PragaTekst

Z serii: Sulina
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by PAP / CTK

Copyright © by Mariusz Surosz, 2021

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Paulina Piądłowska

Korekta Gabriela Niemiec, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-264-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Wzgórze

Początek

Dwa obrazy

Zawierucha

Pomniki

Republika

Komuniści

Świątynia

Fasada

Schody

Wyspa

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Dorocie i Jerzemu Markom

Wstęp

W październiku 1979 roku do Warszawy przyjechał słynny pianista Artur Rubinstein. Odwiedził wtedy państwową firmę fonograficzną Polskie Nagrania. Zaproszono go, aby przesłuchał zarejestrowany przed dziewiętnastu laty koncert z Filharmonii Narodowej. Rubinstein zagrał wówczas dwa utwory – II koncert fortepianowy f-moll Fryderyka Chopina i II koncert fortepianowy B-dur Johannesa Brahmsa. Polskie Nagrania chciały wydać płytę i potrzebowały zgody pianisty.

Po przesłuchaniu utworu Brahmsa Rubinstein był bardzo podekscytowany.

– Miałem siedemdziesiąt cztery lata. Szczeniak grający taki koncert!1 – Słowa wirtuoza fortepianu zapewne rozbawiły obecne w studiu osoby.

Kiedy po raz pierwszy trzymałem tę płytę w ręku i czytałem ten opis, pomyślałem sobie, że ponaddziewięćdziesięcioletni artysta kokietował. I może tak było. Ale wolę sądzić, że czuł respekt przed dziełem Brahmsa i miał obawy, że mu nie sprosta, że jeszcze nie nadszedł czas, bo byłoby szkoda, gdyby utwór, który tak cenił i szanował, zepsuł złym wykonaniem.

„Szczeniak zabierający się do takiego miasta!” – ta myśl towarzyszyła mi od chwili podpisania umowy na książkę. I nie jest to kokieteria.

O Pradze napisano setki książek i wciąż powstają nowe. Siła tego miasta okazuje się tak duża, że z równą mocą uwodzi miejscowych i przyjezdnych. I żadna z książek – bo tak już z miłością jest – nie wyjaśniła i nie wyjaśni przekonująco zagadki, dlaczego w Pradze z taką łatwością zakochują się kolejni.

Franz Kafka napisał kiedyś do swojego przyjaciela, historyka sztuki Oskara Pollaka: „Praga nie popuszcza. Żadnemu z nas. Ta mateczka ma szpony”2. Mówi się o niej „magiczna”, czasem „mistyczna”, a zatem nazwę miasta przyozdabia się następnymi, mało precyzyjnymi określeniami, co ukazuje dodatkową bezradność przy opisie jego tajemnicy.

Uroda Pragi nie podlega dyskusji. Pisali o tym poeci, jej piękno zamykali w ramach malarze. Ale czy tylko architektoniczna atrakcyjność i malownicze położenie na wzgórzach tak przyciągają? Większości turystów, którzy zajrzą tu na dwa, trzy dni, to wystarcza. Na kamienicach można dostrzec tablice upamiętniające pobyt Keplera, Mozarta, Beethovena, Chopina, Einsteina, Kafki i wielu, wielu innych sław, co niewątpliwie dodaje miastu splendoru w oczach wycieczkowiczów z całego świata.

Jeżeli przybysz nie zna choćby powierzchownie dziejów miasta, to może mu się ono jawić jako stolica bajkowego królestwa, w którym jeśli nawet dochodziło do jakichś zawirowań, to i tak wszystko szczęśliwie się zakończyło. Większość turystów zwykle nie wychodzi poza historyczne centrum, zatem Praga jest dla nich niczym przyjazny skansen, pełen urokliwych zaułków, pięknych pałaców, bogatych kamienic i kościołów, nad którymi wspinają się do chmur fantazyjnie ozdobione wieże. Ale miasta nie omijały zarazy, pożary i wojny. W jego murach rozgrywały się konflikty. Nabrzmiałe, wybuchały wojnami domowymi. Praga była zdobywana i łupiona. Przeżyła czasy chwały, kiedy najważniejszy władca Europy miał w niej swoją siedzibę. Wielkie dzieje nie obeszły tego miasta bokiem.

