Mąż przez zasiedzenieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Mąż przez zasiedzenie
Mąż przez zasiedzenie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Mąż przez zasiedzenie
Mąż przez zasiedzenie
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kochanemu Łukaszowi,

który opija moje powieści herbatą

i który podczas herbacianego rytuału

wyczarowuje ludzkie ciepło i serdeczność.

Łukasz, pamiętasz, miałam Cię zaskoczyć…

Czy ktoś słyszał, żeby kobieta, która splajtowała, popełniła samobójstwo?

Patrycja jakoś nie słyszała.

Za to o facetach, którzy w podobnych okolicznościach targali się na własne życie, nie zważając na drobny fakt, że oto zostawiają żonę i dzieci, które muszą potem spłacać długi sztywnych delikwentów, owszem. O takich przypadkach słyszało się non stop. Bo dla mężczyzny miarą męskości jest jego praca. Walka o przetrwanie, znaczy się. Choć kiedy panowie polowali na mamuty, wywijali maczugą i takie tam, to jakoś się nie zabijali, kiedy zwiał im jeleń. Dziwnie się porobiło.

Natomiast dla kobiet zawsze najważniejsze były uczucia: bliskość, związek, rodzina. Co do działań zawodowych – kiedyś specjalizowałyśmy się w zbieraniu korzonków, fascynujące zajęcie, doprawdy. Jaskinia i kilka wyrwanych z ziemi badyli, które można było sobie sysać. Tak na tej ewolucji wyszłyśmy. Bo dziś, choć niby tyle się zmieniło, wcale nie jest dużo lepiej. Kobieta może ganiać za jeleniem, jak ma chęć, proszę bardzo, tyle że ponosi tak zwane koszty osobiste. Ani jaskinia dobrze oporządzona, ani ten jeleń wcale nie aż taki dorodny.

Patrycja nie zaliczała się w tym względzie do wyjątków.

Potrzebowała bliskości i związku, tylko nad tą rodziną musiałaby pomyśleć.

Ale samej wcale nie jest dobrze.

A czasami bywa wręcz fatalnie.

Zwłaszcza kiedy przez szarawą, zimową skorupę, która do tej pory ściskała świat, przebijają się zawiązki wiosny, kiedy młode krzewy zaczynają bezczelnie twardnieć, a ich napięta skórka pęka i tryskają soki – ta gromadzona długimi miesiącami energia w ciągu zaledwie kilku dni budzi się, uwalnia i eksploduje, i to z taką siłą, że człowiekowi, a nawet kobiecie, coś pada na mózg. I nie tylko na mózg. To COŚ, nie wiadomo co, ale namolne cholerstwo jest diabelnie, zaczyna jej również wiercić dziurę w brzuchu.

Wierci i wierci, i nie chce przestać, oszaleć można.

Tymczasem kwanty i atomy tworzą w marcowym powietrzu niewidoczną, lecz pełną niepokoju kompozycję. Słońce też nie odpuszcza – wybrało jakiś dziwny kąt i penetruje wścibskimi promieniami ulice Katowic: każdy budynek, każdą bramę i każdy uchyłek murów, a powstała w tym miejskim zamieszaniu pustka aż krzyczy, żeby ją czym prędzej wypełnić. A skoro wypełnić, to może pod ręką powinien znaleźć się jakiś niebanalny mężczyzna?

Oni nieźle wypełniają.

Pustkę.

Właśnie. Bo ileż można się samej włóczyć po galeriach, ileż można w samotności pić kawę? W tych okolicznościach nawet najpyszniejsze tiramisu, a w Synergii na Andrzeja serwowano niezgorsze tiramisu, zaczyna smakować jak białkowa papka.

Patrycja siedziała w kącie lokalu odurzona aromatem parzonej arabiki i gmerając w deserze łyżeczką, popatrywała to na siedzącego przy oknie bruneta o modnie przyciętych włosach (typ „mój krem do rąk jest lepszy od twojego”, ohyda!), to na ludzi spacerujących ulicą. A wiosną na ulicy roiło się od zakochanych par, jakby wszechświat chciał właśnie zakomunikować, że niektórzy mają się fajnie, a niektórzy niektórzy, choćby i niebrzydcy, mają się podle.

I jak one to robią?

Te niektóre – że mają się z kim przechadzać.

Przecież mijająca przed chwilą lokal dziewczyna, nikogo nie obrażając, nie wyglądała na miss, w dodatku miała poważną nadwagę, a szła roześmiana, wymachując ręką wciśniętą w rękę wątłego, ale promieniejącego szczęściem blondyna. Nie żeby prawo do uczucia mieli tylko piękni i bogaci, ale czy to sprawiedliwe, żeby ona, Patrycja – wiotka, gibka i szczupła, której, choć nie była pięknością, raczej niczego nie brakowało – siedziała tu samotna i zasnuta pajęczyną jak jakiś muzealny eksponat? Odpowiedź nasuwała się sama.

