Tajemnicza śmierć Marianny BielTekst

Z serii: Kryminał pod psem #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Tajemnicza śmierć Marianny Biel
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,82  43,06 
Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Tajemnicza śmierć Marianny Biel
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
29,90  25,71 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2017

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

BOGUSŁAWA OTFINOWSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A., Marta Matyszczak MMXVII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2017

ISBN 978-83-271-5694-5


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Motto

Prolog

Rozdział 1. Pierwsze koty za płoty

Rozdział 2. Tu leży pies pogrzebany

Rozdział 3. Pieskie życie

Rozdział 4. Jak pies z kotem

Rozdział 5. Tyle co kot napłakał

Rozdział 6. Kociokwik

Rozdział 7. Zabawa w kotka i myszkę

Rozdział 8. Jak mysz kościelna

Rozdział 9. Łgać jak pies

Rozdział 10. Jak zbity pies

Rozdział 11. Zejść na psy

Rozdział 12. Ni pies, ni wydra

Rozdział 13. Jak rzep psiego ogona

Rozdział 14. Najlepszy przyjaciel człowieka

Rozdział 15. Kota nie ma, myszy harcują

Rozdział 16. Wieszać na kimś psy

Rozdział 17. Samotny jak pies

Rozdział 18. Pies na baby

Rozdział 19. Wykręcić kota ogonem

Rozdział 20. Jak mysz pod miotłą

Rozdział 21. Nie dla psa kiełbasa

Rozdział 22. Nie dla kota szperka

Rozdział 23. Na psa urok

Rozdział 24. Psim swędem

Rozdział 25. Na cztery łapy

Rozdział 26. Nie wywołuj wilka z lasu

Rozdział 27. Pies z nim tańcował

Epilog

Podziękowania

Mojemu Damianowi – najlepszemu mężowi na świecie

Autorka zaświadcza, że wszystkie występujące w powieści postacie i większość instytucji w rzeczywistości nie istnieje, a jakiekolwiek podobieństwo do tychże jest przypadkowe i niezamierzone. Do tego przyznaje się bez bicia, że z premedytacją oraz według własnego widzimisię namieszała w topografii Chorzowa i okolic.

Prawdą o człowieku jest przede wszystkim to, co ukrywa.

André Malraux

Samotność to piękna rzecz, ale potrzebny jest ktoś,

komu można powiedzieć, że samotność to piękna rzecz.

Honoré de Balzac


PROLOG

Plama przybrała kształt Afryki. Wsiąkała w betonową posadzkę z determinacją, jakby postanowiła zagościć tu na dłużej. W tej zatęchłej piwnicy z zakratowanymi oknami. W węglowym pyle. Wśród zapachu pieczonych na niedzielny obiad rolad, mieszającym się z odorem moczu okolicznych burków i wyliniałych kić, jak również okolicznych i wyliniałych meneli. W półmroku, bo żarówkę pewnie znów pożyczył sobie na wieczne nieoddanie stary Rom z kamienicy obok – „przecież te energooszczędne są takie drogie”. W zaduchu sierpniowego popołudnia, kiedy upał przypuszczał ostatni atak przed jesienną kapitulacją.

W sumie nie było wiadomo, jak to jest z tą plamą. Czy to konfitura, czy może jednak krew. Jeszcze chwilę wcześniej maliny stały na wygryzionym przez korniki regale, bezpiecznie zawekowane w słoiku po tym, co oto królem jest majonezu. Teraz rozmazywały się po podłodze, zabarwiane ciemniejszą o ton barwą strużki, która ciekła z potylicy tej pani. Regał też już nie stał na swoim miejscu. Jego szczątki walały się po ziemi między potłuczonym szkłem.

Kobieta mogła sobie darować z tymi malinami. Wiadomo, że nie ma to jak domowe przetwory, ale nieboraczka sama pewnie by przyznała, że w zaistniałej sytuacji zdrowiej było zjeść dżem z dyskontu, niż spoczywać z roztrzaskaną głową w owocach, krwi, odłamkach szkła, szczapkach drewna, kurzu i w całym tym chłamie, co na podłodze po piwnicach leży.