Jak w każdym miejscu, gdzie osiedli ludzie, nie brakowało tu wielkich zawodów miłosnych, rozczarowań, nie było ono wolne od mordów, grabieży i gwałtów. Uzdolnieni pisali książki, wiersze, komponowali muzykę, malowali obrazy. Odnosili wielkie i małe sukcesy, hołubiono ich, cieszyli się szacunkiem. Ilu innym – wierzącym w swój talent – się nie powiodło i ich twórczość spotkała się z obojętnością?

To miasto tworzyli ludzie różnych narodowości. Może właśnie ten czesko-niemiecko-austriacko-żydowski tygiel sprawił, że Praga jest tak wyjątkowa. To już jednak przeszłość. Choć ślady pozostały i bez trudu da się je odnaleźć.

Dziś Praga jest czeska. Należy do Czechów. Przejęli całe jej dziedzictwo i widać to na każdym kroku. To dla mnie najbardziej fascynująca historia w dziejach tego miasta – jak Czesi je sobie podporządkowali. W walce o rząd dusz brali udział czescy politycy, przedsiębiorcy, malarze, rzeźbiarze, literaci, dziennikarze i architekci. Ta książka wskazuje na kilka epizodów z tego niebywałego rozpychania się, zdobywania przyczółków i w końcu objęcia nie tylko władzy, lecz także duchowego panowania nad miastem.

Wzgórze
Początek

– Nas, kurwa, mordowali, a oni sobie pomniki wtedy stawiali! – usłyszałem donośny męski głos. Skierowałem wzrok w stronę, skąd dotarły do mnie te słowa. Rodacy. Pierwsze spojrzenie nie pozostawiło wątpliwości: turyści. Dwóm zmęczonym upałem czterdziestoletnim mężczyznom zwisały na szyjach duże aparaty fotograficzne. W oczy wpadały też ich elegancki letni ubiór i swoboda, jaka cechuje ludzi zamożnych. Wzbudzili jednak moje zainteresowanie. Polaków rzadko spotykałem w tym miejscu. Wzgórze Vítkov i znajdujący się na nim pomnik Pamięci Narodowej nie jest częstym celem wizyt moich rodaków w Pradze.

– Kasiu, zobacz – jeden z mężczyzn odwrócił się w kierunku idących kilka metrów z tyłu kobiet w kolorowych, przewiewnych sukienkach i słomkowych kapeluszach. Wzniósł rękę, pokazał pomnik: – Miałaś rację, jest piękny, ale też spójrz na datę. Postawili go w 1941 roku. W środku wojny.

Kobieta, do której odezwał się mężczyzna, nie miała donośnego głosu. Nie usłyszałem ani słowa z tego, co mówiła. Czy zrewidowała pochopny osąd jej towarzysza? Czy opowiedziała coś więcej o bohaterze na koniu, który ich tak zachwycił? Co rusz wskazywała ręką na pomnik. Mężczyźni podnosili aparaty, wysuwały się obiektywy. Domyśliłem się, że nie zadowoliło ich ogólne zdjęcie pomnika. Cierpliwie wynajdowali detale. Chwilę później odeszli.

Jeśli wierzyć oku dziennikarza, to tego dnia, 24 sierpnia 1884 roku, na wzgórze Vítkov przyszło trzydzieści tysięcy ludzi. Wielu z nich na piersiach miało podobiznę bohatera uroczystości – Jana Žižki. Inni z dumą prezentowali naszyty na ubraniach symbol średniowiecznych husytów – czerwony kielich. Dało się wyczuć zbiorowe podekscytowanie. Oczekiwano wielkiego wydarzenia.

Nic zatem dziwnego, że tłum entuzjastycznie powitał uroczysty pochód. Szli w nim uzbrojeni husyci obojga płci, konie ciągnęły wozy bojowe. Jeden z nich się wyróżniał. Był znacznie większy niż pozostałe. Cztery piękne konie w bogatej uprzęży prowadziło dwóch paziów. Na wozie stali dwaj rycerze i dwaj husyci. Pojazd otaczała eskorta złożona z dziesięciu wojów i ośmiu kobiet.

Nie oni jednak byli najważniejsi. Tłum bez kłopotu rozpoznał mężczyznę w zbroi stojącego na podwyższeniu wozu. To był Jan Žižka! Na jego widok, jak zauważył ówczesny żurnalista, mężczyźni zdejmowali nakrycia głowy i wiwatowali, choć doskonale wiedzieli, że to jeden z obywateli Žižkova, który się wcielił w legendarnego wodza. Obok niego trwały dwie inne znaczące postaci husyckiej zawieruchy – następca Žižki, Prokop Wielki, i Viktorín Boček z Kunštátu, ojciec króla Jerzego z Podiebradów.