To było rażąco niesprawiedliwe.

I nielogiczne.

Ale czy światem rządzą prawa logiki…?

Patrycja przejrzała się w wyświetlaczu telefonu (przed chwilą zakończyła wyczerpującą rozmowę z ciotką, u której zmuszona była niedawno zamieszkać), poprawiła w rezygnacji włosy i wyprodukowała z otchłani swego zmiażdżonego jestestwa westchnienie tak głębokie, że brunet spod okna musiał poczuć kawowy bukiet dobywający się z jej trzewi, bo zdegustowany drgnął i skarcił ją zza laptopa wymownym spojrzeniem.

Delikatesik…

Patrycja nie odwróciła wzroku, wręcz przeciwnie – uniosła brodę (a także łyżeczkę!) i spojrzała w zielone, cętkowane jak u węża ślepia, w których, oprócz niechęci, wyczytała ździebko bystrości umysłu, nie można powiedzieć. Węże to niegłupie gadziny. I nie wie, co ją podkusiło, przecież do tej pory uważała się za osobę kulturalną, ale może to wiosna i ta nieznośna pustka, ale z jej zdradzieckich ust padło zaczepne:

– Coś nie tak…?

Ledwie padło, a w środku poczuła jakby piknięcie wstydu.

Niech sobie koleś puszy swój modny fryz, niech poprawia szpanerską kurtkę ze skóry i mizia swojego jabłczanego laptopa, ale czy ona musi przy tej okazji wychodzić na nieokrzesaną wieśniaczkę? Refleksja nie zdołała jednakże całkiem przyćmić w niej dumy. Może i siedziała w kącie, gdzie nikt jej nie zauważał, ale w tym kącie mogła siedzieć jak trusia albo mogła siedzieć z godnością, ot co.

Brunecik zamarł na krótką chwilę, na widok wycelowanej w niego groźnie łyżeczki zamrugał w zdziwieniu oczętami i bez słowa wrócił do swojego Apple-świata, ale w ułożeniu tej nastroszonej głowy można było odczytać… współczucie.

Tak, z pewnością było to współczucie.

I cała jej demonstracja smakowała teraz paloną kawą, stanowczo zbyt gorzką w finiszu. Ale Patrycja nie zdążyła jej przełknąć, ponieważ do wnętrza kawiarni wtargnął nagle jakiś podchmielony typ, a zapachowe nuty wanilii i spienionego mleka, które do tej pory spowijały lokal, zostały brutalnie stłamszone – w pomieszczeniu zakrólował odorek ulicy.

I bezdomności.

Mężczyzna był wyraźnie pod wpływem procentów i, jakby wszedł tu dokładnie po to, by napastować niewinne dziewczęta, bezceremonialnie zajął miejsce dokładnie po drugiej stronie stołu.

– …na …jedzenie – wybełkotał, nie spuszczając z niej zmętniałego spojrzenia.

Zadrapania i rany widoczne na nosie bezdomnego ułożyły się w ażurowy wzór, zdecydowanie mało estetyczny.

I co teraz?

Patrycję odruchowo przeszył wstręt, głównie za sprawą przymusowych doznań węchowych, ale czy śmierdzący człowiek przestaje być człowiekiem? Niektórzy zalatują Diorem, a straszne z nich gadziny.

– Już, tylko znajdę drobne…

Może powinna pójść z mężczyzną do sklepu i coś mu kupić, zamiast utwierdzać go w przekonaniu, że żebranie to najlepszy sposób na życie, ale, szczerze mówiąc, zupełnie nie chciało się jej ruszać. Ten biedak, bez względu na to, czy zamierzał wydać pięć złotych, które mu właśnie wręczyła, na bułkę czy wino, był sam w sobie i tak wystarczająco smutnym widokiem, by go w tym momencie z czegokolwiek rozliczać.

Brunet spod okna znowu łypnął w ich kierunku i rozeźlony poruszył się na krześle. Nastroszył włosy i odtąd nie przestawał zerkać na kontuar, do którego pijaczkowi, wśród piruetów, udało się w końcu dotrzeć.

W lokalu zapanowała konsternacja.

