Francuski piesekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Francuski piesek
Francuski piesek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,85  45,48 
Francuski piesek
Francuski piesek
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Izie Salamon, której zawdzięczam wiele powiedzonek,

a Ryszarda… rzetelną zakrzepicę!

Wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby Zuza nie chlapnęła jęzorem. I to śmiercionośnie, czego świadkami było co najmniej tuzin osób, które miały tego dnia zdawać egzamin na prawo jazdy, oraz bardzo miła pani ustalająca w WORD-zie terminy dla straceńców.

Otóż Zuza znowu oblała.

I to po raz dwunasty!

Owszem, w sumie zgadzała się z panującą polityką: gdyby każdy smarkacz napalony na BMW tatusia dostawał prawo jazdy od ręki, ulice, i tak już przepełnione, pękałyby w szwach. Ośrodki szkoleniowe też by cienko przędły, nie mówiąc o zarobkach instruktorów, wiadomo. Ktoś to przemyślał i odgórnie kręcił kurkiem. Normalna sprawa w kraju, który nie może się poszczycić systemem autostrad.

Problem w tym, że Zuza się uparła.

A jeśli Zuza się uparła, ciężko było ją od tego odwieść, w zasadzie było to zupełnie i absolutnie niemożliwe. W kwestii prawa jazdy nie liczyła jednak na żaden cud: za każdym razem rzetelnie się przygotowywała, za lekcje płaciła jak za zboże i wciąż szukała instruktora, dzięki któremu jej babski mózg nie myliłby prawej strony z lewą, i na odwrót. W końcu się udało – trafiła na pana Darka. Instruktorek był jeszcze niższy niż jej chłopak, Piotrek Marchewka, aż Zuza zastanawiała się, czy nie powinien mieć specjalnie podnoszonego fotela, w dodatku wytwarzał taką ilość cierpliwości, że w zasadzie nie miał prawa być człowiekiem. Już to wystarczyło, żeby pokochała go jak ojca.

Niestety, cierpliwość pana Darka nie została nagrodzona.

Po oblanym egzaminie czekał na nią żałośnie wciśnięty w kąt sali, a w spojrzeniu jego łagodnych oczu malowało się poczucie winy i… przerażenie.

Bo też Zuza w ten piękny słoneczny dzionek miała wypisany na twarzy mord.

– Zabiję go, normalnie świniaka zabiję! – oznajmiła gromko, wygrażając pięścią w stronę mężczyzny, który właśnie przemierzał plac, i pan Darek odetchnął z ulgą, że tym razem nie chodziło o niego.

– Kogo, na Boga?! – Pani w okienku wychyliła się i z zaciekawieniem popatrzyła we wskazanym kierunku, a wraz z nią do szyby przylgnął tłumek oczekujących.

Do tej pory w większości ćwiczyli masaż powierzchni gładkich swoich telefonów, teraz się ożywili i atmosfera wreszcie uległa rozluźnieniu.

– Jak to: kogo? Tego podleca. – Zuza spojrzała na kolesia w sportowej kurtce takim wzrokiem, że teoretycznie z jegomościa powinna zostać mokra plama na asfalcie.

Ale nie została.

– Pana Krzemińskiego?

– Jakiego Krzemińskiego? – nie skojarzyła. – Dwunasty raz! Ileż można…

– To jest pan Krzemiński, egzaminator. Na pewno się przedstawiał – stwierdziła blond rejestratorka i stłumiła chichot, bo pojęła, że sytuacja w jej miejscu pracy jakby wymyka się spod kontroli.

Kandydaci na przyszłych kierowców jak jeden mąż (i trzy kobiety) wbili solidarne spojrzenia w szpakowatego mężczyznę, a ten, nieświadom wyładowań za swoimi plecami, przystanął pod sąsiednim budynkiem i niedbale odpalił papierosa. Pyk, pyk, zaciągnął się z rozkoszą, nie wiedząc, że właśnie umiera na kilka sposobów jednocześnie, bo życzenie śmierci stało się udziałem całej sali – nikt nie czuł się przecież zagrożony. Można było spokojnie patrzeć bykiem i zaciskać pięści. Jednak bez obaw, wystarczyłoby, żeby Krzemiński odwrócił głowę, a wszyscy poodpadaliby od szyby jak martwe komary.

Tymczasem podniosły się głosy rozochoconych recydywistów, bo nie tylko Zuza musiała zdawać kolejny raz, że pan Krzemiński to faktycznie wybitny gnojek i znana ze swej złośliwości gadzina. Blondynka za szybą zrobiła minę, jakby coś o tym wiedziała, ale wygrał obowiązek.