 

„Narodzie czeski! Wiekopomne, święte jest to miejsce, na które zeszło się dziś tysiące wiernych Czechów, aby w sercach swoich odnowić pamięć sławnych czynów naszych przodków, aby z wdzięcznością i szacunkiem wspomnieć męża, który godny jest największego uznania, największego podziwu, największej wdzięczności każdego uczciwego Czecha, aby wspomnieć Jana Žižkę, najsławniejszego wodza, czeskiego wyzwoliciela i obrońcę czeskiego narodu…” – Eduard Grégr, polityk partii młodoczeskiej, choć już nie młodzieniaszek, słynął z temperamentu, a mówcą był znakomitym. Wiedział zapewne, czego oczekują od niego zebrani, i ich nie zawodził: – Czesi, radując się nieoczekiwanym zwycięstwem, padli na polu boju na kolana i dziękowali Bogu, śpiewając „Ciebie, Boże, chwalimy”. I my, mili rodacy, powinniśmy paść na kolana i po czterystu latach dziękować za to zwycięstwo, bo gdyby wojska niemieckie zwyciężyły, pewnie dawno już temu naród czeski zostałby wytępiony z powierzchni ziemi i w tej naszej pięknej ojczyźnie od dawna nie brzmiałby język słowiański.

Dziennikarz notujący przemówienie Grégra nie omieszkał napisać, że zebrani zgadzali się z jego słowami i gromko krzyczeli: „Tak jest! Prawda!”3.

Eduard Grégr mówił o bitwie, która 14 lipca 1420 roku rozegrała się na tym wzgórzu. Zbrojną wyprawę krzyżową zorganizował król niemiecki Zygmunt Luksemburski. Chciał czeskiego tronu po śmierci brata. Husycka szlachta stawiała jednak warunki, których nie chciał przyjąć. Zygmunt zapewnił sobie poparcie papieża Marcina V, zebrał wojsko i ruszył z potężną armią na zbuntowaną Pragę. Do starcia doszło na Vítkovie. Husytami dowodził hetman Jan Žižka z Trocnova.

Zebrani zapewne rozumieli, że Eduard Grégr mówił nie tylko o przeszłości i teraźniejszości, lecz także o przyszłości. Czeski nacjonalizm drugiej połowy XIX stulecia miał wyraźnie antyniemiecki charakter. Zatem ostre końcowe słowa przemówienia były jednoznaczne dla słuchających: „Niech z tego miejsca wznosi się pomnik niepokonanego Czecha jako przykład i zachęta dla wszystkich żyjących pokoleń Czechów, ale też jako postrach dla wszystkich wrogów naszego narodu”4.

Tłum przyjął te słowa z entuzjazmem.

Po płomiennym wystąpieniu polityka przemówili ci, którzy mieli zrealizować pomysł podjęty dwa lata wcześniej przez Stowarzyszenie na rzecz Zbudowania Pomnika Žižki na Žižkovie. Starosta gminy Josef Mořic Wertmüller uroczyście przekazał teren na wzgórzu, a Josef Zelenka w imieniu stowarzyszenia go przejął i żarliwie zapewnił: „Mówię to, będąc pod wrażeniem wizyty w Krakowie, gdzie widzieliśmy wielki kopiec Kościuszki, zbudowany przez naród polski dla szlachetnego bohatera z miłością i radością, który budzi podziw każdego cudzoziemca, mimo że jest tak prosty. W ten sposób czczą Polacy swoich bohaterów i przywódców. Naród czeski nie będzie gorzej czcił swoich wodzów”5.

Po zakończeniu przemów odśpiewano jakże ważne deklaracje:

Hej, Słowianie, jeszcze nasza.

Słowian, mowa żyje,

póki nasze wierne serce

za nasz naród bije.

Żyje, żyje duch słowiański

i żyć będzie wiecznie.

Gromy, piekło – złości waszej

ujdziem bezpiecznie!

Mowę naszą ukochaną

Bóg nam zwierzył w darze.

Wydrzeć nam ją – nikt na świecie

tego nie dokaże.

Ilu ludzi, tylu wrogów

możem mieć na świecie.

Bóg jest z nami, kto nam wrogiem,

tego Bóg nasz zmiecie!6.

Kiedy wybrzmiały ostatnie nuty hymnu „Hej, Słowianie”, po chwili ciszy rozległo się kolejne ważne wyznanie:

Gdzie kraj jest mój, gdzie kraj jest mój?