Z głośników sączył się nienachalny jazz, bezdomny usiłował wyartykułować z siebie kilka sensownych zdań i porozumieć się z miłą okularnicą za ladą, z tym że akt komunikacji z jakichś przyczyn zakończył się fiaskiem – szczegółów Patrycja nie dosłyszała, ale mężczyzna wcisnął swoje posiniałe ręce do kieszeni usmarowanej marynarki i, jak po sznurku, znowu zatoczył się w stronę jej stolika.

Dałaby sobie radę, bez przesady, ale męskie ego w brunecie najwyraźniej spęczniało.

– Panie kierownik… – rzucił do pijaczka tubalnym basem i wstał. Jęknęło gwałtownie odsuwane krzesło. – Pan się pójdzie przejść. Na zewnątrz – zaproponował już ciszej, ale za to nad wyraz sugestywnie, a Patrycja w zdumieniu otworzyła oczy.

Delikatesik w moment przeszedł niezwykłą metamorfozę.

Jakby urósł, zmężniał, jakby przybyło mu lat i w zasadzie dopiero teraz można było stwierdzić, że to, co z daleka zalatywało młokosem, z bliska jednak porażało dojrzałością!

Facet miał ze czterdzieści lat, a wokół jego zielonych, podstępnie spoglądających oczu układała się miła siateczka zmarszczek. Musiały ładnie tańczyć rozproszone w uśmiechu. W ogóle z takim na przykład George’em Clooneyem, seksownie posrebrzanym, nie mógł się równać, ale kilka migocących srebrem pasemek w tych ciemnych włosach Patrycja by znalazła.

Nieźle.

Na bezdomnym słowa bruneta nie wywarły większego wrażenia, może zresztą w ogóle do niego nie dotarły? Zachwiał się, choć jego wzrok nadal był nieruchomo wbity w Patrycję.

– Nie rozumiesz? Już, wypad! – Brunet przestał udawać uprzejmość i to się Patrycji nie spodobało.

Jaka siateczka zmarszczek, jaki Clooney, facet zaczynał się zachowywać jak jakieś prymitywne chamidło. Ciekawe, czy też by się tak rzucał, gdyby w miejsce pijaczka ktoś wstawił napakowanego mięśniaka?

– Może trochę grzeczniej? – wzięła bezdomnego w obronę.

Brunet w odpowiedzi omiótł ją niewidzącym spojrzeniem, jakby zerkał na muchę na szybie, i już stał przy pijaczku zwarty i gotowy, żeby go stąd wyprowadzić, choćby siłą. Ale wtedy bezdomny postąpił kilka kroków do tyłu, wyjął z kieszeni pięć złotych, rzucił monetę na stół i bez ceregieli wyartykułował:

 

– Mało!

Mówiąc kolokwialnie, Patrycji opadła szczęka.

Buzująca w niej chęć pomocy bliźniemu również.

Wiosna, w Katowicach czuło się wiosnę…


Czy baby muszą tyle gadać?

Mleć ozorem i zalewać rozmówcę tysiącami zupełnie niepotrzebnych szczegółów, które każdego normalnego i konkretnego człowieka potrafią doprowadzić na skraj rozpaczy?

Mateusz Tofel zadał sobie w duchu kilka pytań retorycznych, ale to tylko zwiększyło jego irytację. Siedział w wypełnionej miękkim światłem kawiarni, usiłując dojść do siebie po kilku koszmarnych godzinach spędzonych za kółkiem. Oddawał się w tym celu ukochanemu zajęciu: popijał wyborną małą czarną i łupał w szachy z kimś po drugiej stronie globu.

Niestety.

Jak na złość w kącie obok trwała arcyważna narada telefoniczna.

Krótko obcięta blondynka rozmawiała ze swoją ciotką. Najpierw opisała jakąś „dosłownie porażającą” torebkę, którą wczoraj oglądała (opis zawierał dokładną szerokość paska oraz rodzaj kieszonek!), później przez całe wieki baba analizowała każdy ciuch w swojej szafie pod kątem tego, czy wspomniany wór do tych szmat pasuje czy niekoniecznie, po czym z wielkim żalem stwierdziła, że torebka, choć śliczna, to jednak jest stanowczo zbyt droga. Oczywiste, nawijać makaron na uszy przez piętnaście minut tylko po to, żeby nic z tego nie wynikło…

Kolejny niemiłosiernie długi kwadrans (Mateusz patrzył na zegarek!) upłynął blondynce na wykładzie o depresji, na którą jakoby cierpiała owa cioteczka. Po tym czasie już wiedział, że aby skutecznie wygrać z wiosenną obniżką nastroju, należy pić soki z warzyw i owoców, wentylować się na świeżym powietrzu i wyjechać do ludzi – tak, wyjechać, zamiast wyjść. O co z tym wyjeżdżaniem chodziło, wolał się nie zastanawiać. Może ciotka po tych złotych radach poczuła się lepiej i planowała wypad do Ciechocinka? W każdym razie on zaczął poważnie rozważać zmianę miejscówki.

