Las i ciemnośćTekst

Z serii: Kryminał pod psem #8
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Koordynacja projektu

NATALIA STECKA

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

ISBN 978-83-271-6048-5

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

.

KRYMINAŁY POD PSEM

• Tajemnicza śmierć Marianny Biel

• Zbrodnia nad urwiskiem

• Strzały nad jeziorem

• Zło czai się na szczycie

• Morderstwo w hotelu Kattowitz

• Trup w sanatorium

• Wypocznij i zgiń

• Las i ciemność

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Od autorki

Motto

Mapa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Marii. Zamiast pomnika

Płaska – wieś w Puszczy Augustowskiej – jak i śluza Paniewo na Kanale Augustowskim – gdzie osadzona jest akcja powieści – istnieją. Donoszę jednak, że przemodelowałam opisywaną okolicę na potrzeby fabuły. Postacie występujące w książce są fikcyjne i nie mają pierwowzorów w rzeczywistości (prócz Gucia oczywiście). Także wydarzenia opisane w Lesie i ciemności zostały całkowicie zmyślone. Choć drewniany krzyż ze złowieszczą inskrypcją spotkałam kiedyś na swojej drodze w podlaskiej głuszy...

Autorka

Las na zawsze pozostanie

Domem twoim aż po grób.

Choćbyś tego bardzo nie chciał,

Serce, duszę oddasz mu.

Napis na przydrożnym krzyżu w Puszczy Augustowskiej


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Teraz

Mirela Bąk od początku była zdania, że to nietrafiony pomysł. Spływ kajakowy! I biwakowanie nad jeziorem z czworgiem – powiedzmy to sobie szczerze – nie najlepiej wychowanych dzieci. Na taki sposób spędzenia urlopu mógł wpaść tylko jej mąż. Ona nie miała nic do gadania. Sugestię, że może by tak do Chorwacji na all inclusive, jak cywilizowani ludzie (dajmy na to Chrobakowie z klatki obok), mogła sobie darować. Wniosek nie tyle został odrzucony, ile w ogóle go nie rozpatrzono.

I teraz tkwiła w rozchybotanym kajaku, ramiona omdlewały jej pod ciężarem wiosła, a do tego wyglądała niczym czerwona latarnia. Jakby wyskoczyła z osławionej dzielnicy Amsterdamu. Bynajmniej nie dlatego, że przypominała kuszącą niewiastę prężącą się w bieliźnie na wystawie domu uciech. Trzeba jasno zaznaczyć, że Mirela takowej nie przypominała. Kusząca wprawdzie była, jednak tylko dla komarzyc, które traktowały ją na podobieństwo dojnej krowy. Bąk była więc cała w bąblach i już sama nie wiedziała, czy jej cera szkarłaci się od użądleń czy od skutków działania promieni słonecznych. Każdy centymetr ciała swędział ją i piekł.

I jeszcze wisienka na torcie: cholerny Karolek, z którym dzieliła tę niegodną zaufania łajbę. Po pierwsze, był stanowczo za gruby, więc kajak z ukochanym dziecięciem na pokładzie ważył chyba z tonę. Już dawno powinna żarłokowi ograniczyć dostęp do lodówki. Jak tak dalej pójdzie, będzie przypominał jednego z tych amerykańskich bachorów, które wsuwają frytki nawet na podwieczorek, twierdząc, że to ich codzienna porcja warzyw. Mirela coś o tym wiedziała, ponieważ w telewizji państwowej obejrzała reportaż, który przestrzegał przed skutkami ślepej fascynacji zgniłym Zachodem.

Syn Bąkowej był do tego leniwy jak buła z margaryną.

– Wiosłuj, kochanie – przemówiła do latorośli. – Prawo, lewo, prawo, lewo. – Próbowała zagrzać syna do pracy.

Równie dobrze jednak mogłaby namawiać swojego starego, żeby wreszcie zaczął używać dezodorantu.

Jak grochem o ścianę!

Machała więc, samotnie ciągnąc tę karawanę. Z ulgą dostrzegła śluzę. To chyba ta największa na Kanale Augustowskim. Zanim woda przeleje się między komorami i wyrówna poziom, Mirela będzie miała trochę czasu, żeby odpocząć. Oby tylko Karolek siedział spokojnie i nie wpakował ich do kanału. Przyjrzała się synowi. Wydawało jej się, że zasnął. To nie byłoby najgorsze rozwiązanie. Przynajmniej nie narobi spustoszenia. Aby sprawdzić, czy się nie myli, uniosła pagaj i jego końcówką szturchnęła dziecię w tłuściutki bark. Karolek ocknął się, powiercił i znów zapadł w błogi sen.

