Niedziela, która zdarzyła się w środęTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Niedziela, która zdarzyła się w środę
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 52,80  42,24 
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Audio
Niedziela, która zdarzyła się w środę
Audiobook
Czyta Mariusz Szczygieł
26,90  19,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ero­tic club szu­ka chłop­ców mó­wią­cych po nie­miec­ku, Su­lę­cin, skryt­ka…

Z Su­lę­ci­na na­de­szły nie­mal nie­czy­tel­ne ba­zgro­ły:

„Klub mie­ści się w Niem­czech, a w czym ja po­ma­gam, to moż­na się do­my­ślić. Prze­pra­szam za cha­rak­ter pi­sma, lecz mam cho­ler­ne­go kaca i spie­szę się na piw­ko, zaś pierw­szą set­kę strze­lę za Pana zdrów­ko i uda­ny re­por­taż. Może ma Pan jesz­cze ja­kieś py­ta­nia na te­mat, pro­szę pi­sać, tyl­ko przed wy­pła­tą, bo po wy­pła­cie trud­no od­czy­tać moje pi­smo”.

Pod­pis nie­czy­tel­ny.

Opie­ka nad gro­ba­mi. Mogę prze­słać zdję­cie. C. Na­wroc­ki

Nie są­dzi­łem, że C. Na­wroc­ki jest aż tak przed­się­bior­czy: „Od­po­wiem na re­por­ter­skie py­ta­nia – od­pi­sał – lecz za wy­na­gro­dze­nie rów­ne ce­nie ogło­sze­nia w »Ga­ze­cie Wy­bor­czej«”.

C. Na­wroc­kie­mu wy­sła­łem sto ty­się­cy zło­tych.

„Dzia­łam trzy lata – wy­znał. – Opie­ka po­le­ga na tym, że lo­ka­li­zu­ję grób, do­ko­nu­ję grun­tow­nych po­rząd­ków, sa­dzę kwia­ty, re­mon­tu­ję czę­ści me­ta­lo­we i tak da­lej. Cena za jed­no­ra­zo­wą usłu­gę waha się od 500 ty­się­cy do 5 mi­lio­nów zło­tych. Zle­ce­nio­daw­ca­mi są oso­by le­piej sy­tu­owa­ne i za­awan­so­wa­ne wie­ko­wo. W dwóch przy­pad­kach szu­ka­ne­go gro­bu nie było. Klien­ci wy­ma­ga­ją cza­sem po­twier­dze­nia wy­ko­na­nia okre­ślo­nych prac przez ko­ściel­nych czy księ­ży. Nie mam żad­nych po­moc­ni­ków, sa­me­mu wy­god­niej jeź­dzić po kra­ju. Pod­ją­łem się tego typu usług, bo brak in­nej pra­cy.

Je­śli w przy­szło­ści będą wy­ciecz­ki na Mar­sa, nie­wy­klu­czo­ne, że zor­ga­ni­zu­ję je wła­śnie ja”.

Zdra­dzę, jak uro­snąć. Max ze Skier­nie­wic

„Pra­wie nie­za­wod­ną me­to­dą na po­pra­wę swe­go wzro­stu jest cho­dze­nie po gó­rach. Taką opi­nię wy­da­ło wie­lu le­ka­rzy. Być może w two­im re­gio­nie nie ma żad­nych gór, pro­po­nu­ję za­stą­pić to wcho­dze­niem na scho­dy w wie­lo­kon­dy­gna­cyj­nych bu­dyn­kach”.

Rada jest naj­tań­sza ze wszyst­kich – 25 ty­się­cy zło­tych.

Lego – dużą ilość od­dam wy­bra­nej oso­bie

Ro­dzi­na z Cze­la­dzi: on – po­li­cjant, ona – opie­kun­ka spo­łecz­na. Nie zda­wa­li so­bie spra­wy, że chęć po­da­ro­wa­nia zwy­czaj­nych kloc­ków ujaw­ni tyle ludz­kiej krzyw­dy.

Do­sta­li trzy­dzie­ści li­stów, wy­bór był bar­dzo trud­ny; wy­bra­li list Jac­ka z pod­lu­bel­skiej wsi. „Moja mama – na­pi­sał – jest bied­na, ale nie jest nam źle. Mamy dużo po­my­słów. Gdy w domu jest tyl­ko chleb, ja po­ży­czam tro­chę cu­kru w sto­łów­ce, w szko­le. Wte­dy ro­bi­my so­bie da­nie. Na krom­kę kro­pi się tro­chę wody z kra­nu i sy­pie cu­kier, żeby się przy­kle­ił do chle­ba. To jest bar­dziej smacz­ne niż róż­ne sło­dy­cze”. Do li­stu Ja­cek do­łą­czył 5 ty­się­cy zło­tych na prze­sył­kę. – I ten gest prze­są­dził o na­szym wy­bo­rze – mówi po­li­cjant.

Uzna­li z ro­dzi­ną, że po­peł­ni­li błąd. Na­pi­sa­li o du­żej ilo­ści kloc­ków Lego. Dla nich duża ilość ozna­cza­ła kar­to­nik róż­nych nie­kom­plet­nych kloc­ków po cór­ce. Od­nie­śli wra­że­nie, że lu­dzie li­czy­li na wię­cej.

Mają mo­ral­ne­go kaca: – Gdy­by­śmy nic nie wy­sła­li, mie­li­by­śmy spo­kój?

Z po­wo­du wy­jaz­du do USA wy­bra­ne­mu od­dam Fia­ta 126p (1988)

Pro­si­łem o fia­ta w li­ście po­le­co­nym. Nie za­re­ago­wa­no.

