciemnym obcisłym kostiumie wydała się sobie nagle bardzo obca.

– Nie, no gdzie Nowy! To znaczy, też jest w porządku, taki typowy Anglik po czterdziestce, ale ja mówiłam o współwłaścicielu. Przystojniak.

Wzrok Karoliny znów powędrował w stronę lustra, ale w ostatniej chwili zreflektowała się i zmieniła zdanie. To nie był dobry moment na poprawki kosmetyczne. Złapała komputer i najszybciej, jak tylko mogła, zważywszy na wysokość obcasów, powędrowała w stronę sali.

„Szacujemy, że w zeszłym roku dzięki własnej agencji kreatywnej oddział zaoszczędził co najmniej pół miliona złotych na samych prowizjach, nie mówiąc już o kosztach ukrytych”, powtarzała w głowie część prezentacji. „Wygraliśmy dwie nagrody Effie, w trzech kolejnych dziedzinach dostaliśmy nominacje, udziały rynkowe koncernu wzrosły o dwa i cztery dziesiąte punktu procentowego…”.

– O, Karolina. Dobrze, że jesteś – powitał ją z uśmiechem Philip, ich dyrektor generalny, gdy weszła do przedsionka sali, w którym ustawiono kawę i herbatę.

„Nasza kampania czekolady z udziałem przedszkolaków umorusanych kakao podbiła serca Polaków, a hasztag #pełnasłodycz zacytowano w mediach społecznościowych ponad dwadzieścia pięć tysięcy razy…”, powtarzała w pamięci, uśmiechając się uprzejmie do szefa. Wiedziała, że jeśli dziś ktoś będzie musiał zawalczyć o swój zespół, to będzie właśnie ona.

– Poznaj Johna Olivera – zwrócił się do niej przełożony. – John jest naszym nowym dyrektorem regionalnym. – John, to Karolina, nazwiska nawet nie będę próbował wymawiać. – Zaśmiał się dobrodusznie. – Nasza dusza kreatywna. Zawdzięczamy jej wiele wspaniałych kampanii i projektów marketingowych.

Skinęła uprzejmie głową, ukradkiem rozglądając się za drugim mężczyzną.

– Wszyscy zbierają się w sali – powiedział Philip wymownie. – My za chwilę dołączymy.

Zrozumiała, że ma zostawić ich samych. Ostrożnie, starając się nie upuścić komputera i nie wylać kawy, otworzyła drzwi.

„Zewnętrzny audytor ocenił efektywność naszej działalności na bardzo dobry, w ocenach wewnętrznych nasi koledzy oceniają współpracę z naszym działem najwyżej w skali firmy…”.

Dostrzegła go od razu. Wyglądał przez okno. Jack Stowe.

Basia miała rację – nawet tyłem prezentował się nieźle. Wysoki, barczysty, w idealnie skrojonym garniturze, pod którym – była tego pewna – kryła się doskonała sylwetka. A jednak coś w jego posturze budziło niepokój Karoliny – niejasne skojarzenie, które bardzo chciała od siebie odpędzić.

„Wiele naszych kampanii uznano w Polsce za kultowe, niektóre hasła reklamowe weszły do codziennego użycia…”.

Obserwowała, jak mężczyzna odrywa wzrok od okna i powoli odwraca się w jej stronę. Drgnęła. Bolesne wspomnienie, które przed chwilą wydało jej się niedorzeczne, teraz przybrało realne kształty. Patrzyła oniemiała: ciemne włosy, wysokie kości policzkowe, mocna szczęka, ciemnobrązowe, prawie czarne oczy…

Nawet nie zauważyła, kiedy komputer i kawa wyleciały jej z rąk, a przed oczami zrobiło się ciemno. Serce waliło jej jak oszalałe, kiedy gorączkowo powtarzała w myślach niczym zaklęcie: To niemożliwe. Niemożliwe!

Nie była jednak w stanie się uspokoić, bo przecież zrozumiała od razu, jeszcze zanim zobaczyła jego twarz.

To był on.

Nie było co do tego żadnych wątpliwości.

LONDYN, CZWARTEK, 5 WRZEŚNIA 2002

Biegła przed siebie. Byle dalej, jak najdalej od zaduchu małego domku przy Islington, w którym życie się jej zawaliło, choć wcześniej miała nadzieję, że mogłoby się na nowo zacząć. Krawężnik, krawężnik, płyta chodnika, kolejny krawężnik… Patrzyła w dół i tylko w dół, bez oglądania się za siebie, oślepiona łzami i skrępowana uciskiem w żołądku.