Dobra nasza!

– Paniewo! – wrzasnął ten dureń, jej ślubny.

Jakby nie miała oczu i nie widziała.

– Cicho! – fuknęła na męża. – Bo obudzisz syna.

Mirela Bąk naprawdę chciała już odsapnąć. Uznała, że im prędzej znajdzie się przy śluzie, tym szybciej będzie mogła zaniechać uwłaczającej gimnastyki. Wytężyła więc siły i wyprzedziła dwa kajaki, w których siedzieli parami pan Bąk z Krzysiem oraz najstarsza progenitura: Andżela i Brajanek. Nawiasem mówiąc, Mirela dopiero przy trzecim dziecku zdołała wyperswadować mężowi nadawanie potomkom spolszczonych angielskich imion, stwierdziła bowiem, że za ich sprawą Bąkowie nie przeobrażą się nagle w rodzinę królewską. Bliżej im było do Addamsów, ale tego już głośno nie mogła powiedzieć. Wprawdzie stary aluzji i tak by nie zrozumiał, ale tym bardziej mógłby Mirelę – przez tę wytkniętą mu niewiedzę – palnąć w ucho. Nie pierwszy raz i nie ostatni.

Bąkowa pruła taflę Jeziora Krzywego, wyobrażając sobie, że zostawia rodzinę nie tylko parę metrów za sobą, ale zostawia w ogóle. Cóż to było za wspaniałe uczucie!

Ten tyran, jej mąż, zbudził ich dzisiaj bladym świtem i zagonił do wiosłowania, twierdząc, że nie ma czasu nawet na śniadanie.

– Potem będzie tłum! – orzekł. – A tak popływamy w spokoju.

Kiedy więc Mirela docierała do wrót śluzy Paniewo, była piekielnie zmęczona, wściekła, a do tego głodna. Nic dziwnego, że mało jej szlag nie trafił, gdy spojrzała na zegarek.

– Siódma trzydzieści! – warknęła.

Jak się już zdążyła przekonać, te dziewiętnastowieczne konstrukcje, zbudowane na drodze wodnej o długości ponad stu trzech kilometrów (tak, Mirela przed wyjazdem odrobiła zadanie domowe), uruchamiano dopiero o ósmej rano. Czekało ich więc upojne pół godziny pod śluzą.

Bąk dobiła do brzegu, wyczłapała na ląd, pozostawiając pochrapującego Karolka samemu sobie, i poszła szukać śluzowego. Poprzysięgła sobie, że jeśli ten gamoń jeszcze nie stawił się w robocie, własnoręcznie pokręci metalowymi korbami i przesunie wrota. To nie mogła być żadna filozofia.

Ruszyła lewą stroną wzdłuż kanału. W kajaku nie było sensu wkładać butów, bo i tak zaraz by się przemoczyły, więc teraz patrzyła pod nogi, żeby boso nie stąpnąć na żaden kamień zalegający na wydeptanej w trawniku ścieżce. Budka śluzowego stała na drugim brzegu. Wyglądała jak domek krasnala z niewielkimi okienkami, w których fikuśnie upięto firanki. Na drewnianej ścianie pomalowanej na ciemnobrązowo przywieszono dwie tabliczki: jedną czerwoną, drugą niebieską. Z tej odległości Mirela nie potrafiła odczytać, co na nich napisano. Weszła na wąską kładkę umieszczoną na ruchomych, teraz zamkniętych na głucho skrzydłach śluzy, by przedostać się na drugi brzeg. Kątem oka zauważyła coś dziwnego. Coś, czego w komorze wodnej być nie powinno.

 

Zwolniła kroku. Instynkt powstrzymywał ją przed zerknięciem w dół. Uparcie patrzyła przed siebie. Napotkała wzrokiem mosiężną tabliczkę przywieszoną na murze przy jazie. Mirela dowiedziała się z niej, że znajduje się właśnie na śluzie Paniewo, która została odbudowana w latach 1973–1978.

Zmysły kobiety się wyostrzyły. Słyszała poranny świergot ptactwa w przybrzeżnym listowiu i plusk wody odbijającej się lekko od wyłożonych kamieniami brzegów. Mimo wczesnej pory czuła przyjemny zapach rozgrzanego słońcem drewna. I zmurszały swąd wilgoci ciągnący od jeziora. Zieleń okalającej Paniewo Puszczy Augustowskiej oślepiała swą lipcową intensywnością.

