Detektyw Zuzia na tropieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

© Copyright by Wydawnictwo skrzat

2015

Wydanie elektroniczne

Zespół redakcyjno-korektorski:

Wydawnictwo Skrzat

Skład:

Wydawnictwo Skrzat

Projekt okładki:

Wydawnictwo Skrzat

ISBN 978-83-7915-265-0

Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51

wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl

1.

Zuzia miała dość. Bolały ją nogi, była senna i głodna. Co gorsza, czuła, że zsunął jej się plaster z otartej pięty. Jeszcze trochę i zacznie kuleć. Pociągnęła mamę za rękę, spoglądając wymownie — „Chodźmy już”. W odpowiedzi ujrzała grymas zniecierpliwienia.

— Za chwilę — syknęła Magdalena Nadobna, nerwowo odgarniając włosy z czoła.

— Słucham? — zapytała kobieta w garsonce. Przerzuciła kilka kartek w grubym, oprawionym w brązowy skaj notatniku.

— Nic, nic… — uśmiechnęła się mama. — Mówiłam do córki. Poczytaj ulotki, Zuzka.

— Już czytałam.

— Właściwie to… — kobieta rozłożyła ręce. — Jest tylko ten kościół.

Pani Magdalena zacisnęła wargi. Miała wrażenie, że śni. Przebyły parę setek kilometrów z Zielonej Góry do Krakowa na zaproszenie kierowniczki Działu mebli i zegarów Zamku Królewskiego na Wawelu. A ­teraz…

— Tylko kościół? Dlaczego wcześniej mnie pani nie poinformowała? Miałam propozycję konserwacji mebli w Książu, ale pomyślałam, że Wawel to… Wawel — zacisnęła dłonie.

— Ależ poinformowałam — kierowniczka podniosła brwi. — Najpierw listownie, a potem nagrałam się na pocztę głosową dla pewności. Nie rozumiem, skąd te pretensje, pani Madziu. Popracuje pani w Niepołomicach, a za miesiąc przyjedzie do nas, jak już wyjaśniłam.

— Listownie?

— Mhm, taki mamy zwyczaj, proszę pani.

— Nie dostałam żadnego listu — oburzyła się mama.

Kierowniczka wzruszyła ramionami, po czym sięgnęła do szuflady biurka. Wyjęła z niej plik kartek spiętych kolorowym spinaczem. Przesunęła palcem po zapisanych rubrykach, po czym powiedziała:

— Na wykazie pism wychodzących znajduje się pani nazwisko i adres. Proszę spojrzeć.

Mama spojrzała, po czym zamrugała zdumiona.

— Zuzieńko — zapytała słodko — czy odbierałaś list polecony z Krakowa?

— Może — ziewnęła Zuzia, zawiązując sznurowadło. — Nie pamiętam.

— A czy… A czy odsłuchałaś ostatnio jakąś wiadomość?

— Tydzień temu — podpowiedziała kierow­niczka.

— Tydzień temu — powtórzyła mama.

— Coś tam było, ale odłożyłam słuchawkę.

Zuzia potarła powieki. Nie miała chęci na rozpamiętywanie jakichś nieistotnych spraw sprzed tygodnia. Tęskniła za Tomkiem i za Pauliną. Limit wrażeń wyczerpany.

— Ogromnie panią przepraszam — w głosie pani Nadobnej czaiło się coś niedobrego. Niedobrego dla Zuzi, oczywiście. — My już pójdziemy — dodała przez zęby i zacisnęła dłoń na nadgarstku córki.

— Aua! — krzyknęła dziewczynka. — Dlaczego mnie szarpiesz?

— A dlaczego ty doprowadzasz mnie do szału?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, ponieważ w tym momencie pani Magdalena i jej jedynaczka obraziły się na siebie. Nie na długo, jak się wkrótce miało okazać.

— List polecający — przypomniała kierowniczka działu, machając kartką z niebieskimi pieczątkami.

— Ach, rzeczywiście — mama zatrzymała się w drzwiach. — Bardzo dziękuję i jeszcze raz przepraszam za nieporozumienie. To dziecko…

— Tak?

— Do zobaczenia za miesiąc — dokończyła szybko. Są sprawy, o których nie mówi się obcym.

— Do widzenia — kierowniczka zdjęła okulary, po czym przetarła je satynową chusteczką. Znała takie młode, zagubione kobiety, miotające się między karierą zawodową, a samotnym wychowywaniem dziecka. — Powodzenia, pani Madziu — westchnęła smutno.

Szły na parking w pełnym napięcia milczeniu. Zuzia zerknęła w stronę budki z zimnymi napojami. Przełknęła ślinę.

— Nic z tego. W samochodzie mamy sok — powiedziała mama, która najwyraźniej potrafiła czytać w myślach. — Nie będę później słuchać narzekania, że boli cię gardło. Ani wydawać pieniędzy w aptekach.

