Przygody Tomka SawyeraTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 38,30 30,64
Przygody Tomka Sawyera
PRZYGODY Tomka Sawyera
PRZYGODY Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Ireneusz Załóg
16,90
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Ireneusz Załóg
20,30
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Włodzimierz Press
29,90
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
29,95
Szczegóły
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
Przygody Tomka Sawyera
E-book
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Okładka


Tytuł oryginału: The Adventures of Tom Sawyer

Projekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz

Redakcja: Maria Piotrowska

Redaktor prowadzący: Agata Paszkowska

Redaktor techniczny: Beata Jankowska

Korekta: Hanna Rybak

Copyright © for the Polish edition by Bellona SA, Warszawa 2014

© 2014 Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j.

Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j.

Zapraszamy na strony

www.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA

ul. Bema 87, 01-233 Warszawa

Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78

faks 22 652 27 01

e-mail: biuro@bellona.pl

www.bellona.pl

ISBN 978-83-11-15949-5

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Hej! To-o-omku! • Ciocia Polly decyduje się spełnić swoją powinność • Tomek muzykuje • Wyzwanie • Nietypowy powrót

Tomku!

Cisza.

– Tomku!

Cisza.

– Gdzie ten chłopak się znowu podziewa? Tomku, słyszysz?

Cisza.

Starsza pani zsunęła okulary na nos i sponad szkieł rozejrzała się po pokoju. Potem podniosła je na czoło i spojrzała jeszcze raz. Niezmiernie rzadko korzystała ze szkieł – prawie nigdy. Natomiast lubiła je zakładać; była z nich dumna; podkreślały stan jej duszy. Były to jej odświętne okulary, noszone raczej dla fasonu, niż z rzeczywistej potrzeby. Z równym skutkiem mogłaby patrzeć przez same oprawki. Zaskoczona brakiem odpowiedzi, powiedziała bez gniewu, ale dość głośno, aby meble w pokoju mogły ją usłyszeć:

– Czekaj, czekaj, jak cię złapię, to…

Nie dokończyła i schyliwszy się, zaczęła grzebać miotłą pod łóżkiem. Uderzała z taką zapalczywością, że aż jej dech zaparło. Na światło dzienne wylazł jednak tylko kot.

– Że też ja nigdy nie mogę schwytać tego łobuza!

Podeszła do otwartych drzwi, przystanęła na progu i rozejrzała się po krzakach pomidorów i dzikim zielsku, czyli po tak zwanym ogrodzie. Ale i tutaj nie było śladu Tomka. Natężyła więc głos i zawołała:

– Hej, hej! To-o-o-mku!

Wtem usłyszała za plecami lekki szelest i zdążyła odwrócić się w porę, aby złapać chłopaka za kołnierz i udaremnić ucieczkę.

– Mam cię nareszcie! Że też od razu nie pomyślałam o spiżarni! Coś ty tam robił?

– Nic, ciociu…

– Nic!? Spójrz no na swoje ręce! Spójrz na usta! A co to się tak lepi?

– Nie wiem, ciociu!

– Ale ja wiem! Konfitury! Ile razy mówiłam, że ci skórę przetrzepię, jeżeli się znowu dobierzesz do konfitur! Dawaj rózgę!

Rózga świsnęła już w powietrzu. Sytuacja była groźna.

– Ciociu! Ciociu! Obejrzyj się! Ale prędko!

Starsza pani odwróciła się gwałtownie, zadzierając ze strachu spódnicę. W tej samej chwili chłopiec był już na parkanie i znikał po drugiej stronie. Ciotka Polly stała przez chwilę stropiona, potem wybuchnęła śmiechem.