Przebiegła ulicę, nie zważając na czerwone światło – wtedy nie wiedziała zresztą, że w Anglii kolor sygnalizacji świetlnej miał akurat przy przechodzeniu na drugą stronę małe znaczenie. Ktoś za nią zawołał, ktoś zwrócił jej uwagę, gdy wpadła na dziecko wcinające chipsy, rozbawione i rozgadane, nieświadome jej dramatu. Dochodził ją zapach curry z pobliskiej knajpy indyjskiej, na rogu ulicy dwoje dzieciaków z dredami rozdawało zaproszenia na wieczorną imprezę grunge. Świat zdawał się nie zauważać, funkcjonując sobie spokojnie w swoim normalnym rytmie, że w tym samym czasie ona walczyła o każdy oddech, o każdą kolejną minutę.

Piąty września 2002 roku. Dzień, w którym wszystko się dla niej skończyło.

ROZDZIAŁ I

WARSZAWA, SOBOTA, 30 PAŹDZIERNIKA 1999

Autobus linii sto sześćdziesiąt dwa toczył się leniwie ulicami Powiśla w kierunku Pragi, ujawniając przy tym wszystkie niedostatki techniczne dawnej epoki. Starożytny ikarus niemiłosiernie trzeszczał i rzęził, nie tylko na zakrętach, lecz także przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Po Warszawie od kilku lat kursowały nowoczesne autobusy niskopodłogowe, ale trasa Siekierki–Targówek ewidentnie nie zasługiwała na taki zaszczyt. Widocznie zła sława obu lokalizacji przystanków krańcowych skutecznie zniechęcała zarządzających transportem, by umilić pasażerom przemieszczanie się po mieście. Nowe pojazdy skierowano na bardziej reprezentatywne trasy, czyli Trakt Królewski, Śródmieście i Żoliborz.

Nelson siedział z kolegami na starych, prujących się tu i ówdzie, pseudoskórzanych siedzeniach i liczył alkohol w reklamówce. Dwanaście piw i dwie plastikowe butelki ze studencką colą, czyli słynnym gazowanym napojem pomieszanym z wódką. Okej, pomyślał, na czterech powinno starczyć, przynajmniej na początek. W razie czego, jeśli impreza okaże się fajna, podepną się pod wspólną pulę, prawie zawsze coś zostawało. Chociaż – skonstatował z niesmakiem – na zrzutkowy przydział składały się głównie tanie wina szprycowane siarczanami. On sam na razie nie miał środków na wiele więcej, ale nadrabiał aspiracjami. Skoro nie mógł sobie pozwolić na dobre bordeaux, to niech chociaż żywiec będzie prawdziwy.

– Czyj to w końcu melanż? – zapytał Michała, który zafascynowany wyglądał przez okno. Autobus wjechał już na Pragę; w przyćmionym świetle latarni stare kamienice wyglądały nieco upiornie, choć – musiał to przyznać – miały też w sobie bliżej nieokreślony czar, niczym zakazany owoc. Opowieści o tym, co działo się w tej dzielnicy – nawiasem mówiąc, mocno przesadzone – urosły już do rangi legendy. On sam na Pradze spędził część dzieciństwa, bo niedaleko, przy placu Hallera, mieszkali jego dziadkowie. Michał, wychuchany dzieciak z willi w Dziekanowie Leśnym, ewidentnie nigdy wcześniej tu nie zaglądał.

– Mówiłem wam już, że nie wiem. – Michał wzruszył ramionami. – Jakiś spęd, jak to u artystów. Ankę zaprosiła jej przyjaciółka, która studiuje na ASP. Powiedziała, że ktoś ze starszych roczników robi imprezę halloweenową u siebie w pracowni, że przewinie się mnóstwo ludzi i żebyśmy wpadli. Wiecie, to może być ciekawe – dodał. – Zupełnie inny świat.