— Na razie boli mnie pięta — burknęła Zuzia. — Przez ciebie.

— Jak to przeze mnie?

— Bo mi kazałaś jechać w nowych butach i… I w ogóle mi kazałaś jechać.

— Przestań! Dlaczego ty mnie tak męczysz? Chowasz listy, nie mówisz o telefonach…

— A ty mi nie mówisz o tacie.

Zapadła lodowata cisza.

2.

Pod kołami czerwonego fiata seicento zaszurały drobiny czarnego żużlu. Wjechały na niewielki parking przed kanciastym budynkiem przydrożnej restauracji.

— To już te Niepołomice? — Zuzia otworzyła oczy. Po półgodzinnej drzemce poczuła się trochę lepiej.

— Nie, jeszcze parę kilometrów.

— No to dlaczego…

— Jest już po trzeciej. Powinnyśmy coś zjeść.

Mama sięgnęła po torebkę, skinieniem nakazując Zuzi, by wysiadła. Chwilę później weszły do niewielkiej, pachnącej obiadem sali z kontuarem i czterema drewnianymi stołami. Większość była zajęta, więc usiadły niedaleko drzwi.

— Co będziesz robić?

— Teraz?

— W tym kościele — sprecyzowała Zuzia.

— Zdaje się, że ogólną konserwację, głównie ołtarza. Zresztą zobaczymy… — mama przerwała na widok zbliżającej się kelnerki w kremowym fartuszku.

— Czy panie coś wybrały? — w dłoni dziewczyny pojawił się notesik.

— Yyy… właściwie jeszcze nie — pani Magdalena dopiero teraz zauważyła leżącą na stole kartę dań. — Małą chwileczkę. Już patrzymy…

Kelnerka pokiwała głową, starając się nie okazywać zniecierpliwienia. Spod wpółprzymkniętych powiek zerkała na te zdumiewająco podobne do siebie osoby. Pewnie mama i córcia, oceniła. Zastukała ołówkiem o notes, przypominając o swoim istnieniu.

— Chcesz udko w panierce?

Zuzia skrzywiła się niepewnie. Udko? Z reguły nie jadała za wiele, a za mięsem nie przepadała, lecz po tylu godzinach jazdy o batoniku i soku nie czuła się w nastroju do wybrzydzania.

— Może być — mruknęła.

— W takim razie dwa razy udko i dwa barszczyki z uszkami.

— Po co zamówiłaś te barszczyki? Ja nie chcę — szepnęła Zuzia, odprowadzając wzrokiem kelnerkę. — Wiesz, że wolę pierogi z serem.

— Mogłaś mówić wcześniej. Zresztą, nic ci się nie stanie, jeśli zjesz trochę na zapas. Kto wie, o której się z tym wszystkim uporamy.

Zuzi przypomniały się słowa babci, że nie jada się na zapas, bo to niezdrowo, ale milczała. Pewnie dlatego, że bardzo mamę kochała i czasami rozumiała, jak ciężko być dorosłym. To rozumienie pojawiło się nagle i trwało aż do końca obiadu.

W niecałą godzinę później do tej samej restauracji wszedł, ubrany w ciemny garnitur, postawny mężczyzna w średnim wieku. Zdjął okulary przeciwsłoneczne i rozejrzał się uważnie.

— Czym mogę panu służyć? — zagadnęła kelnerka, uśmiechając się zalotnie. Zawsze się jej podobali ogoleni na łyso mężczyźni, o sympatycznej twarzy i jasnym spojrzeniu.

— Coś na wynos?

— Pierogi z serem, pierogi ruskie i pierogi z mięsem — wyrecytowała zawiedziona. Miała nadzieję, że uda jej się przez chwilę porozmawiać z klientem, jednak ten najwyraźniej się spieszył.

— Z serem? Doskonale — mężczyzna pokiwał głową. — Mógłbym je jeść co drugi dzień — zażartował.

3.

Na plebanii kościoła parafialnego spędziły niecały kwadrans, ponieważ proboszcz szykował się do pogrzebu.

— Bardzo mi przykro — mówił, zerkając na zegarek. — Gdybyście panie… to znaczy pani i ta miła dziewczynka, zechciały poczekać dwie godzinki, to wówczas…

— Nie wiem, co miałybyśmy robić przez dwie godzinki — burknęła „miła dziewczynka”. — Przecież w tym miasteczku niczego nie ma.

— Oczekujesz czegoś szczególnego? — zapytał proboszcz, znacząco zerkając na mamę Zuzi. Pani Nadobna bezradnie rozłożyła ręce.

— No… nie wiem. Domu towarowego?