– A to dopiero urwis! Nigdy chyba przy nim nie zmądrzeję! Nieraz już przecież spłatał mi takiego figla, mogłabym wreszcie nabrać doświadczenia i mieć się na baczności. Ale cóż! Nie ma większego głupca niż stary głupiec, a starego psa nikt nowych sztuczek nie nauczy – wiadomo! Jak tu jednak przewidzieć, co ten gałgan znów wymyśli, skoro codziennie nowe psoty przychodzą mu do głowy! Wie, jak daleko można naciągnąć strunę, żeby nie pękła. O, wie doskonale, że jeżeli uda mu się odwrócić na chwilę moją uwagę, to wygrał sprawę, bo gdy mi złość minie, nie mam już serca, żeby go zbić. Bóg świadkiem, źle spełniam swoje obowiązki względem tego chłopca! Rózeczką dziateczki Duch Boży bić każe! Grzech i potępienie ściągam na nas oboje, bo w nim na pewno diabeł siedzi! Ale jakże bić sierotę? Ile razy mu daruję, dręczy mnie sumienie, jeśli zaś mu nie przepuszczę, boli mnie serce! Tak, tak, żywot człowieka zrodzonego z niewiasty jest krótki, ułomny i grzeszny, jak powiada Pismo Święte. Dziś po południu na pewno znowu ucieknie ze szkoły i będę musiała mu przykazać, żeby jutro za karę pracował. Bez wątpienia będzie to niemiłe, szczególnie w sobotę, kiedy wszyscy chłopcy będą się bawić do woli. A dla niego nie ma nic bardziej przykrego niż praca… Muszę jednak spełnić swoją powinność, jeżeli nie chcę czuć się odpowiedzialna za jego wieczną zgubę.

Tomek istotnie uciekł ze szkoły i świetnie się bawił. Powrócił do domu przed kolacją i pomógł małemu Murzynkowi Jimowi przy cięciu drewna na dzień następny i rąbaniu go na małe polana – to znaczy opowiadał Jimowi swoje przygody, a Jim wykonywał trzy czwarte pracy. Sid, młodszy brat Tomka (a raczej brat przyrodni), skończył już wyznaczoną sobie pracę, czyli zbieranie drzazg. Był to chłopiec grzeczny, który nie odznaczał się tak awanturniczym usposobieniem jak Tomek.

Podczas kolacji Tomek przy każdej nadarzającej się sposobności kradł cukier, a ciotka Polly zadawała mu podstępne pytania, aby wydobyć z niego kompromitujące wyznanie. Jak wszyscy ludzie prostoduszni, była dumna ze swego dyplomatycznego talentu i swoje, widoczne gołym okiem, podstępy uważała za cuda niezwykłej przebiegłości.

– Gorąco dziś było w szkole? – zapytała.

– Tak, ciociu.

– Bardzo gorąco, prawda, Tomku?

– Bardzo, ciociu.

– A nie miałeś ochoty się wykąpać?

Tomka przeszedł dreszcz. Rzucił badawcze spojrzenie na twarz ciotki, ale nie wyczytał na niej żadnego podejrzenia. Odpowiedział więc:

 

– Nie, ciociu, właściwie nie…

– A teraz już ci nie jest gorąco? – zapytała ciotka, wyciągając rękę i dotykając kołnierza Tomka.

Pochlebiało jej, że w tak sprytny sposób sprawdziła, czy jego koszula jest sucha, nie wzbudzając przy tym w chłopcu podejrzeń. Ale Tomek zwąchał już, co się święci, i uprzedził jej następne posunięcie:

– Kilku z nas zmoczyło sobie głowy pod studnią… O, moja jeszcze jest mokra, widzisz?

Ciotka zagryzła usta, zła, że zapomniała o tak oczywistym dowodzie i że podstęp jej się nie udał. Wnet jednak olśniła ją nowa myśl:

– Przecież podstawiając głowę pod studnię, nie potrzeba odpinać kołnierzyka, który ci przyszyłam do koszuli, prawda, Tomku?

Tomek natychmiast odzyskał pewność siebie. Triumfalnie odpiął bluzę: kołnierzyk przy koszuli był nietknięty!

– A niechże cię, smyku! No, dobrze już, dobrze, możesz iść! Przysięgłabym, że uciekłeś ze szkoły i kąpałeś się! Zatem zgoda między nami. Widzę, że się trochę opamiętałeś… chwilowo!

Z jednej strony była zła, że zawiodła ją zwykła przenikliwość, z drugiej zadowolona, że Tomek przypadkiem znalazł się na drodze posłuszeństwa.

Nagle odezwał się Sid:

– Ciociu, mnie się zdaje, że ciocia przyszyła Tomkowi kołnierzyk białą nitką, a teraz jest przyszyty czarną!

– Co? Rzeczywiście przyszyłam go białą nitką. Tomku!

Ale Tomek nie czekał na dalsze pytania. W drzwiach odwrócił się jeszcze i zawołał:

– Sid! To ci nie ujdzie na sucho!