Tyle że czuł potworne zmęczenie – za godzinę miał się spotkać z ojcem, który znowu wymyślił, że jest umierający, i umówił na dziesiątą notariusza. O tym fakcie był uprzejmy zawiadomić syna z wybiciem szóstej… RANO. Zważywszy że Mateusz poprzedniego wieczora z całym zaangażowaniem oddawał się wraz ze swoimi pracownikami (a zwłaszcza pracownicami) uciechom integracyjnym, o bladym świcie telefon od ojca odebrały zwłoki.

Ale jak mus, to mus, nie zostawi staruszka w histerii, choćby naciąganej.

A histerie zaczęły ostatnio przybierać na sile.

Ojca chyba wciąż bolało, że Mateusz nie chciał być zawodowym szachistą (fakt, radził sobie niezgorzej, dwa razy został nawet mistrzem kraju) i wyjechał do Warszawy, gdzie najpierw skończył studium fotograficzne, a później założył agencję reklamową i, jak to mówią, zaczął trzepać kasę. Jego ojciec miał kasę w głębokim poważaniu i wszelkimi sposobami starał się sprowadzić syna na łono rodziny, czyli do ukochanych Katowic.

Mateusz nie miał nic przeciwko Katowicom, też je lubił, choć żałował, że brak w nich starówki. Trzeba jednak przyznać, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat miasto zmieniło się tak bardzo, jakby w jego mury wstąpił jakiś nowy duch. Zdecydowanie mniej górniczy i leciwy, a bardziej filuterny i światowy. I z tego ducha był taki gagatek, że myślał przede wszystkim o uciechach mieszkańców. Z myślą o nich zmodernizowano więc centrum, ciągle otwierano nowe sklepy, obiekty i lokale, było coraz więcej zieleni, coraz więcej kształtów i kolorów.

Coraz więcej i więcej.

Co do ducha Warszawy, Mateusz miałby kilka uwag krytycznych, ale faktem jest, że na Śląsku w życiu nie podpisałby takich kontraktów, bo z kim? Z Elektrownią Łagisza? Obsługiwał głównie agencje modelek. A w Warszawie, czego by o niej nie mówić, zleceń nie brakowało.

Ale ojciec przez kilka ostatnich miesięcy żył tylko tym.

Że taki duży dom pójdzie na zmarnowanie, że Mateusz mógłby się w końcu otrząsnąć i z kimś związać. Że stuknęła mu czterdziestka, że on w jego wieku… i tak dalej, i tak dalej.

Związać!

Już chyba bardziej prawdopodobna byłaby ta Łagisza niż spotkanie kobiety, która byłaby nie tylko ładna, ale mądra i normalna. Przede wszystkim normalna. Mateusz próbował szukać, miał przecież swoje potrzeby, ale po ostatnim rozczarowaniu (dwa lata temu jego wieloletnia narzeczona, choć „nie chciała”, wzięła i się zakochała w koledze z pracy) jeszcze nie doszedł do siebie i tak naprawdę nie wiedział, czy kiedykolwiek dojdzie. Czy już zawsze nie będzie miał z tyłu głowy tej paskudnej myśli, że może zostać zrobiony w bambuko. Niecelowo, rzecz jasna, ale czy to cokolwiek zmienia?

I w ogóle, czy można być na tym świecie czegokolwiek pewnym?

Chyba tylko tego, że baby pozostaną babami.

A właśnie, blondynka była ładna, choć zupełnie nie w jego typie. O ile miał jeszcze swój typ. Do niedawna wolał wyzywające i kształtne brunetki, a nie przezroczyste szczapy, w dodatku bez włosów. Znaczy, siedząca w kącie dziewczyna (na oko trzydziestoletnia) nie była łysa, włosie ją porastało, nawet dość obficie, ale wśród gąsienic też zdarzają się włochate okazy, i co? Włosy mają się na kobiecie wić, spływać z ramion i kobietę upiększać, a nie sterczeć wokół głowy jak słoma na ściernisku. W porządku, fryzjerską masakrę wynagradzał kolor. Modyfikowana pszenica, tak by ten odcień złota określił. W dodatku chuchro podczas wygłaszania peanów na cześć torebki aż pojaśniało, a słońce dodatkowo wykonało jakiś oświetleniowy manewr i z kąta bił…

No, bił autentyczny blask.