— Nie mogę pojąć, skąd w tobie, dziecko, taki głód konsumpcji — ksiądz westchnął ciężko. Dokąd ten świat zmierza? — pomyślał.

— Mam prawie trzynaście lat, proszę księdza — wyjaśniła Zuzia, zastanawiając się, co znaczy „głód konsumpcji”.

— To wiele wyjaśnia. Jednakże mogę zagwarantować, że Niepołomice zaskoczą cię i zdumieją. A wracając do rzeczy… Czy możemy liczyć, łaskawa pani, na szczegółową rekonstrukcję ołtarza?

— Oczywiście — odetchnęła mama, zadowolona, że rozmowa zeszła na tematy zawodowe. — Likwidacja drewnojadów, odnowienie złoceń i polichromii, czyszczenie, politurowanie i tak dalej — wyliczyła jednym tchem.

— Znakomicie — proboszcz zerknął do modlitewnika, a potem ponownie na zegarek. — Spotkajmy się o… siedemnastej trzydzieści. Skieruję panie na kwaterę, no i mam nadzieję, że nie pogardzicie porządną kawą i sernikiem — mrugnął do Zuzi. — Moja gospodyni jest niezastąpiona w kwestii ciast i deserów.

Postanowiły zrobić sobie długi spacer po mieście. Prawdę mówiąc, to mama tak postanowiła. Zuzia jedynie przewróciła oczami, skrzywiła się i parsknęła pogardliwie. Z chęcią przesiedziałaby ten czas w ­samochodzie, wysyłając SMS-y do Tomka i Pauliny. Coś jej się przypomniało.

— Mamuś — pogłaskała rękaw maminego sweterka. — Daj mi dwie dyszki na zdrapkę.

— Zobacz, jakie piękne kamienice — zachwycała się pani Nadobna. — Niewysokie, ale… cudne po prostu. Ślicznie odnowione.

— Cudne, cudne — Zuzia nawet nie podniosła wzroku, skupiona na własnym problemie. — To jak będzie?

 

— Z czym?

— No, z dwiema dyszkami.

— Po co ci aż dwadzieścia złotych? Jeśli myślisz, że śpimy na pieniądzach, to się grubo mylisz, moja droga.

Zuzia nie mogła zrozumieć, o co chodzi. Usiadła na ławce, ciągnąc mamę za rękę. Kobieta zdjęła z ramienia mały plecak, wytarła wypolerowane deski chusteczką higieniczną i przycupnęła na krawędzi.

— Muszę doładować konto w telefonie, po to chcę kupić zdrapkę — wyjaśniła. — Za darmo ani nie pogadam, ani nie wyślę wiadomości.

— Aha — posmutniała mama. — Może jutro dostanę zaliczkę, to sobie kupisz.

— Ale ja nie mogę czekać do jutra, mamo!

— Dlaczego? Z Paulinką widziałaś się wczoraj. Nic się nie stanie, jeśli dwa dni od siebie odpoczniecie. Będziesz miała więcej do opowiadania.

— A Tomek? Nie widziałam go prawie pięć miesięcy, od Bożego Narodzenia… — Zuzia poczuła zimne krople na twarzy. Zamrugała.

Dopiero teraz za­uważyła, że siedzą obok okrągłej fon­tanny, pośrodku której, na kamiennej głowie ustrzelonego

byka stoi nimfa z kuszą. Rozejrzała się wokół i otworzyła usta ze zdziwienia.

Przy fontannie stał rudowłosy chłopczyk z naszytym na rękaw kurtki emblematem toruńskiej podstawówki i, uderzając dłonią w strumień wody, chlapał w jej stronę z szelmowskim uśmieszkiem. Od strony lodziarni nadciągała spora gromada jemu podobnych.

— Bo jak cię chlapnę… — zagroziła.

— Ruda, ruda — chłopczyk pokazał język. — Wie-wió-ra!

— A ty to niby jaki? Niebieski? — prychnęła z politowaniem.

4.

— Wyłożony grubo ciosanym kamieniem rynek niepołomicki jest nad wyraz urokliwy. Otaczają go niewysokie, mieszczańskie domy, a wąskie uliczki prowadzą w niezwykłe miejsca. Jednym z nich, najważniejszym, jest Zamek Królewski, niedawno odrestaurowany ze zniszczeń wojennych… — głos przewodniczki szkolnej wycieczki cichł wraz z odległością.

Zuzia odprowadziła wzrokiem wysmarowane lodami dzieciaki i ich zmęczone przydługim spacerem opiekunki. Podenerwowane kobiety pokrzykiwaniem i delikatnymi szturchańcami usiłowały utrzymać w zor­ganizowanym szyku rozłażące się towarzystwo. Choć zadanie było niewykonalne, nauczycielki realizowały je z godnym podziwu uporem.