Nelson wiedział, że prawda była bardziej złożona. Michał nie wspomniał, że Ance, jego młodszej siostrze, wpadł w oko Karol, jeden z ich najbliższych kumpli, który siedział teraz po drugiej stronie przejścia i bezmyślnie wyciągał nitki z tapicerki. Anka tak długo wierciła bratu dziurę w brzuchu, aby pod pretekstem wspólnego wyjścia poznał ją z przyjacielem, że w końcu Misiek skapitulował, chociaż pomysł uważał za słaby. Anka była głupią smarkulą, a z kolei do Karola nie miał za grosz zaufania – sporo razem przeszli w miłosnych podbojach i Michał wiedział, czego można się po kumplu spodziewać. Kiedy Anka zaproponowała tę imprezę, Michał nie był jednak w stanie odmówić sobie ani chłopakom takiej okazji. Perspektywa przeniknięcia do zamkniętego światka, o którym w mieście krążyły legendy, okazała się zbyt kusząca. Z imprezami studentów ASP było trochę jak z mitycznymi wakacjami last minute za sześćset złotych z przelotem – wszyscy słyszeli, trafiły się tylko wybrańcom. Opowieści o dekadenckich zwyczajach artystów i łamaniu przez nich wszelkich konwencji goniły jedna drugą. Tymczasem SGH, gdzie studiowali, mekka ambitnych i przepustka do lepszego świata rynków finansowych i zagranicznych korporacji, dawała perspektywy na przyszłość, ale mało aktualnych wrażeń. Było spoko, ale chwilami nudnawo. Niby studia, niby fajnie, ale wszyscy ciągle gadali tylko o tym, jaką karierę kiedyś zrobią i jaką kasę będą kosić, i gdzie się załapać na najlepsze praktyki. Szczególnie ci zdeterminowani, przyjezdni. Z kolei warszawska złota młodzież dolewała do tego koktajlu insajderską wiedzę, gdzie kupić markowe ciuchy z nowej kolekcji i o której zajechać na uczelnię nową furą od starych, by załapać się na odpowiednio wyeksponowane miejsce parkingowe.

Nelson wiedział, że Michał, którego priorytety także oscylowały gdzieś między karierą zawodową a koszulką Lacoste, był pod tym względem w ich paczce nietypowy. Karol, mimo ekonomicznych studiów, miał smykałkę przede wszystkim do informatyki i programowania. Wojtek był z kolei zapalonym podróżnikiem i fotografem. Głównie tym – i z tego – żył. Już od pierwszego roku łapał przeróżne fuchy, począwszy od zdjęć egzaltowanych koleżanek marzących o karierze modelek, a skończywszy na klubowych imprezach i kameralnych weselach. Zarobione w ten sposób pieniądze, znacznie większe niż to, co uzyskałby z kelnerowania w Sphinksie, odkładał na szalone fotograficzne eskapady w dalekie kraje. Trudno powiedzieć, co było lepsze – zdjęcia, które tam robił, czy opowieści, które stamtąd przywoził. Niewątpliwie natomiast i jedne, i drugie pozwalały mu zadawać szyku i wyrywać najlepsze dziewczyny.

Sam Nelson reprezentował jeszcze inny typ. „Chłopak z dobrego domu” – taka opinia przylgnęła do niego pod koniec podstawówki, najpewniej dlatego, że jako jeden z pierwszych miał odwagę prosić koleżanki do tańca na szkolnych dyskotekach. Ponieważ dość szybko zrozumiał też, że długofalowo osiągnie więcej, jeśli nie będzie przy tym próbował za wszelką cenę łapać ich za tyłek, jego charakterystyka towarzyska z czasem wzbogacona została o przymiot: „dojrzały”. Nawet kumple Nelsona rozumieli, że w oczach nastolatków, a tym bardziej nastolatek, „dojrzały” oznaczało całkiem sporo, choć nie do końca jasne było, czy zawsze należy to rozumieć jako komplement. Za niewątpliwy towarzyski sukces uznać wypadało natomiast fakt, że chociaż Nelson świetnie się uczył, to jakimś cudem uniknął łatki kujona. Był ciekawy świata, pasjami połykał książki, został laureatem trzech olimpiad, ale wszystko to udawało mu się osiągnąć niejako mimochodem – nikt nie posądzał go o to, że spędza dużo czasu na nauce. A że do tego świetnie radził sobie z przedmiotami ścisłymi, z czasem wsadzono go i do innej nastoletniej szufladki: „wszechstronnie uzdolniony”. Czytaj: „taki, co to nie musi zakuwać, bo jest po prostu superinteligentny sam z siebie. Jak Einstein na przykład”. Tymczasem tylko sam Nelson wiedział, ile wysiłku kosztowało go łączenie solidnej nauki z bogatym życiem towarzyskim. Wiedzą tą jednak wolał nie dzielić się z nikim. Nawet gdy ponad rok temu dostał się na SGH, z nonszalancją podkreślał, że wcale nie było tak trudno. „Miałem szczęście”, ucinał temat, machając ręką. Nikt nie musiał wiedzieć, że pracował na to od lat.