Znalazłszy się w bezpiecznym schronieniu, Tomek przyjrzał się dwóm grubym igłom wpiętym w połę bluzy. Każda z nich była owinięta nitką, jedna czarną, druga białą.

– Gdyby nie Sid – mruknął – nigdy by się nie połapała. Dlaczegóż ona, u licha, szyje raz białą, raz czarną nitką! Nigdy nie można zapamiętać, na którą z nich kolej! Pewne jest jednak, że Sid za to oberwie!

Tomek nie był wzorem grzecznego chłopca. Znał wprawdzie taki wzór, ale czuł dla niego pogardę.

Nie minęły dwie minuty, a Tomek zapomniał o wszystkich swoich troskach. Nie znaczy to, by dokuczały mu one odrobinę mniej niż dorosłemu człowiekowi, ale po prostu nowa sprawa pochłonęła jego uwagę i na jakiś czas pozwoliła mu zapomnieć o poprzednich strapieniach. Zupełnie tak samo dorosły człowiek zapomina o swoich kłopotach w zapale nowych przedsięwzięć.

Ta nowa sprawa dotyczyła bardzo kunsztownej nowej metody gwizdania, której Tomek nauczył się od pewnego Murzyna. Pragnął ją teraz bez przeszkód wypróbować. Był to jakiś osobliwy rodzaj ptasiego trylu, jakby przeciągły świergot, polegający na tym, że podczas gwizdania uderza się leciutko, w krótkich odstępach, językiem o podniebienie. Czytelnik pamięta jeszcze zapewne, jak to się robi, jeżeli sam był kiedyś chłopcem. Dzięki pilności i wytrwałości Tomek doszedł w nowej metodzie gwizdania do mistrzostwa. Z ustami pełnymi harmonijnych tonów, a duszą pełną zachwytu szedł teraz ulicą i czuł się podobnie jak astronom, który odkrył nową planetę.

Letnie wieczory były już długie. Jeszcze zupełnie się nie ściemniło. Nagle Tomek urwał gwizdanie. Stał przed nim ktoś obcy, chłopiec nieco wyższy od niego. Zjawienie się jakiejkolwiek nowej osoby było w małym miasteczku St. Petersburg niezwykłym wydarzeniem. Chłopiec był ubrany porządnie, a nawet jak na dzień powszedni – zbyt porządnie. Miał kapelusz według ostatniej mody, a jego sukienna kurtka była nowiutka i czysta, podobnie jak spodnie. Na nogach miał eleganckie buciki, chociaż to był tylko piątek. Nosił nawet krawat. W całej jego postaci było coś wielkomiejskiego, co oburzyło Tomka do głębi. Im dłużej pożerał wzrokiem to wspaniałe zjawisko, im wyżej zadzierał nosa w pogardzie dla jego elegancji, tym nędzniejszy wydawał mu się jego własny wygląd.

Ani jeden, ani drugi nie przemówił słowem. Gdy jeden robił jakiś ruch, poruszał się i drugi, ale tylko bokiem i w kółko. Przez cały czas zwróceni byli do siebie twarzą w twarz i mierzyli się wzrokiem. Wreszcie Tomek przemówił pierwszy:

– Mogę cię sprać!

– Spróbuj!

– Mogę! W każdej chwili!

– Nie dasz rady!

– Właśnie, że dam!

– Nieprawda, nie dasz!

– Dam!

– Nieprawda!

– Tak!

– Nie!

Zapadła kłopotliwa cisza. Po chwili Tomek zapytał:

– Jak się nazywasz?

– A co cię to obchodzi?

– Jeżeli zechcę, będzie mnie obchodziło!

– No, to dlaczego nie chcesz?

– Jak będziesz tyle gadał, to zechcę.

– Gadam, gadam!… No, i co teraz?

– Myślisz, że z ciebie taki wielki elegant, co? Mógłbym sobie jedną rękę przywiązać na plecach, a drugą stłuc cię na kwaśne jabłko!

– Więc dlaczego tego nie zrobisz? Ciągle tylko gadasz, że mógłbyś!

– Niech ci się nie zdaje, że możesz ze mnie kpić!

– Widziałem już wielu takich mądrali jak ty.

– Laluś! Wydaje mu się, że jest nie wiem kim! Patrzcie, jaki ma kapelusz!