— Widziałaś, mamo? Jak pojechaliśmy do Poznania na Targi to też tak było — powiedziała, sięgając do kieszeni po telefon, żeby pokazać mamie, ile zostało na koncie.

— Że co? — zaskrzeczał w odpowiedzi obcy głos. — Jakie targi?

Dziewczyn­ka wytrzeszczyła oczy. Na ławce, zamiast mamy, siedziała otyła kobieta z wielką kraciastą torbą na kolanach.

— Gdzie moja mama?

— A skąd mnie to wiedzieć?

— A pani to kto?

— Człowiek.

— Widziała pani może…

— I morze widziałam i góry też widziałam — przerwała tamta opryskliwym tonem. — Przestań mnie głowę zawracać, niewychowana pannico! — kobieta sięgnęła do torby po zawiniętą w papier śniadaniowy bułkę, po czym zaczęła ją przeżuwać z marsową miną.

Zuzia poczuła niepokój.

Przeszła przez zajmujący sporą część rynku parking, po czym skierowała się w stronę kościoła. Stanęła pod bramą, zaskoczona widokiem czarno ubranych ludzi. Zdała sobie sprawę, że trafiła na pogrzeb, o którym wspominał proboszcz. Już miała zawrócić, kiedy zauważyła znajomą postać. Niemożliwe — jęknęła w duchu — on przecież uciekł, on…

Łysy mężczyzna w ciemnym garniturze kręcił się przy drzwiach wejściowych, zerkając ciekawie do środka. Wiedziona niezrozumiałą ciekawością dziewczynka przemknęła przez kościelny dziedziniec i, przylgnąwszy plecami do ceglanego muru, wyjrzała zza załomu. Zdążyła zauważyć niknącą w tłumie żałobników barczystą postać. Ruszyła za nią, lecz po paru krokach zaniechała pościgu. Może lepiej powiadomić policję? A co, jeśli to nie on? No, jeśli to nie on — odpowiedziała sama sobie — mogłabym wyjść na niezrównoważoną psychicznie histeryczkę.

Pod butem coś zachrobotało. Na betonowej płycie, w miejscu, gdzie przed momentem stał ów ­podejrzany osobnik, leżał mały, metalowy przedmiot. Podniosła go, ważąc w dłoni. Wyglądało to na fragment jakiegoś zabytkowego zdobienia. Albo na klucz — stwierdziła po bliższym przyjrzeniu się.

— Ciekawe, co otwierasz? — szepnęła zaintrygowana.

5.

Nagłe bicie dzwonu oraz przejmująca pieśń żałobników wyrwały Zuzię z zamyślenia. Spojrzała na pogrążony w smutku orszak i westchnęła. Czas wracać.

— Ej, mała! Zaczekaj chwilę! — nagły okrzyk spowodował skurcz żołądka. Odwróciła się.

Wygolony mężczyzna szedł ku niej szybkim krokiem. Teraz nie miała wątpliwości. To on, ten bandyta, Błażej, którego poznała w Kórniku.1 Zaczęła biec.

— Nie uciekaj, ja tylko chciałem…

Zacisnęła usta, pędząc bez opamiętania w stronę fontanny. Jakaś ciężarówka zahamowała przed nią z piskiem, ktoś krzyczał, ktoś inny próbował chwycić ją za rękę. Wyrwała się i zanurkowała pomiędzy zaparkowane samochody.

— Zuzka, czyś ty oszalała, dziewczyno? — dogonił ją zasapany głos mamy. Świat odzyskał normalny wymiar.

— Och, mamo, tak się o ciebie martwiłam — chlipnęła, pocierając palcami wybrudzone spodnie.

— Ty o mnie? — zapytała z niedowierzaniem pobladła kobieta. — Ty… o mnie?

Zuzia podbiegła do niej i mocno się przytuliła.

— Nie wiedziałam… co się… stało. Szu… szukałam cię… — zaszlochała.

— Ja tu od zmysłów odchodzę, martwię się, ludzi wypytuję… — mama drżącą dłonią głaskała rude loki. — Nie pomyślałaś chyba, że cię zostawiłam? Nie masz już pięciu lat, Zuziu.

— To gdzie się podziałaś? — dziewczynka wytarła chusteczką zaczerwieniony nos.

Mama pokręciła głową.

— Przecież powiedziałam, że idę kupić coś słodkiego — potrząsnęła papierową torbą z cukierni. — Ale oczywiście nie słuchasz, co się do ciebie mówi. O mało nie wpadłaś pod samochód. Próbowałam cię zatrzymać, a ty… — przełknęła ślinę.

Podeszły do ławki, po czym usiadły, zmęczone. Czuły bardzo wyraźnie silną, trudną do opisania więź. Obie wiedziały, że cokolwiek się wydarzy, zawsze będą sobie bliskie. Najbliższe. Gdyby tak jeszcze znalazł się mój tato — Zuzia otarła czającą się w kąciku oka łezkę. — Tylko czy on w ogóle istnieje?

