Czwarta pieczęćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

AKT I: NIEŚMIERTELNY

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

AKT II: ŚMIERĆ

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

AKT III: SYNOWIE MARNOTRAWNI

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

AKT I: NIEŚMIERTELNY
ROZDZIAŁ I

Na wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych spadł przed wiekami olbrzym imieniem Ymir. Ranny, wierzgał kończynami, formując doliny, nakreślając paznokciami wyżłobienia, które później wypełniły się jego krwią. Rzeki, nazwane tak w późniejszych czasach, przecinać będą wschodnią część kontynentu, tworząc jeziora.

Gigant po latach męczarni zmarł, a w miejscu jego śmierci, tysiące lat później, człowiek wybudował miasto Eddington, które stało się karykaturą Los Angeles. Huczne centrum metropolii zostało założone tam, gdzie w przeszłości biło serce potwora. Jak niegdyś, tak i dzisiaj jest to miejsce przepełnione fałszywym blaskiem. Tysiące neonów zawieszonych na wysokich wieżowcach rozjaśnia noc.

Omamieni różnokolorowymi, figlarnymi lampionami nowoczesności mieszkańcy powtarzali swój rytuał co wieczór. Asystentki swoich szefów, pracownicy korporacji, sprzątaczki, kurierzy, nudni księgowi, dyrektorzy – nie miało znaczenia to, kim byłeś w blasku dnia. Gdy zapadał mrok, a melodia skwiercząca jak smażone jajka na patelni wypełniała nocne kluby, ludzie odkładali swe nudne, irytujące życie głęboko do szafy. Zakładali uśmiechnięte maski, przyozdabiali się pstrokatymi ozdobami i jako nowomiejska społeczność żyjąca na kredytach bawili się do białego rana.

Zamiast krwi płynącej w żyłach zmarłego olbrzyma w krwioobiegu współczesnego miasta alkohol mieszał się z narkotykami, tworząc dudniący jazgot hipokryzji. Ulice jak tętnice transportują miliony krwinek, upewniając się, że każda znajdzie swoje miejsce, by w późny piątkowy wieczór przyłączyć się do modłów.

Jadąc jedną z żółtych taksówek wzdłuż zmarłej szyi olbrzyma, wtopionej w ekosystem Ameryki, dojechać można do cichego z pozoru zakątka Eddington. Czaszka Ymira skrywała rozum, obecnie zakryty cegłą formującą się w miejski ratusz, bogatymi willami prawdziwych monarchów tej aglomeracji oraz wiernymi złoczyńcami, którzy płacą grubą gotówką za swoje przywileje.

Odnóża potwora pochłonął ocean, a na brzegu, gdzie wnętrzności wylały się z cielska, założono port, który przeobrażał się w nocy w miasto duchów. Świszczący wiatr smagał swym zimnym, wilgotnym dotykiem czekające na swoich panów kontenery przyozdobione niechlujnym graffiti. Zmęczeni strażnicy siedzieli znużeni na niewygodnych krzesłach, wpatrując się w czarno-biały ekran monitorów i wodząc wzrokiem za czymś podejrzanym.

W całym tym życiorysie miasta uformowanego na ciele zmarłego olbrzyma ważnym elementem historii jest miejsce zbudowane na palcu wskazującym, na rogu Trzydziestej i Trzydziestej Pierwszej Ulicy. Stał tam pomnik historii – Muzeum Amerykańskie, duma Ameryki, która swą sławą dorównywała Muzeum Brytyjskiemu. To tam ludzie od pokoleń składali hołd przeszłości, kolekcjonując mistyczne artefakty, nie wiedząc nawet, że część z nich wciąż emanuje magią.

Po drugiej stronie, na ławce, siedział mężczyzna w długim płaszczu i zagiętym z jednej strony kapeluszu. Żując nie pierwszej już świeżości gumę, spoglądał na budynek, obserwując, jak trzy kondygnacje pięknie układają się w arcydzieło nowoczesnej sztuki architektury. Ręce zawiesił na oparciu i wystukiwał nimi rytm znanej melodii. Gibał się lekko na boki, przypominając alfonsa, który czeka na jedną ze swoich dziewczyn.

Prawda była jednak bardziej fascynująca niż zwykłe odbieranie należności od prostytutki. Gładko ogolony mężczyzna o mocno zarysowanym podbródku, z płaskim bokserskim nosem i nozdrzami jak u wściekłego byka nazywał się Paul Canterbury. Nie bez powodu tkwił, lekko znużony, w tym miejscu.