Wody się po łąkach pienią,

Szumią skały drzew zielenią,

W gaju wiosny kwiat się lśni,

Ach spójrz, ziemski raj się śni!

Widzisz piękną czeską ziemię,

Mą ojczyznę i kraj mój,

Mą ojczyznę i kraj mój!

Gdzie dom jest mój, gdzie dom jest mój?

Znasz-li kraj ów Bogu miły,

Bystrych duchów, woli siły,

Jasnych myśli, gdzie z lubości

Moc i twórczość w duszach gości:

To jest Czechów sławne plemię,

Pośród Czechów dom jest mój,

Pośród Czechów dom jest mój!7.

Obie pieśni powstały pół wieku wcześniej. Po pięćdziesięciu latach służyły jako jasne i jednoznaczne przesłanie, gdzie nowoczesny naród czeski upatruje swoich korzeni i jak widzi swoje miejsce na ziemi.

Szlachetne wezwania, które od czasu do czasu ukazywały się czy to na łamach prasy, czy to w książkach, tchnęły naiwnością. Katolicki ksiądz, ale i polityk Wenzel Frost pisał: „Ciałem narodu jest ojczyzna, a jego duszą język. W Czechach zatem są dwa w jednym ciele, to znaczy dwa języki w jednym kraju, dwie dusze w jednym ciele, dwa narody w jednej ojczyźnie i dwa narody w jednym ludzie. Ale co Pan Bóg sam kiedyś połączył, tego, człowieku, nie rozdzielaj”8.

Frost był Niemcem, ale darzył Czechów dużą sympatią i ze zrozumieniem podchodził do ich dążeń narodowych. Większość jego krajanów uznawała jednak niemiecką dominację w Królestwie Czeskim za rzecz naturalną. Ale Czesi w pierwszej połowie XIX stulecia przeszli fascynującą drogę, która została zapisana w ich dziejach jako „odrodzenie narodowe”. Mieli już swoje gazety, wydawali książki, wystawiali czeskie sztuki, na wsiach powstawały biblioteki i teatry amatorskie, język czeski przestał być językiem wsi, a kiedy w 1848 roku definitywnie zniesiono pańszczyznę, wkroczył na ulice miast.

Czesi mieli też swoje ambicje polityczne i zamierzali je zrealizować.

Monarchia austriacka oparła się Wiośnie Ludów. Zrezygnowano z liberalnych ustępstw rewolucyjnego 1848 roku, rządy miały być scentralizowane i zdecydowane. Ponurą sławą wśród Czechów cieszy się do dziś ówczesny minister spraw wewnętrznych Alexander Freiherr von Bach. To za jego kilkuletnich rządów wróciła władza twardej ręki. Kwitło donosicielstwo, władze prześladowały czeskich patriotów, a młodzież zamierzano zgermanizować.

Jednak cesarskie marzenia, aby powrócić do władzy absolutnej, nie były już możliwe. Rozstrzygnęły o tym przede wszystkim dwie krótkie wojny, ukazujące słabość państwa Habsburgów. Pierwsza to przegrana z Francuzami. Klęska pod Solferino (1859) spowodowała osłabienie rządów i liberalizację systemu władzy. Znienawidzony Bach został odwołany. Cesarstwo potrzebowało reform, więc zaczęto je wprowadzać. Obrano kierunek: monarchia konstytucyjna.

System, który preferował zamożnych, przyznawał prawo wyborcze kilku procentom obywateli cesarstwa. Po pierwszych wyborach do czeskiego sejmu ziemskiego w 1861 roku czescy politycy stanowili ledwie trzydzieści procent składu izby. Jej głównym zadaniem był wybór przedstawicieli do Rady Państwa, czyli austriackiego parlamentu. I dwudziestu czterech etnicznych Czechów i Morawian znalazło miejsce w izbie niższej. W Wiedniu miały się decydować losy państwa, ale Węgrzy zbojkotowali austriacki parlament. Wysunęli żądanie odnowienia suwerenności Węgier i połączenia ich unią personalną z Austrią. Na to nie było zgody w Wiedniu. Cesarz rozwiązał sejm węgierski.