Struchlała nagle, ponieważ zobaczyła swojego prześladowcę, wychodzącego z pobliskiego sklepiku. Rozejrzał się bacznie, a potem podszedł do opartego o drewnianą barierkę chłopaka w sportowej kurtce. Ten pokiwał głową i machnął ręką w kierunku ławki, na której siedziały.

Spojrzenie mężczyzny błądziło przez moment po twarzach przechodniów, aż zatrzymało się na tej, której szukało. Błażej uśmiechnął się, unosząc otwarte dłonie, jakby chciał pokazać, że ma przyjazne zamiary. Zuzia schowała się za oparcie ławki.

— Dlaczego się tak wiercisz? — mama strzepnęła okruszki z kolan. — Pięć po piątej, zaraz pójdziemy na plebanię, a potem…

— Mamo — szepnęła dziewczynka — popatrz na tego pana, tam.

— Hę?

— No, popatrz.

Pani Nadobna zerknęła przez ramię, a wtedy zdarzyło się coś, czego nie zrozumiała. Idący ku nim mężczyzna zatrzymał się gwałtownie, zakrył twarz ramieniem i uciekł, jakby się paliło.

— Kto to był?

— Nie poznałaś?

— Nie — przyznała mama, marszcząc czoło. — Za mało czasu, w dodatku się zasłonił. Znasz tego pana?

— Pewnie, że znam — Zuzia oddychała głęboko. — To ten Błażej Bez Rodziny, który zamknął mnie i Tomka w kórnickim zamku. Może nas śledzi?

— Chyba żartujesz? — mama pobladła. — Ludzie bywają do siebie podobni, a ten… przestępca gdzieś się ukrywa. Może nawet wyjechał z Polski. Nie, nie — pokręciła głową. — Musiało ci się przywidzieć.

Zuzia otworzyła usta, żeby stanowczo zaprotestować przeciwko podejrzeniom o przywidzenia, ale zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie chłopaka z wystawionym językiem.

6.

Rozmowa z Tomkiem wcale nie poprawiła Zuzi nastroju. Wręcz pogorszyła. Zaczął od pretensji, że nie może się doczekać od niej żadnych wieści.

— …pieniędzy ci szkoda na mnie, czy jak?

— Niczego mi nie szkoda — dziewczynka popatrzyła na mamę, udającą, że rozmowa jej nie interesuje. — Tylko, że tak się złożyło…

— Że też tobie zawsze musi się coś złożyć nie tak — powiedział chłopak drwiąco. To ją zabolało. — A ja mam dla ciebie niespodziankę. Chcesz wiedzieć jaką?

— Nie chcę wiedzieć.

— No to… bez łaski — burknął obrażonym tonem. — Tylko pomyślałem, że skoro jesteś w Krakowie…

— Nie jestem w Krakowie.

— Nie? — zapytał po chwili milczenia. Najwyraźniej był zaskoczony. — Mówiłaś, że jedziesz do Krakowa. Ale skoro mnie okłamałaś, to… To cześć!

— Hej, jakie cześć? Jestem w Niepołomicach. TOMEK! — zawołała, jednak chłopak już się rozłączył.

— Coś nie tak? — zainteresowała się mama, wstając z ławki.

— WSZYSTKO nie tak — Zuzia obdarzyła ją chmurnym spojrzeniem. — Gdybyś mi dała te… — zawahała się, wiedziona przeczuciem, że chyba nie powinna wspominać o pieniądzach.

— „Te”? To znaczy co?

— A… nie ma o czym mówić — uśmiechnęła się krzywo. Zbierało się jej na płacz, więc odetchnęła głęboko. — Zdaje się, że ksiądz na nas czeka z sernikiem. Jeżeli się spóźnimy, nie będzie miał o nas dobrego mniemania.

— Och, ty moje wygadane szczęście — mama, z figlarnym błyskiem w oczach puknęła ją palcem w nos. — Ale masz rację, mniemania nie będzie miał najlepszego.

Błażej Wenzel, człowiek poszukiwany listem gończym przez policję kilku krajów, siedział w kupionym przez pośrednika używanym Renault Mégane koloru czarnego i bębnił palcami w kierownicę. Sytuacja się skomplikowała, a on nie wiedział, jak z niej wybrnąć. Bez klucza nie uruchomi mechanizmu, więc całe przedsięwzięcie diabli wezmą. Był pewien, że ta mała go zabrała, przecież nie wyparował.