Wy­sy­łam odzież naj­bar­dziej po­trze­bu­ją­cym. P. z Lu­bi­na

Na­pi­sa­łem do P. w dwóch oso­bach: jako eme­ryt­ka i jako dzien­ni­karz. Eme­ryt­ce P. od­po­wie­dział, że odzież im­por­tu­je z USA i to musi tro­chę kosz­to­wać, je­śli się eme­ryt­ka de­cy­du­je, niech na­pi­sze jesz­cze raz. Dzien­ni­ka­rzo­wi P. oznaj­mił: „Bie­da ludz­ka osią­ga ze­nit, a lu­dzi do­bre­go ser­ca jest nie­wie­lu. Jako ka­to­lik i czło­wiek pra­wy nie mogę pa­trzeć na bie­dę. Sam mam 26 lat i pię­cio­ro dzie­ci. Po­sta­no­wi­łem dzie­lić się z naj­bar­dziej po­trze­bu­ją­cy­mi tym, co mnie zby­wa, co zo­sta­je po mo­ich dzie­ciach. To wszyst­ko, co jako czło­wiek mogę zro­bić dla swo­ich bliź­nich. Nie szu­kam roz­gło­su”.

Je­śli po­sia­dasz zbęd­ną odzież dla chłop­ców 10 i 15 lat, pro­szę wy­ślij, bar­dzo nam cięż­ko. Ko­cioł Ja­dwi­ga, Wól­ka…

Ja­dwi­ga Ko­cioł prze­ko­na­ła się, że w lu­dziach może być jesz­cze wie­le do­bra. Po wy­dru­ko­wa­niu ogło­sze­nia nikt jej nie chciał oszu­kać, nikt nie na­cią­gnął na fik­cyj­ne gry, nikt nie żą­dał pie­nię­dzy. Do­sta­ła za to trzy pięk­ne pacz­ki.

Ofia­ro­daw­ca z War­sza­wy przy­słał chło­pa­kom ogrom­ną pacz­kę, a więk­szość rze­czy oka­za­ła się bar­dzo mod­na. Ja­dwi­ga K. po­sy­ła mu za­wsze kart­kę na świę­ta. Na­pi­sa­ła nie­zna­jo­me­mu: „Gdy­by było wię­cej ta­kich lu­dzi jak Pan, nie by­ło­by tylu tra­ge­dii, a lu­dzie da­wa­li­by do ga­zet ogło­sze­nia ra­do­sne”.

Star­tu­ję w bie­gach ma­ra­toń­skich – po­szu­ku­ję fir­my, żeby ją re­kla­mo­wać pod­czas bie­gu

„Ser­decz­nie na wstę­pie po­zdra­wiam. Ostat­nio pra­wie nig­dzie nie star­to­wa­łem, bo nie mam za co opła­cić star­to­we­go i prze­jaz­dów. Cho­dzi mi o to, żeby spon­sor opła­cił prze­jazd i opła­tę star­to­wą, a ja bym go re­kla­mo­wał na ko­szul­ce. Ko­cham ma­ra­to­ny i nie chcę z nimi koń­czyć, ale jak nikt się nie zgło­si, będę mu­siał po­rzu­cić bie­ga­nie, a wte­dy ży­cie stra­ci dla mnie sens. Miesz­kam na wsi, tu u nas nic po pro­stu nie ma, każ­de­go dnia tre­nu­ję po le­sie. Zdo­by­łem brą­zo­wy me­dal na mi­strzo­stwach Pol­ski LZS w prze­ła­jach. A naj­więk­szym suk­ce­sem jest dla mnie ukoń­cze­nie każ­de­go ma­ra­to­nu, bo to jest coś.

Je­stem od 1988 roku żo­na­ty, mam żonę Bo­że­nę, 25 lat, i jed­ne­go syna Ar­ka­diu­sza, 3 lata. Żona rów­nież nie pra­cu­je i to, co ja do­sta­nę za­sił­ku, to pra­wie nic. Mam wy­uczo­ny za­wód sto­larz me­blo­wy, ale nie mam gdzie pra­co­wać. Miesz­kam na wsi, gdzie na­wet nie ma kio­sku z ga­ze­ta­mi i nie moż­na tu ku­pić u nas ga­zet, są­sie­dzi nie wie­dzą O ogło­sze­niu.

Są ta­kie dni, kie­dy ubie­ram się w dres i wy­cho­dzę, to nie­któ­rzy są­sie­dzi po pro­stu się ze mnie śmie­ją i mó­wią – zno­wu ty idziesz bie­gać, po co, co ty z tego masz, le­piej byś się za­jął ro­bo­tą, ale jaką ro­bo­tą? O co im cho­dzi, czy są za­zdro­śni, że nie mogą też iść po­bie­gać, pro­szę bar­dzo niech też idą, nikt ni­ko­mu nie za­bra­nia. Cza­sa­mi za­sta­na­wiam się, co w tym jest złe­go, że ja bie­gam, dla­cze­go się śmie­ją. Mam ta­kie­go są­sia­da, co pra­wie co­dzien­nie przy­cho­dzi do domu pi­ja­ny, ma żonę i dzie­ci, ale z nie­go nikt się nie śmie­je, czy to zna­czy, że on robi do­brze, czy ja mam rów­nież przy­cho­dzić do domu pi­ja­ny, żeby są­sie­dzi po­wie­dzie­li, ten te­raz robi do­brze.

Och!!! Jak by to było pięk­nie, żeby się zgło­sił ja­kiś spon­sor, to­bym tym są­sia­dom wy­tarł oczy. Ka­zi­mierz M.”

Szu­kam spon­so­ra. Ma­rek, Szczyt­no

„Ma­recz­ku, je­stem miłą pa­nią w śred­nim wie­ku – na­pi­sa­łem. – Mo­gła­bym Cię spon­so­ro­wać”.

„Mam 19 lat – od­pi­sał Ma­rek. Nie mam pie­nię­dzy na za­pła­ce­nie prą­du i gazu. Mam 10 mi­lio­nów zło­tych dłu­gu. Przy­da­ła­by się po­moc fi­nan­so­wa. W za­mian mogę przy­je­chać i zro­bić pani pra­wie wszyst­ko”.

Jako pani nie za­re­ago­wa­łem. „Je­stem re­por­te­rem – na­pi­sa­łem jesz­cze raz. – Czy ze­chce od­po­wie­dzieć Pan na kil­ka py­tań?”