– Drodzy państwo… Pani nie zdała dwanaście razy, ale przecież nie przez pana Krzemińskiego – usiłowała łagodzić. – Egzaminatorzy cięgle się zmieniają. Trzeba być wytrwałym…

– Wytrwałym?! Ale ten świniak odesłał mnie przy drugim zgaśnięciu waszego rzęcha! Graty nie samochody. – Zuza ponownie zaczęła się żołądkować. – Ledwie dotknąć, a silnik już zdycha. To jest śmieszne… Ktoś w tym kurniku w ogóle zdaje?! – Nabrała powietrza. – Zabiję gnojka, normalnie zaraz mnie ciężki szlag trafi!

– Już, już… – Kurnik najwyraźniej wstrząsnął panem Darkiem, bo choć instruktor nie czuł się kogutem, to jednak wystartował do Zuzy i wziął ją pod swe opiekuńcze skrzydła. Delikatnie, ale stanowczo, skierował podopieczną w stronę drzwi. – Jutro zapiszemy panią na kolejny termin, teraz trzeba się uspokoić. Proszę już nic nie mówić… – szepnął ostrzegawczo i na pożegnanie wyprostował usta w przepisowym uśmiechu.

Zuza musiała mieć jednak ostatnie słowo.

Odwróciła się w progu i, wciąż zaciskając pięść, wykrzyknęła:

– Zabiję!

Później swej zapalczywości bardzo żałowała, ale kiedy już pewne ciała stały się zimne i sztywne, było za późno. Nikt nie musiał zakładać fundacji „Pamiętamy”.

Scenę oglądało czternastu świadków.


Godzina była raczej niewyględna.

Fakt.

Ryszarda Kociołek wątpiła, aby pojawienie się u Misi ze spontaniczną wizytą o dziesiątej rano było szczytem kultury, postanowiła więc odczekać kwadransik i korzystając z cudownej pogody, pójść na spacer. Wcześniej zaparkowała na Akacjowej i wydobyła z bagażnika gigantycznych rozmiarów walizę, ponieważ nie mogła się pogodzić z myślą, że zostawia swoje najlepsze kreacje na pastwę złodziejaszków – ci nie odpuszczali nawet o tak daremnej porze i nawet na obrzeżach Parku Śląskiego, tego była pewna, bo kilku złodziei jednak w życiu poznała. Dzięki Hardemu, który, jak by nie patrzeć, trząsł całym śląskim półświatkiem.

A Misia BYŁA BYŁĄ żoną jej BYŁEGO faceta.

Kobietą świętą, która z powodzeniem mogła rywalizować z miłosiernym Samarytaninem albo Martą ochlapującą nogi Chrystusa. No, może z tym chlapaniem nóg to przesada, bo kiedy Misia dowiedziała się o romansie Hardego z Ryszardą, wystawiła nogi małżonka wraz z kadłubem za drzwi, ale wszystko odbyło się kulturalnie, bez żadnych niesmacznych scen. Co więcej – Misia nie miała do Ryszardy pretensji. Przynajmniej wyrażonych wprost. Uznała widać, że Hardy (jako zgnilizna moralna i rasowy przestępca) prędzej czy później i tak wywinąłby jej numer, więc lepiej, że z kimś, kogo znała, a nawet lubiła. Nie kryła przy tym obaw, że Ryszardę czeka podobny los, ale kto by myślał o losie, kiedy wszystko szło tak pysznie.

Na szczęście w życiu uczuciowym Misi pojawił się Igła, prawa ręka Hardego, co w dużym stopniu załagodziło sytuację. Przynajmniej dopóki Igła z pracownika nie przeistoczył się w amanta, a następnie w pracującego pod przykrywką glinę, który doprowadził do aresztowania swojego szefa.

Oj, działo się, działo…

Tyle że the end nie zmienił się w przypadku Ryszardy w happy end.

Na początku wierzyła, że aresztowanie Hardego to tylko taka gra. Że ukochany przygotował plan awaryjny, jak zawsze. Tymczasem mijały tygodnie, miesiące, potem minął rok, z roku zrobiły się dwa lata, a pieniądze topniały w zastraszającym tempie. „Na górze róże, na dole fiołki…” nie brzmiało już tak przekonująco. Co gorsza, urząd skarbowy położył łapę na wszystkich nieruchomościach i do kompletu uczepił się Ryszardy ZUS. Że wzywa ją do zapłacenia zaległych składek za pracowników. Jedyne trzysta piętnaście tysięcy czterysta dwadzieścia trzy złote i sześć groszy.

Pryszcz!

Tylko… Skąd ona niby ma wytrzasnąć taką kasę?!