— Moja cudowna Magdalena… Ile to już lat? Ze trzynaście… — mruknął. — Co ty tutaj robisz, dziewczyno? W dodatku z dzieckiem? Chwileczkę… — zmrużył powieki — jeżeli ona ma taką córkę, to by znaczyło… — zaniepokoił się. — Hmm…

Przekręcił kluczyk w stacyjce, słuchając rozgrzewającego się silnika. Po chwili go wyłączył. Trzeba się zastanowić.

— To co, moje drogie? — ­proboszcz zatarł dłonie. — Zakwaterujecie się, a od jutra do roboty.

— Zgadza się, do roboty — mama wytarła usta serwetką. — Wspaniały sernik, bardzo lekki.

— Słyszała pani, pani Jadziu? — zawołał ksiądz w stronę otwartych drzwi.

Z kuchni wyjrzała głowa niemłodej, pulchnej kobiety, o krótko obciętych, farbowanych na blond włosach.

— Pewnie, że słyszałam — powiedziała, taksując wzrokiem mamę i Zuzię. — Takie chude, to powinny więcej jadać. Zapraszam na niedzielny obiad.

— Z miłą chęcią skorzystamy — mama zrobiła do niej słodką minkę. — Prawda, Zuzieńko?

Zuzia nie odpowiedziała. Nie była w nastroju do snucia planów na kilka dni do przodu.

Zastanawiała się, jak będzie w nowej szkole, do czego służy dziwny kluczyk i co napisała do niej Paulina w SMS-ie, który przyszedł przed pięcioma minutami. No i czy ten facet będzie jej szukał. Kto normalny myśli o niedzielnym obiedzie, mając tyle problemów na głowie?

7.

Kościelny zamknął skrzynię z rozebranym na części katafalkiem2 i skierował się ku wyjściu, marząc o kubku gorącego kakao. Mimo wiosennej pogody, w kościele panował przejmujący chłód. Sezon grzewczy skończył się tydzień temu, a proboszcz nie chciał słuchać o wydawaniu pieniędzy bez potrzeby.

— Inne wydatki, taa… inne wydatki — mamrotał kościelny, sprawdzając, czy ma klucze w kieszeni. — I weź tu, człowieku, pracuj w zimnym, bo inne wydatki — pociągnął zmarzniętym nosem.

Już miał wyjść, kiedy zauważył siedzącego w ławce, gładko wygolonego mężczyznę. Wyglądał na pogrążonego w głębokiej modlitwie.

— Ekhm — chrząknął wymownie, lecz ­modlący się nie zwrócił na niego uwagi. — Zamknięte — powiedział głośno. Mężczyzna podniósł głowę. W jego oczach czaiło się coś, co budziło respekt.

— Słucham?

— Zamknięte, eee… nieczynne, znaczy się.

— Chciałem się pomodlić — odparł tamten beznamiętnym szeptem.

— No, ale kościół zamknąć się należy — nie ustępował kościelny.

— Mały kwadransik, proszę pana i sobie pójdę.

— Mnie tu nikt za nadgodziny nie płaci, a rozgrzać by się zdało — burknął właściciel zmarzniętego nosa, szczególny nacisk kładąc na słowa „nie płaci”.

Mężczyzna wyprostował się, włożył rękę za pazuchę drogiego garnituru i westchnął.

 

— To się da załatwić, proszę pana.

— Tak? A jak? — schowana dłoń wzbudziła w kościelnym ogromny niepokój. Oby tam jakiegoś pistoletu nie trzymał. Bo to teraz wiadomo, co za jedni po świecie chadzają?

— No, na przykład tak — w dłoni pojawił się czarny, skórzany portfel.

— Nie, nie, pieniędzy to ja od pana brać nie będę — oświadczył kościelny, patrząc krzywo na stuzłotowy banknot. — Ale jak pan tak bardzo pociechy duchowej potrzebuje, to cóż… Dziesięć minutek, dobrze? Tyle co placyk zamiotę. Wystarczy?

— Jak musi… — mężczyzna pochylił głowę, wracając do modlitwy.

Kwatera mieściła się w ładnym piętrowym domu, zbudowanym na obrzeżu miasta. Pojechały tam samochodem w towarzystwie gospodyni proboszcza, która, korzystając z okazji, chciała odwiedzić mieszkających tam krewnych.

— Siostra moja, Zofia, co to jej ślubny do Irlandii za robotą wyjechał, z dzieciakami sama od pół roku — opowiadała ze swadą. — Teraz w prawo… A starszy syn jej, mój chrześniak, Paweł, ogólniak kończy, prawnikiem chce zostać. Teraz prosto, a za żółtym znakiem w lewo… Wygadany on taki, nie wiadomo po kim, pani Madziu. Zofia cicha, skromna kobieta, Walduś też we słowach oszczędny. Jeszcze kawałeczek, pod sklepem parking jest. Albo pod domem stanąć można. Zaś co do młodszej córki, Natalki, to szatan wcielony. W głowie, zamiast rozumu, psoty tylko i fiu bździu.