„Za­wo­du to ja jesz­cze nie mam – od­pi­sał Ma­rek – bo mam do­pie­ro 17 lat. Pla­nu­ję za­ło­żyć fir­mę, gdy skoń­czę za­wo­dów­kę. Chcia­łem spraw­dzić, czy mam dryg do tych spraw, zna­czy – czy za­ła­pię spon­so­ra. Je­stem bar­dzo za­do­wo­lo­ny, cho­ciaż nie sko­rzy­sta­łem z przy­sła­nych mi ofert. Naj­bar­dziej było mi głu­pio, gdy mu­sia­łem od­mó­wić fir­mie N., któ­ra od razu chcia­ła mnie przy­jąć do pra­cy”.

Se­xman, przy­rząd opa­ten­to­wa­ny, po­pra­wia­ją­cy współ­ży­cie, Kon­stan­cin, ul. …

In­ży­nier Lon­gin Ska­wiń­ski (70 lat, ma­ry­nar­ka w cy­try­no­wo-zie­lo­ną kra­tę) uszczę­śli­wia lu­dzi. Opa­ten­to­wał „przy­rząd prze­zna­czo­ny dla męż­czyzn cho­rych, któ­rzy mają kło­po­ty z go­to­wo­ścią sek­su­al­ną”. Przy­rząd jest w ko­lo­rze ama­ran­to­wym (nr nor­my WT0-01/90).

In­ży­nier lubi wino, ko­bie­ty i li­te­ra­tu­rę. Żona i sio­stra są le­kar­ka­mi, świę­tej pa­mię­ci oj­ciec koń­czył szko­łę me­dycz­ną w Baku, za cara. Za­raz po woj­nie Lon­gin Ska­wiń­ski miał wspól­ną kuch­nię z pew­nym mał­żeń­stwem: on wró­cił z Oświę­ci­mia „fi­zycz­nie nie­czu­ły na żonę”, ona go bar­dzo ko­cha­ła. On po­pro­sił swe­go ko­le­gę, by cza­sem go za­stę­po­wał. Pod­czas za­stęp­stwa żona sta­wia­ła na oknie książ­kę, on wy­cho­dził z psem. Mógł wró­cić do­pie­ro, gdy książ­ka znik­nę­ła zza szy­by. – To była wiel­ka mi­łość i wiel­kie po­świę­ce­nie – oce­nia in­ży­nier. – Nie mo­głem na to pa­trzeć, bar­dzo mu współ­czu­łem.

In­ży­nier jest wie­rzą­cy. Do­stał raz list z Da­nii, a w nim wiel­kie pre­ten­sje do Boga; roz­pa­dło się mał­żeń­stwo, uczu­cie – tak pi­sał au­tor li­stu, lecz waż­ne jest też speł­nie­nie. Więc in­ży­nier Lon­gin Ska­wiń­ski chce lu­dziom po­ma­gać, aby nie oskar­ża­li Pana Boga po­chop­nie.

Pra­cu­je sam w ci­chym warsz­ta­cie, nie ma na­stęp­cy; po­pyt jest taki, że do pro­duk­cji mógł­by za­trud­nić jesz­cze z 10 osób, ale wte­dy miał­by więk­sze zy­ski, mu­siał­by za­wie­sić eme­ry­tu­rę, na co nie ma ocho­ty.

In­ży­nier uszczę­śli­wia śred­nio 500 mał­żeństw rocz­nie.

Sie­dzi­my przed sto­sem li­stów w miesz­ka­niu Lon­gi­na; nad nami Mona Lisa i Mat­ka Bo­ska; czy­ta­my po­dzię­ko­wa­nie od woj­sko­we­go: „W kry­tycz­nych mo­men­tach mia­łem ogrom­ne kło­po­ty, part­ner­ka wpa­da­ła w złość i cała przy­jem­ność sta­wa­ła się awan­tu­rą. Bar­dzo nam Pan po­mógł, dzię­ku­ję i za­ma­wiam nowe wzo­ry”. Dru­gi list to proś­ba ze wsi: „Je­ste­śmy z mę­żem po cięż­kich cho­ro­bach, zo­stał im­po­ten­tem. Jed­nak może tą dro­gą prze­ży­je­my jesz­cze coś wspa­nia­łe­go. Cze­ka­my na in­tym­ną prze­sył­kę”.

 

Ewan­ge­lię św. Jana wy­sy­łam. 06-500 Mła­wa, …

Na okład­ce Ewan­ge­lii – łąka. Nie wia­do­mo, kto ją prze­sy­ła. Ewan­ge­lia jest za dar­mo.

1994: Poczet pokrzywdzonych w III RP

Po­krzyw­dze­ni prze­waż­nie pi­szą ręcz­nie.

Moc­no przy­ci­ska­ją dłu­go­pis do kart­ki.

W pierw­szych sło­wach na­zy­wa­ją Rzecz­ni­ka Praw Oby­wa­tel­skich „ostat­nim ra­tun­kiem” albo „je­dy­ną na­dzie­ją”.

Po­krzyw­dzo­ny: Zbi­gniew R. ze Ślą­ska

Do­ty­czy: po­wro­tu do ży­ją­cych

Zbi­gniew R. nie żyje od dwóch lat, na co ma sto­sow­ne do­ku­men­ty. Przed­sta­wia swój akt zgo­nu, w ko­lo­rze fio­le­to­wym (sy­gna­tu­ra zgo­nu: 11/2674/91).

„Cho­dzi o to, żeby wresz­cie uwie­rzo­no, że ja na­praw­dę żyję. W maju 1990 roku, prze­by­wa­jąc na prze­pu­st­ce na­gro­do­wej z Za­kła­du Kar­ne­go, po burz­li­wej i przy­krej roz­mo­wie z moją mat­ką, roz­sta­łem się z nią w spo­sób nie­przy­jem­ny. Może źle zro­bi­łem, te­raz tego ża­łu­ję. Ale za­to­pi­łem smu­tek w al­ko­ho­lu. W stra­chu przed kon­se­kwen­cja­mi za spóź­nie­nie, ba­łem się wró­cić i nie po­wró­ci­łem z prze­pust­ki. Te­raz tego ża­łu­ję, bo zła­ma­łem so­bie ży­cie. Prze­by­wa­jąc na wol­no­ści, gdy nie po­wró­ci­łem do za­kła­du, pra­co­wa­łem do­ryw­czo w pry­wat­nych przed­się­bior­stwach. Po pew­nym cza­sie od zna­jo­me­go spo­tka­ne­go na uli­cy do­wie­dzia­łem się, że parę dni temu od­był się mój po­grzeb. Był to dla mnie szok i peł­ne za­ła­ma­nie psy­chicz­ne. Do­szło do tego na­wet, że by­łem w sta­nie skoń­czyć ze sobą.