Mirela nieśpiesznie, jak na zwolnionym filmie, odwróciła głowę w prawo. Utkwiła wzrok w czymś kolorowym o nieokreślonym kształcie. To coś unosiło się na powierzchni wody.

Bąkowa nie miała wątpliwości, że patrzy na zwłoki.

Wrzask poniósł się echem po okolicy, płosząc parę kormoranów przysiadłą na brzegu jeziora Paniewo. Nawet bielik ukryty w gałęziach pobliskich drzew zerwał się do lotu. Tego jednak kobieta nie zauważyła. Zamazał jej się obraz przed oczami. I dopiero po chwili dotarło do niej, że ten ogłuszający, z każdą sekundą coraz bardziej ochrypły krzyk wydobywa się z jej gardła.

Rozdział 1

Po pierwsze primo: coco jambo i do przodu[1]

Teraz

Przed bramą familoka rżnęła orkiestra. Nie nazbyt fachowa. Stwierdzilibyście to w trzydzieści sekund spędzonych na przysłuchiwaniu się tym rzępołom. Potem moglibyście umknąć bezkarnie w siną dal, chroniąc tym samym swoje radary przed nieodwracalnymi zniszczeniami. Moje nieszczęście było podwójne. Po pierwsze, po bokach czarno-rudej łepetyny wyrosły mi uchole przypominające żagle, więc siłą rzeczy dotkliwiej cierpię z powodu hałasów. Po wtóre zaś, nie miałbym możliwości, tak jak wy, dania nogi.

Ponieważ ja tu mieszkam.

W dotkniętej muzyczną zarazą bramie pod sto trzynastką na ulicy 11 Listopada w Chorzowie.

Sytuacja przypominała jako żywo tę, gdy pewna pani polityk poradziła niezadowolonym wyborcom, by się udali na wieczną emigrację. Wtedy byłem zdania, że to ona powinna się wyprowadzić, a nie miliony robionych w bambuko obywateli. I teraz – analogicznie – uznałem, że to nie ja powinienem stąd wiać, tylko te Paganinie dla ubogich. To mój rewir! Nie po to obsikałem na Cwajce, czyli w drugiej dzielnicy naszego miasta, każdy róg przeżartych sadzą familoków, każdy rozbebeszony przez okolicznych meneli hasiok i osprejowany niebieskimi emblematami Ruchu Chorzów murek, żeby mnie teraz wydziedziczali. Wskoczyłem więc na parapet uchylonego okna naszego pogrążonego w rozpierdusze remontowej mieszkania na ostatnim piętrze.

I zawyłem.

Głos mam donośny, więc trubadurzy z chodnika na chwilę zwątpili. Ten z akordeonem uwieszonym na brzuchu zgubił kilka taktów marsza Mendelssohna (bo to właśnie tę melodię próbowali wyartykułować), a wtórującemu mu skrzypkowi zadrżała ręka ze smyczkiem, co wywołało kakofonię gorszą od tarcia paznokciem po szkolnej tablicy. W obliczu tej niesubordynacji towarzyszy gitarzysta opuścił instrument wzdłuż ciała, mlasnął potępieńczo i zapytał:

– Długo tak jeszcze mamy koncertować?

Koncertem to ja bym tego skowytu nie nazwał. Grunt jednak, że ktoś jest z siebie zadowolony.

– Ja[2] – odparł mu na to ten od harmoszki. – Póki ta dziołcha nie wylezie.

Mianem „tej dziołchy” określił zapewne moją przyjaciółkę Różę Kwiatkowską.

Dziennikarka jak zwykle była źródłem kłopotów. Tym razem muzycznych.

– Pierońskie podciepy, biercie mi sie stąd, bo psem poszczuja i wos zaroz bajsnie w rzyć![3] – wydarła się z parteru Brygida Buchta, gospodyni naszej kamienicy.

Gdybym potrafił, tobym jej bił brawo.

– Nie mogymy – powiadomił nas akordeonista.

– A to niby czemu? – chciała wiedzieć Buchtowa.

I ja też.

– Bo łona nam zapłaciła – wyjaśnił muzyk. – Ta, co sie tak gupkowato mianuje. Kwiatkowsko! – Przypomniał sobie.

– Za to? – Brygida Buchta nie mogła uwierzyć. – Jo cie zaroz, synek, spiera po facy, jak mi nie przestoniesz fulać! Róża może mo lekkie ipi, ale gucho nie jest![4] – zawyrokowała.