Kilka dni temu otrzymał intratną ofertę, której – z racji wysokości honorarium – nie mógł odrzucić. Nawet on, najlepszy płatny morderca wampirów, nie mógł przejść obojętnie koło dziesięciu milionów dolarów za wykonanie kolejnej egzekucji na pracującym we wspomnianym wcześniej muzeum krwiopijcy.

Początkowo zastanawiał się, czemu anonimowy klient próbuje skrócić o głowę wampira ukrywającego się jako nocny stróż, ale widząc zaliczkę na swoim koncie, postanowił zignorować dobrą radę przyjaciela, który odradzał mu przyjęcie zlecenia. Co tak naprawdę może się wydarzyć? Powtarzał to zdanie za każdym razem, gdy słyszał wywody partnera, z którym pracował w tym niecodziennym zawodzie od kilku dobrych lat.

– Spokojna noc – powiedział Paul, rozmawiając przez słuchawkę bluetooth z Brandonem. Wciąż kołysał się na ławce.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. – Odpowiedź została zagłuszona przez rzężenie spowodowane słabym połączeniem. Dopiero po paru minutach trzasków Paul mógł usłyszeć powtórzone nerwowo zdanie.

– Spokojnie. To nie pierwsza nasza akcja, więc skąd u ciebie tyle niepewności? – Zanim usłyszał odpowiedź, dodał uszczypliwie: – Wiem, wiem. Masz przeczucie. Powtórzę raz jeszcze: a czy kiedyś się ono sprawdziło?

W rezultacie usłyszał jedynie głośny oddech, który wskazywał, że jego wierny kompan się zdenerwował. Zabójca uśmiechnął się pod nosem, wystawiając na widok publiczny swoje krystalicznie białe zęby. Po chwili energicznie wstał z ławki. Otrzepał się z miejskiego kurzu, a jego dotychczas błękitne oczy zapaliły się jak dwie żarówki o karmazynowej barwie. Nie był zwykłym człowiekiem. Świat pełen wampirów, upadłych aniołów, skrzatów, krasnali oraz innych dziwnych stworzeń nazywał go autsajderem. Byli to ludzie o nadprzyrodzonych zdolnościach, których – ze względu na ludzkie pochodzenie – wykluczono z życia Podświata.

– Paul, mamy pewien problem. – Brandon Harper, jego przyjaciel, nerwowo wydusił z siebie słowa, widząc na swoim monitorze włączony alarm. Przysiadł się bliżej ekranu, obserwując miganie czerwonych napisów i starając się zrozumieć, jak to w ogóle możliwe.

Canterbury zatrzymał się na środku ulicy, słysząc niepewny, łamiący się głos w słuchawce. Dostrzegł w tym samym momencie wyrwaną bramę, która miała pilnować podjazdu prowadzącego do głównego wejścia. Płaszcz zatrzepotał na wietrze, odsłaniając dwa półautomaty wiszące w kaburach. Spokojna noc miała się okazać zwiastunem nadciągających zmian – niczym cisza przed burzą.

– Co ty nie powiesz – odparł bez emocji, ukrywając ekscytację. – Ile mam czasu, zanim psy pokrzyżują nam plany?

– Skąd… – Harper w pierwszej chwili próbował wyrwać się z pytaniem, które pojawiło się w jego głowie: „skąd wiesz, że policja już jedzie?”, by po chwili samemu się ukarać poprzez zagryzienie warg. Pomyślał, że to było głupie pytanie.

Brandon od zawsze miał problemy z pewnością siebie. Był człowiekiem bez nadprzyrodzonych zdolności, który – ze względu na niefortunny zbieg okoliczności – posiadł ogromną wiedzą o Podświecie, o wampirzych kastach i klanach. Czytał dużo zapomnianych ksiąg, na które przeznaczył ogromną część swojego majątku. Paul bardzo cenił zdanie przyjaciela. Jednak pomimo tego Harper, jak stereotypowa kobieta przedstawiana często w dowcipach, doszukiwał się między wierszami docinków ze strony zabójcy. Taką już miał naturę.

 

– Masz góra dziesięć minut – odpowiedział, wydychając ciężko powietrze i brzmiąc trochę jak lokomotywa wypuszczająca parę przez komin tuż przed ruszeniem z miejsca.

– Wystarczy – oznajmił spokojnie Paul.