Z porzuconej pod ścianą sterty rupieci zeskoczył na kobietę kot. Bury dachowiec ze świecącymi na zielono ślepiami. Delikatnie stąpał po jej plecach, z ciekawością przekrzywiał łepek i mruczał swoje kocie murmurando. Zatrzymał się w plamie krwi. Znieruchomiał. A potem czmychnął, zostawiając na ziemi brunatne odciski łap. Nadgryzione przez rdzę metalowe drzwi zatrzasnęły się za nim z głuchym łoskotem. Może to szarogęsił się wiatr – zwiastun nadchodzącej burzy, zapowiedź końca tego zatykającego pory, niemal afrykańskiego lata.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

Jak na przykładnego kundla przystało, potrafiłem rachować do pięciu. Dobrze, że na tym kończyły się moje zdolności matematyczne, bo jeszcze bym się doliczył, która to już jesień mijała mi w schronisku. Na pewno nie pierwsza, a – jak lubiłem powtarzać, użalając się nad sobą – być może ostatnia.

Lato zaczęło żegnać się z tym padołem. Przez stalowe kraty czasem wpadł mi do kojca zbłąkany pożółkły liść. Słońce świeciło jakoś tak matowo i bez zaangażowania. A kiedy wrzesień chlusnął deszczem, to mi się w budzie powódź zrobiła. Mógłbym napisać do premiera z prośbą o odszkodowanie, bo się nie zdążyłem ubezpieczyć, ale przez tę jesienną melancholię odechciało mi się nawet cwaniaczyć.

Tego poranka pani dyrektor zjawiła się dość wcześnie. Po niej przyszli wolontariusze oraz bliźniaczo podobni do siebie Jarek i Marek – dwaj pielęgniarze, których bałem się jak diabeł święconej wody. Za każdym razem, gdy przyuważyłem jednego z drugim, na wszelki wypadek uderzałem w ryk. Tak na nich szczekałem, że zatykali uszy i szli sobie precz, a ja oddychałem z ulgą.

Postawili stolik przed wymalowaną na zielono bramą wjazdową. Drugi ulokowali przed wejściem do biura. Poprzynosili smycze i kolorowe apaszki. No to już wiedziałem, co się święci. Parada Kundelków. Co miesiąc, przy sobocie po robocie, złaziła się do nas na Opolską prawie setka człowieków i zabierała nas na zbiorowy spacer, najczęściej nad pobliski staw zwany Amelungiem. Tu muszę zaznaczyć, że zaraz po pełnej misce najbardziej przepadam właśnie za spacerami. Ale kiedy siedzisz w kiciu, to masz raczej marne szanse, żeby poczuć wiatr w uszach i świeżo skoszoną trawę pod łapami. Dlatego z utęsknieniem wyczekiwaliśmy z kolegami na te chwile. Niestety, jak dotąd nie załapałem się jeszcze na udział w paradzie. Zawsze zamiast mnie wylosowywano któregoś z pozostałych kilkuset rezydentów schroniska. Można by o mnie powiedzieć wiele rzeczy: że jestem na swój sposób przystojny, inteligentny, a nawet pachnący fiołkami, ale nie że mam farta. Spytajcie mnie, na jakie numerki postawić w totka, potem skreślcie inne, a zostaniecie milionerami.

 

Tym razem znów miałem się obejść smakiem. Nikt mnie przecież wcześniej nie zaprosił do spa, a tylko ci wypachnieni mogli liczyć na udział w imprezie. Zastanawiałem się, czy mój pech nie wywodzi się przypadkiem z tego, że niby mam mordę jak ta psina z Lassie, wróć!, ale jednak nie do końca. W moim drzewie genealogicznym pełno było niespodzianek, które teraz pluły mi w mordę brakiem ludzkiego zainteresowania.

Dyrektorka ruszyła na obchód wzdłuż boksów. Przykleiłem się do kraty w nadziei na małe drapanko.

– Poszedłbyś na spacerek? – zadała retoryczne pytanie, miziając mnie za uchem.

Żeby się nie zdążyła rozmyślić, spróbowałem przecisnąć łeb przez kraty. Przeszedł, ale drogi powrotnej już nie było. Utknąłem! Zacząłem – całkiem, przyznam, niemęsko – piszczeć.

– Pójdziesz, pójdziesz – zapewniła mnie szefowa.

Chyba tylko za sprawą zastępów anielskich uwolniłem wreszcie głowę z potrzasku. Ze szczęścia stanąłem na swoich tylnych łapach, a w zasadzie na półtorej łapy. Zawyłem donośnie do tych wszystkich wykąpanych naiwniaków.

– Słyszeliście? Idę na spacerek! Bez mycia! – darłem się, ale szybko przestałem, bo dobiegło mnie, co ta nierozsądna kobieta mówi do Jarko-Marka (kocia ich mać).