– Spróbuj go strącić. Ale uprzedzam, że się prędko potem nie wyliżesz!

– Jesteś łgarzem!

– Ty też!

– Tchórz! Chciałby się bić, a boi się!

– Wynoś się!

– Jak mi tu będziesz dalej szczekał, to cię tak urządzę, że popamiętasz…

– Doprawdy?

– Zobaczysz!

– Więc dlaczego tego nie robisz? Gadasz tylko ciągle, a nic nie robisz! A wiesz dlaczego? Bo tchórzysz!

– Nie tchórzę!

– Tchórzysz!

– Nie!

– Tak!

Znowu cisza, znowu wzajemne okrążanie się i spoglądanie spode łba. Wreszcie stanęli jeden naprzeciw drugiego.

– Wynoś się stąd! – zawołał Tomek.

– Sam się wynoś!

– Ani mi się śni!

– Mnie też!

Stali tak naprzeciwko siebie, wysunąwszy nogę dla lepszej równowagi. Następnie z całą siłą zaczęli napierać na siebie, bacznie się obserwując i miotając wzrokiem groźne błyskawice. Żaden jednak nie mógł zyskać przewagi nad przeciwnikiem. Potem z zachowaniem należytej ostrożności odstąpili od siebie, a Tomek powiedział:

– Jesteś tchórz i szczeniak! Powiem mojemu starszemu bratu. Już on cię przetrzepie, możesz być pewny.

– Niewiele sobie robię z twojego starszego brata! Mój brat jest silniejszy od twojego! Jeżeli zechce, przerzuci go przez ten płot. (Obaj bracia byli oczywiście zmyśleni).

– Kłamiesz!

– To ty kłamiesz!

Tomek narysował palcem kreskę na piasku i powiedział:

– Spróbuj przekroczyć tę linię, a tak cię stłukę, że nie będziesz mógł się ruszyć!

Obcy chłopiec bez chwili wahania przekroczył kreskę, mówiąc:

– Gadać potrafisz – zobaczymy, co teraz zrobisz!

– Nie zbliżaj się! Uważaj!

– No… dlaczego nic nie robisz?

– Do licha! Za centa to zrobię!

Nieznajomy wyjął szybko centa i szyderczo podsunął go Tomkowi. Tomek wytrącił mu monetę z ręki. W następnej chwili chłopcy rzucili się na siebie i sczepiwszy się jak dwa kociaki, tarzali się w piasku. Targali się za włosy i ubrania, okładali pięściami, rozdrapywali sobie wzajemnie nosy. Wreszcie z chaosu i pyłu począł coraz wyraźniej wyłaniać się Tomek; siedział okrakiem na nieprzyjacielu i bił go pięściami.

– Masz już dość? Powiedz!

Chłopak usiłował się wyswobodzić. Płakał ze złości.

– Masz dość? – pytał Tomek i tłukł go dalej.

Wreszcie pokonany chłopak wykrztusił: – Dość! – i Tomek puścił go, mówiąc:

– Zapamiętaj to sobie! Na drugi raz zastanów się najpierw, z kim zadzierasz!

Obcy chłopak oddalił się szybko, otrzepując ubranie, płacząc i pociągając nosem. Oglądał się raz po raz za siebie i odgrażał Tomkowi. Tomek odpowiedział na pogróżki szyderczym śmiechem i w triumfalnym nastroju opuścił pole walki. Zaledwie się jednak odwrócił, nieznajomy podniósł kamień, cisnął go i trafił Tomka między łopatki, po czym uciekł co sił. Tomek gonił zdrajcę aż do domu i przy tej sposobności dowiedział się, gdzie mieszka. Przez pewien czas stał pod bramą, rzucając nieprzyjacielowi wyzwania; ale chłopak nie chciał przystąpić do ponownej walki i tylko stroił do Tomka miny przez okno. Wreszcie zjawiła się matka wroga, nazwała Tomka złym, wstrętnym, ordynarnym chłopakiem i odpędziła go. Odszedł więc, ale zapowiedział, że jeszcze kiedyś dostanie tego lalusia w swoje ręce.

Tego wieczoru porządnie spóźnił się do domu. Gdy wchodził oknem, natknął się na czatującą ciotkę. Kiedy zobaczyła, w jakim stanie wrócił siostrzeniec, powzięła niezłomne postanowienie wyznaczenia mu za kary dodatkowej pracy w sobotę.