Mateusz okiem wprawnego fotografa od razu to wychwycił, stwierdził też, że jej skóra à la Peppa (kreskówkę ze świnką pokazał mu dzieciak znajomych) jest dość intrygująca. I gdyby tak blondynkę ubrać w perły, gdyby poskładać barwy w pastelowe tło, mógłby wyniknąć z tego niezły portret. Nawet taki z pazurem – blondynka, pomimo zewnętrznej łagodności, miała w spojrzeniu coś przekornego, a nawet wrednego…

I kiedy nieświadoma tych artystycznych projektów muza skończyła wreszcie paplaninę, a następnie, dla odmiany, zaczęła tęsknie wzdychać, przeciwnik, z którym Mateusz toczył właśnie decydującą szachową rozgrywkę, w najmniej oczekiwanym momencie zbił mu konia.

Żeż cholera jasna!

Taki błąd, zabolało jak diabli.

I chyba musiał spojrzeć na blondynkę z pretensją, gdyż chuchro zmarszczyło nos, po czym w wielkim niezadowoleniu rzuciło:

– Coś nie tak…?

Nie, no, bardzo tak.

Przez zaczepność zyskała kilka punktów, kobiety z charakterem to było to, ale stracić konia?! W takiej chwili, w dodatku przez najzwyklejszą nieuwagę? Aż go w środku skręciło. A już miał przygotowaną sympatyczną akcję obliczoną na zdobycie królowej. Co za kretyn z niego, wyrazy współczucia, naprawdę.

Zamierzał posłać Peppie jakiś pojednawczy uśmiech, ale najpierw musiał zmienić strategię i coś szybko wymyślić; stracona figura mogła go drogo kosztować. Kiedy po dłuższym zastanowieniu postanowił odblokować wieżę, w lokalu, jak na gigantycznej szachownicy, też się coś zadziało.

Przede wszystkim łupnęły drzwi, plamy światła zawirowały i zaczęło śmierdzieć.

Moczem.

To nie była preferowana przez Mateusza woń.

Zwłaszcza kiedy kilka miesięcy temu ojcu z dnia na dzień siadły nerki i staruszek zaczął mieć problemy z higieną osobistą. Zażegnali je, zatrudnili opiekunkę, ojciec poszedł na zabieg i jakoś to było, ale woń moczu zagnieździła się w umyśle Mateusza i nasuwała skojarzenie ze śmiercią. Bardzo niemiłe skojarzenie, a on sobie nie życzył niczego kojarzyć i nie życzył sobie wdychać takich zapachów, gdyż zaczynał go od tego boleć żołądek.

W lokalu w pełnej krasie stanął jakiś bezdomny.

Umorusany, pokiereszowany i niniejszym właśnie zdiagnozowany przez Mateusza urologicznie.

Pijaczek, nie zważając na słane mu przez wszystkich niechętne spojrzenia, namierzył najsłabsze ogniwo i pomaszerował prościutko do blondynki, od której zażądał datku na jedzenie. Akurat wyglądał na zgłodniałego! Chyba procentów. Ale chuchro dało się wziąć z zaskoczenia i wręczyło mu jakieś drobne.

Ciekawa rzecz z tymi żebrakami.

Człowieka w prawdziwej potrzebie łatwo poznać – pali go wstyd.

Natomiast ten tutaj jechał na szantażu emocjonalnym i zachowywał się wręcz bezczelnie, a bezczelność to również nie było to, za czym Mateusz przepadał. Nie spuszczał więc z kolesia wzroku, ale sam wzrok nie wystarczył.

Konieczna okazała się interwencja.

Tyle że ledwie Mateusz zainterweniował, blondynka zmieniła front. Przed chwilą z trudem tłumiła odrazę, a teraz zaczęła pijaczka bronić.

– Może trochę grzeczniej? – spytała ostro, kiedy zasugerował kolesiowi spacer.

A co on jej będzie wyjaśniał!

Teraz w Polsce nikt nie musi głodować, wszędzie powstają odpowiednie organizacje i jeśli ktoś tylko chce, z pewnością znajdzie pomoc. Po ulicach krążą przede wszystkim cwaniaki, a także ci, którzy nie są w stanie wytrzymać bez picia. Warto też dodać, że niektórzy sponsorzy nieźle by się zdziwili, gdyby wiedzieli, ile takie nawalone pershingi wyciągają na godzinę. Od ludzi.

Blondynka już wyglądała na zdziwioną.

Pijaczek zatańczył nad stołem, a później rzucił zdobyczny pieniądz, bez krępacji wyrażając swoje niezadowolenie:

– Mało!

No nie!