– Zróbcie mu szybki prysznic, żeby nie narzekali na smród.

Wyrok zapadł. Pielęgniarz zapiął mi smycz i pociągnął przez podwórko do murowanego budynku, w którym znajdowało się miejsce kaźni. Nie oszczędzę wam szczegółów, żebyście mieli świadomość, że tych dwóch neandertalczyków wsadziło mnie na chama do wanny, zalało mi oczy zbyt mokrą wodą, nakidało na mnie szamponem, który zalatywał gorzej niż stado podhalańskich baranów, potem znów mnie pomoczyło, wytarło ręcznikiem, żeby wreszcie wysuszyć suszarką do włosów! Skalę mej niedoli pojmą tylko ci, którzy też kiedyś mieli do czynienia z tym buczącym, ziejącym z paszczy potworem. On właśnie – jestem tego pewny – stanowi najczęściej używany przez służby wywiadowcze środek nacisku zaraz po waterboardingu.

Taki byłem rozżalony krzywdą, jaka mnie spotkała, że po pierwsze, zapomniałem ugryźć któregoś z tych znęcających się nade mną półgłówków, a po drugie, nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęli schodzić się ludzie. Wolontariuszka trzymała mnie na smyczy razem z beagle’em o imieniu Franek. Ten powarkiwał ukradkiem, tak żeby dziewczyna nie słyszała, i – przysięgam – poszturchiwał mnie w kikut, który tkwił w miejscu tylnej lewej łapy. Z szoku nie zdążyłem nawet na niego napyskować. Stałem tylko i gapiłem się jak cielę na malowane, jak już wspominałem – na zielono, wrota. Myśli kłębiły mi się pod kopułą. Który człowiek mi przypadnie? Czy da mi parówkę? Pozwoli pociągnąć się za smycz?

Przybysze podawali swoje nazwiska i dostawali numerek, za który potem otrzymywali psa na smyczy. Nie było wybrzydzania. Chętni musieli brać jak leci, tego czworonoga, którego im przydzielono.

W bramie pojawił się jakiś facet. Wysoki, chudy, ubrany w sprane dżinsy i kurtkę w kolorze khaki. Spod tej kurtki wystawała mu wygnieciona, niegdyś czarna koszulka z napisem „Lady Pa_k”. Wiatr rozwiewał mu czuprynę czarnych włosów, a on miętosił w ręku karteczkę z numerkiem. Drugą ręką drapał się po trzydniowym zaroście. Rzucał na boki podejrzliwe spojrzenia. Minę miał taką, jakby z całej siły powstrzymywał się przed tym, żeby nie zawrócić na pięcie i nie uciec tam, skąd przyszedł.

„Nie rób tego!” – krzyknąłbym do niego, gdyby mnie nie zamurowało z emocji.

Zawsze mam wiele do powiedzenia, ale jak przyjdzie co do czego, to zapominam języka w pysku. Postanowiłem więc wypróbować na tym osobniku swoje umiejętności hipnotyzerskie. Zaparłem się łapami, wybałuszyłem oczy i wystawiłem język. Chyba podziałało, bo koleś podszedł wreszcie do wolontariuszki i podał jej wygniecioną – jak, nie przymierzając, psu z gardła – kartkę.

– Nazwisko? – Dziewczyna musiała sprawdzić dane faceta także na swoim spisie.

– Solański – odparł niskim, chrapliwym głosem.

– Proszę, to jest Franek. – Poczęła wciskać mu smycz z beagle’em.

Chyba przesadziłem z tą hipnozą, bo stałem teraz jak ten słup i nawet nie potrafiłem zaprotestować. Przecież nie tak miało być. To ja miałem iść z tym chudym chociaż na te dwie godziny spaceru. Kiedy tylko stanął w bramie z miną uciekiniera, od razu wiedziałem, że on jest mój! No dalej, proszę państwa, nie róbmy scen, widać przecież, że zaszła pomyłka! Franek niech idzie z jakąś paniusią, która doceni jego rasowość, a ja chcę z tym, który mi wygląda na takiego jak ja kundla, tyle że ludzkiego.

Miałem to wszystko powiedzieć, ale tylko zwiesiłem łeb i podkuliłem ogon. Nie było sensu walczyć z losem. Pech to moje drugie imię.

– Tego biorę. – Usłyszałem nad głową.

– Ale... – Wolontariuszka zamilkła w pół zdania.

Temu mężczyźnie się nie odmawiało. Podała mu moją smycz. A mnie odblokowało.