Nie zgodziłbym się z przedmówczynią. W mojej opinii ipi Róża miała całkiem spore, a na ucho nadepnął jej nie tyle słoń, ile całe stado dinozaurów! Szybko też wyszło na jaw, że mam rację.

– Panowie! – Głos Kwiatkowskiej dobiegał z piętra ulokowanego między mną a gospodynią. – Tak pięknie gracie. Dlaczego przestaliście? – Dziennikarka wystawiła udekorowaną papilotami głowę przez okno i podejrzliwie lustrowała okolicę.

– Bo ten chachor sam wajo[5] – wytłumaczył właściciel harmoszki.

Tylko fakt, że nie jestem kocimoczem i na sucho by mi nie uszedł skok z drugiego piętra, powstrzymał mnie przed reakcją na tę niewątpliwą zniewagę. Moim odwiecznym wrogom nic by się w analogicznej sytuacji nie stało, bo albo by spadli na cztery łapy, albo wykorzystali jeden ze swoich dziewięciu żywotów, i dalej zatruwali mi egzystencję.

– I nos zagłuszo – dodał mężczyzna.

Róża nie zdążyła ustosunkować się do tych kłamliwych rewelacji, ponieważ w tle pojawiła się nowa przeszkoda akustyczna. Otóż z wnętrza mieszkania Kwiatkowskiej dobiegło warczenie wiertarki, z którym nie były w stanie wygrać nawet moje struny głosowe.

Buchtowa też mogła sobie darować (choć nie darowała) to „won mi stąd, gizdy pierońskie[6]!”, bo muzykanci wreszcie zrozumieli, że nic tu po nich. A że mieli zapłacone z góry, czym prędzej umknęli w stronę ulicy Stabika i z pewnością zasiedli w barze Olimp przy zimnym piwku, należnym im po ciężkiej szychcie.

Uznałem, że zaraz będą mnie musieli odwieźć do Tworek. Przecież takiego larma żaden zdrowy na umyśle pies nie byłby w stanie znieść. Hałas nie ustawał już trzeci tydzień, od kiedy do naszych drzwi zapukała (jedynie z miesięcznym opóźnieniem i zapewnieniem: „kierowniku, będzie pan zadowolony”) ekipa budowlana. Szymon Solański, mój pan, a zawodowo właściciel jednoosobowej agencji detektywistycznej Solan, wynajął ją, by dokonała przekształceń w naszym kwadracie. Krótko mówiąc, miała się przebić przez podłogę do znajdującego się pod nami mieszkania Róży, żeby zrobić jedno dwupoziomowe lokum. Nie chciałbym uchodzić za sceptyka, ale wspomnicie jeszcze moje słowa: to się nie miało prawa udać! Z wielu względów.

Jako że w powszechnym mniemaniu dzieci i psy głosu nie mają, mogłem sobie udzielać dobrych rad do woli. Absolutnie nikt nie zamierzał z nich skorzystać. A cierpieć będziemy potem wszyscy.

– Idziemy! – Z łazienki, w połowie wypełnionej gruzem, wyłonił się mój właściciel co się zowie i klepnął rozpostartą dłonią w udo.

Dwa razy nie musiał mi powtarzać. Wolałbym się teraz znaleźć choćby na Księżycu.

Wypruliśmy na klatkę schodową. Uniosłem kikut tylnej lewej łapy i siknąłem na szczeble poręczy. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tych upiększeń, którymi zapaskudziła nam sień Róża. Co drugą drewnianą belkę przewiązała satynową białą kokardką, a stopnie posypała brokatem. To pobłyskujące świństwo przyklejało mi się do poduszek. A już nawet nie powtórzę, jaką wiązankę puściła Brygida Buchta, gdy zobaczyła ten maras. Kwiatkowskiej jednak nikt nie był w stanie przemówić do rozumu. Upierała się, że postępuje wedle tradycji, która nakazuje przyszłej pannie młodej przygotować się w ten sposób do najważniejszego dnia w jej życiu (i najwyraźniej w życiu sąsiedztwa też). Donioślejszego nawet niż wstąpienie Polski do NATO czy tej całej Unii Europejskiej, z której i tak pewnie niedługo nas wykopią, o co nie będziemy mogli mieć pretensji do nikogo prócz siebie samych.