I dlaczego Hardy tego nie uregulował?…

W firmie to ona zajmowała się papierami i choć księgowość zlecali na zewnątrz, później wszystko szczegółowo analizowała, oczywiście przymykając oko na pewne kwoty, lekutko naginane do rzeczywistości, ale gdzie się tego nie robi… Jednak płatnościami zajmował się narzeczony. Zwłaszcza płatnościami dotyczącymi pewnej spółki zapisanej na jej ojca. Hardy otrzymywał co miesiąc od swojej asystentki wykaz przelewów, ale pieczę nad licznymi kontami sprawował sam.

Taką miał zasadę, a ona ją szanowała.

Do czasu.

Bardzo szybko przekonała się jednak, że narzeczony na wolności a narzeczony w pudle to dwa różne rodzaje ukochanego. Ten drugi był mrukliwym i opryskliwym frustratem, choćby z tego powodu, że jego życie intymne toczyło się… w kratkę. Dodajmy, że odstępy między kratami były naprawdę duże. Tak duże, że zaczynało to doskwierać i jej, przecież nadal była młodą i atrakcyjną kobietą. A właśnie – to potwornie niesprawiedliwe, ale musiała ograniczyć wydatki na stroje, choć moda była nie tylko jej pasją (och, bez udawanej skromności, niektórzy uważali ją za czołową blogerkę polskiej modosfery), ale wręcz życiową filozofią.

Teraz dla przykładu – ciągnąc przez park walizę z całym swoim dobytkiem (została wyrzucona na bruk przez komornika!), mogłaby iść noga za nogą, upokorzona i zdruzgotana. Ale o wiele bardziej malowniczo prezentowała się w zwiewnej karminowej sukni, która idealnie podkreślała jej rude loki. Do tego buty ze sznurkami wokół łydek i jest sznycik i wdzięk. Bo jeśli już żegnać się ze światem, to tylko w kreacji Zienia!

Poza tym, bądźmy szczerzy, śmierć też powinna mieć swoją oprawę.

 

À propos śmierci i innych takich tam: gdzie niby miałaby pójść w obecnym stanie ducha, jak nie do kogoś, kto wspierał ją podczas całego pobytu Hardego w areszcie? Misia z pewnością znajdzie dla niej wolne łóżko, choćby z pościelą z kory. Przecież niedawno wprowadziła się do nowego domu, a co jak co, ale w takim domu musi być jakaś kotłowenka czy malusia piwniczusia z widokiem na ogród. Ryszardzie wiele nie potrzeba. Jeśli chodzi o telewizor, wystarczyłoby jej nawet osiemnaście cali, byle tylko wśród kanałów znalazło się Fashion TV.

Zaraz, przecież w ramach podziękowania mogłaby pomóc się Misi urządzić! Ostatnio Misia była w fatalnym nastroju, pewnie teraz nie ma głowy do aranżacji wnętrz. Igła wystawił ją do wiatru i ani myślał o przeprowadzce, bałwan. Dwa lata mydlenia oczu, tiu-tiu, a potem gadki o sikaniu do wspólnego kibelka, który z urządzenia sanitarnego urósł nagle do rangi symbolu. Że niby codzienność zabija wzniosłe uczucia. Dobre sobie!

Ryszarda westchnęła przejmująco i w zamyśleniu przeciągnęła walizkę przez trawnik, na obrośniętą krzakami ścieżkę. Tu przystanęła na moment, a kiedy obcasy pantofli na dobre ugrzęzły w runie, poczuła, że otwiera się przed nią jakaś upojna głębia, że odkrywa uniwersalną zasadę, co przeczyło opinii, że uroda i mądrość nie idą w parze. Jak nie idą, jak idą?… Zdarza się, że z miłości do grobowej deski zostaje tylko… deska klozetowa.

Proszę, jest myśl filozoficzna?

Jest.

I to jaka!

Ten galop egzystencjalnych myśli dobrze Ryszardzie zrobił. Wreszcie z siebie zadowolona, odetchnęła kilka razy, aż gumka rajstop uciskowych (walczyła z zakrzepicą) poważnie się naprężyła i konsultantka do spraw stylizacji poczuła w środku rozkosznie pikającą misję.

Tak, Misia zdecydowanie potrzebowała towarzystwa kogoś rozsądnego. A już na pewno nie zaszkodziłaby jej maleńka przebudowa wizerunku, od jakiegoś czasu ubierała się po prostu koszmarnie (koszule flanelowe i gumiaki!). Ryszarda nie zdążyła się nacieszyć myślą, jaki to nada życiu Misi sens, jak to życie odmieni barwami, fakturami i odpowiednią dietą, bo na pierwszy plan wysunęła się sprawa o wiele bardziej przyziemna.

Przekrzywione rajstopy.