Skon­tak­to­wa­łem się z mat­ką (był to dla nas wiel­ki szok) i do­wie­dzia­łem się, jak do­szło do mo­jej śmier­ci. Mia­no­wi­cie, po ostrej wy­mia­nie zdań i nie­po­wro­cie z prze­pust­ki mat­ka prze­czy­ta­ła w ga­ze­cie no­tat­kę o zna­le­zie­niu nie­zna­nych zwłok męż­czy­zny w rze­ce. Uda­ła się, być może za­ła­ma­na i cho­ra (jest cho­ra na ser­ce), do Za­kła­du Me­dy­cy­ny Są­do­wej, gdzie oka­za­no jej zwło­ki męż­czy­zny no­men omen iden­tycz­ne­go wy­glą­du co Jej syn. Za­ła­ma­na i zmę­czo­na po­twier­dzi­ła, że roz­po­zna­je zwło­ki. Pro­ku­ra­tor i ofi­cer śled­czy nie ne­go­wa­li tego fak­tu i choć mu­sie­li, to na­le­ży do czyn­no­ści iden­ty­fi­ka­cyj­nych w ta­kich spra­wach, spraw­dzić li­nie pa­pi­lar­ne, nie spraw­dzi­li, albo też spraw­dzi­li, ale nie chcie­li utrud­niać so­bie pra­cy. Za­mknę­li moją spra­wę, o po­mył­ce i nie­ści­sło­ści nie wspo­mnie­li ni­ko­mu. Od tego cza­su praw­nie je­stem uzna­ny za zmar­łe­go.

Po wyj­ściu na jaw ca­łej strasz­nej po­mył­ki wszy­scy chcie­li­śmy tę spra­wę wy­ja­śnić. Pan Pro­ku­ra­tor wraz z ofi­ce­rem uzna­li moją mat­kę za cho­rą psy­chicz­nie i w sło­wach nie do od­two­rze­nia wy­rzu­ci­li za drzwi. Od tej pory mama moja za­czę­ła co­raz bar­dziej za­pa­dać na zdro­wiu. Cho­ro­ba ser­ca po­stę­pu­je co­raz da­lej. Ja sam po­sta­no­wi­łem się zgło­sić i wy­ja­śnić całą spra­wę. Pierw­szy raz te­le­fo­nicz­nie z ofi­ce­rem, któ­ry pro­wa­dził spra­wę. Na­wy­my­śla­no mi od wa­ria­tów i zbo­czeń­ców. By­łem za­ła­ma­ny. Na­stęp­nym ra­zem zgło­si­łem się na ko­men­dę Po­li­cji. Po­da­łem swo­je praw­dzi­we dane. Spraw­dzo­no – oka­za­ło się, że taki czło­wiek nie żyje. Po­bi­to, wy­rzu­co­no za drzwi i po­wie­dzia­no, że miej­sce wa­ria­tów jest w szpi­ta­lu. Pi­sa­łem wszę­dzie, do są­dów, do Pro­ku­ra­tu­ry Ge­ne­ral­nej I pre­zy­den­ta też. Nikt nie może i nie chce mi po­móc.

Od­po­wie­dzi, gdzie­kol­wiek na­pi­szę: 1) spra­wę kie­ro­wać do in­ne­go sądu, 2) bez od­po­wie­dzi. Chcia­łem wy­ro­bić so­bie do­wód oso­bi­sty, do­wie­dzia­łem się, że nie fi­gu­ru­ję w re­je­strze lud­no­ści. Tak so­bie my­ślę, że gdy­by to było w la­tach osiem­dzie­sią­tych, to strze­lo­no by mi w tył gło­wy lub uto­pio­no i by­ło­by po spra­wie, bo akt zgo­nu już jest. Ale ja chcę żyć i żyć będę. Je­że­li pań­stwo mnie nie chce, to co ja mam zro­bić? Pro­szę Rzecz­ni­ka, by przy­wró­cił mi ży­cie”.

Po mie­sią­cu:

„Dzię­ki Rzecz­ni­ko­wi Praw Oby­wa­tel­skich otrzy­ma­łem od pro­ku­ra­tu­ry re­jo­no­wej za­py­ta­nie: dla­cze­go ja żyję i abym wy­ja­śnił oko­licz­no­ści. Dzię­ku­ję bar­dzo”.

Po roku:

Zbi­gniew R., wy­so­ki bru­net z wą­sem od­wie­dza „Ga­ze­tę”. Nie chce się na­pić na­wet her­ba­ty, cały roz­trzę­sio­ny. (– Taki je­stem ner­wo­wy). Za­ży­wa ta­blet­ki na uspo­ko­je­nie – cięż­ka jest wal­ka o ży­cie. Opo­wia­da, jak sta­rał się, by cho­ra mat­ka nie umar­ła na wi­dok syna, któ­ry wstał z gro­bu. Za­nim się ujaw­nił, przez dwa ty­go­dnie wy­sy­łał do niej ko­le­gów, aby da­wa­li ko­bie­cie od­po­wied­nie rze­czy do zro­zu­mie­nia.

Po­szedł „tam­te­mu” za­pa­lić świecz­kę.

Nikt nie czu­je się wład­ny, aby ob­ce­go tru­pa wy­eks­mi­to­wać – „tam­ten” wciąż leży w ich ro­dzin­nym gro­bow­cu; jest jego pierw­szym lo­ka­to­rem.

Zbi­gnie­wa R. cze­ka nowa wal­ka. O usu­nię­cie so­bo­wtó­ra na koszt pań­stwa. Sam nie ma ani zło­tów­ki; jest bez­ro­bot­ny; uczył się w sa­mo­cho­dów­ce; prze­pro­wa­dził się do ko­chan­ki w War­sza­wie.