– Wychodzę za mąż! – darła się właśnie oblubienica, co usłyszeliśmy wyraźnie, mimo że oddzielały nas od niej drzwi oraz bariera akustyczna w postaci budowlanego rumoru. – Ja, Róża Kwiatkowska, biorę ślub! Nareszcie! – ryczała nasza przyjaciółka.

Nabrała tego zwyczaju, odkąd odkryła, że do wesela zostało już niewiele ponad miesiąc. Po nieśmiałych napomykaniach Solańskiego, żeby wyrażała swą radość nieco ciszej, omal nie odwołała imprezy.

– Jeszcze nie włożyłeś mi obrączki na palec, a już próbujesz tłamsić moje ja? – zapytała.

Szymon stłamsił w zastępstwie coś niemiłego, co miał na końcu języka, i nie wracał już do tematu. Za to zwiększył częstotliwość i długość spacerków. Byłem na tak.

Wskoczyliśmy do zaparkowanej przed bramą skody fabii wspartej zderzakiem o skrzynkę elektryczną i ruszyliśmy z piskiem opon. Moje zadowolenie malało z każdym przebytym kilometrem. Pamiętacie, że mówiłem coś o Księżycu? Prosiłbym, by mnie natychmiast tam wyekspediować, bo to, co miało być moim wybawieniem od sajgonu na Cwajce, okazało się zgubą.

Z ulicy Katowickiej skręciliśmy w prawo w 3 Maja. A potem – wiedziałem, no po prostu wiedziałem – w lewo w Żołnierzy Września. Osobiście nie znam żadnego żołnierza, wrześniowego czy choćby nawet czerwcowego, dlatego chciałbym już przestać być zmuszany do ciągłego ich upamiętniania i odwiedzania przynajmniej dwa razy w roku. Jeśli nie częściej! Nie myślcie, że mam coś do wojaków. To pewno były zacne chłopy. Po prostu na tej ich ulicy stoi przybytek, który mi się śni w najgorszych koszmarach: kaźń doktora Dłutki! W KRS-ie wpisali ją pod nazwą Przychodnia Weterynaryjna Psia Kostka.

Psia mać, chciałoby się rzec, ale że jest się dobrze wychowanym, to się zmilczało i tylko usztywniło łapy w nadziei, że ten manewr udaremni Solańskiemu transport sfrustrowanego pacjenta do wnętrz kliniki.

Muszę rozczarować tych, którzy trzymali za mnie kciuki.

W progu odpicowanego architektonicznie miejsca tortur przywitała nas recepcjonistka z czarną kitą. I tylko ze względu na to dziewczę starałem się stłumić nadciągającą histerię. Ze wstydem muszę przyznać, że nie do końca się powiodło. Właśnie w momencie, gdy próbowałem staranować rząd krzeseł i przeniknąć przez szybę ku wolności, z korytarza prowadzącego do cel zwanych gabinetami wyłonił się mój oprawca. Przyczłapał w tym swoim zielonym fartuchu noszącym ślady zapachowe wielu zbrodni na mych braciach psowatych (o kocimocze się nie troszczę, a niechby im weterynarz pogmerał we wnętrznościach, ile jego chora dusza zapragnie). Stanął na środku poczekalni i rozejrzał się wkoło. Przez mikrosekundę żyłem jeszcze ułudą, że uda mi się wcisnąć pod kieckę jednej pani (która przycupnęła na szarym siedzisku, a na kolanach trzymała małe, pomarszczone wstrętne coś, co się później okazało mopsem) i nie zostanę zauważony. Doktor Dłutko niestety nie takich cwaniaków jak ja w życiu przerabiał. Poczułem tylko, że chwyta mnie za zadek i wyciąga z kryjówki.

– A, ten mopsik na korektę podniebienia, prawda? – Zaczepił właścicielkę do niczego nieprzydatnej odzieży i szpetnego psa. – Zaraz się wami zajmę – obiecał. – Tylko najpierw rozprawię się z Guciem.

Czyli ze mną.

Nie czułem się na siłach protestować. Zresztą tak głęboko zadumałem się nad wspomnianą korektą podniebienia, że nawet nie zauważyłem, kiedy znalazłem się w gabinecie na zimnym metalowym stole, który przytwierdzono krótszym bokiem do ściany i rozkładano, gdy tylko tego zwyrodnialca nachodziła ochota, by poznęcać się nad mnie podobnymi.