Od dłuższego czasu czuła, że założone pospiesznie o poranku podążają w odwrotną stronę niż jej odnóża, a rajstopy uciskowe to nie jedwab i muślin, ale żelazna zbroja, która ma na celu poprawę krążenia. Jeśli taki sprzęt nosiłaby opisywana przez Sienkiewicza Jagienka, pośladkami rozłupywałaby nie tylko orzechy, ale i kamienie, z których śmiało można by wytwarzać kruszywo ozdobne. Jest tylko jeden problem: kiedy się to ustrojstwo źle założy, nie ma mowy o dyskretnym poprawieniu pończoszki.

Trzeba sprzęt zdjąć i naciągnąć na cztery litery od nowa.

Ryszarda wydobyła zatem nogi z gruntu, pobieżnie otarła listkiem obcasy i zyskawszy pewność, że nikt za nią nie idzie, skoczyła w gąszcz. A raczej usiłowała skoczyć, bo walizka ważyła tonę i łatwo się nie poddała. Niestety, od głównej alei rozbrzmiały czyjeś kroki, a że skrywanie się w gęstwinie miało jeszcze chwilę potrwać, a nawet wejść w fazę zasadniczą, Ryszarda z całych sił szarpnęła walizę i tłumacząc sobie w duchu z przekąsem, że Czerwony Kapturek też nie miał lekko – zanurkowała w zieleń.

Tak oto, brnąc wśród listowia i ściągając z włosów pajęczyny, dotarła do niedużej polany, która za chwilę miała stać się sceną ważnych wydarzeń.

Ale na razie wiedziała o tym jedynie opatrzność.

Póki co eksploratorka zieleni miejskiej rozejrzała się wokół i ustaliwszy, że miejsce cieszy się popularnością (na trawie dostrzegła dowód w postaci wyleżanego placka), postanowiła, że tutaj właśnie raz dwa upora się z problemem. A potem wróci na Akacjową, gdzie stanie w drzwiach i olśni Misię swoim wyglądem, którego nie zepsują falujące na jej nogach firany.

Z tym że „raz dwa” w praktyce oznaczało cały rytuał.

Kto ma żylaki, ten wie. Najpierw należało się położyć i zdjąć upiorne cud-rajstopki, a potem z wyciągniętymi w górę kończynami poczekać, aż odpłynie z nich krew. Dopiero wtedy można przystąpić do ponownego zakładania garderoby, co wcale nie jest proste, bo czynność utrudnia obrzydliwie zwarty materiał, z którym Ryszarda walczyła każdego dnia, oczywiście przeklinając przy tym na czym świat stoi. Dlatego do zakładania rajstop producent zaleca dokupić – tak, takie rzeczy się dzieją – metalowy stelaż… Stelażyk wyglądem przypomina „samolot” ginekologiczny i naprawdę bardziej kojarzy się z krowim porodem niż z seksownym nakładaniem bielizny, ale nie ma wyjścia. Na tym nie koniec. Żeby rajstopy przylegały do skóry, po wszystkim należy jeszcze wygładzić zagniecenia…

W jaki sposób?

Ryszarda już wyciągała z walizki ręcznik (nie położy się przecież na trawie – zbezcześcić Zienia chlorofilem?!), a następnie sięgnęła po… gumowe rękawiczki.

Najładniejsze, jakie znalazła w aptece.

Różowe.

Mocno pudrowane.


Komuś się tam w górze coś pomieszało.

Pory roku, na przykład.

Tegoroczne lato to nie było lato, to była rosyjska ruletka.

Jednego dnia słońce grzało tak, że człowiek marzył, żeby sczeznąć w najbliższym rowie, ale już następnego – z nieba sączył się niemrawy deszczyk, temperatura leciała na łeb na szyję i gdyby nie promocje bikini w sieciówkach, można by sądzić, że nadeszła jesień. Po kilku takich urokliwych dniach zza burych chmur wyskakiwało słoneczko, przemoczona natura wykrzykiwała z ulgą coś w rodzaju Yeah!, po czym cały scenariusz powtarzał się od początku, z zaskakującą dokładnością.

Oszaleć można.

Tym bardziej że Misia zaledwie przed dwoma miesiącami stała się posiadaczką własnego domu – a dokładnie parteru i piętra wraz z szopą, garażem, altanką oraz sporym ogrodem. Całość tuż przy Parku Śląskim. I to była dobra wiadomość. Zewsząd otaczało ją zielone, co po latach spędzonych w blokowisku stanowiło oszałamiającą odmianę. Na przykład taka kawa wypijana o poranku na osobistym tarasie pełnym hortensji. Co prawda za stolik robiły… sanki, ale kto by tam zwracał uwagę na szczegóły. Misię o wiele bardziej martwiło, że parter jak parter, ale remont należało zwyczajnie dokończyć. I to przed nadejściem zimy. Zimy poprzedzonej zwariowanym latem, a przecież powszechnie wiadomo, że prace remontowe plus wilgoć równa się grzybnia i reumatyzm.