Zgo­dził się opo­wie­dzieć tę hi­sto­rię tyl­ko pod wa­run­kiem, że „Ga­ze­ta” za­mie­ści jego ogło­sze­nie: „Mło­dy, pe­łen ży­cia po­dej­mie się w War­sza­wie każ­dej spo­koj­nej pra­cy”.

Po­krzyw­dzo­na: Ro­ma­na Wa­la­sek z Alek­san­dro­wa Ku­jaw­skie­go

Do­ty­czy: nie­przy­dat­nej za­rad­no­ści

Wdo­wa. 46 lat. Dwo­je dzie­ci. 25 lat pra­cy. Jest po re­duk­cji. Ro­ma­na Wa­la­sek opo­wia­da o swo­im nie­szczę­ściu, oglą­da­jąc Cyr­ki świa­ta w pro­gra­mie dru­gim.

Zre­du­ko­wa­no ją w Sta­cji Kwa­ran­tan­ny Ro­ślin, gdzie pra­co­wa­ła jako umy­sło­wa. – Od tam­tej chwi­li sta­wa­łam się de­ge­ne­ra­tem spo­łecz­nym – uści­śla Ro­ma­na W.

– Na po­cząt­ku jesz­cze za­cho­wy­wa­łam się cał­kiem przy­zwo­icie – opo­wia­da. – Zo­rien­to­wa­łam się co do rze­czy­wi­sto­ści, po­pa­trzy­łam: urząd mia­sta za­ku­pił kom­pu­te­ry, ko­mor­nik za­ku­pił kom­pu­te­ry. Po­my­śla­łam: Rom­ka, łap szan­sę, kom­pu­ter da ci wyż­szość. Kom­pu­ter to am­bi­cja. Szyb­ko za­pi­sa­łam się na kurs kom­pu­te­ro­wy za 700 ty­się­cy. Pra­gnę­łam no­wych umie­jęt­no­ści. Skoń­czy­łam. Oka­za­ło się, że fir­my w Alek­san­dro­wie po­trze­bu­ją pra­cow­ni­ków z umie­jęt­no­ścią ob­słu­gi kom­pu­te­ra, ale to mają być elek­tro­ni­cy, a nie ta­kie pa­nie jak ja. Za­ci­snę­łam zęby.

Ko­niec Cyr­ków świa­ta, Ro­ma­na W. idzie go­to­wać zupę dla dzie­ci. Z jed­nej ko­ści i bia­łej ka­pu­sty. Robi ją co­dzien­nie od mie­sią­ca, bo to naj­tań­sza zupa.

– W Urzę­dzie Pra­cy do­sta­łam po­le­ce­nie ukoń­cze­nia kur­su na księ­go­wą, któ­ry urząd dla mnie opła­cił: 3 mi­lio­ny zło­tych! Znów uczy­łam się nie­sa­mo­wi­cie. Nie chcia­łam być ze­pchnię­ta w prze­paść zmian ustro­jo­wych. Zda­łam, jak trze­ba. By­łam dum­na i szu­ka­łam pra­cy. Oka­za­ło się, że księ­go­we po­trzeb­ne, ale z prak­ty­ką, a nie ta­kie świe­że jak ja. Z kur­su mam tyle, że mi prze­dłu­żył za­si­łek o mie­siąc. W urzę­dzie co ty­dzień sły­sza­łam: „No na­praw­dę, pani Ro­ma­no, nie ma dla pani nic”. Na­pi­sa­łam do opie­ki po za­si­łek na buty. Przy­szły mnie pa­nie lu­stro­wać, mó­wią: „Wi­dzi­my, pani jest za­rad­na, gdy­by to była ro­dzi­na hi­fow­ców albo nar­ko­ma­nów, to coś by pani do­sta­ła”. Więc nie­raz to aż ża­łu­ję, że nie wpa­dłam w nar­ko­ma­nię.

Ro­ma­na W. spo­glą­da w okno, czy idzie już syn ren­ci­sta.

– Mój syn jest sto­la­rzem i ob­ciął so­bie pal­ce le­wej dło­ni piłą tar­czo­wą. Pła­ka­łam, wa­rio­wa­łam. Te­raz my­ślę, że to na­wet ko­rzyst­nie wy­pa­dło, bo w dzi­siej­szych cza­sach stra­cił­by pra­cę, był­by jak ja: ni­kim. A tak to ma ren­tę. Zna­jo­mi mó­wią: „Roma, za­łatw so­bie ren­tę”. A ja nie umiem. Ja­sia mnie na­ma­wia: „Za­łatw so­bie cho­ciaż psy­cho­zę”. U nas żony daw­nych mi­li­cjan­tów po­za­ła­twia­ły dla sie­bie psy­cho­zy z po­wo­du mę­żów. Do­kład­nie uczy­ły się, jak uda­wać przed ko­mi­sją, i do­sta­ły ren­ty.


Urząd Pra­cy w Ło­dzi

Wy­cią­ga z seg­men­tu ko­pie li­stów do rzecz­ni­ka.

– Obej­rza­łam pro­gram w te­le­wi­zji o Stras­bur­gu, o pra­wach czło­wie­ka, o tej ca­łej kon­wen­cji i po­my­śla­łam, że może ja­kieś moje pra­wo jest ła­ma­ne, sko­ro przez dwa lata, mimo sta­rań, nie do­sta­łam z Urzę­du Pra­cy ani jed­nej ofer­ty.

Roz­kła­da list od rzecz­ni­ka. Po­pro­sił, by Urząd Pra­cy zba­dał, czy nie moż­na za­trud­nić pani Wa­la­sek cho­ciaż przy pra­cach in­ter­wen­cyj­nych. Moż­li­wość zna­la­zła się od razu: przez pół roku, na pół eta­tu Ro­ma­na W. mo­gła sprzą­tać urząd miej­ski.