Rozdział 2

Malowanie płotu • Ruchy strategiczne • Rzeź niewiniątek

Nadszedł sobotni ranek. Wszystko, co żyło, jaśniało świeżością lata i tętniło radością życia. We wszystkich sercach dźwięczała muzyka. Radość była na każdej twarzy, wiosna przejawiała się w każdym ruchu. Akacje pokryte były kwieciem, a powietrze przesiąknięte niezwykłym zapachem.

Wzgórze Cardiff, spoglądające ze swej wyniosłości na miasto, okryte było zielenią i wyglądało jak ziemia obiecana, pełna ciszy, rozmarzona, zapraszająca w gościnę…

Tomek zjawił się w bocznej uliczce z kubłem rozrobionego wapna i pędzlem na długim trzonku. Zmierzył okiem parkan i od razu z jego twarzy znikła radość, a jej miejsce zajęła czarna rozpacz. Parkan miał trzydzieści jardów długości i dziewięć stóp wysokości! Życie wydało mu się nie do zniesienia. Z westchnieniem zanurzył pędzel w wiadrze i przejechał nim po najbliższej desce; powtórzył tę czynność jeszcze raz; porównał pobieloną powierzchnię z tym ogromem, jaki trzeba było jeszcze pomalować, i zrozpaczony usiadł na pniu. Z bramy wybiegł, podskakując i śpiewając Jim z konewką na wodę. Jeszcze wczoraj noszenie wody ze studni było w oczach Tomka czymś hańbiącym, ale teraz spojrzał na to zupełnie inaczej. Przypomniał sobie, jakie wspaniałe towarzystwo zbiera się przy studni. Pełno tam zawsze chłopców i dziewcząt, białych, Murzynów i Mulatów, którzy czekają na swoją kolejkę. Wypoczywają, zamieniają się zabawkami, kłócą się, tłuką, bawią jak potrafią. I przypomniał sobie, że chociaż do studni było niecałe dwadzieścia kroków, Jim nigdy nie wracał z wodą przed upływem godziny, a nieraz trzeba go było dopiero sprowadzać. Powiedział więc:

– Słuchaj, Jim, ja pójdę po wodę, a ty pomaluj trochę za mnie.

Jim potrząsnął głową i odpowiedział:

– Nie może, paniczu Tomek. Pani kazać Jimowi iść po wodę, nigdzie się nie zatrzymywać i nie robić głupstwa. Ona powiedzieć, że panicz Tomek będzie chcieć, aby Jim malować, ale ona kazać Jimowi nie słuchać i robić swoją robotę. Ona na malowanie dobrze uważać.

– Ach, Jim, nie przejmuj się tym, co ona mówi. Ona tak zawsze gada. Daj mi wiaderko, nie zabawię długo. Ona nie będzie wiedziała.

– Nie może, paniczu Tomek. Pani Jimowi głowę urwać, ona tak na pewno zrobić.

– Ona? Ależ ona nie ma pojęcia o biciu! A nawet, jak postuka trochę naparstkiem po głowie, to co? Kto by się tym przejmował! Gada dużo, ale gadanie nie boli – chyba że zacznie krzyczeć. Jim, dam ci szklaną kulkę, wiesz, tę dużą, białą!

Jim zaczął się wahać.

– Dużą, białą kulkę, Jim, to nie byle co!

– Ach, ona być taka śliczna! Ale, paniczu Tomek, Jim strasznie bać się stara pani!

– A na dodatek pokażę ci chory palec.

Jim był tylko człowiekiem. Pokusa była zbyt wielka. Odstawił więc wiadro, wziął szklaną kulkę i pochylił się nad obandażowanym palcem. W chwilę po tym uciekał, aż się za nim kurzyło, z wiadrem i obolałym grzbietem; Tomek malował z zapałem, a ciotka Polly wracała z pola walki z pantoflem w ręku i triumfem w oczach.

Energia Tomka słabła. Oczyma duszy widział cały swój dzień, który zaplanował bardzo dokładnie, i zrobiło mu się bardzo smutno. Niedługo zaczną tędy przebiegać inni chłopcy i będą żartowali z niego, że musi pracować – sama myśl o tym paliła go jak ogień!