– Słyszałaś? – rzuciłem do dziewczyny. – Jak mówi, że tego, to tego, a nie tamtego. To chyba jasne, co nie?

Tak się przy tej wypowiedzi zaplułem, że aż mi się moja naturalna krawatka pod brodą – ruda, tak zwana podpalana, na czarnym tle – posklejała. Walnąłem Solańskiego łapą w piszczel na znak porozumienia. Spojrzał na mnie stalowym wzrokiem siwych oczu i... wyciągnął z kieszeni kurtki parówkę, po czym wetknął mi ją do pyska. Powiedzcie sami, czy byście takiego nie pokochali od zaraz? Zeżarłem dar, nawet nie siląc się na przeżuwanie.

Całkiem pojętny był ten patyczak. Bez protestów dał się wyprowadzić na zewnątrz. Sadził za mną wielkimi susami swoich nienaturalnie długich i cienkich nóg odzianych w zdeptane trampki. Tym sposobem dotarliśmy do obrośniętego chabaziami pola. Obiegliśmy je w prawo ze dwa razy. Potem ze trzy razy w lewo. Mój kikut wcale mi nie przeszkadzał w tej lekkoatletyce. Załatwiłem palące potrzeby, na amerykańskich filmach zwane number one oraz number two, i wreszcie mogłem nadstawić łeb do głaskania. Solański przykucnął. Ostrożnie położył mi dłoń na głowie. Miał suchą, chropowatą skórę, krótko przycięte paznokcie, długie i szczupłe palce. Rękaw kurtki podwinął mu się do łokcia, odsłaniając czerwoną bliznę na przedramieniu. Skorzystałem z okazji, podskoczyłem i liznąłem go w nos. Parsknął, wytarł się i pogrzebał w kieszeni.

– Masz. – Rozmowny to ten jegomość nie był, ale miał, na moje oko, ze dwa kilo parówek poutykanych po kieszeniach, więc byłem pewny, że dogadamy się bez słów.

Nażarłem się jak, nikogo nie obrażając, świnia. A potem pani dyrektor dała znak, że ruszamy! Wrześniowa Parada Kundelków rozpoczęła przemarsz – ze mną na czele! – w kierunku owego tajemniczego Amelungu. Ile ja miałem krzaków do obwąchania! Ile wiadomości do pozostawienia dla potomnych! Nim się z wszystkim wyrobiłem, dotarliśmy nad staw. Nie robiłem siary z włażeniem do wody jak inni, bo limit kąpieli wyczerpałem na najbliższe dziesięciolecie. Za to spod oka przyjrzałem się Solańskiemu. Dziwny był. Nic nie gadał. Jakiś taki chmurny, nieobecny, zamyślony. No i kiedy mu jakaś mamuśka, goniąca po trawniku za rozwrzeszczanym bachorem, zwróciła uwagę, żeby trzymał psa krótko, to jej powiedział, że ma spierdalać. Serio, serio, to cytat.

– No, stary, ty to jesteś do rany przyłóż. Dusza towarzystwa – zakpiłem. I byłem taki dumny! Bo pierwszy raz w życiu ktoś stanął w mojej obronie.

Podobno my – psy – nie mamy poczucia czasu. Może to i prawda, ale nawet każdy trzeźwo myślący homo sapiens przyznałby, że nasz spacerek przeleciał stanowczo zbyt szybko. Nie zdążyłem dobrze obślinić Solańskiego i zakłaczyć mu dżinsów, gdy już na powrót staliśmy przed bramą schroniska, a dyrektorka odbierała psy od uczestników parady. Cieszyłem się, że potrafię udawać takiego twardziela, ale moja dusza, przyznam się wam, krwawiła. Jednak gdy spojrzałem na Franka, który zapierał się łapami, wzbijając tumany kurzu, a do tego piszczał wniebogłosy, żeby go nie oddawać, doszedłem do wniosku, że oszczędzę Solańskiemu scen. Nie zasłużył na takie cyrki. Spuściłem nos na kwintę, zwiesiłem ogon i pozwoliłem odholować się do boksu.

Zza krat odprowadziłem Solańskiego wzrokiem. Biegł, potykając się o własne nogi. Stanął tyłem do mnie przy zaparkowanym przed bramą samochodzie, którego lata świetności minęły w zeszłym wieku. Ukrył twarz w dłoniach. Zadał takiego kopa drzwiczkom swojego klekota, że aż mu się wgięła karoseria. A potem wsiadł do auta i odpalił silnik.