– Nie są­dzi­łam, że ja, za­wsze na sta­no­wi­skach, będę sprzą­tać. Za­ci­snę­łam zęby, ale po­szłam. Po dwóch la­tach cho­ro­bli­wie pra­gnę­łam pra­cy. Czu­łam się jak mar­gi­nes spo­łecz­ny. Do­brze, że nie wpa­dłam w al­ko­ho­lizm. U nas upa­da­ją skle­py i za­kła­dy, a naj­le­piej roz­wi­ja się roz­lew­nia de­na­tu­ra­tu. Więc zgo­dzi­łam się sprzą­tać. Czło­wiek mu­siał się upo­ko­rzyć. Urzęd­nicz­ki mnie zna­ły, prze­cież to moje daw­ne ko­le­żan­ki, by­ły­śmy ko­bie­ta­mi na po­zio­mie. Mia­łam ta­kie wra­że­nie, jak­by nie­któ­re kru­szy­ły na pod­ło­gę spe­cjal­nie. I za­raz uwa­gę sły­sza­łam, że źle sprzą­tam. Pięk­ne kom­pu­te­ry mo­głam do­tknąć gąb­ką, żeby kurz ze­trzeć.

Włą­cza pro­gram pierw­szy. Mają emi­to­wać prze­bo­je z Księż­nicz­ki Czar­da­sza, a ją ope­ret­ka udu­cha­wia i na­pa­wa opty­mi­zmem. Pra­ca sprzą­tacz­ki skoń­czy­ła się w tam­tym mie­sią­cu. Znów ma za­si­łek.

– Wy­kieł­ko­wa­ło we mnie nowe ma­rze­nie – chwa­li się na ko­niec. – Może by tak ukoń­czyć jesz­cze kurs księ­go­wych ze zna­jo­mo­ścią po­dat­ku VAT?

Ro­ma­na W. pa­trzy na księż­nicz­kę i za­sta­na­wia się na głos: – Czy ja te kur­sy koń­czę, bo je­stem taka za­rad­na, czy ja je koń­czę z roz­pa­czy?

Po­krzyw­dzo­na: He­le­na Za­mor­ska z Wro­cła­wia

Do­ty­czy: uży­cia nie­po­ko­ją­cej pie­cząt­ki

Jest ren­cist­ką. Po­szła raz do urzę­du dziel­ni­co­we­go w spra­wie, któ­rą za­ła­twio­no, jak trze­ba. Przy oka­zji urzęd­nicz­ka, nie py­ta­jąc o zgo­dę, wstem­plo­wa­ła jej do do­wo­du oso­bi­ste­go nu­mer.

„Skła­da się on z je­de­na­stu okie­nek i nie wiem, co to może zna­czyć” – skar­ży się rzecz­ni­ko­wi He­le­na Za­mor­ska.

Urzęd­nicz­ka nie umia­ła wy­ja­śnić, dla­cze­go wbi­ja pie­cząt­kę i ja­kie stem­pel ma zna­cze­nie. He­le­na Z. obu­rzy­ła się: nie py­ta­jąc o zgo­dę, ktoś za­dys­po­no­wał jej do­wo­dem oso­bi­stym i jesz­cze nie po­tra­fi się z tego wy­tłu­ma­czyć. Przy­po­mnia­ła so­bie: nu­me­ru­je się re­je­stro­wa­ne pro­sty­tut­ki!

– W tym mo­men­cie – opo­wia­da – na­ro­dzi­ła się we mnie świa­do­mość praw­na. Po­czu­łam, że pra­wo do in­for­ma­cji, co dzie­je się w moim do­wo­dzie oso­bi­stym, zo­sta­ło na­ru­szo­ne. A od praw jest rzecz­nik.

„Prze­pra­co­wa­łam po­nad 30 lat w szpi­tal­nic­twie – na­pi­sa­ła do rzecz­ni­ka – wie­le wi­dzia­łam, ale nig­dy nie spo­tka­łam ta­kie­go nu­me­ru. Nie wiem, co ozna­cza sło­wo PE­SEL, i nie mam moż­li­wo­ści się do­wie­dzieć.

Je­stem sa­mot­na – do­da­ła – nie mam żad­nej bli­skiej ro­dzi­ny ani też przy­ja­ciół”.

Rzecz­nik za­uwa­żył, że udzie­la­nie po­dob­nych in­for­ma­cji nie ma nic wspól­ne­go z za­da­nia­mi rzecz­ni­ka, ale uspo­ko­ił He­le­nę Z.: „Nie dzie­je się wo­kół Pani nic złe­go”. Wy­ja­śnił: każ­dy ma swój nu­mer. PE­SEL – to Po­wszech­ny Elek­tro­nicz­ny Sys­tem Ewi­den­cji Lud­no­ści; umoż­li­wia zi­den­ty­fi­ko­wa­nie oby­wa­te­la w cen­tral­nym kom­pu­te­rze.

– Ucie­szy­łam się na­wet – opo­wia­da – bo my­śla­łam, że o ta­kiej sa­mot­nej ko­bie­cie jak ja nikt już nie pa­mię­ta, a jed­nak cią­gle cen­tral­ny kom­pu­ter ma mnie na uwa­dze.

Po­krzyw­dze­ni: „A” – były funk­cjo­na­riusz SB,

„B” – były dy­rek­tor i czło­nek PZPR

 

Do­ty­czy: dys­kry­mi­na­cji z po­wo­du prze­szło­ści

Oby­dwaj są z tego sa­me­go mia­sta.

Po 1989 roku nie mo­gli so­bie zna­leźć miej­sca w spo­łe­czeń­stwie. Nie chcą ujaw­niać na­zwisk.