Pocieszające, że dół po odświeżeniu ścian był właściwie gotowy, stało tam nawet kilka mebli plus nieczynny kominek i właśnie wczoraj nastąpiło doniosłe wydarzenie: Misia przywiozła na Akacjową swoje ostatnie rzeczy, a klucz do poprzedniego lokum przekazała nabywcy. Zostawiła mu w zasadzie wszystko, oprócz rzeczy osobistych i ubrań zabrała tylko laptopa, garnki, kilka talerzy i sztućce.

Chciała zacząć wszystko od nowa.

Nie przerażał jej fakt, że czas na wielkie początki wybrała, delikatnie mówiąc, średni. Ledwie pozbierała się po rozwodzie (banał: małżonek okazał się mafijnym bossem i zdradził ją z sekretarką, czyli z Ryszardą, którą znała i lubiła), sprawy znowu zaczęły się komplikować. Jej aktualny oblubieniec nie potrafił się określić, a po tym, jak wpompowała w kupno domu wszystkie oszczędności i pożyczkę od swojej przyjaciółki Zuzy, los znowu z niej zakpił. Właściciel lokalu, który dzierżawiły jako wspólniczki na studio urody Femina, tak podniósł czynsz, że musiałyby chyba pracować dwadzieścia godzin na dobę, żeby wyjść na swoje. Zwinęły więc interes i szukały nowego miejsca, co w połączeniu z pracami przy domu szło opornie.

Ale Misia się nie zrażała.

Kawa ze słoika po majonezie kieleckim smakowała wyjątkowo.

– Dziecino, musisz jak najszybciej kupić ekspres do kawy. – Zuza w kwestii napoju była nieprzejednana, jak to ona. Pociągnęła łyczek i wydęła usta w kształcie pulchnego różowego serca, ale zaraz spojrzała z czułością na migocące w słońcu stokrotki i rozchmurzyła się. – Ale ogród… bajka. Zobacz. – Pokazała z zapałem na prawo, mając już w głowie wizję przyszłości, bo była zapaloną ogrodniczką. – Tu się pierdyknie lawendę – oznajmiła słodkim głosikiem, co w zestawieniu z jej bezceremonialnym sposobem mówienia wywoływało uśmiech.

– Lawendę? – usiłowała wtrącić Misia. – A może lepsza byłaby maciejka?

– Lawendę. Całe morze lawendy, będzie pachniała oszałamiająco. Na razie zostają nam oczywiście sadzonki, ale w przyszłym roku… Tyle dobrze, że chociaż ścieżki masz wysypane kamyczkami… A tam się walnie warzywka. – Zuza dla odmiany wycelowała teraz energicznie palcem w okolice domku dla gości. – Takie dynie chociażby. Masz pojęcie? Wiesz, jak smakują dynie z własnego ogrodu?

– A właśnie. Wiesz, jak smakują… marchewki? – zagadnęła Misia i z trudem stłumiła westchnienie.

Temat Piotrka Marchewki, czyli osobistego komisarza Zuzy, jak nazywała go sama zainteresowana, stał się ostatnio równie gorący jak temat remontu czy zmiany siedziby Feminy. Komisarz po dwóch latach umizgów domagał się bowiem… ślubu, co jego wybranka przyjęła z właściwą sobie wzgardą, jak każdą próbę ograniczenia jej wolności. Zresztą wzgardy nie żałowała mu od chwili, kiedy się poznali, co nastąpiło dokładnie w dniu aresztowania Henryka vel Hardego – to właśnie Marchewka kierował śledztwem.

– Pietruszek czy tam marchewek i innej włoszczyzny mam jak na razie potąd. – Zuza przejechała palcem po czubku głowy i zaprezentowała język w odruchu wymiotnym.

Ale reakcja była chyba odrobinę przerysowana.

– Nie szkoda ci? Fajny ten Marchewka… Mikrusik, ale fajny. – Misia od dawna tłumaczyła, że polityka odciągania w czasie kiedyś się na Zuzie zemści.

– Mikrusik?! Kurdupel, a nie mikrusik. Facet sięga mi do biustu jak kijki do chodzenia…

– O, czyli jednak sięga, gdzie trzeba… Przesadzasz, jesteście tego samego wzrostu.

– …nordic walking! – Zuza nie dała sobie wytłumaczyć. – Jak facet jest z kobietą równy wzrostem, to znaczy, że jest niższy… Boże, a swoją drogą, czy marchewki to jedyne warzywa w całej wsi?!