Przeszedł żwawym krokiem przez ulicę, minął zniszczone wejście na teren posiadłości oraz tabliczkę informującą, że teren należy do Muzeum Amerykańskiego. Zatrzymał się przed frontowymi drzwiami, a raczej tym, co z nich zostało. Roztrzaskane drewno wpadało do wnętrza budynku. Zerkając przez próg, zabójca zauważył panujący w środku mrok i porozrzucane lampy, niektóre z nich były wciąż sprawne i mrugały rytmicznie. Gabloty z cennymi przedmiotami leżały na ziemi, nosząc ślady zaciętej walki.

Karmazynowe oczy zabójcy zapłonęły mocniej, ukazując intensywnie czerwony kolor. Wyciągnął spluwy płynnym, teatralnym ruchem. Szedł wzdłuż niepokojącej ścieżki krwi, która wiła się jak rzeka, wpadając do drugiego pomieszczenia. Tam ujrzał podobny widok zniszczonych eksponatów oraz wyraźne ślady pazurów na podłodze. Oglądając pobojowisko, dostrzegł w kącie leżące nieruchomo ciało. Zbliżając się do ofiary, zauważył rozcięty brzuch, z którego wylały się wnętrzności. Liczne rany na torsie wskazywały na niezbyt wyrównany pojedynek.

Przyklęknął, zbliżając się do posrebrzanej twarzy. Z otwartych ust wystawały rekinie zęby z dwoma charakterystycznymi siekaczami. Uniósł powiekę trupa do góry. Musiał umrzeć niedawno – pomyślał, gdy zobaczył czarną, podłużną w pionie źrenicę, zakończoną marchewkowym odcieniem. Powoli kolor bladł i na ogół musiało minąć dobre pół godziny, zanim oczy staną się bezbarwne. Po kolejnej godzinie pozostanie jedynie biel.

Chwilę później poczuł lekkie szturchnięcie w potylicę. Momentalnie zezłościł się na siebie. Profesjonalista w każdym calu dał się podejść jak zwykły amator.

– Powoli wstań z kolan. – Usłyszał zza pleców. – Bez żadnych gwałtownych ruchów odłóż broń.

Paul rozpoznał charczący głos. Detektyw Walter Cote od dwóch lat ścigał go po całych Stanach Zjednoczonych, będąc zawsze pół kroku z tyłu. Dzisiaj, w niewyjaśnionych okolicznościach, złapał mordercę na gorącym uczynku. Tak przynajmniej sądził policjant.

– Detektywie – odparł ozięble – jakie miłe, niespodziewane spotkanie. – Położył pistolety na zimnej posadzce, wciąż zastanawiając się, jak to możliwe, że dał się tak łatwo podejść, chociaż marmur tak pięknie wydobywa z siebie echo stawianych kroków.

– Paul – zaczęli rozmowę, jakby starzy znajomi po latach rozłąki znaleźli się w krępującej sytuacji – aresztuję cię za zamordowanie dziesięciu osób. Możesz zachować milczenie…

– Poważnie? – Przerwał wypowiedź, irytując stróża prawa. – Zamierzasz aresztować mnie zgodnie z literą prawa, recytując jakąś banalną formułkę? To do ciebie niepodobne. – Roześmiał się, ale gwałtownie urwał rechot, gdy usłyszał szelest dobiegający z góry.

– Nawet mnie nie wkurwiaj! – warknął zirytowany detektyw, słuchając prześmiewczego tonu. – Żadnych numerów, bo bez zbędnych wyrzutów sumienia pociągnę za spust. Ręce za siebie! – Zaczął nerwowo szukać przywieszonych do pasa kajdanek.

Ręce policjanta drżały ze starości. Siwy, przerzedzony wąs w kształcie dzioba poniekąd zdradzał wiek Waltera, który w zeszłą zimę skończył pięćdziesiąt lat. Próbował synchronizować swoje ruchy, nie odrywając wzroku od przestępcy, który z jakichś nieznanych dla Cote’a powodów uniósł wysoko głowę. Trzymając ręce w górze, Balor, bo taki przydomek zyskał płatny zabójca – od celtyckiego boga śmierci – naprężył mięśnie szyi i z uwagą obserwował pokryte licznymi cieniami sklepienie.

– Naszą małą zabawę będziemy musieli przełożyć na inny termin – powiedział z powagą, jednocześnie opuszczając ręce.

– Nie ruszaj się! – Nerwowość w głosie podstarzałego gliny była aż nadto widoczna.

– To nie ja jestem tutaj problemem.