 

– Dworzec Wileński – obwieścił Misiek tonem dziarskim, a zarazem niepewnym. – Wysiadamy.

– Okropnie tu jest – rzucił Karol, gdy wygramolili się na ulicę Targową. Stare kamienice patrzyły na nich srogo, jakby w ramach strajku domagały się remontu. Nelson uśmiechnął się w duchu, tutaj czuł się jak w domu.

– Okropnie to dopiero będzie, kiedy wejdziemy w mniejsze uliczki – rzucił z przekąsem. – Latarnie często się psują.

Żartował, ale faktycznie – gdy weszli w Inżynierską, przywitała ich ciemność. Awaria świateł ulicznych, idealna współtowarzyszka gęstej jesiennej mgły. Blade smugi światła docierały jedynie z pobliskiego monopolowego i kilku okien. Na wielu domach brakowało numerów – właściwy znaleźli, dochodząc do wniosku, że skoro wraz z innym bezimiennym budynkiem znajduje się między ósemką a czternastką, to zapewne jest dwunastką.

– Zajebista klatka – zawyrokował Wojtek, któremu niestraszna była Praga wobec niedawnych wyzwań Ameryki Południowej. Nelson musiał przyznać, że korytarz robił wrażenie. Spróchniałe drewniane schody groziły, że zapadną się przy gwałtowniejszym kroku, a obdrapana ściana odkrywała chyba ze dwadzieścia warstw farby, z których pierwszą położono zapewne około tysiąc dziewięćsetnego roku. Szacowna kamienica jego dziadków pochodziła z lat pięćdziesiątych i prezentowała się zgoła inaczej.

Znalezienie pracowni okazało się łatwe – zdradzała ją dobiegająca z wnętrza muzyka oraz wielka krepinowa dynia z podpisem: UWAŻAJ, JEST STRASZNIE. Niedopowiedzenie, czy chodzi o poziom grozy, czy też o jakość imprezy, stanowiło chyba celową grę słów.

– Wreszcie! – obwieściła Anka, gdy niepewnie weszli do ciemnego pomieszczenia pełnego przebranych ludzi. Nelson momentalnie poczuł, że wyszli na idiotów, przychodząc w normalnych ciuchach.

– Zwariowałeś? – fuknęła Anka i pacnęła Michała w ucho. – Gdzie wasze kostiumy? Przecież mówiłam!

– Ej no, sis, nie myślałem, że to tak na poważnie. Kto normalny by się przebierał?

– Na przykład ja! – Anka ze złością wskazała swój strój zaklinaczki węży. – Co za siara!

Nelson rozumiał jej złość. Reszta gości potraktowała zadanie wyjątkowo serio – wielki pokój roił się od wampirów, czarownic i elfów. Pod stopami szeleściły suche liście, które gospodarze przywlekli aż spod cerkwi na placu Wileńskim, a w rogu czaiła się sugestywna postać upiora z elektrycznymi czerwonymi oczami, które zapalały się za każdym razem, gdy ktoś przechodził w pobliżu. Na tym tle wyglądali blado i od razu było widać, że są obcy. Miał ochotę zmyć Miśkowi głowę.

– Następnym razem uprzedź też mnie – szepnął do Anki i szturchnął ją zaczepnie. Znali się od lat – Ania, która była od Michała młodsza zaledwie o rok, od niepamiętnych czasów kręciła się w pobliżu brata i jego kolegów. Zawsze opędzali się od smarkuli jak od natrętnej muchy, ale czasem dawała radę przekonać ich, żeby kupili jej piwo albo zabrali na imprezę. Dopiero niedawno uświadomili sobie, że Ania nie jest już ósmoklasistką, tylko studentką. I to, nawiasem mówiąc, całkiem niczego sobie.

– Następnym razem przypilnuj swojego przyjaciela, żeby nie zachowywał się jak dupek – odgryzła się i przeszła na drugi koniec pokoju, gdzie szybko zainteresował się nią chudy brunet przebrany za kominiarza. Sprawiała wrażenie zadowolonej. Karola, który zjawił się w nowych dżinsach i bawełnianej koszuli w kratkę narzuconej na czerwony T-shirt, nawet nie zaszczyciła spojrzeniem.