Zastanawiałem się, o co chodzi z tym podniebieniem. Czyżby doktor Dłutko przekwalifikował się na chirurga plastycznego? Z ekonomicznego punktu widzenia nie byłby to najgorszy pomysł. Słyszałem, że ci od pompowania ust i wygładzania zmarszczek jadem kiełbasianym (cóż za marnotrawstwo surowca!) zarabiają krocie. A jeśli Dłutko także mnie zamierzał przemodelować facjatę? W ramach treningu? Musiałem mu jak najprędzej zakomunikować, że jestem zadowolony z mojej paszczęki, więc niechaj schowa skalpel i da żyć!

– No co tam tym razem, młody człowieku? – Doktor zwrócił się do Solańskiego i pogłaskał mnie po łepetynie wyślizganej od powtarzania tej czynności przez wszystkich, którzy tylko zobaczą me piękne oczęta biedaczka ze schroniska.

 

Prawdę mówiąc, boję się, że koniec końców wyłysieję przez te napady czułości okazywane mi przez ludzinę.

„Młody człowiek” (nie przez pomyłkę używam tu cudzysłowu, przecież Szymonek ma już dobrze po trzydziestce!) podrapał się po swojej czarnej czuprynie w wiecznym nieładzie, poiskał po trzydniowym zaroście (moim zdaniem powinien poprosić konowała o płyn przeciw pchłom i niezwłocznie go zastosować), po czym rzekł:

– Ta jego łapa.

– Co z nią?

– No czy to go nie boli, że musi na trzech chodzić? I tak go zarzuca czasem na lewo.

W tym momencie załamałem wspomniane trzy kończyny nad IQ mego pana.

Doktor Dłutko przyjrzał się detektywowi uważnie. Powieka mu nawet nie drgnęła. Zdawałem sobie sprawę z tego, co zaraz nastąpi. I wiedziałby to każdy, kto jest stałym klientem Psiej Kostki.

Przyszedł czas na miniwykład.

Weterynarz dał nura w przepastną szufladę i wydobył na światło dzienne... kości, potwierdzając tylko moje przeczucie. Niestety, gnaty były sztuczne, nijak nienadające się do konsumpcji. A szkoda. Lekarz podetknął rekwizyty pod nos Solańskiego i zaczął mu z mozołem demonstrować różne układy miednicy oraz kończyn tylnych, tłumaczyć oczywistości jak krowie na miedzy i podpierać je teoriami naukowymi. Wniosek z tego wywodu był jeden.

– Jak ja to mówię, takiemu maluchowi ta czwarta łapa do niczego nie jest potrzebna! – obwieścił Dłutko. – Daj mu pan spokój z rentgenami i operacjami.

Takie podejście szanuję!

– W dżdżysty dzień stawy mogą go boleć – mówił psi lekarz. – Ale kogo nie bolą? Mnie bolą. I pana też będą, chociaż pan jest młody człowiek.

Słuchałem diagnozy już tylko jednym żaglem, a większość uwagi skupiłem jednak na tych kościach. Bo jeżeli istniała choć minimalna szansa na to, że da się je zjeść, nigdy bym sobie nie wybaczył, gdybym przepuścił okazję. Zakradłem się w pobliże biurka, na którym weterynarz lekką rączką porzucił potencjalne pożywienie.

– Poza tym rząd mamy prawoskrętny, więc nie zaszkodzi, jeśli Gucio poskręca trochę w lewo, sam pan przyzna – perorował doktor Dłutko, a ja dałem susa na krzesło, tym samym udowadniając (sobie, bo Solański nie zwracał na mnie uwagi), że z moimi łapami jest wszystko w jak najlepszym porząsiu.

Do siedziska przymocowane były małe kółka, więc popchnięta przeze mnie konstrukcja odjechała nieco od blatu.

– Pan się tak umartwia nad tym swoim psem... – ględził konował.

Cieszyłem się, że skupił się na słowotoku, bo przecież mógłby na mnie. I na igłach. Oraz skalpelach. A także kleszczach. Szczypcach. Bandażach. Wenflonach. Wiem, co mówię, już nieraz Dłutko znęcał się nade mną za pomocą wyżej wymienionych gadżetów z instrumentarium kata.

Zadkiem próbowałem wykonywać ruchy mające na celu przybliżyć jeżdżące krzesło do biurka. Z marnym, muszę przyznać, skutkiem.

– Wziął go pan ze schroniska. To ładnie – uznał oprawca. – Ale nie tylko pan taki dobry. Ja też przygarnąłem psa – pochwalił się.

– Hm – rzekł na to Solański.