Przecież koleś aż się prosił, żeby go pacnąć w tę głupią michę…

I nie wiadomo, jak by się to zajście skończyło, Mateusz z największym trudem zdołał sobie w duchu wyperswadować, że gościem nie należy jednak wstrząsać w miejscu publicznym, kiedy z kieszeni pijaka dał się nagle słyszeć…

Dzwonek komórki!

– Oczywiście, telefon do pana prezesa. – Mateusz dał za wygraną i wrócił na miejsce, a pijaczyna w końcu dotarł do drzwi i, chwiejąc się na nogach, już na zewnątrz usiłował odebrać połączenie.

Błysk oszołomienia w srebrzystoszarych oczach Peppy, a później eksplodujące w nich iskierki śmiechu naprawdę go zdziwiły. Poczucie humoru? U takiej pleciugi?

A to niespodzianka.

Nieustraszony wzrok dziewczyny i niespodziewane porozumienie, które, nie wiedzieć dlaczego, ale zrodziło się między nimi gdzieś pomiędzy skoczną melodyjką dzwonka a miarowym terkotaniem ekspresu, to wszystko było dość przyjemne. Na tyle przyjemne, że kiedy blondynka spojrzała w popłochu na zegarek, a w chwilę później pospiesznie opuściła lokal (trzeba przyznać, że bardzo ładnie się poruszała, czysty wdzięk!), Mateusz Tofel poczuł w środku dziwne coś.

To COŚ, nie wiadomo co, ale namolne cholerstwo było diabelnie, zaczęło mu wiercić dziurę w brzuchu.

Wierciło i wierciło, i nie chciało przestać, oszaleć można.

Zamówił więc kolejną kawę, ale tym razem nie czarną.

Białą, z odrobiną mleka.

Zaraz, zaraz, czy kawa może być koloru blond?


Na liźniętych wątłą zielenią rabatach wybuchły forsycje – drobne, żółte światełka, które co roku włączały się nie wiadomo kiedy i nagle, w samym środku miasta, raziły w oczy przechodniów wiosenną iluminacją, przypominając w ten sposób, że już niedługo rozpęta się wielkanocne szaleństwo. Świat zaleje morze kurczaków, przy czym prawa rynku są bezlitosne i ptactwo wystąpi nawet w kolorze różowym, na wystawach będą strzyc uszami różnej maści zające, tu i ówdzie zazieleni się rzeżucha, a w sklepach zrobi się nad wyraz nerwowo.

Słowem, zaczną się niezłe jaja.

Dla Patrycji w sumie już się zaczęły. Bo jak by nie patrzeć, tą nową fryzurą załatwiła się na złoto i przedwojenne trzy grosze. Oczywiście u fryzjera wszystko było w porządku, ale prawda w takich przypadkach wychodzi na jaw dopiero po pierwszym myciu. I wyszła. Dzisiaj rano. Włosy, umyte i potraktowane jak zwykle suszarką, nijak nie chciały się układać, a konkretnie: każdy układał się w swoją stronę. Nie pomogły pianki, lakiery i szczotki. Z wiechciem na głowie nie dało się nic zrobić i basta.

Do tej pory Patrycja nosiła włosy do ramion, ale wiosna, cholerny czas transformacji, przeobrażeń i tak dalej, więc dała się namówić. Albo raczej nabrać. Mała zmiana, tylko pięć centymetrów, tak twierdził przesympatyczny, młody fryzjer. I znowu okazało się, że jak człowiek chce sobie polepszyć, to zazwyczaj spieprzy.

 

No i stało się.

Patrycja na własnej skórze odczuła, że fryzjer to nie geodeta, i nie zamierzała już o tym fakcie nigdy zapomnieć. Kilka uronionych w łazience łez jednak nie zmieniło sytuacji. Nie pozostawało jej więc nic innego, jak zmierzyć się z rzeczywistością i poczekać, aż nowy look stanie się starym lookiem i włosy odrosną. Przecież ich nie wyrwie ani nie przedłuży, pocierpi najwyżej dwa, trzy miesiące, a do tego czasu musi sobie jakoś poradzić. Tak ze sobą uzgodniła. W pierwszym odruchu rozpaczy chciała omotać głowę bandażem, ale kiedy wyobraziła sobie te wszystkie pytania… Czapka, pomyśli o jakiejś niegłupiej czapce albo o kapeluszu, ale to dopiero wieczorem. Teraz musiała gnać na osiedle Zajączka, a potem na uczelnię, gdzie o godzinie trzynastej miała zajęcia ze studentami.

Sytuacja zawodowa pani doktor językoznawstwa Patrycji Bukowskiej wyglądała tak, że pani doktor od roku pracowała jako adiunkt w Instytucie Języka Polskiego Uniwersytetu Śląskiego i ledwo znajdowała czas na coś więcej. Po prostu zbytnio się angażowała, ale to chyba nie grzech kochać swoją pracę.