– No tak, są jeszcze dynie…

– I w ogóle jakie małżeństwo? Co to w ogóle jest?!

– To związek dwojga… – zaczęła cierpliwie tłumaczyć Misia.

Zuza wzdrygnęła się tak, jakby w kawie zobaczyła pływającą muchę.

– A mój to co? Mój związek nie jest dwojga?! – Nie przestawała się pieklić. – Po co zaraz jakieś obietnice na śmierć i życie? I po jaką cholerę mieszać do tego państwo… Żebym mogła oficjalnie odebrać zwłoki?!

Misia z wrażenia odstawiła kawę.

A raczej odłożyła słoik na sanki.

– Słucham? – zapytała ze wzburzeniem.

– To był przykład. – Zuza machnęła lekceważąco ręką. – Oficjalnie wszystko może odbierać tylko żona. Postronnym nie wydają. Ani rzeczy, ani dokumentów… A może ja wolę być postronna, co? Nie wolno mi?

– Ale skąd… zwłoki? – Misia popatrzyła bezradnie na przyjaciółkę.

– Marchewka jest policjantem, czy nie jest? – żachnęła się Zuza. – Jest. Resztę dośpiewaj sobie sama. Ryzyko zawodowe na przykład.

– No, nie… – Misia wzniosła oczy do nieba, które w końcu przestało przypominać brudny basen: na jego skraju pojawił się jaśniejący kawałek błękitu, co pozwalało mieć nadzieję, że dzień będzie jednak piękny. – Czyli, ot tak, naturalną koleją rzeczy przeszłaś od ślubu do pogrzebu? – zapytała, kręcąc z dezaprobatą głową.

Zuza nigdy sobie nie żałowała. Jeśli już coś robiła – koniecznie z rozmachem. A jeśli w efekcie po tych zamaszystościach nie zostawał w okolicy ślad życia? Co z tego? Przynajmniej miał postać prekambryjskich skamielin, zawsze to jakaś wartość dodana.

Teraz Zuza również nie widziała w swoim słowotoku niczego niestosownego.

– Zawsze trzeba myśleć trzy kroki do przodu – wyjaśniła ze wzruszeniem ramion, aż zza ucha wyskoczył jej ciemny pukiel włosów. – Poza tym to kazirodztwo… Pół życia patrzenia, jak taki je, jak gapi się w komputer albo w telewizor… Czym się tu podniecać, skoro w kółko to samo?! Taki facet po dwudziestu latach wspólnego życia to jest bardziej jak brat, a nie jak mężczyzna! Kazirodztwo, zwykłe kazirodztwo…

– Ty się po prostu boisz. – Misia strzeliła w przyjaciółkę odkryciem i zajrzała jej w oczy, ale Zuza nie pozwoliła się zbić z tropu.

– Jakie boisz? – zaprotestowała. – Twardo stąpam po ziemi, ot co. Jestem realistką! Wiesz, ile wynosiła średnia życia, kiedy wymyślono małżeństwo? Czterdzieści lat! – wykrzyknęła z satysfakcją i rzuciła się na wafelki holenderskie, które spoczywały przed nimi na gazecie. – Nie wspomnę już o tym, że na dwa śluby przypada obecnie jeden rozwód. O, pardon… – Przycichła na chwilę, gryząc się w język.

 

– Nic, nic – rzuciła lekko w odpowiedzi Misia, ale Zuza przezornie postanowiła zmienić temat.

– À propos katastrof… Oblałam – wyznała, wracając myślami do dzisiejszego poranka.

– Niemożliwe. Znowu?!

Zuza już dwunasty raz podchodziła do egzaminu na prawo jazdy i zdaje się, że w tutejszym ośrodku ruchu drogowego zanosiło się na mały rekord Guinnessa. Prowadzić uwielbiała, ale jej skłonność do przesady była widoczna i w tej dziedzinie. Jeździła na pełnym gazie. I zwykle na czwórce albo na wstecznym, i dziwiła się, że oczekiwano od niej równowagi. Dopiero teraz stało się jasne, dlaczego przyjaciółka dotarła dziś na Akacjową wcześniej niż zwykle, egzamin miała przecież o ósmej!