Czesi, zrażeni niemożnością przebicia się ze swoimi narodowymi postulatami, szybko poszli w ślady Węgrów. Historyk i polityk, „ojciec narodu”, bo takim tytułem obdarzyli go wdzięczni rodacy, František Palacký porzucił izbę wyższą Rady Państwa, do której powołał go sam cesarz na dożywotnią kadencję. Za nim podążył wkrótce przywódca konserwatystów Jindřich Jaroslav hrabia Clam-Martinic. A kilka miesięcy później František Rieger zarządził wśród czeskich posłów głosowanie. Większość uważała, że nie ma czego szukać w Radzie Państwa. Czeska reprezentacja polityczna manifestacyjnie bojkotowała parlament.

Kiedy do Pragi doszły wieści, że dwór cesarski negocjuje warunki porozumienia z Węgrami, czescy przywódcy nie kryli rozczarowania. Niekwestionowany lider František Palacký, który był przekonany, że dla małych słowiańskich narodów Austria stanowi najlepszą ochronę przed germanizacją, poczuł się dotkliwie zraniony. Gniewnie zagrzmiał: „Byliśmy przed Austrią, będziemy i po niej”9.

Zanim węgiersko-austriacka ugoda stała się faktem, cesarstwo musiało przeżyć gorycz drugiej przegranej wojny. Tym razem to Prusacy pod Sadową w 1866 roku pobili Austriaków. Osłabiony Wiedeń zawarł umowę z Węgrami i państwo zmieniło się w monarchię austro-węgierską. Ambicje narodowe Czechów zostały – ich zdaniem – zlekceważone. Poczuli się urażeni. I dali temu wyraz.

Wykorzystywano każdy pretekst, aby zamanifestować swoją dumę narodową i niezgodę na sytuację polityczną. Taka okazja szybko się nadarzyła. Do Pragi, do katedry Świętego Wita, miały powrócić z Wiednia insygnia koronacyjne czeskich królów. Zostały wywiezione, kiedy wybuchł konflikt z Prusami. Wojna się jednak skończyła i nadszedł czas, aby znów znalazły się w skarbcu katedry. Austriackie władze przygotowały specjalny pociąg. „Ponieważ dało się jednak przewidzieć […], że Morawianie pomimo wszystkich rozporządzeń władz i wysiłków urzędów celebrowaliby czeską koronę, zatem sięgnięto po środek tak nędzny i śmieszny, jak niegodny; zarządzono, aby klejnoty koronne przewiezione były przez Morawy nocą” – zapisał w swoim dzienniku Eduard Grégr10.

Jeśli podejrzenia Grégra były słuszne, to władzom austriackim nie udało się jednak zapobiec manifestacjom. „Národní listy” wysłały swojego korespondenta, a ten odnotował każdy przejaw świętowania. Wspomniał o małych miasteczkach morawskich, gdzie zbierali się ludzie, by powitać pociąg; o rozpalanych na wzgórzach ogniskach i wystrzeliwanych ogniach bengalskich. Opisał z detalami tłum, który zebrał się na peronie i przed dworcem w Brnie. Pociąg zatrzymał się zaledwie na chwilę, ale i to wystarczyło, aby przyozdobić lokomotywę, odpalić ognie bengalskie i uroczyście oddać hołd koronie królów czeskich. „Kiedy później, tak po dziesięciu minutach, pociąg ruszył w dalszą drogę, cała publiczność na pożegnanie zaśpiewała ten nasz wzruszający chorał, wiecznie piękny »Gdzie jest mój dom?«”11.

Po wjeździe do Czech pociąg był uroczyście witany na każdej stacji. Ludzie w odświętnych ubraniach, poczty sztandarowe, ozdobione dworce, iluminacje, lampiony i orkiestry grające te same melodie: „Hej, Słowianie” i „Gdzie jest mój dom?”. Nieznany z nazwiska dziennikarz pokusił się o puentę: „I był to zaiste pochód triumfalny, w którym naród witał zwycięską moc swojego prawa, zawartego w tych symbolach całości i niezależności państwa czeskiego”12.

Kulminacja uroczystości nastąpiła kolejnego dnia. Pociąg wjechał na dworzec w Pradze o godzinie 8.24. Tłum przywitał go okrzykami: „Chwała!”. Dziennikarz nie mógł nie dostrzec, że cenną przesyłkę umieszczono w powozie, który na tę uroczystość użyczył arcybiskup praski Bedřich Schwarzenberg. Oszklony błękitny pojazd, bogato zdobiony srebrem, do którego zaprzęgnięto sześć koni, był używany przez duchownego tylko dwa razy w roku – z okazji Świąt Wielkanocnych i na świętego Jana. Za tym powozem sunął kondukt złożony z ponad stu pięćdziesięciu innych pojazdów z najzacniejszymi obywatelami.