Zuzia przeczytała jeszcze raz wiadomość od Pauliny.

HEJ ZUZA! JAK TAM W KRAKOWIE? KUPIŁAŚ SOBIE CZAPKĘ Z PAWIM PIÓREM? HI, HI :) TY TO MASZ DOBRZE, NOWA SZKOŁA, A MY JUTRO MAMY KLASÓWKĘ Z MATMY :( ODPISUJ PRĘDKO!!!

— Proszę pani…

— Tak? — pani Jadwiga nie wyglądała na zadowoloną z faktu, że się jej przerywa. — To już tu, ten dom — pokazała palcem na zgrabny budynek ze spadzistym, czerwonym dachem.

— Czy w tym sklepie na osiedlu są zdrapki do telefonów?

— Przestań, Zuzka — skrzywiła się mama, próbując ustawić samochód równolegle do ­ogrodzenia. — Niepotrzebnie kupiłam ci telefon na kartę, z abonamentem byłby święty spokój.

— Ja tylko chcę wiedzieć, czy są.

— A bo ja wiem — gospodyni wzruszyła ramionami, po czym poprawiła dekolt bluzki pod żakietem. — Są albo nie ma.

Wenzel wbił ostrze scyzoryka w pęknięcie kamiennego reliefu3 z kaplicy grobowej. Kolano klęczącego rycerza4 odchyliło się z mlaśnięciem, ukazując znajdujący się pod spodem otwór w kształcie pięcioramiennej gwiazdy.

— No proszę, jest. Skąd ci faceci mają takie informacje? — zapytał z uznaniem. — A ja zgubiłem klucz — dodał, bezskutecznie dłubiąc w otworze skomplikowanym wytrychem. — Jeśli go szybko nie odzyskam, to oni mnie…

— Pomodlił się pan? — gdzieś za plecami zadudnił głos kościelnego.

Mężczyzna pośpiesznie wepchnął kamienne­ ­kolano na miejsce i wyjął z kieszeni mały, cyfrowy aparat fotograficzny.

— Niezłe rzeźby — powiedział, robiąc zdjęcie. — To jacyś święci?

— Żadni tam święci — kościelny nadszedł niespodziewanie szybko. — Po bokach to zwykli ludzie, ino bogaci, to grób w kościele mają. Fakt faktem, pośrodku sam Jezus Chrystus ich pilnuje, najświętszy. A te zdjęcia po co?

— Dzieciom pokażę — Błażej schował aparat. — Do widzenia.

— Czy ja wiem… — kościelny cmoknął z powątpiewaniem. — Zależy jak pan długo u nas zabawisz.

— Pan coś sugeruje?

— Nie, tak tylko gadam. Jak do widzenia, to do widzenia, panie szanowny — ręka kościelnego uniosła się w geście pożegnania.

8.

Magdalena Nadobna, konserwatorka dzieł sztuki z Zielonej Góry, siedziała na brzegu wąskiego łóżka, ze smutną miną wpatrując się w wiszącą na ścianie fotografię. Widnieli na niej młoda kobieta w welonie i poważny, nieco przestraszony mężczyzna w muszce. Żona i mąż.

— Rodzina — szepnęła. — Dzieci, pies, trawnik…

— Co za trawnik? — zapytała Zuzia, wchodząc do pokoju. Była ubrana w gruby szlafrok, miała mokre włosy i pachniała kwiatowym płynem do kąpieli.

— Dlaczego nie wysuszyłaś włosów?

— Bo nie dałaś mi suszarki, a nie chciałam brać cudzej — wyjaśniła dziewczynka, grzebiąc w torbie. — Gdzie jest zielona bluzka, ta od babci?

— A spakowałaś ją?

— O, jest. Mamy żelazko?

— Pożyczę od pani Zosi. Co się tak stroisz? Miałaś spać — mama zawinęła kosmetyczkę w wielki ręcznik i wsunęła bose stopy w gumowe klapki.

— Odechciało mi się. No i umówiłam się z Natalą, pokaże mi okolicę.

— Natalą?

— Córką właścicielki — Zuzia włączyła suszarkę, przeglądając się w kieszonkowym lusterku. — Wygląda, że jest w porządku.

— No, nie wiem. Pani Jadzia mówiła, że to szatan wcielony.

— Mnie pasuje — skwitowała Zuzia. — To co z tym trawnikiem?

— Najgorsze, że „nico” — westchnęła mama, zamykając za sobą drzwi.

Proboszcz niepołomickiej parafii Dziesięciu Tysięcy Męczenników jadł właśnie kolację, kiedy rozległ się dzwonek u drzwi.