Wszystko potoczyło się błyskawicznie. Paul poczuł, że coś wielkiego wylądowało tuż za plecami Waltera. Schylił się po swoje spluwy, naładowane płynnym srebrem. Odwrócił się energicznie, widząc przed sobą potwora pokrytego brązową sierścią, wysokiego na prawie trzy metry, o wilczym pysku. Bestia wbiła wielkie kły w ciało detektywa, podrzuciła go z lekkością, jakby osiemdziesiąt kilogramów nie robiło dla stwora żadnej różnicy i cisnęła go na drugą stronę pomieszczenia.

Przerośnięty wilkołak wyprowadził wielką łapą dwa szybkie uderzenia. Paul odbił w bok. Wystrzelił serią w umięśniony korpus potwora. Pociski odbiły się od twardej skóry, nie zostawiając żadnych widocznych śladów.

Dziki zwierz zaatakował z impetem, taranując wszystko na swej drodze. Donośny ryk stawał się coraz głośniejszy, przeobrażając się w nieznośny jazgot ciężkich dźwięków. Gwałtownie doskoczył do zaskoczonego autsajdera. Zadał piorunująco silny cios, wbijając się w podłogę, gdy płatny zabójca uniknął zderzenia. To rozwścieczyło bestię, która nabrała jeszcze większej animozji w stosunku do rywala.

W szale potwór machał swoimi olbrzymimi pazurami we wszystkie strony. Niszczył gabloty, zostawiał wyraźne ślady na ścianach. Paul, strzelając krótkimi seriami, zauważył, że przeciwnik trzyma w jednej łapie pozłacane pudełeczko ozdobione rycinami. Rozpoznał jedynie postać smoka wijącego się wzdłuż jednej z krawędzi. Chwilę później, zagoniony w róg, przyjął na ciało szarżę wielkiego cielska.

Wilkołak zostawił głęboką ranę na jego klatce piersiowej, po czym chwycił za nogę rywala i rzucił nim z całych sił na stojącą nieopodal kolumnę. Potwór, słysząc w tle syreny policyjnie, nie zadał kończącego ciosu, wycofując się przez otwór w suficie i zostawiając rannych mężczyzn na pastwę losu.

Dysząc ociężale, pokryty krwią oraz potem Paul wstał z wielkim trudem. Po kilku krokach upadł bezwładnie na zniszczoną gablotę. Jęknął przy zderzeniu, wymienił kilka wulgarnych epitetów, opisując sytuację, w której się znalazł, i ponowił próbę wydostania się z muzeum. Jego organizm zaczął regenerować ubytki, ale dużo wolniej, niż tego oczekiwał. Ślad pazurów, który przebiegał po skosie przez całą klatkę piersiową, zaskakująco mocno krwawił, a siermiężny, tępy ból pulsował we wszystkie kierunki.

– Paul? Paul? – Usłyszał w słuchawce wystraszony głos przyjaciela. – Pospiesz się, bo policja jest już blisko.

– Lepiej odpal wóz, bo będziemy musieli szybko stąd spadać – odparł.

Po chwili ranny mężczyzna zerwał się na chwiejne nogi. Przygarbiony trzymał się za obolały bok. Szedł powoli, jakby nadciągająca wizyta nieproszonych gości ubranych w ciemnogranatowe stroje wcale mu nie przeszkadzała. Przez połowę drogi utykał na prawą nogę, ale dzięki wzmożonej regeneracji już po sześciu metrach dość swobodnie się poruszał. Przechodząc tuż obok leżącego Waltera, poczuł delikatny uścisk na kostce. Spojrzał spode łba na swoją nogę, do której przyczepiła się ręka detektywa, który wciąż – o dziwo – żył. Tamował krew, przyciskając drugą dłoń do szyi. Drgawki unosiły dolne kończyny w okropnym tańcu śmierci.

Policjant zerkał półświadomie na stojącego w przejściu mordercę. Słone łzy mieszały się z brudną krwią, tworząc niesmaczny koktajl, który z taką chęcią spijało przemijanie. Życie uchodziło z niego w strugach ciemnorubinowej cieczy.

Canterbury wyrwał się z lichego uchwytu. Jednak zanim odszedł, ponownie został złapany za postrzępioną nogawkę spodni. Umierający człowiek, topiący się w kałuży własnej krwi, chwytał kawałek ubrania jak przysłowiową brzytwę. Zabójca popatrzył z groteskowym uśmieszkiem na sceniczną improwizację szekspirowskiego przedstawienia. W głowie zrodziło mu się tysiące niespójnych myśli i – pchnięty przez tę nieopisaną ideę – pochylił się nad niedawnym rywalem. Przy pomocy silnych rąk przerzucił Waltera przez swoje ramię.