Uważny reporter zauważył na trasie przejazdu morze pocztów sztandarowych różnych organizacji, cechów i zespołów artystycznych. Dominowały biało-czerwone czeskie barwy narodowe. Dziennikarz dostrzegł też, że jedno miejsce pozostało wolne. Na uroczystość nie przybyli przedstawiciele Niemieckiego Związku Gimnastycznego. Nie brakowało za to ich czeskich konkurentów, czyli ubranych w odświętne stroje sportowców z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół.

Msza w kościele Świętego Mikołaja na Malej Stranie zwieńczyła wydarzenie. Potem królewskie insygnia zostały przewiezione do katedry Świętego Wita i tam wystawione na widok publiczny, aby mieszkańcy Pragi oraz okolicznych miast mogli się przed nimi pokłonić. Czynili to przez całą noc.

Na tym się jednak nie skończyło okazywanie przez Czechów radości. Trzydzieści tysięcy osób dotarło na Błonia leteńskie i tam trwała zabawa. A kiedy nadszedł zmierzch, niebo rozświetliły fajerwerki i ognie bengalskie.

„Wczorajszy dzień pozostanie niezapomniany dla wszystkich synów czeskiej ojczyzny. Był to dzień wspaniałego narodowego święta, najważniejszy ze wszystkich, które naród czeski od wielu lat święcił – a radość, którą z tej okazji naród czeski okazał, jest poręką, że chwała korony świętego Wacława nie zginie przez wieki i nie pozwoli zginąć nam ani przyszłym”13.

Kolejne okazje do manifestowania zranionego nacjonalizmu Czechów nadarzały się jedna za drugą. A to pielgrzymka na Białą Górę, gdzie w 1620 roku wojska katolickie pokonały protestantów, co w ówczesnej świadomości uznawano za najtragiczniejszą porażkę w historii narodu, po której nastąpiły brutalna rekatolicyzacja kraju i germanizacja jego mieszkańców; a to wyprawa do Konstancji, gdzie śmierć poniósł Jan Hus; a to urodziny Palackiego.

 

Mająca nieco uspokoić nastroje wizyta w Pradze cesarza Franciszka Józefa I stała się pretekstem do demonstracyjnego bojkotowania władcy. Fala niezadowolenia przewalała się przez Czechy.

Początkowo kamienie węgielne miały być tylko dwa. Jeden z góry Radhošť, drugi ze wzniesienia Říp. Symbolika aż nadto czytelna. Radhošť to siedziba Radogosta, słowiańskiego boga słońca, wojny i zwycięstwa. Říp to wzgórze, gdzie wiodący swoje plemię praojciec Czech zadecydował, że okoliczną ziemię weźmie we władanie. Jednak czescy patrioci, którzy zamierzali wybudować Teatr Narodowy w Pradze, zmienili zdanie. I postanowili, że kamieni będzie więcej. Przywędrował zatem i głaz z góry Blaník, gdzie według legendy spali rycerze, którzy pod wodzą świętego Wacława przyjdą z pomocą ojczyźnie, gdy ta znajdzie się w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Nie mogło zabraknąć również symbolicznego kawałka skały z Wyszehradu. To tam ponoć miał siedzibę legendarny książę Krok, którego córka Libusza według podania śniła o wielkiej Pradze. Kilkanaście innych kamieni z różnych wzgórz Czech i Moraw oraz pól bitewnych z czasów wojen husyckich miało pokazać, do jakiej tradycji odwołuje się naród budujący swoją świątynię sztuki.

10 maja 1868 roku na górze Říp pojawiło się dwadzieścia tysięcy Czechów. Odbywała się tu uroczystość wydobycia kamienia, który stanie się węgielnym dla Teatru Narodowego.

My, wierni synowie narodu czeskiego, zgromadzeni dziś na gruncie świętego Řípu, oświadczamy, jak nam sumienie każe, że żadnych nowych ciężarów znosić nie możemy, nie rozumiemy też, czemuż to większość wiedeńskiego parlamentu przywłaszcza sobie prawo decydować o nas bez nas. […]

Chcemy być w końcu szczęśliwi i wolni w swojej ojczyźnie tak, jak byli ojcowie nasi;

chcemy, aby wolny i sławny kiedyś naród czeski stał się panem swego losu i decydował tylko sam z koronowanym swoim królem o wszystkich swoich sprawach;

chcemy, aby nie obowiązywały w Czechach inne prawa niż te, które wypracuje odpowiedni sejm czeski, a potwierdzi je koronowany król czeski;

chcemy, aby zatem w Czechach żaden podatek nie mógł być nakładany i żadne wojsko zbierane, dopiero po prawnym porozumieniu sejmu czeskiego z czeskim królem.