– Z wypadku samochodowego go tu do nas przywieźli – kontynuował opowieść Dłutko. – Zoperowaliśmy go i był do adopcji. No to go wziąłem. Kasa się nazywa.

– Hę? – wyrwało się Szymonowi.

A i ja poniechałem chwilowo swoich starań.

– Oj, no bo ja wszystkim swoim psom daję imiona związane z pieniędzmi – wyjaśnił doktor. – Był Debet, Franek, Ojro. A teraz jest Kasa.

W obliczu takiego wyznania Solańskiego było stać jedynie na rozwarcie japy i wytrzeszczenie szarych gał. Pewnie przyszło mu do głowy, że nazwał swojego kundla mało światowo. Gdyby mnie tak doktor Dłutko już od lat nie torturował i nie miałbym z nim na pieńku, tobym mu poradził, że lepiej pozaklinać rzeczywistość i kolejnego psa nazwać na przykład Fortuna. Albo Majątek. Może wtedy ekonomia zaczęłaby mu sprzyjać. Nie odezwałem się jednak, bo po pierwsze, i tak by wszyscy udawali, że nie rozumieją, a po drugie, wreszcie podjąłem decyzję.

Męską.

Wybiłem się. Odepchnięte krzesło ruszyło w przeciwnym kierunku i przywaliło oparciem w stojącą pod ścianą szafkę, ja zaś poszybowałem ku biurku. Sukces odniosłem połowiczny. Zdołałem zawisnąć przednimi łapami na blacie. Pacnąłem w klawiaturę komputera i spadając, zawadziłem o kości. Zdobycz spadła obok mnie na podłogę. Już w trakcie feralnego lotu zrozumiałem swoją pomyłkę.

Gnaty były jednak sztuczne.

A fuj! Tego świństwa nie zeżarłby nawet niepociumany pinczerek, który z Buchtową wysiaduje całe dnie na parapecie i obserwuje okolicę.

Padłem na linoleum i zrobiłem minę niewiniątka. Co złego, to nie ja!

– Gucio, Gucio! – marudził doktor Dłutko. – Chyba cię pan nie głodzi? – zapytał. Całkiem rozsądnie moim zdaniem. – Nie wyglądasz na wyposzczonego. – Pomacał mnie po obrośniętych tłuszczem żebrach, zabijając ostatnią nadzieję na małe co nieco.

Tyle mojego z tej wizyty, że na odchodne tak długo drapałem w kontuar recepcji, aż Szymon Solański, osławiony śledczy, który wytropił już niejednego krwawego mordercę, wreszcie pojął, co ma robić. Kupić mi słoiczek przysmaczków! Stały na ladzie i wołały do mnie: „Zjedz nas, Gucio, zjedz!”.

No przecież nie mogłem odmówić, skoro mnie tak rozpaczliwie proszono.

Solański zrobił zakupy. Otworzył mi drzwi auta niczym temu królewiczowi. Usadowiłem się na przednim siedzeniu, a potem... coco jambo i do przodu! Kazałem się wieźć na spacerek do Parku Kultury. Od naszego familoka postanowiliśmy się trzymać z daleka tak długo, jak długo nie wzbudzi to zbyt wielkich podejrzeń Róży.


Dwa tygodnie wcześniej

Róża Kwiatkowska była szczęśliwa. I czuła się z tym nieswojo. Dotąd może i zdarzało jej się wpaść w błogostan. Na przykład przy lodach czekoladowych spożywanych bezpośrednio z plastikowego pojemnika podczas oglądania po raz setny odcinka Przyjaciół, w którym Ross zdejmuje skórzane spodnie, a potem nie potrafi ich z powrotem wciągnąć na spocony tyłek. Albo kiedy okazywało się, że stare sukienki wiszą na Kwiatkowskiej, ponieważ jej się schudło. Cieszyła się też, gdy Łukasz Ból, poprzedni chłopak, się jej oświadczył.

Potem jednak uaktywnił się Solański.

To on był tym wymarzonym, z którym Róża chciała żyć. I wreszcie się udało. Prawie. Jeszcze tylko trzeba było dojechać do miejsca, gdzie odbędzie się uroczystość ślubna. Kwiatkowska nie miała pojęcia, dokąd Solański planował ją wywieźć. To była niespodzianka. Szymon wszystko starannie zorganizował. A w knuciu pomagała mu specjalistyczna agencja, na której czele stała pewna wedding plannerka.

Aneta Goldfinger, niech ją szlag!