Wyszedł na zewnątrz i korzystając z miejskich cieni rzucanych przez wysokie budynki, zdołał umknąć tuż przed przyjazdem policji. Szybko skręcił w boczną alejkę, otworzył tylne drzwi podstawionego vana, który cicho chrobotał i drżał w gotowości. W pierwszym momencie siedzący na przedzie Brandon nie dostrzegł dodatkowego balastu. Wyjechał samochodem krętymi uliczkami, wciąż głowiąc się, jak takie spore auto zmieściło się w wąskich przejściach. Pojechali w stronę nadmorskich magazynów, gdzie mieli swoją kryjówkę.

ROZDZIAŁ II

Stary, rozklekotany van potulnie pędził w stronę schronienia, nie zdradzając przy tym buzujących emocji, rozgrzewających w środku samochodu atmosferę niemalże do czerwoności. Brandon ściskał kierownicę z całych sił, ciągle zerkając nerwowo na tyły, gdzie trwał wyścig z czasem i upływającą krwią. Życiodajny płyn tryskał żywiołowo z głębokiej rany. Policjant, zniewolony przez drgawki, podskakiwał całym ciałem niczym ryba wyjęta z wody. Paul zdjął płaszcz, oderwał rękaw i przyłożył go do obrażenia, tamując prowizorycznie wyciek życia, które kurczyło się z sekundy na sekundę.

– Kto to w ogóle jest?! – wrzeszczał wniebogłosy Harper.

Podenerwowany wszedł ostro w zakręt, ścinając bokiem samochodu trzy stojące nieopodal metalowe pojemniki na śmieci. Prawa natury okazały się bezlitosne i bezwładność pociągnęła ze sobą Balora, który z impetem przywalił w ścianę. W ostatniej chwili zacisnął dłoń mocniej na karku policjanta, by nie wypuścić go z uścisku. Sam do końca nie wiedział, czemu ratuje mu życie. W końcu detektyw Cote bezwzględnie próbował go przyskrzynić. Może był to wynik podświadomego uhonorowania godnego przeciwnika, który jako jedyny zdołał przystawić mu do potylicy spluwę?

– Uważaj, jak jedziesz!

– Staram się! – Wymamrotał dodatkowo kilka brzydkich epitetów pod nosem, by wyładować frustrację, jaka nagromadziła się w nim w czasie nerwowej jazdy.

Kierujący pojazdem odetchnął z ulgą na tyle, na ile pozwalała mu na to sytuacja, widząc w tle zadokowany w porcie kontenerowiec. Tuż przy wodzie odbił w prawo i jadąc wzdłuż linii brzegowej, bacznie obserwował szare magazyny, które wyrosły w porcie kilkanaście lat temu. Zawsze miał problem, by rozpoznać właściwą bramę, bo według niego każda cholerna brama w tym miejscu wyglądała tak samo. Odliczając w pełnym skupieniu do czterech i jednocześnie starając się nie słyszeć szamotaniny na tyłach, Brandon zauważył uchylony wjazd.

Uderzył wozem o siatkę, nie patrząc na ewentualne szkody, i zaparkował tuż przy bocznym wejściu do kwadratowego, niczym niewyróżniającego się budynku z czerwonej cegły. Wyskoczył z auta tak szybko, że potknął się o wystający z piaszczystej ziemi kamień. W locie zrobił fikołka i runął jak długi. Zaciskając zęby, pozbierał swoje cztery litery i nerwowo podbiegł do drzwi, próbując trafić kluczem w zamek. Po trzech nieudanych próbach zdołał otworzyć wejście. Zdyszany odwrócił się, by podskoczyć z zaskoczenia, że tuż obok niego stoi Paul, niosąc na rękach nieprzytomnego mężczyznę.

Bez zbędnych słów zbiegli do piwnicy, gdzie w trzecim pomieszczeniu znajdował się pokój z chirurgicznym sprzętem. W przeszłości, zanim Harper otworzył własną bibliotekę oraz stał się partnerem w szemranym biznesie mordowania wampirów na zlecenie, uczęszczał na studia medyczne. Marzył o wielkiej karierze chirurga, ale życie potoczyło się inaczej, niż sobie to w młodości nakreślił.