Natomiast sytuacja osobista pani doktor…

Tu już było gorzej.

Okazało się, że zaangażowanie można w prosty sposób przeliczyć na franki.

Albo przełożyć na kredyt. Zaciągnięty z mężczyzną, z którym było się od liceum i z którym zamierzało się spędzić całe życie, ale po dwunastu latach zostały z tego tylko złudzenia.

Cóż dodać, serce nie działa według kursu walut.

Już na studiach doktoranckich przestało się między nią a Dominikiem układać, choć nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Mężczyzna jej życia, nie wiedzieć dlaczego, zaczął ją nagle irytować. W tym samym czasie zmarł wuj Andrzej, mąż ciotki Jagody, za którym Dominik nie przepadał, tak samo zresztą jak za samą ciotką, a Patrycja znalazła się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Nie miała w Katowicach innej rodziny, musiała ciotce pomagać, bo po śmierci męża ciotka zaniemogła i poruszała się już tylko na wózku. I od tego się zaczęło. Że spędza na Sienkiewicza za dużo czasu, że ciotka Jagoda to gangrena i nastawia Patrycję przeciwko niemu…

Co do tego ostatniego trudno się było z Dominikiem nie zgodzić, ciotka potrafiła zaleźć za skórę każdemu, a charakter miała, delikatnie mówiąc, dość specyficzny. Była kłótliwa, gderliwa i despotyczna i nikogo nie lubiła. W dodatku usta jej się nie zamykały, co dla osoby znajdującej się w jej bezpośrednim pobliżu mogło być dość wyczerpujące.

Ale czy rodzinę się wybiera?

Ciotka Jagoda była jedyną siostrą jej mamy i naprawdę nie można było kobieciny zostawić samej. Samej i na wózku. Dominik oczywiście nie wierzył nawet i w tę chorobę. Jego zdaniem ciotka mogła chodzić o kulach, ale była na to zbyt wygodna. I poruszając się na wózku, mogła Patrycję szantażować i wbijać w poczucie winy. I tak dalej, i tak dalej. Zaczęło się od ciotki, a potem, nie wiadomo kiedy i jak, okazało się, że ona i Dominik mają zupełnie odmienne zdanie prawie w każdej kwestii. Albo któreś z nich się zmieniło, albo…

Czy miłość może się tak po prostu skończyć?

Na pewno jednak skończyła się chęć wspólnego mieszkania – w dwóch pokojach na osiedlu Nowe Tysiąclecie, na które wspólnie wzięli kredyt. We frankach. A ciotka, zajmująca się od wielu lat zawodowo astrologią, przed podpisaniem umowy zamknęła się na pół dnia w pokoju, dokonała obliczeń i stanowczo Patrycji tę wspólną inwestycję odradziła.

– Uran, Patuniu – stwierdziła, kiwając z respektem głową. – Uran wejdzie do Byka w marcu dwa tysiące dziewiętnastego. I nie chcę nic mówić, ale macie przechlapane, Dominik to przecież uparty i zatwardziały Byk. Ja ci to mówię, twoja rodzona ciotka. A Uran to rewolucja. Czasem nawet krwawa, a już na pewno wielka. I gwałtowna. Czekają was zmiany. Na wielu płaszczyznach. Wielkie, powiadam, wielkie zmiany! – Uniosła palec. – A ty dodatkowo będziesz mieć w swoim horoskopie Plutona. I Saturna. Moim zdaniem nic z tego nie będzie. Tylko wielkie rozczarowanie. Wspomnisz moje słowa. Niczego nie podpisuj.

I ciotka wykrakała.

Bo Patrycja miała w nosie planety, tak bardzo chciała mieć swój własny kąt.

I co jej z tego przyszło?

Z dnia na dzień, po wielkiej awanturze, oczywiście poszło o ciotkę, a skończyło się na wzajemnych oskarżeniach, Patrycja została na bruku, za to z obietnicą, że Dominik będzie ją spłacał. W to akurat wierzyła, w styczniu, tak jak obiecał, wpłacił na konto umówione środki. I tak miał jeszcze przelewać przez kolejnych dziesięć lat. W efekcie to Patrycji się nie przelewało. W dodatku, gdyby miała zakupić nowe mieszkanie, po zapłaceniu raty nowego kredytu, po uregulowaniu czynszu i innych opłat zostałyby jej marne grosze. W tej sytuacji jedynym wyjściem było zamieszkać tymczasowo z ciotką, brać dodatkowe zlecenia i odkładać. A w wakacje, w zależności od kondycji zdrowotnej, jechać na truskawki do Włoch albo na staruszki do Niemiec.