– Czy możemy na to zdarzenie spuścić pierniczoną zasłonę milczenia? – spytała Zuza wojowniczo, po czym, jakżeby inaczej, przeszła do szczegółów i opisała Misi przebieg poranka. – I normalnie kiedy ten rzęch zgasł, poczułam, że zaraz wyciągnę z torebki tasaczek i zarządzę wiosenne porządki – zakończyła uruchomiona na dobre. – Myślałam, że Krzemińskiego zabiję. To ten dzisiejszy egzaminator… Przecież gad wie, że wszystkie auta na placu nadają się tylko do kasacji. Ale, nie, nie mógł mi darować! Jak można?! Przecież są granice chamstwa i muzyki góralskiej…

– To może… zrezygnujesz?! – zasugerowała nieśmiało Misia, uśmiechając się pod nosem, bo doskonale wiedziała, co usłyszy. – Albo chociaż zrób sobie przerwę. Jak ktoś napiera, często się nie udaje. Dopiero jak sobie człowiek odpuści…

– Odpuści? I co, mam ciągle kogoś prosić o podwózkę? Poza tym… Ja kocham prowadzić! – wyrzuciła z siebie naprawdę zrozpaczona Zuza, po czym, nie wiedzieć czemu, spojrzała takim wzrokiem na garaż sąsiada, Luka Lucateau, że Misia poczuła z tyłu głowy dziwne mrowienie.

A kiedy czuła dziwne mrowienie, coś było na rzeczy.

Przerabiała to już tyle razy, że nie miała wątpliwości.

Pytanie tylko: CO SIĘ, DO DIABŁA, ZNOWU KROIŁO?

Kombinowała właśnie, jak pociągnąć Zuzę za język, kiedy z willi naprzeciwko wyprysnął jej nowy sąsiad i Misia mimowolnie rozpłynęła się w uśmiechu. Za płotem stał Francuz we własnej osobie. Wesolutki jak bocian na wiosnę. W ceglastym pulowerku i spodniach w granatowo-białą kratę. Pomachał do nich okularami słonecznymi i z udawaną emfazą, bo uwielbiał się przekomarzać, zakrzyknął:

– Bonjour, kobiety! Miło widzieć je o taki ranek.

– Ciebie również – odparła Misia i zachęcająco wskazała na sanki. – Może kawy?

– Nie mam czasa, pardon. – Luk podrapał się po zakrzywionym nosie, który upodabniał go do imiennika z kreskówek, Lucky Luke’a. Naprawdę się zmartwił. – Dużo rzecz robienie mam dzisiaj. Ale wpadcie wieczór do restauracja. Zapraszam bardzo. Dwadzieścia godzina. Będzie coq au vin… Znacie się?

– Że co? – mruknęła pod nosem Misia, ale Zuza ruszyła z odsieczą.

– Hello! – Już odmachiwała na powitanie, mało sobie przy tym nie nadwyrężyła ręki, taką miała do Francuza słabość.

Zresztą, trudno się dziwić.

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zdążyli się we trójkę całkiem dobrze poznać, a nawet zawrzeć sąsiedzką przyjaźń, co nie było trudne, bo Luk był zabawnym i niekonfliktowym facetem, a do tego… Wybornie gotował! One pomogły mu się więc przedrzeć przez gąszcz polskich przepisów sanitarnych i otworzyć rodzinną restaurację, a on wspierał je w pracach budowlanych. I choć poza wspólnymi kolacyjkami niewiele z tego wynikło (Francuz nie umiał nawet porządnie wbić gwoździa), nie mogły mu odmówić zapału. A zapał i osobnik płci męskiej – wiadomo. Rzadki zbieg okoliczności. Trzeba sobie cenić.

– On pyta, czy jadłyśmy kiedyś coq au vin, a nie czy piję kawę ze słoika z obcą babą – wyjaśniła na stronie Zuza i również wyszczerzyła w uśmiechu zęby. – Coq au vin?! Wspaniale. Czyli o dwudziestej! Jesteśmy umówieni…


Komisarz Piotrek Marchewka czuł się potężnie sfrustrowany.

Do tego stopnia, że od rana walczył z bólem głowy.

A wszystko dlatego, że pierwszy raz w życiu spotkał kobietę, która nie chciała wić gniazda! Było to zjawisko tak wyjątkowe, że nawet węszył małe oszustwo – kobiece sztuczki, wiadomo – chociaż w duchu wyzywał się od paranoików i zawodowych zboczeńców. Traktować własną dziewczynę jak podejrzaną? A jednak. Może Zuza tylko tak mówiła, a naprawdę pragnęła stabilizacji, bo która kobieta nie chce zatrzymać faceta na dłużej…

One przecież ZAWSZE chcą NA ZAWSZE.

Owszem, do niedawna temat rodziny przewijał się w tle i Zuza nie protestowała, kiedy roztaczał przed nią wizję wspólnej przyszłości: słodkich maleństw dokazujących pod stołem, przy którym ona i on będą się trzymać za ręce i napawać ciepłem domowego ogniska. Ale mniej więcej pół roku temu zaszła niepokojąca zmiana.