Z ka­rie­ry „A”:

Pra­co­wał w fa­bry­ce ża­ró­wek przy biur­ku. Do pra­cy w Służ­bie Bez­pie­czeń­stwa w 1978 roku na­mó­wił go wu­jek. Po­tem „A” skoń­czył pra­wo w Wyż­szej Szko­le Ofi­cer­skiej imie­nia Fe­lik­sa Dzier­żyń­skie­go; po­ka­zu­je dy­plom: „bar­dzo do­bry”. Awan­so­wał na ka­pi­ta­na. – Tu nie było dużo ro­bo­ty, bo to spo­koj­ne wo­je­wódz­two. O na­tu­rze SB do­wie­dzia­łem się do­pie­ro po śmier­ci Po­pie­łusz­ki – wy­ja­śnia. Miał za­wo­do­we sa­tys­fak­cje: pod­czas wi­zy­ty Jana Paw­ła II stał od nie­go o dwa i pół me­tra, prze­bra­ny za księ­dza. Po­tem prze­szedł do ar­chi­wum, zaj­mo­wał się ak­ta­mi. Ma ta­lent w dło­ni. – Na przy­kład Adam Mich­nik uży­wa ła­twe­go pod­pi­su – mówi i kre­śli pod­pis Mich­ni­ka w moim ze­szy­cie. W 1990 roku „A” od­padł. Nie sta­wał przed żad­ną ko­mi­sją, do­stał pi­smo: „Nie od­po­wia­da Pan wy­mo­gom prze­wi­dy­wa­nym dla funk­cjo­na­riu­szy UOP” i tyle. (– Wła­śnie od tego dnia bu­dzę się co rano i uświa­da­miam so­bie, że nie wiem, po co się obu­dzi­łem). Za­raz po tym es­be­ka rzu­ci­ła żona. Ode­szła z dzia­ła­czem So­li­dar­no­ści, człon­kiem rady pa­ra­fial­nej. „A” wziął roz­wód, ale miesz­ka z żoną pod jed­nym da­chem. Żona nie po­zwa­la so­bie na przy­pro­wa­dza­nie dzia­ła­cza na noc, więc „A” wi­du­je go tyl­ko na zdję­ciach w lo­kal­nym „Ty­go­dni­ku Oby­wa­tel­skim”.

Z ka­rie­ry „B”:

Do 1990 roku był dy­rek­to­rem w Urzę­dzie Wo­je­wódz­kim; za swo­jej ka­den­cji do­pro­wa­dził do od­da­nia 94 no­wych klu­bów i do­mów kul­tu­ry. Dy­plom Kan­dy­da­ta Nauk Praw­nych otrzy­mał w 1979 roku de­cy­zją „So­wie­ta Aka­de­mii Ob­szczie­stwien­nych Nauk” przy KC KPZR. – O, tu mam zdję­cie od tej ak­tor­ki blon­dy­ny, któ­ra ko­le­go­wa­ła się z Ga­li­ną Breż­niew – wer­tu­je al­bum. Blon­dy­nę wkle­ił mię­dzy swo­je ar­ty­ku­ły z za­kre­su pań­stwa, pra­wa i par­tii. Ma trzy­na­ście więk­szych or­de­rów I na­gro­dy. Nowy wo­je­wo­da zwol­nił go bar­dzo kul­tu­ral­nie. – Mo­ich ko­le­gów – opo­wia­da „B” – po­trak­to­wał go­rzej. Je­den z dy­rek­to­rów pro­sił: „Bła­gam, pa­nie wo­je­wo­do, pro­szę mnie zo­sta­wić na 9 mie­się­cy. Tyl­ko tyle mam do eme­ry­tu­ry”. Wo­je­wo­da na to: „U mnie na cie­cia pan się na­wet nie na­da­jesz”. Aro­ganc­ki był, taki cho­ry na mło­dą de­mo­kra­cję.

Do mnie zaś po­wie­dział: „Jest pan fa­chow­cem, nie chcę pana zwol­nić, ale mu­szę”.

„Dla­cze­go?” – za­drża­łem.

„Bo jest na­cisk spo­łecz­ny”.

„Co to jest na­cisk spo­łecz­ny?” – py­tam.

„No, So­li­dar­ność na­ci­ska”.

„A ilu człon­ków So­li­dar­no­ści jest w wo­je­wódz­twie, pa­nie wo­je­wo­do?”

„Z ty­siąc dwu­stu”.

„A wszyst­kich miesz­kań­ców ilu?”

„Dwie­ście ty­się­cy”.

„I ty­siąc dwu­stu to jest na­cisk spo­łecz­ny?”

„Te­raz tak” – od­po­wie­dział wo­je­wo­da.

Bez­ro­bot­ni „A” i „B” za­czę­li szu­kać miej­sca w no­wej Pol­sce.

I je­den, i dru­gi ma dy­plom praw­ni­czy. Biu­ro Pra­cy wy­sła­ło „A” do pra­cy na sta­no­wi­sku umy­sło­wym w Urzę­dzie Wo­je­wódz­kim. Przy­jął go dy­rek­tor. Już wszyst­ko było do­pię­te na ostat­ni gu­zik. „Na­gle po­wie­dzia­łem – po­skar­żył się »A« rzecz­ni­ko­wi – że by­łem za­trud­nio­ny w SB. Dy­rek­tor po­czer­wie­niał i od­parł, że jako były es­bek nie mogę być przy­ję­ty do pra­cy, bo ta­kie są wy­tycz­ne. Oznaj­mił, że swo­ich słów nie po­twier­dzi na pi­śmie. Roz­mo­wa trwa­ła od 13.00 do 13.05 bez udzia­łu osób trze­cich”.

„B” – były par­tyj­ny dy­rek­tor, też do­stał skie­ro­wa­nie. Do tego sa­me­go Urzę­du Wo­je­wódz­kie­go, co „A”. – Dy­rek­tor kadr przy­znał, że mam od­po­wied­nie kwa­li­fi­ka­cje, bo je­stem je­dy­nym dok­to­rem pra­wa w wo­je­wódz­twie. Pro­sił o zło­że­nie dy­plo­mu i do­ku­men­tów. Zło­ży­łem. Aż tu za trzy dni – bom­ba. „Nie, jed­nak pana nie po­trze­bu­je­my”. „Dla­cze­go?” – spy­ta­łem. „Czy dla­te­go, że w ubie­głym sys­te­mie by­łem o, tu­taj, pię­tro wy­żej dy­rek­to­rem?”. „My po­trze­bu­je­my rad­ców praw­nych, a pan nim nie jest” – usły­sza­łem.

Uzna­łem to za ma­newr, za­wra­ca­nie dupy. Biu­ro Pra­cy dało mi ofer­tę, w któ­rej w ogó­le nie było mowy, że mam być rad­cą praw­nym. Jak zo­ba­czy­li, kto się do nich zgło­sił, wy­my­śli­li rad­cę. Uwa­żam, że mnie się prze­śla­du­je za prze­szłość. I tak wie­le mo­ich cech oka­zu­je się nie­przy­dat­nych dla wo­je­wódz­twa. A może wy­pa­da prze­pro­sić za swo­je ży­cie?