Zatem aby odnowione zostało nasze historyczne prawo, które znaczy tyle co wolność, samodzielność i niezależność sławnego Królestwa Czeskiego; i aby osiągnął nasz naród tę jedyną gwarancję szczęśliwej przyszłości, siły i dobrobytu, domagamy się z całą stanowczością utwierdzoną najgłębszym przekonaniem:

przede wszystkim: aby obecny niesprawiedliwie zestawiony sejm czeski jak najszybciej został rozwiązany;

po drugie: aby rozpisane zostały wybory do nowego sejmu Królestwa Czeskiego, jednak na podstawie najsprawiedliwszej, aby cały naród z wszystkich klas był reprezentowany – zatem wybory na podstawie powszechnego głosowania;

po trzecie: aby tak wybrany sejm według starych naszych praw wypracował ustawę dla Królestwa Czeskiego, ustawę ojczyźnie naszej zapewniającą taką samą samodzielność i wolność, jaką się cieszy ziemia węgierska14.

Rezolucję, którą przygotowali politycy, tłum przyjął aplauzem!

Zgromadzenie na górze Říp pociągnęło za sobą kolejne. Młody historyk Jaroslav Goll określił te manifestacje „taborami ludu”. Nazwa się przyjęła. Pierwowzorem były średniowieczne zgromadzenia husytów, którzy zbierali się na wspólną modlitwę w oddalonych miejscach. Do pierwszego takiego wydarzenia miało dojść 16 kwietnia 1419 roku na wzgórzu w północnych Czechach. Wzniesienie, na którym demonstracja się odbyła, przemianowano z czasem na Tábor, na pamiątkę biblijnej góry, na której doszło do przemienienia Pańskiego.

Historycy policzyli, że w ciągu trzech lat na terenie Czech, Moraw i Śląska zorganizowano około stu czterdziestu takich zgromadzeń i że uczestniczyło w nich grubo ponad milion osób. Podczas taborów nie brakowało symboliki husyckiej, szczególnie jeśli odbywały się w miejscach nawiązujących do zmagań husytów. Można było zatem zobaczyć sztandary z kielichami, a nierzadko się zdarzało, że tłum odśpiewywał chorał Ktoście, Boży bojownicy, który niejeden raz w dziejach zagrzewał husytów nie tylko do modlitwy, lecz także do walki.

Położenie kamienia węgielnego pod teatr stało się kolejną wielką manifestacją. Trwała dwa dni. W uroczystym pochodzie przez Pragę przeszło osiemdziesiąt tysięcy obywateli Czech, Moraw i Śląska.

Wydawało się, że czescy politycy jednak osiągną porozumienie z Wiedniem, bo cesarz Franciszek Józef I był nawet skłonny uznać niektóre ich żądania. Ale kość niezgody, nie do przyjęcia przez Niemców, stanowił postulat równouprawnienia języka czeskiego z niemieckim we wszystkich urzędach państwowych w Czechach. Wprowadzenie tego prawa oznaczałoby, że od urzędników wymagałoby się dwujęzyczności. O ile Czesi nie mieli z tym zbytniego problemu, o tyle dla większości Niemców była to umiejętność nie do osiągnięcia.

Sejm czeski jednogłośnie uchwalił postulaty, ponieważ niemieccy posłowie zbojkotowali jego obrady. Co nie oznaczało, że z tymi uchwałami się zgadzali. Rozpoczęli kampanię przeciwko ich przyjęciu. Zyskali znaczących sojuszników – kanclerza austriackiego Friedricha Ferdinanda von Beusta i węgierskiego premiera Gyulę Andrássyego, a oni przekonali cesarza, że czeskie aspiracje nie są warte konfliktu z nimi.

Bezradni politycy czescy obrazili się na austriacki parlamentaryzm. Przestali uczestniczyć w obradach Rady Państwa.