Nieśmiały, lekko pulchny mężczyzna z wyraźną łysiną przy stole operacyjnym zmieniał się w pewnego siebie twardziela. Jak w filmach o lekarzach nawet w najcięższych przypadkach zachowywał spokój. Nie było wyjątku, nawet dzisiaj. Nakazał stanowczym głosem położyć nieprzytomnego faceta na zimny blat. Korzystając z nożyczek, rozciął białą koszulę. Chwycił pewnie skalpel, nici oraz igłę i zanurzył się w swoim świecie.

Paul tylko przez chwilę obserwował swojego przyjaciela przy pracy, gdy ten płynnymi ruchami, niczym dyrygent wyznaczający rytm całej orkiestry, wykonywał zabieg. Wyszedł z pomieszczenia, przeszedł koło dwóch zamkniętych pokoi i wrócił na górę. Po drodze zatrzymał się na półpiętrze, gdy ból w klatce piersiowej zmusił go do podparcia się o ścianę. Upadł na jedno kolano. Wytarł niedbale czoło zesztywniałą ręką.

Niespodziewana zadyszka trzymała go w takiej pozycji dobre dwie minuty. Był bardzo zdziwiony, ponieważ nigdy przedtem nie odczuwał czegoś równie niepokojącego. Zazwyczaj rany goiły się błyskawicznie, nie zostawiając żadnych wyraźnych śladów. Tym razem było inaczej. W miejscu skaleczenia od olbrzymiego wilkołaka czuł pulsujący, nieznośnie piekący ból, który zwiększał swoje natężenie z każdym oddechem.

 

Gdy moment słabości minął, wgramolił się na górę. Przy bocznych drzwiach, z których skorzystali, wchodząc do magazynu, odbił w lewo, idąc długim korytarzem, by na końcu skorzystać z kolejnych schodów. Zmęczony wspinaczką oraz przebytą walką leniwie rozebrał się z zakrwawionej odzieży, nie wiedząc, ile krwi było jego, a ile należało do policjanta. Zniechęcony rzucił ubranie w kąt, pakując się następnie pod prysznic. Dopiero strumień zimnej, wręcz lodowatej wody ostudził tortury serwowane mu przez własny organizm.

Minęła godzina, gdy Paul zakończył rytuał, założył nowe, wygodniejsze ubranie i zszedł do głównej części magazynu, przebudowanej na ich centrum dowodzenia. Po drodze zorientował się, że zostawił w muzeum swój ulubiony kapelusz. Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Poprawił jeszcze czarne jak smoła, krótko obcięte włosy i podszedł do siedzącego przy stole Brandona, który sączył napar z ziół, by ukoić swoje nerwy.

– Nawet się nie waż tego mówić – rzekł Canterbury stanowczo, widząc spojrzenie przyjaciela, które aż krzyczało „a nie mówiłem?”.

– Co się właściwie tam stało? I kim, u diabła, jest ten facet?

– Walter Cote. – Chrząknął niepewnie, jakby nie przypominał siebie z opowieści o legendarnym płatnym zabójcy, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Dopiero gdy usłyszał ton własnej wypowiedzi, powtórzył te słowa z większą stanowczością.

– Czy mógłbyś powtórzyć? Czy ja usłyszałem nazwisko Cote, tego detektywa, który nam depcze po piętach? Czy ty zwariowałeś do reszty?! – Ze złości prawie zakrztusił się naparem.

– Znalazł mnie w muzeum. Chcę wiedzieć, od kogo wiedział, że tam będę. Na pewno ktoś musiał mu o tym powiedzieć.

– Sugerujesz, że jego wtyczką był nasz anonimowy klient?

Balor przysiadł się do Brandona. Siadał z grymasem bólu. Złapał się instynktownie za korpus, który ponownie nie dawał mu spokoju.

– Wszystko w porządku? – Przyjaciel błyskawicznie wychwycił dziwne zachowanie Paula.

– Ta – odrzekł niechętnie, ale po nachalnej namowie podwinął do góry koszulkę, odsłaniając bliznę biegnącą po skosie w miejscu ran zadanych pazurami przez bestię.

– Chyba się starzejesz, bo twoje ciało nie regeneruje się tak szybko, jak kiedyś – podsumował sarkastycznie. – Właściwie co cię zaatakowało?

– Wilkołak.

Harper zmarszczył brew, nie dowierzając w odpowiedź, jaką usłyszał.

– Naprawdę się starzejesz.