Pod chorzowski familok podjechała skoda fabia. Jej szarą karoserię znaczyły rdzawe cętki, a rura wydechowa kłębami dymu zdawała się obwieszczać światu wybór nowego papieża. Kierowca nie wyhamował i zawadził błotnikiem o ustawioną przy bramie skrzynkę elektryczną. Zatelepało tobołami przywiązanymi do bagażnika na dachu. Drzwiczki zaskrzypiały. Na chodniku stanęła obuta w brudny trampek stopa. Z trampka wystawała nadspodziewanie chuda i długa noga. Należała ona do mężczyzny, który wreszcie wygramolił się z auta. Przyjrzał się napisom pstrzącym pokryte sadzą cegły elewacji. Dowiedział się, że Cwajka rulez, że CHWDP, że Ruch Pany, a Legia huje, czemu dano wyraz bez poszanowania ortograficznych prawideł.

Z mieszczącej się na parterze kamienicy księgarni Wyrazy wyszła kobieta w średnim wieku. Ubrana była w kostium, za który można by kupić kilka takich szarych samochodów. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie wpisuje się w krajobraz tej porzuconej przez współczesną cywilizację, Urząd Miasta, Boga jedynego i zastraszonego kuratora ulicy.

– Pirat drogowy! – zwróciła się do mężczyzny.

Facet przyjrzał się kobiecie uważnie, mierząc ją stalowym spojrzeniem. Bez słowa obszedł samochód i ocenił straty. Kopnął w wygięty błotnik, najwyraźniej sprawę reperacji uważając za zamkniętą.

– Mówię do ciebie! – gderała baba. – Menelstwo, cygaństwo i bandytyzm! W biały dzień! A do tego śmierdzi!

– To naprawdę nie od nas. – Z księgarni wychynęła drobna, czterdziestoletnia szara mysz.

– Gromadzicie makulaturę i zgnilizna wam się zrobiła. – Nie dawała za wygraną elegantka. – Oddychać nie sposób!

To powiedziawszy, zakręciła się na obcasie czarnych louboutinów i błyskając czerwonymi podeszwami, oddaliła się w głąb ulicy. Po kilku krokach skręciła za wciśnięty tuż obok familoka apartamentowiec. Ten, w towarzystwie porastających przez lata węglowym pyłem kamienic przy ulicy 11 Listopada, wyglądał jak złota plomba na tle sczerniałych zębów.

– Wyższe sfery – sarknęła mysz z księgarni.

Mężczyzna przyglądał się pokrytej szarym tynkiem elewacji apartamentowca. Niektóre z trzyszybowych okien otoczono czerwoną obwódką – taki ukłon w stronę familokowej tradycji krwistych framug. Z tą różnicą, że farba raczej nie pochodziła z deputatów, jakie niegdyś przyznawano górnikom w kopalniach. Choć gruby, jak je tu zwano, zamknięto, a drewniane okna wyparły „plastiki”, to pewne rzeczy nie zmieniały się od pokoleń.

Widać było, że architekt bardzo się starał wtopić kamienicę w tutejszy krajobraz. Jednak zbliżona kolorystyka czy kształt okien nie były w stanie odwrócić uwagi od najeżonego kamerami płotu otaczającego posesję. Ten płot zdradzał wszystko. Wyznaczał granicę między „my” i „oni”. My mieliśmy w podziemnym garażu zaparkowane lexusy. Oni szli na tramwaj przecznicę dalej. My na balkonie trzymaliśmy donice z przystrzyżonymi w geometryczne bryły iglakami. Oni chowali tam zardzewiałe wózki do transportowania wyzbieranego z podwórek złomu. My pod oknem zbudowaliśmy piaskownicę i zjeżdżalnię dla naszych dzieci. Oni hodowali kury, by je w czarnej godzinie zarżnąć i zjeść. Śmiało więc można było pokusić się o stwierdzenie, że próba asymilacji nie przebiegła pomyślnie.

– Pan jest tym nowym lokatorem spod szóstki? – Kobieta oparła się o szybę wystawową, w której można było dojrzeć dowód na prawdziwe porozumienie ponad podziałami. Obok Komisorza Hanusika. Piyrszej kryminalnej komedyji we ślonskij godce Marcina Melona stał Zmierzch Johana Theorina, a z drugiej strony Stojąc w cudzym grobie Iana Rankina. Ślązak, Skandynaw i Anglosas grali w jednej kryminalnej lidze. – Anna Polaczek – przedstawiła się, nie czekając na odpowiedź. – Mieszkamy z mężem i córką nad księgarnią.