Wydobył całe swoje mienie i zaczął oglądać: szczątki zabawek, szklane kulki i rupiecie bez nazwy. Wystarczyłyby może, by opłacić nimi krótkotrwałe zastępstwo w robocie, nie udałoby się jednak zdobyć za nie choćby pół godziny wolności. Wsunął więc z powrotem do kieszeni swoje skarby i pożegnał się z myślą o przekupieniu chłopców. Nagle w chwili najczarniejszej rozpaczy spłynęło na niego olśnienie. Wielkie, wspaniałe olśnienie.

 

Wziął pędzel do ręki i zabrał się spokojnie do pracy. Właśnie Ben Rogers ukazał się na horyzoncie, ten sam Ben, którego szyderstwa Tomek obawiał się najbardziej. Ben zbliżał się w podskokach i podrygach, co dowodziło, że było mu lekko na sercu i że miał dobre zamiary. Gryzł jabłko i w przerwach wydobywał z siebie przeciągłe, melodyjne hukania, po których następowały głębokie tony: ding-dong-dong, ding-dong-dong, bo właśnie udawał parowiec. Zbliżając się, zwolnił, zajął środek ulicy, skręcił na prawo i począł przybijać z wysiłkiem do brzegu, gdyż był w tej chwili statkiem „Wielka Missouri”, mającym dziewięć stóp zanurzenia. Był parowcem, kapitanem, dzwonkiem sygnałowym w jednej osobie i stał w wyobraźni na własnym mostku kapitańskim, wydając rozkazy i wykonując je.

– Stop! Dzyń-dzyń-dzyń!

Kurs dobiegał końca, statek począł powoli skręcać na boczny tor.

– Cała wstecz! Dzyń-dzyń-dzyń!

Ramiona trzymał przy sobie, sztywno wyprężone.

– Ster na prawo! Dzyń-dzyń-dzyń! Czu-czu-czu!

Prawa ręka zataczała wielkie łuki, była przecież kołem sterowym, które miało czterdzieści stóp obwodu.

– Cała wstecz! Ster na lewo! Dzyń-dzyń-dzyń! Na prawo! Naprzód! Na lewo! Stój! Dzyń-dzyń-dzyń! Czu-czu-czu! Zwolnij liny! Żywo! Kotwica! Co się tam dzieje? Stój! Popuścić! Maszyna zatrzymana, panie kapitanie! Dzyń-dzyń-dzyń! Sst! sst! sst! (próbowanie wentyli).

Tomek malował, nie zwracając zupełnie uwagi na parowiec. Ben zdumiał się, a po chwili rzekł:

– Ha! A to cię zasadzili do pracy!

Milczenie. Tomek okiem artysty badał ostatnie pociągnięcie; wykonał pędzlem zamaszysty ruch i jak poprzednio oceniał wynik. Ben podszedł bliżej. Tomkowi ślinka szła na widok jabłka, ale dalej machał pędzlem. Ben zagadnął go znowu:

– No, co tam, musisz dzisiaj pracować?

– Ach, to ty, Ben! Wcale cię nie zauważyłem!

– Idę się kąpać… a ty nie miałbyś ochoty? Ale prawda, ty wolisz pracować! No nie?

Tomek przyjrzał się koledze od stóp do głów i zapytał:

– Co nazywasz pracą?

– Jak to, czy to nie jest praca?

Tomek zaczął znowu malować i odpowiedział obojętnie:

– Może to jest praca, a może i nie. Wiem tylko, że to się podoba Tomkowi Sawyerowi.

– Nie udawaj, że sprawia ci to przyjemność!

Pędzel pracował dalej.

– Czy sprawia mi to przyjemność? Oczywiście! A czemuż by nie? Nie każdego dnia trafia się człowiekowi taka gratka, jak malowanie parkanu…

To stawiało sprawę w nowym świetle. Ben przestał gryźć jabłko. Tomek z poważną miną poruszał pędzlem w jedną i drugą stronę, przystawał, rzucając okiem na całość, dodawał tu jedno pociągnięcie, tam drugie, znowu sprawdzał – a Ben tymczasem śledził każdy jego ruch. Sprawa wciągała go coraz bardziej. Nagle odezwał się:

– Słuchaj, Tomku, daj mi trochę pomalować!