– To nie czas na wygłupy. – Uciął chłodno. – Ten był inny. Gdy stanął na dwóch tylnych łapach, swoją drogą nie wiedziałem, że to potrafią, przysiągłbym, że miał około trzy metry wysokości. Był pokryty gęstym, lekko rdzawym futrem. Bardziej przypominał taran albo czołg, a nie wilkołaka.

Zapadła niezręczna cisza. Obaj zastanawiali się, jak to w ogóle możliwe, by wilkołak wyrósł na tak ogromne bydlę. Każdy obeznany ze Podświatem wiedział, że te czteronożne zwierzęta łączy szczególna więź z wampirami, przypominając relację człowieka z psem, tylko w tym wypadku pies jest dużo bardziej dziki i umięśniony od swojego dalekiego krewnego. Dochodzą do siedemdziesięciu centymetrów w kłębie. Charakteryzuje ich szpiczasty pysk, dwa zakrzywione kły niczym u prehistorycznych szablozębnych i nie mają nic wspólnego z ludzkimi legendami.

– Jesteś pewien?

– Poruszał się z dużą szybkością, ledwie za nim nadążałem, ale jestem pewien, do czego strzelałem. Wyglądał jak dużo większy wilkołak, który może bez problemu stać na dwóch łapach. Co więcej, zauważyłem jeszcze jedną charakterystyczną cechę tej maszkary. Na czole miał jakby wypalony symbol, ale nie byłem w stanie dostrzec szczegółów. Może jakbym zobaczył ten znak, tobym go skojarzył. – Wzruszył ramionami.

Harper energicznie wstał z wygodnego fotela. Pomaszerował bez słowa w stronę swojej kolekcji zakazanych ksiąg w drugim pomieszczeniu. Zdezorientowany profesjonalny zabójca podążył za nim. Gdy wszedł do środka, ujrzał, jak jego przyjaciel niezgrabnie, ze względu na swoją tuszę, pochyla się nad półką i przeskakuje z tytułu na tytuł, szukając właściwiej lektury. Tylko czego on tak namiętnie szuka? – pomyślał, wciąż oglądając niezdarne akrobacje.

– Mam! – oznajmił entuzjastycznie, dźwigając ze sobą wielką czerwoną księgę w formacie A4.

Na oko miała ponad sześćset stron i była oprawiona w karmazynową, twardą okładkę z symbolem węża zjadającego własny ogon. Bez wątpienia był to Uroboros. Tyle zapamiętał Paul z dawnej rozmowy z Brandonem, który w pół drogi rzucił mu nadgryziony zębem czasu wolumen.

– Przekartkuj pierwsze strony. Może skojarzy ci się jeden z symboli.

– Nie muszę. To ten.

Na trzeciej stronie zauważył wielki symbol w kształcie litery A, która była położona na lewy bok, a pionowa linia środkowa, łącząca odnóża, wychodziła po obu stronach, tworząc coś na wzór znaku opisującego kąt w matematyce.

Harper podszedł bliżej, rzucił zaciekawione spojrzenie. Natychmiast zbladł i omal nie stracił równowagi z nerwów. Wziął dwa głębokie wdechy. Sam przez chwilę zastanawiał się, czy aby przypadkiem nie ma zawału serca.

– Jesteś pewny, że to ten symbol? – wydukał pytanie, wycierając mokre od potu czoło w długi rękaw swojej ulubionej jaskrawożółtej koszuli z ciemnym napisem „Jak to dobrze być puszystym”.

– Nie mam żadnych wątpliwości – odpowiedział zdegustowany przedstawieniem partnera, który na słowa potwierdzenia jeszcze bardziej zbladł, jakby dopiero co skończył pracę w tradycyjnym młynie. – A dlaczego pytasz?

– No bo… – Zapowietrzył się do tego stopnia, że nie mógł się wysłowić. Wzruszył jedynie ramionami, wyglądając przy tym jak student po alkoholowej libacji, stojący na kacu przed profesorem.

– No wyduś to z siebie. Nie umiem czytać po łacinie. – Był coraz bardziej zirytowany postawą Brandona.

– Właściwie to hebrajski z naleciałościami aramejskiego z czasów chrystusowych. – Tłuścioch odchrząknął, bo w tamtym momencie w oczach zniecierpliwionego Paula był właśnie tłuściochem. Grubym, wielkim, przede wszystkim irytującym tłuściochem.

– Więc?