 

Mężczyzna w innych okolicznościach zignorowałby babę, ale Rankin zmieniał postać rzeczy.

– Solański – wymamrotał.

Zastanowiło go, jakim cudem w tym rejonie mogła funkcjonować księgarnia. Bardziej odpowiednia byłaby mordownia, ewentualnie całodobowy sklep monopolowy.

– Pierwsza sąsiedzka porada. Pan uważa na Buchtę spod dwójki i tego jej... – Anna machnęła ręką w stronę lokalu na wysokim parterze, usytuowanego naprzeciw jej własnego mieszkania. – Pewnie podgląda nas teraz zza firanki.

Solański zadarł głowę. Zlustrował swój nowy dom. Familok gapił się na niego zaczerwienionymi oknami. Mężczyzna wciągnął w płuca powietrze przesiąknięte zapachem węgla, smażonych kotletów, śmieci, uryny i zgniłej marchewki. Damulka z apartamentowca miała trochę racji. Smród wybijał się tutaj ponad przeciętność. Solański sięgnął wzrokiem drugiego, ostatniego piętra. Na ulicę wychodziły trzy okna, które nawet z tej chodnikowej perspektywy wyglądały na przeraźliwie brudne. Pewnie nie zmusi się do umycia swojego.

– Bracia Gierlochowie, ci, co nad nami, ciągle się biorą za łby, ale są nieszkodliwi. – Anna ciągnęła opowieść, nie zważając na milczenie Solańskiego. – No a naprzeciwko nich mieszka ta... – Polaczek nie zdążyła dokończyć zdania.

W wysprejowanej przez pseudokibiców, ziejącej zepsutym powietrzem niczym rozwarta gęba bezzębnego pijaka bramie, nad którą przybito niebieską tabliczkę z numerem sto trzynaście, stanęła potężna osobniczka i wymierzyła w Annę pulchny palec.

– Ta co? – zapragnęła się dowiedzieć.

– Ta dziennikarka, Kwiatkowska – odparła Polaczek i skryła się w czeluściach swojej księgarni.

– Szymuś! – wrzasnęła grubaska i rzuciła się Solańskiemu na szyję. – Doszły mnie słuchy, że będziemy sąsiadami. Trzeba to opić!

– Róża – westchnął.

To była chyba jedyna osoba, do której Solański bez zająknięcia zwracał się po imieniu. Resztę świata wyzywał nazwiskami, zniechęcając do poufałości.

Kwiatkowska była jego rówieśniczką. Ramię w ramię wspinali się na kolejne szczeble chorzowskich placówek oświatowych, od Przedszkola nr 13, poprzez Szkołę Podstawową nr 1, po liceum Słowaka. Zawsze lądowali w tej samej klasie. Na studia też poszli na jeden wydział, tyle że Róża wybrała politologię, bo była tam specjalizacja dziennikarska, a Solański, który nie wiedział, co zrobić ze swoim życiem, osiadł na neutralnej mieliźnie socjologii.

– Nic się nie zmieniłaś – palnął banałem. To była jednak prawda, choć w żadnym razie komplement.

Kwiatkowska w przeszłości grzeszyła masą, ale nie urodą. I tak pozostało do dziś. Tłuste, mysie włosy oblepiały ciasno jej czaszkę, kartoflowaty nos świecił niczym latarnia morska, a ubranie (Solański był o tym przeświadczony) Róża musiała kupić sobie w sklepie z namiotami.

– No nie. – Dziennikarce zrzedła mina. – Za to ty wychudłeś. I jakoś tak... poszarzałeś? – Zakryła usta dłonią niczym wystraszone dziecko. – Znaczy... to zrozumiałe...

– Daj spokój – uciął.

Ściągnął z dachu samochodu plecak ze stelażem i zabezpieczone taśmą klejącą kartony. Ugiął się pod ich ciężarem.

– Pomogę ci z tymi manelami. – Róża chwyciła za plecak.

– Czekaj. Jeszcze on. – Szymon otworzył tylne drzwi auta. – Chodź! – Klepnął się w udo.

Z pojazdu wyskoczył sięgający kolana czarny kundel z rudą krawatką i klapniętymi uszami.

– A to kto? – Róża wybałuszyła oczy.

– Gucio – dokonał prezentacji Solański.

Pomyślał, że przybył mu drugi przyjaciel, do którego będzie mógł się zwracać po imieniu.