Na szczęście Patrycja nie została z tym wszystkim sama – znajomi wspierali ją nie tylko psychicznie, ich pomoc przybierała również bardziej realne kształty. Na przykład Bożenka z sekretariatu nieśmiało zaproponowała jej kandydaturę na… damę do towarzystwa dla zaprzyjaźnionego profesora historii sztuki, Zygmunta Tofla.

Pan profesor cieszył się od kilku lat emeryturą, ale nadal sentymentalnie był związany z uniwersytetem. Nie przestał także pracować naukowo, jako autor wielu opracowań i monografii był w środowisku naukowców postacią wręcz legendarną, nawet na polonistyce. Niestety, kiedy człowiek ma siedemdziesiąt jeden lat, czasem może potrzebować pomocy.

– Ale jak „damą do towarzystwa”? – Zaintrygowana Patrycja usiłowała pociągnąć Bożenkę za język, choć posada, już z samej nazwy, szalenie przypadła jej do gustu.

Dama do towarzystwa, no, no…

– Wiesz, on to chyba ujął tak bardziej metaforycznie – tłumaczyła Bożenka. – Pan profesor wysławia się w wyszukany sposób, zresztą sama się przekonasz. Gentleman starej daty. W każdym razie gejszy na pewno nie potrzebuje.

– Trudno się mówi, żyje się dalej.

– Pewnie chodzi o zakupy, on się wolno porusza. Mówił o dwóch dniach w tygodniu. Dasz radę?

– Dwa dni to spoko. Ale nie trzeba mu robić zastrzyków? – Patrycja nagle się przestraszyła.

– Nie, coś ty. On poza tym chodzeniem nieźle się trzyma, chociaż słyszałam, że kilka miesięcy temu przeszedł poważną operację. Ale wszystko się udało. To jest normalny, starszy pan. Nie leży w łóżku, jest samodzielny.

– Ale co, ja mam mu czytać?

– Pati, nie mam pojęcia. – Bożenka zaczynała się niecierpliwość, miała mnóstwo papierkowej roboty. – Idź tam, wszystkiego się dowiesz. Będzie na ciebie czekał w poniedziałek o dziesiątej. Kilińskiego dwadzieścia osiem. Osiedle Zajączka, przy Kościuszki. Wiesz gdzie?

– Wiem, pewnie, że wiem. A… jak mu się nie spodobam?

Bożenka spojrzała zza zsuniętych na czubek nosa okularów, za którymi błyszczała niezachwiana pewność.

– Kochana, ja z ciebie zrobiłam brylant. Mało brakowało, a zaczęłabym przysięgać, że grasz na harfie. Jakie „nie spodobasz”? Nie ma takiej możliwości, żeby była taka możliwość… Poza tym jego aktualna opiekunka to jest podobno tragedia, ale on nie mówi źle o ludziach. Wydedukowałam.

Patrycja kupiła więc Bożence za tę harfę paczkę dobrej kawy w Synergii i tak oto trafiła na uroczy zaułek u zbiegu ulic PCK i Kilińskiego, który, stojąc na rozdrożu, właśnie sobie ze smakiem kontemplowała.

Pewnie, że na świecie są cudniejsze widoki niż jakaś tam ulica, ale po co gonić za szczęściem, piętrzyć warunki i oczekiwania, skoro niektóre przyjemności są na wyciągnięcie ręki? Można gnać do Włoch, żeby podziwiać katedry, a można sobie kwitnąć na chodniku w Katowicach i obserwować, jak… kwitnie natura. Teraz. Jak obsypane bielą drzewa nasuwają porównanie z watą cukrową i jak ta wata drży przy delikatnym powiewie wiatru. Tutaj. W miejskim zgiełku, który nie daje o sobie zapomnieć i w trele oszołomionego słońcem ptactwa wplata dźwięk klaksonów, pomrukiwania coraz nowocześniejszych aut i szum, już nie klekotanie, tramwajów.

Trudno.

Można słyszeć tylko oddech miasta, a można samemu wstrzymać oddech i cieszyć się drobiazgami. Tym bardziej że niektórych drobiazgów przez całą zimę się nie dostrzegało. Albo człowiek naciągał ze złością czapkę na nos i dostrzegać nie chciał.

Dlatego Patrycja z premedytacją wystawiła twarz na działanie promieni słonecznych, uśmiechnęła się z lubością, kiedy połaskotały ją po policzkach, a potem zamrugała, żeby pozbyć się wirujących pod powiekami świetlnych kręgów, i dokładnie sobie swoje przyszłe miejsce pracy obejrzała.