– Jeśli… – Zauważył świdrujące spojrzenie nieskrywanej złości, więc prędko dodał: – Oczywiście, że widziałeś. Problem jest w tym, że ten symbol przypisany jest do Anubisa.

Dzika, zniecierpliwiona złość na twarzy Canterburiego jak za dotknięciem magicznej różdżki prysła.

– Ten Anubis?

– Tak. – Usiadł na kanapie i ponownie wytarł nagromadzony pot z czoła. – To ten Anubis. Wilkołak czystej krwi, należący do samego Aleksandra. – Imię „Aleksander” wypowiedział z wielką dbałością, jakby oddawał hołd dawnemu mistrzowi.

– Ale jeśli jest to „pies” pierwszego nieśmiertelnego, to by oznaczało…

– Że sam Aleksander żyje i właśnie powrócił po prawie dwóch tysiącach lat nieobecności. Jeśli ktoś, kto ukrywał się tyle wieków, postanawia wysłać swoją psinkę na zwiady, nie może to oznaczać nic dobrego.

Na chwilę zapadła krępująca cisza. Obaj starali się przetworzyć zdobytą wiedzę, ale za każdym razem odbijali się od ściany niepewności. Dlaczego Aleksander postanowił działać teraz? Co właściwie było w tajemniczym pudełku, które wykradł Anubis? Jakie były intencje nieśmiertelnego?

– Nie mam chyba wyboru. – Po długim namyśle siedzący przy barku Paul, siorbiąc trzecie piwo, w końcu przerwał zmowę milczenia. – Jeśli powrót Aleksandra jest prawdziwy, to tylko jedna istota w całym Podświecie będzie coś więcej wiedziała.

Brandon podniósł głowę znad księgi, w której szukał jakichś wskazówek co do ewentualnego powrotu nieśmiertelnego. Zmarszczył wysokie czoło i podrapał się po brodzie, przypominając w tamtym momencie ogolonego goryla wpatrującego się bezmyślnie w czarne ciągi liter, których nie rozumiał.

– Masz na myśli tego złamanego chuja, który jest nam winny niemałą kasę? – odpowiedział z przesadną czułością.

– Dokładnie. Kto jak kto, ale skryba Mulit wie wszystko, co się dzieje w Podświecie, więc jeśli faktycznie Aleksander pojawił się w mieście, to on z całą pewnością musi o tym wiedzieć. – Na jeden łyk dopił gorzkie piwo, zastanawiając się, czemu właściwie pije, kiedy przy szybkiej regeneracji ciała alkohol na niego nie działa. – Może będzie skory do rozmowy, jak mu zaproponuję umorzenie długu w zamian za informację.

– I na to ten matko… – Brandon ugryzł się w język, nie kończąc epitetu. – I pewnie się na to zgodzi, ale czy warto? W końcu wisi nam sporą sumę.

– Chyba i tak nie mamy wyjścia. Wolę wiedzieć, jakie zmiany nadchodzą w Eddington. – Na to stwierdzenie opasły przyjaciel nie znalazł kontrargumentu.

– Jest jeszcze jedna kwestia, o której chyba zapomniałeś – dodał po chwili triumfalnie Harper, widząc, że płatny morderca nie potrafi skojarzyć podstawowych faktów.

– O cholera! – Paul po dłuższym namyśle nadął się i wyrzucił z siebie elokwentny komentarz, stosowny do sytuacji, w jakiej się znaleźli.

– Ustaliliśmy, że spotkałeś Anubisa – rozpoczął swoją diagnozę, przypominając mędrca znad księgi, a nie wystraszonego chłopczyka, przygniecionego ciężarem dorosłości. – Detektyw Cote został ugryziony przez wilkołaka czystej krwi. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Sprawdziłem. – Postukał palcem wskazującym na kalendarz leżący na stole, tuż obok otwartego laptopa oraz wcześniej pokazanej księgi z symbolami. – Za sześć dni jego życie wywróci się do góry nogami – orzekł spokojnie, nie przejmując się losem jakiegoś gliny.

– Mam rozumieć, że przemieni się w wilkołaka?

– Jeśli – pomachał palcem, jakby prowadził zajęcia i tłumaczył dość oczywistą kwestię studentowi, który za bardzo nie uważał na jego poprzednich wykładach – przeżyje metamorfozę. Właściwie jego szanse rozkładają się po równo. Z drugiej strony albo zostanie psem gończym wampirów, albo umrze w męczarniach. Jak dla mnie nie jest to zbyt ciekawy wybór.