Tomek namyślał się przez chwilę; zdawał się już zgadzać, ale zmienił zamiar:

– Nie, nie, Ben, to niemożliwe. Widzisz, ciotka Polly ma hopla na punkcie tego parkanu, zwłaszcza tu, od strony ulicy, sam rozumiesz… Gdyby to był parkan taki sobie, gdzieś na uboczu, to oczywiście nie miałbym nic przeciwko temu i ona chyba także nie. Ale gdy chodzi o ten właśnie parkan, jest niebywale wymagająca! To musi być zrobione niezwykle dokładnie. Nie wiem, czy na tysiąc, a nawet na dwa tysiące chłopców znajdzie się choć jeden, który umiałby to zrobić jak należy!

– Co ty opowiadasz! Daj mi spróbować, tylko trochę! Ja bym ci pozwolił, gdybym był na twoim miejscu, Tomku!

– Ben, zrobiłbym to, szczerze ci mówię, ale ta ciotka Polly! Wiesz, Jim chciał to robić, ale mu nie pozwoliłem, Sid chciał i też nie pozwoliłem. Zrozum moje położenie! Gdybym ci dał pędzel do ręki, a coś by się stało…

– Głupstwo! Zobaczysz, jak ja to będę starannie robił… Pozwól mi spróbować! Dam ci za to kawałek jabłka!

– No, to dawaj, chociaż właściwie… nie! Okropnie się boję!

– Dam ci całe jabłko!

Tomek z niechęcią na twarzy oddał wreszcie pędzel, śmiejąc się przy tym w duchu. I podczas gdy niedawny parowiec „Wielka Missouri” pracował w skwarze, aż pot się z niego lał, uwolniony artysta siedział sobie nieopodal w cieniu na beczce, wymachiwał nogami, zajadał jabłko i planował rzeź dalszych niewiniątek.

Chętnych nie brakowało; co chwila zjawiali się chłopcy; każdy przychodził z zamiarem szydzenia z Tomka i każdy zostawał, aby sobie trochę pomalować. Tymczasem Ben zmęczył się, więc z łaski Tomka przyszła kolej na Billa Fishera w zamian za niezupełnie jeszcze podarty latawiec; a gdy i Bill miał już dosyć, prawo bielenia nabył Johnny Miller za zdechłego szczura i kawałek szpagatu, na którym można go było uwiązać i wywijać nim w powietrzu; i tak dalej, i dalej, godzina za godziną. A gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, Tomek, który rano był jeszcze zupełnym biedakiem, stał się bogaczem. Oprócz wymienionych wyżej przedmiotów miał dwanaście szklanych kulek, złamane organki, kawałek niebieskiego szkła z butelki, przez które można było patrzeć, szpulkę na nici, klucz, który niczego nie otwierał, kawałek kredy, szklany korek od karafki, cynowego żołnierza, dwie kijanki, sześć kapiszonów, kota z jednym okiem, mosiężną kołatkę do drzwi, psią obrożę, rękojeść noża, cztery kawałeczki skórki pomarańczowej i starą rozbitą ramę okienną. Przy tym spędził czas bardzo mile w błogim lenistwie, miał towarzystwo, a parkan pokryty był trzema warstwami wapna. Na szczęście wreszcie go zabrakło, inaczej bowiem Tomek byłby wszystkich chłopców z całego miasta doprowadził do bankructwa.

Tomek uznał, że świat mimo wszystko nie jest taki zły. Sam o tym nie wiedząc, odkrył wielkie prawo wszystkich poczynań ludzkich. Chcąc obudzić w dorosłym lub dziecku pragnienie jakiejś rzeczy, trzeba mu ją przedstawić jako bardzo trudną do osiągnięcia. Gdyby był wielkim filozofem (przynajmniej takim jak autor tej książki), to rozumiałby, że pracą jest to, co ktoś musi robić, a przyjemnością to, czego robić się nie musi. Wiedziałby, że wytwarzanie sztucznych kwiatów albo chodzenie w kieracie jest ciężką pracą, natomiast granie w kręgle albo wspinanie się na Mont Blanc jest tylko przyjemnością. Wielu bogatych Anglików tłucze się powozem, zaprzężonym w czwórkę koni, dwadzieścia lub trzydzieści mil w upale – bo ta przyjemność kosztuje ich dużo pieniędzy; ale niechby im ktoś kazał robić to samo za wynagrodzeniem, zaczęliby to uważać za pracę i woleliby z niej zrezygnować.