Róża nie mogła znieść babsztyla, choć w sumie nic jej złego nie zrobił. Mimo to Kwiatkowską na widok tej filigranowej blondynki ogarniały spazmy wściekłości. Gdyby dziennikarka przez chwilę zastanowiła się nad swoimi uczuciami, z pewnością odkryłaby, że jest po prostu zazdrosna.

Jednak się nie zastanowiła.

Szkoda jej było na to czasu. Ślub zbliżał się gigantycznymi krokami! Przez tajemnice Solańskiego panna młoda miała w głowie mętlik. Czy jej biała suknia będzie odpowiednia? Czy w niej nie zmarznie? Albo się nadto nie zgrzeje? Solański nie chciał nawet zdradzić, czy zostaną w Polsce, czy może ruszą za granicę. A co z butami? Płaskie czy na obcasie? Powinna mieć welon? Wziąć ze sobą krem do opalania? Zaszczepić się na malarię? A co z proszkiem przeciwko zemście faraona?

Dziennikarka była przekonana, że jeszcze chwila i oszaleje!

Do tego ta wstrętna małpa wciąż przewijała się w tle. Czy udział Anety Goldfinger w organizacji wesela naprawdę był niezbędny? Po krótkim namyśle (a może nawet i bez niego) Kwiatkowska uznała, że absolutnie nie. Podjęła zatem pewne kroki mające na celu usunięcie panny Goldfinger z pola widzenia. Nie zamierzała jej mordować! Co to, to nie. Planowała żyć długo i szczęśliwie u boku swojego księcia z bajki, a nie wżerać poranny grysik za kratami zakładu penitencjarnego. Nie chciała więc ryzykować. Musiała użyć sprytu i finezji. A zwłaszcza to drugie było naturze Kwiatkowskiej zupełnie obce.

Pomocny okazał się remont ich mieszkań na 11 Listopada. Budowlańcy, włażąc i wyłażąc o każdej w zasadzie porze dnia i nocy, przecinając kable elektryczne, wykuwając dziury w najmniej spodziewanych miejscach, zrobili takie zamieszanie, że Róża była skłonna ich wycałować w podzięce. Solański zupełnie się w tym harmidrze zagubił. Biuro jego agencji detektywistycznej wyglądało jak po wybuchu bomby. Telefon, jeśli już dzwonił, najczęściej leżał gdzieś pod gruzami kolejnej likwidowanej ściany działowej. Co bardziej zdeterminowani klienci pukali wprawdzie do drzwi, jednak zazwyczaj zastawali na miejscu nie detektywa – który zdobył ostatnio rozgłos, rozwiązując sprawę morderstwa pewnego biznesmena w Szczawnicy – a jakiegoś typa w przepoconej koszulce na ramiączkach, z młotkiem w ręku i petem wetkniętym w dziurę po górnej dwójce. Czym prędzej więc wiali z zasypanego, nie wiedzieć czemu, brokatem familoka i podejrzanej dzielnicy Chorzowa, gdzie przecież nie mógł rezydować ten znany śledczy, o którym czytali w gazetach i którego widzieli w telewizji. Głupia nawigacja musiała ich znowu wyprowadzić w pole!

Ten stan rzeczy odpowiadał Róży. Bo najbardziej nie życzyła sobie tego, by Solański w trakcie ślubnego wyjazdu zaczął szukać jakiegoś popapranego zabójcy. A że był do takiego bluźnierstwa zdolny, wiedziała doskonale. Zatem prewencja przede wszystkim!

No i jeszcze ta cała weselna organizatorka... Kwiatkowska zadziałała dwutorowo. Szybko i bezwzględnie. Wspięła się po drabinie ustawionej na środku salonu – sięgała dziury wyrytej w suficie oddzielającym mieszkanie Róży od siedziby Solańskiego. Rozejrzała się po pokrytej grubą warstwą pyłu i budowlanego śmiecia kawalerce. Spojrzała na zegarek, upewniając się, że detektyw nie wróci do domu – tak jak zapowiadał – jeszcze przynajmniej przez godzinę. A potem rozpoczęła poszukiwania.

Wykręciła numer agencji Solan i nadstawiła ucha. Aparat dzwonił. Cholera jednak wiedziała (Róża niestety nie), skąd ten upiorny dźwięk dochodzi.

– Hau! – oznajmił Gucio i wyłonił się ze zdewastowanego pokoju.

– Szukaj! – rozkazała dziennikarka, z góry przeczuwając, że jest na straconej pozycji. – Gdzie telefon?! – Naprowadziła psa na clou przedsięwzięcia.