— Pani Jadziu! — krzyknął, kładąc plasterek wędliny na posmarowany masłem kawałek razowego pieczywa. — Pani otworzy!

Dzwonek nie milkł, więc ksiądz, przypomniawszy sobie, że gospodyni bawi u siostry z wizytą, wstał od stołu i zastanawiając się, kogóż to Bóg z wieczora prowadzi, uchylił drzwi. W progu stał, krzepkiej budowy, łysy mężczyzna w średnim wieku. Miła twarz budziła zaufanie, jednak twarde spojrzenie nakazywało ostrożność.

— Niech będzie pochwalony — przywitał się niespodziewany gość, zdejmując dłoń z klamki.

— Na wieki wieków. W czym mogę pomóc?

— Sprawę mam, proszę księdza — popatrzył wymownie na swoje stopy.

— Czy my się znamy? — proboszcz nie kwapił się z wpuszczeniem obcego do środka. — Pan jest z mojej parafii?

— Nie bardzo. Nazywam się — mężczyzna zmrużył powieki — Jan Kos. Jestem z… daleka.

— Jan Kos? Jak ten z filmu?

— Czysty przypadek. Tyle, że ja jestem prawdziwy.

— Przeprowadza się pan?

— Sprawa jest niecodzienna, może ksiądz mi wierzyć. I wymagająca daleko idącej dyskrecji. Ale…

— Tak?

— Czy my naprawdę musimy rozmawiać przez próg?

— Hm, skoro sprawa jest niecodzienna — proboszcz cofnął się o pół kroku — to zapraszam na rozmowę. I na kolację — dodał, gdyż gość w dom, Bóg w dom. Inaczej się nie godzi.

Nowa znajoma bardzo przypominała Zuzi Paulinę Kozik, przyjaciółkę od serca i powierniczkę tajemnic. Natalka była, co prawda, o rok młodsza i miała krótko obcięte, ciemne włosy, ale podobnie szybko przypadły sobie do gustu. Poza tym Natalka potrafiła się śmiać równie głośno i szczerze, jak Paulina.

— Jutro pokażę ci naszą szkołę — trajkotała, gdy wracały do domu po krótkim spacerze. — A po południu możemy iść do zamku. Byłaś już na zamku?

— No…

— W Niepołomicach na pewno nie, przecież dopiero przyjechałaś. Ale jest fajnie, zobaczysz. Lubisz lody?

— Właściwie…

— To dobrze, ja też lubię. Możemy zahaczyć o cukiernię. Równa z ciebie psiapsióła, Zuzka.

— Psiapsióła?

— No, kumpela, a wiesz dlaczego?

— Nie mam pojęcia.

— Bo umiesz słuchać. W domu nikt mnie nigdy nie słucha… Cześć, Paweł — pomachała do zamykającego furtkę wysokiego chłopaka w dżinsowej kurtce. Nażelowane włosy sterczały mu na wszystkie strony, zaś twarz przyozdabiała diaboliczna bródka.

— Cze… — odpowiedział, przyglądając się Zuzi.

— To jest Paweł, mój brat, a to Zuzia, nasza eee… lokatorka.

— Aha — odrzekł Paweł i poszedł. Jak na „wygadanego” mówił zdumiewająco mało.

Weszły do domu akurat na kolację. Pani Zosia nawet słyszeć nie chciała, że będą jadły osobno.

— Gdzie się troje żywi, tam się i pięcioro wyżywi — stwierdziła, zaganiając wszystkich do stołu. Zuzia miała niejasne uczucie, że właśnie za czymś takim tęskniła, od kiedy sięga pamięcią.

Czarny Renault Mégane wjechał na oświetlony mrugającą latarnią niewielki placyk z tyłu osiedlowego sklepu. Silnik ucichł, a ubrana w skórzaną rękawiczkę dłoń sięgnęła do skrytki pod fotelem, skąd wyciągnęła niepozorny, blaszany pojemniczek. Błysnęła mała latarka, wyławiając z półmroku skupioną twarz kierowcy. Mężczyzna czekał.

9.

Ranek nie należał do udanych. Padał deszcz, było ponuro, a budzik zadzwonił już o wpół do siódmej. A poza tym wszyscy ciągle ziewali.

— Mam cię zawieźć do szkoły? — zapytała mama przy śniadaniu.

— Nie wiem — odpowiedziała Zuzia, dłubiąc widelcem w stygnącej jajecznicy. — A co z dokumentami?

— Są w teczce, możesz je zanieść do sekretariatu, a ja zadzwonię do dyrektora…

— Dyrektorki — sprostowała, przysłuchująca się rozmowie, Natalka.

— No to do dyrektorki — zgodziła się mama. — Powiem jej, co i jak, niech cię zaprowadzą, gdzie trzeba. Chyba, że koniecznie chcesz jechać ze mną?

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?