Choć Nelson nie przyznałby tego głośno, pociągał go ten świat ludzi, którzy świadomie wymykali się normom i konwencjom. W jego środowisku każdy stawał na głowie, żeby wtopić się w tłum, trudno było spotkać kogoś ciekawego. Nawet indywidualiści starali się nie urazić rówieśników swoją innością. Nikt nie chciał zostać okrzyknięty „dziwnym” w ich poukładanym świecie, w którym przepustkę do fajnego życia zapewniała normalność.

Ten świat rządził się innymi prawami. Im bardziej ktoś był nietypowy, tym większą uwagę przyciągał. Kilka dziewczyn przebrało się za nerdów – workowate marmurkowe dżinsy, sweterki wydziergane na drutach, okulary w paskudnych grubych ramkach. Pląsały na prowizorycznym parkiecie według sobie tylko znanego rytmu, który nie miał nic wspólnego z lecącą z głośników muzyką. Miały zamknięte oczy i wyginały się tak zamaszyście, że Nelson na wszelki wypadek zrobił kilka kroków w tył, obawiając się, że mogą na niego wpaść. W rogu pokoju grupka dziewczyn i chłopaków w orientalnych strojach prosto z India Shopu podawała sobie jointa, dyskutując o Łaźni Katarzyny Kozyry. Nelson wiedział, że praca wzbudziła wiele kontrowersji, bo przypadkiem przeczytał o tym w gazecie. Ponoć artystka przemyciła kamerę do słynnych publicznych łaźni w Budapeszcie i pod pretekstem zażywania relaksu potajemnie nagrała nagie kobiety. Nelson uważał, że to porąbane, i był pewien, że znalazłby się na to paragraf, ale orientalni hipisi od marychy zdawali się sądzić inaczej.

Z przyzwyczajenia poszukał wzrokiem chłopaków. Misiek z głupią miną usiadł na zafajdanym farbą taborecie, skąd ostentacyjnie dawał do zrozumienia, że impreza śmiertelnie go nudzi i nie dorasta do jego rozrywkowych standardów. Nelson doskonale wiedział, że tak naprawdę Michał czuje się niekomfortowo i próbuje to ukryć; widocznie doszedł do wniosku, że lepiej być dużą rybą w swojej małej sadzawce niż płotką wypływającą na szerokie wody. Michał był w swoim środowisku bardzo popularny – każdy chciał, by przyszedł na jego imprezę i dobrze się bawił. Tutaj nikt nie przejmował się jego humorami, co – Nelson był tego pewien – bardzo go denerwowało. Podobnie jak Karola, smętnie pociągającego piwo z butelki i co jakiś czas łypiącego wściekle w stronę rozchichotanych ładniutkich blondynek przebranych za treserki lwów, które nie zwracały na niego uwagi. Anka, tym razem pogrążona w rozmowie z rosłym czarodziejem, nadal ostentacyjnie go ignorowała.

Wojtek natomiast odnalazł się w nowej sytuacji wręcz rewelacyjnie. Nie tylko wytrzasnął butelkę tequili, ale jeszcze poił nią na balkonie trzy zjawiskowe dziewczyny, w przerwach opowiadając, jak to pewien meksykański barman przekazał mu sekretne wskazówki serwowania tegoż trunku podczas nocnego huraganu w Tulum. Brak kostiumu Wojtek gładko wyjaśnił tym, że kilka godzin wcześniej wrócił z Birmy i na Pragę wpadł prosto z lotniska.

Nelson uśmiechnął się mimo woli. Sam nie miał dziś ochoty na podryw, liczył na to, że Anka wkręci go jeszcze kiedyś na podobną imprezę, a intuicja podpowiadała mu, że udane łowy na nieznanym terenie wymagają rozpoznania. Nie chciał zrobić z siebie głupka i spalić za sobą mostów. Rozglądał się więc po pracowni, chłonąc każdy szczegół, z zainteresowaniem skanując wielki odrapany stół zastawiony otwartymi butelkami, domowym humusem z bagietką, którą ktoś wyłożył na gazetę, i nieznaną, ale rewelacyjnie rytmiczną muzykę puszczaną z winylów. Gdzieś obok chłopak przebrany za tekturowy karton proponował pewnej dziewczynie, by okleiła się wraz z nim taśmą klejącą, a blondyn na obcasach w stroju cukrowej wróżki kołysał w rytm melodii ciemnowłosą pannę przebraną za Drakulę. Nelson pomyślał, że chciałby czasem pożyć w świecie, w którym do tego stopnia byłoby my wszystko jedno, jak postrzegają go inni.