Kobieta jego marzeń zaczęła się krzywić.

O dzieciach nie mówiła inaczej niż… bachory (co za paskudne słowo!). A jeśli tylko w pobliżu rozbrzmiewało jakieś kwilenie lub krzyk czy też dolatywały ich dźwięki dziecięcej zabawy, jego wybranka zarządzała odwrót („Znowu drą ryje!”). Nawet ostatnio, kiedy planowali wyjazd w góry, Zuza kategorycznie domagała się, żeby wybrać „pensjonat dla dorosłych”. Żeby nie musiała znosić porannych wrzasków. Dla dorosłych?! Nawet nie wiedział, że takie ośrodki istnieją. Z przekąsem zapytał, czy są też pensjonaty dla dzieci, a wtedy usłyszał… Usłyszał, że owszem, są i nazywają się… DOMY DZIECKA. Po raz pierwszy odkąd byli parą, Marchewka nie wiedział, co powiedzieć. Zamurowało go. Żartować z takich spraw?! Zuza w odpowiedzi zarechotała po swojemu i rzuciła, żeby się tak nie ekscytował, bo to jedynie próbka czarnego humoru, nic więcej. Ale niesmak pozostał. Później usiłowała tłumaczyć, że wścieka ją, kiedy widzi, że dzieci są coraz bardziej rozpuszczone, a rodzice ogłupiali, że nawet w knajpach nie ma spokoju…

Tylko co on ma sobie myśleć?

Przecież Zuza nie jest zimną suką.

Bywa trochę ekscentryczna, ale na pewno drzemią w niej olbrzymie pokłady wrażliwości.

– Panie komisarzu… – padło z ust szefowej i Marchewka musiał wrócić na ziemię.

Jego nowa przełożona, na oko kobieta po czterdziestce, w wielkim czarnym fotelu wyglądała jak sowa na gałęzi; zajmowała tylko brzeg mebla, taka była drobniutka.

Ale duże i bystre oczy świdrowały to jego, to stojącego obok Igłę.

I raczej nie było w nich zamiaru objęcia ochroną rzadkich gatunków.

– Tak, słucham, pani prokurator.

– Proponuję słuchać z większym zrozumieniem… Macie znaleźć na faceta kwity, nie muszę chyba szczegółowo tłumaczyć?… Chcę zobaczyć na tym biurku – tu dziabnęła chudziutkim palcem w blat – dokumentację. Rzetelną dokumentację, która pozwoli mi napisać akt oskarżenia i kolesia posadzić. Daję wam najwyżej półtora miesiąca. Jasne?

Marchewka zerknął badawczo na kumpla, bo za cholerę nie miał pojęcia, o co w tym zoo chodzi. Na szczęście Igła udowodnił ich przynależność do homo sapiens.

Zamknął usta.

– Jakieś pytania?

Zgodnie pokręcili głowami.

Taki chudziutki, kościsty paluszek to jednak kiepska sprawa. Szybko może się znaleźć w czyimś zadku i zanim człowiek zdąży przeanalizować sytuację, już wylatuje z roboty, zwłaszcza teraz, po zmianie rządów.

– A zwróciłam się z tym do was, ponieważ… – Tu zrobiła efektowną pauzę i zahukała z satysfakcją: – Zdaje się, że macie wspólną znajomą na… Akacjowej?

Proszę, proszę, ktoś tu się przygotował.

Na korytarzu wymienili się spojrzeniami i wszystko stało się jasne.

Jasne, pełne i długo warzone.

Bez piany nie ma rozmowy, wiadomo, a jedno piwko to jak zero piwka, zresztą niedługo i tak zjedzą obiad, rozpuści się. Wylądowali zatem na Mariackiej, gdzie mieli swój ulubiony ogródek. Widok na ulicę niezakłócony, obsługa dyskretna, a odległości między stolikami na tyle duże, że nie musieli szeptać nad kuflem. O, i pogoda robiła się ładna.

Żyć nie umierać.

– Piotruś, a co ty byłeś taki zamyślony u tej Przepiórek? – Igła otarł usta i wyciągnął się z lubością na krześle.

Dobrze im się razem pracowało, choć początki były trudne. Marchewka poznał Igłę jako prawą rękę Hardego, o jego tajnej misji wiedziało zaledwie kilka osób, i to na samej górze, dlatego trudno się dziwić, że nie od razu zostali przyjaciółmi. Wtedy. Bo dzisiaj sprawy miały się zupełnie inaczej.

– Przepiórek? Czyli jednak ptactwo – parsknął Marchewka. – Od początku zajeżdżała mi sową.

– Słusznie, najmądrzejsza w całym lesie – zgodził się Igła. – Ale chyba nie myślałeś o ptakach?