Kiedy Eduard Grégr przemawiał na wzgórzu Vítkov 24 sierpnia 1884 roku, czas bojkotu minął. Czesi co rusz opanowywali przyczółki i na małych zdobyczach nie zamierzali kończyć narodowej ekspansji w cesarstwie. Wraz z rewolucją przemysłową nastąpił nieznany w innych regionach Austro-Węgier na tak wielką skalę rozwój gospodarczy. Ziemie Królestwa Czeskiego zajmowały zaledwie czternaście procent powierzchni całego państwa, ale mieszkał tam co trzeci obywatel cesarstwa. Czescy politycy uczyli się kompromisów, lecz cenę za kolejne poparcie działań rządu stanowiły ustępstwa na rzecz ich aspiracji narodowych. Udało się wprowadzić prawo, by Czech mógł się komunikować z urzędami w swoim języku, rozdzielono też uniwersytet praski na dwie części – w jednej wykładano po niemiecku, druga była czeska.

Tu żyło się bogaciej niż w innych regionach, poza tym Czesi wykazywali niezwykłą aktywność w tworzeniu różnego rodzaju stowarzyszeń. Chóry, związki artystyczne, amatorskie teatry oraz partie polityczne kształtowały i rozbudzały świadomość narodową.

Organizacją, która rozlała się po całym kraju, a nawet zawędrowała za czeskimi emigrantami poza jego granice, było Towarzystwo Gimnastyczne Sokół (Tělocvičná jednota Sokol).

Na fenomen czeskości większość Niemców patrzyła bez zrozumienia, jednak znaleźli się i tacy, których ona zafascynowała i ku niej się zwracali. Heinrich Anton Fügner, syn niemieckiego kupca z Pragi, zmienił imię na Jindřich. Jego przyjaciel pierwotnie nazywał się Friedrich Emmanuel Tirsch, a urodził się w rodzinie niemieckiego lekarza w Děčínie, ale jest znany pod nazwiskiem Miroslav Tyrš. Ci dwaj panowie, kiedy spotkali się w 1860 roku, szybko odkryli, że mają wspólną pasję – sport. Inspiracją dla nich były niemieckie towarzystwa sportowe. Początkowo w Pradze Czesi trenowali razem z Niemcami. Sielanka skończyła się, gdy trenujących sportowców otoczył opieką finansową jeden z niemieckich banków praskich, przy czym postawił jednoznaczny warunek: pieniądze sponsora są przeznaczone wyłącznie dla Niemców. Ci założyli Prager Männer Turnverein, a Czesi pozostali na lodzie. I to wtedy, w 1862 roku, Fügner z Tyršem powołali do życia praskiego Sokoła. Wokół nich skupiali się czescy politycy, ale zgodnie z austriackim prawem stowarzyszenia nie mogły angażować się politycznie, a Sokół od początku istnienia zwracał na siebie uwagę austriackiej policji. Nie bez powodu, bo jego członkowie będą uczestniczyć w każdej uroczystości patriotycznej, a podczas ćwiczeń dało się słyszeć, jak prowadzący wydaje również wojskowe komendy: baczność, spocznij, w lewo zwrot…

Założyciele towarzystwa na jego symbol wybrali ptaka, który ich zdaniem uosabiał siłę i wolność. Na prośbę Fügnera słynny malarz Josef Mánes zaprojektował strój. Jakże on przypominał mundur wojskowy! W oczy rzucała się przede wszystkim czerwona koszula, bo Fügnera fascynował włoski rewolucjonista Giuseppe Garibaldi. Na koszulę członek Sokoła narzucał lekką, krótką kurtkę, a na głowę wkładał okrągłą czapkę z piórem sokoła i biało-czerwoną kokardą. Strój dopełniały spodnie jeździeckie, których nogawki skrywane były w wysokich butach.

Tyrš szybko zebrał w Pradze kilkuset chętnych Czechów. Sokołów przybywało z każdym rokiem, ale nie tylko w stolicy Królestwa Czeskiego. Kolejne gminy wyrastały jak grzyby po deszczu. Stały się ważnymi centrami czeskiego życia; nie ograniczały się przy tym wyłącznie do zajęć sportowych.

Kiedy dwadzieścia lat później na Wyspie Strzeleckiej (Střelecký ostrov) Tyrš zorganizował pierwszy zlot, widzowie mogli zobaczyć ponad półtora tysiąca „umundurowanych” członków Sokoła, którzy przemaszerowali dumnie ulicami Pragi. Na leżącej zaledwie kilkaset metrów od mostu Karola wyspie czescy sportowcy zademonstrowali widowni swoją sprawność i siłę. A wszystko odbyło się w scenografii, w której dominowały czeskie barwy: biel i czerwień, oraz hasło: „Ramiona prężmy! Ojczyźnie służmy!”.

Inne książki tego autora