Rzecz­nik Praw Oby­wa­tel­skich za­żą­dał wy­ja­śnień od wo­je­wo­dy. Czy wo­je­wo­da aby nie skla­sy­fi­ko­wał „A” i „B” jako oby­wa­te­li dru­giej ka­te­go­rii? Urząd Wo­je­wódz­ki od­pi­sał rzecz­ni­ko­wi, że nie. Oby­dwaj pa­no­wie nie byli na li­ście rad­ców praw­nych i dla­te­go się nie nada­wa­li.

Rzecz­nik na­pi­sał do „A” i „B”, że nie ma złu­dzeń. Upo­rczy­wa od­mo­wa za­trud­nie­nia może świad­czyć o dys­kry­mi­na­cji z po­wo­du po­przed­nie­go miej­sca pra­cy. Jed­nak, aby rzecz­nik mógł in­ter­we­nio­wać, musi mieć oczy­wi­sty do­wód. Uzy­ska­nie do­wo­du jest trud­ne. Bo w pra­wie obo­wią­zu­je za­sa­da, że pra­co­daw­ca może do­bie­rać ka­dry „swo­bod­nie”.

Z dal­sze­go ży­cia „A”:

Aby nie zwa­rio­wać, es­bek rzeź­bi w drew­nie (sto­su­je ła­god­ne kształ­ty) I ma­lu­je. Ko­piu­je van Go­gha, Pi­cas­sa. Za­czął ma­lo­wać miesz­ka­nia. Naj­czę­ściej nie ma gro­sza, bo ma­la­rzy po­ko­jo­wych jest za dużo. Od­su­nął się od lu­dzi. Szu­ka­li kan­dy­da­tów do stra­ży miej­skiej; jego po­da­nie roz­pa­trzo­no ne­ga­tyw­nie bez uza­sad­nie­nia. W Izbie Skar­bo­wej szu­ka­li chęt­nych do po­li­cji skar­bo­wej. – W izbie mam ko­le­gę, któ­ry dużo może. Pro­si­łem o tę pra­cę. „Ty wiesz, jak lu­dzi ści­gać – po­wie­dział mi ko­le­ga z izby. – Ale ja nie mogę cię po­przeć, bo wte­dy wy­cią­gną na wierzch moją hi­sto­rię”.

Dziś wie­czo­rem „A” bę­dzie ko­pio­wał naj­tań­szą far­bą od Ru­skich Dar Po­mo­rza ze zdję­cia.

Z dal­sze­go ży­cia „B”:

Cier­piał. Tyle lat „było się na świecz­ni­ku wo­je­wódz­kim”. Na­gle stał się nie­przy­dat­ny. Syn i sy­no­wa też zo­sta­li bez­ro­bot­ny­mi i sie­dzie­li ra­zem w domu. Wsty­dził się przed nimi: on w po­przed­nim sys­te­mie taki za­rad­ny, te­raz nie mógł zro­bić nic. Za­raz po śnia­da­niu ucie­kał do ga­bi­ne­tu, że niby ma pra­cę in­te­lek­tu­al­ną. Pa­trzył na mia­sto, wi­dział: „Tu moje osią­gnię­cie, tu”, a te­raz co? Aż tu re­we­la­cja! Po roku po­pro­si­li go do Urzę­du Pra­cy, do­stał skie­ro­wa­nie. Znów w Urzę­dzie Wo­je­wódz­kim. Spy­tał: „Czy nie cho­dzi aby o »rad­cę praw­ne­go«, bo się za­ła­mię”. Od­po­wie­dzia­no, że nie. Ta­kich za­strze­żeń w zło­żo­nym przez Urząd Wo­je­wódz­ki za­po­trze­bo­wa­niu nie ma. Po­szedł. – Dy­rek­tor kadr roz­ma­wiał ze mną już pięć mi­nut – opo­wia­da „B” – i na­gle coś go jak­by tknę­ło. Wy­szedł na chwi­lę. Wró­cił, od pro­gu za­ko­mu­ni­ko­wał: „Bar­dzo mi przy­kro, ale na tym sta­no­wi­sku po­wi­nien pra­co­wać rad­ca praw­ny”.

Po­krzyw­dzo­ny: Ze­non B., areszt śled­czy, Czę­sto­cho­wa

Do­ty­czy: kry­zy­su w sto­sun­kach na­rze­czeń­skich

Opo­wieść Ze­no­na B. spi­sa­na przez nie­go sa­me­go: „Mimo świąt przy­je­cha­ła do mnie na wi­dze­nie Ja­dwi­ga L. Nad­mie­niam, że od po­cząt­ku po­by­tu w aresz­cie po­da­wa­łem ją jako naj­bliż­szą mi, bo to jest rze­czy­wi­sto­ścią. Nig­dy ani nie wspo­mnia­łem o in­nej ko­bie­cie. Moja na­rze­czo­na po­sta­no­wi­ła pra­co­wać nad tym, aby­śmy się po­bra­li. Ko­cham ją i tyl­ko ona po­tra­fi wy­wrzeć po­zy­tyw­ny wpływ na mój trud­ny cha­rak­ter. Po­tra­fi od­cią­gnąć mnie od złe­go. Gdy zo­sta­łem ska­za­ny, od razu, dla pew­no­ści wy­sła­łem do niej dwa li­sty, aby już bez­po­śred­nio, z do­wo­dem na­sze­go przy­wią­za­nia, w pierw­szym dniu świąt mnie od­wie­dzi­ła.

Gdy cze­ka­łem na wi­dze­nie, otrzy­ma­łem tyl­ko pacz­kę żyw­no­ścio­wą, po­zo­sta­wio­ną na bra­mie, a w niej list tej tre­ści: »Przy­je­cha­łam, cze­ka­łam dwie go­dzi­ny, ale mnie nie wpu­ści­li, bo po­wie­dzie­li, że nie ma mnie na li­ście, a jest ja­kaś Kor­ne­lia, więc wy­jeż­dżam ze łza­mi w oczach i wię­cej już nie licz na nic z mo­jej stro­ny«.