Detektyw Zuzia na tropieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

© Copyright by Wydawnictwo skrzat

2015

Wydanie elektroniczne

Zespół redakcyjno-korektorski:

Wydawnictwo Skrzat

Skład:

Wydawnictwo Skrzat

Projekt okładki:

Wydawnictwo Skrzat

ISBN 978-83-7915-268-1

Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 51

wydawnictwo@skrzat.com.pl Odwiedź naszą księgarnię internetową: www.skrzat.com.pl

1.

Kórnik, tydzień wcześniej

Trzymał telefon w spoconej dłoni, nie był w stanie się uspokoić. To, co słyszał, wykraczało poza jego chłopięce rozumienie świata. Potarł czoło wierzchem dłoni.

– Zaczekaj, Paulina, nie bardzo łapię.

– Co tu jest do łapania? Przecież mówię wyraźnie.

– Ale jakoś bez sensu. Zuzia nie mogła tak po prostu, no wiesz... – zagwizdał z braku odpowiedniego określenia. – Może to tylko żart albo, czy ja wiem, próba?

Paulina zachichotała, jakby powiedział coś szczególnie zabawnego.

– Próba, jasne. Nie chcesz wierzyć, twój problem – stwierdziła kpiąco. – Ja swoje zrobiłam.

– Swoje? To znaczy co?

– To znaczy uprzedziłam cię lojalnie, bo mam wrażenie, że fajny z ciebie chłopak. Niełatwo znieść myśl, że Zuzia ma innego, prawda? – tym razem udała zatroskanie.

– Ma swoje za uszami, ale żeby zaraz… – przełknął ślinę – …innego? Zresztą, dlaczego sama mi nie powiedziała?

– Dziewczyny już takie są, że wiele rzeczy trzeba sobie dopowiedzieć. Ale nie przejmuj się, jestem po twojej stronie. Tylko nie myśl, że mnie jest lekko – westchnęła.

– Tobie? A co ja mam teraz zrobić? Myślałem, że przejdą jej te szkockie fochy, że my…

– Odpuść ją sobie – doradziła, nie czekając, aż powie coś, czego nie chciała słuchać. – Są inne, bardziej normalne dziewczyny. Na przykład ja.

– Ty? Nie rozumiem.

– Spotkajmy się. Pogadamy, wyżalisz się. Może nawet coś do siebie poczujemy? – Tomek nie odpowiedział, więc zapytała zaniepokojona: – Hej, jesteś tam jeszcze?

– Jestem – szepnął. – Chcesz, żebym do ciebie przyjechał? Do Zielonej Góry?

– Mhm. Byłoby miło.

– A Zuzia wie, że ma świnię za koleżankę?

– Słucham?!

– Zdradliwą zołzę – ciągnął ze spokojem. – Fałszywą psiapsiułę od serca?

– Głupi ośle, jak śmiesz mnie oceniać? – krzyknęła, gotując się ze złości. – Chciałam cię pocieszyć, a ty…

Rozłączył się. Nie był ciekaw, co Paulina ma jeszcze do powiedzenia. Rzucił sfatygowaną komórkę na niezaścielone łóżko i podszedł do otwartego okna. Podwórze wydało mu się zaskakująco brudne i szare. Dostrzegał każdą rysę w betonowych płytach zaśmieconej nawierzchni. Głosy ptaków były dziwnie drażniące; leżące pod klonem czerwonawe liście szeleściły złowieszczo, a chłopak, odbijający o mur nowiutką piłkę, miał wyraźnie złośliwy wyraz twarzy. Ich spojrzenia się spotkały.

– O, hej Tomuś! – pomachał ręką ubrany w czerwony dres chudzielec, nie przestając kopać futbolówki. – Wyjdź, podryblujemy jeden na jednego.

– Spadaj, Damian – burknął w odpowiedzi.

– A ciebie co ugryzło? – chłopak kopnął piłkę z całej siły. – Znowu coś z Zuzką?

Tomek zamknął okno, wprawiając kolegę w konsternację. Zaszurała opuszczana roleta. Poczuł zmęczenie, więc położył się i przymknął oczy. Od razu zobaczył twarz Zuzi. Uśmiechała się smutno.

– Co tutaj tak ciemno? – do pokoju weszła Michalina. Po długim pobycie w szpitalu mocno zeszczuplała, upodobniając się do czarnowłosego wieszaka, ubranego w dżinsy i bluzę. – Źle się czujesz?

– Nie zapukałaś – warknął. Z reguły miał dla niej mnóstwo braterskiej miłości, lecz nie dziś.

– Ojej, chciałam tylko powiedzieć, że tato odgrzał pizzę na obiad. Już gotowa, możemy jeść.

– Nie mam ochoty.

– Ale jest pyszna, z szynką i mnóstwem sera.

– Nie rozumiesz po polsku? Nie mam ochoty – odwrócił się od niej.

– Jaki z ciebie dziwak. Zmieniłeś się, Tomciu.

– Dobrze, że wy wszystkie jesteście jednakowo niezmienne, siostrzyczko. Nie dogadamy się – wcisnął twarz w poduszkę.

– Płaczesz? – zaniepokojona usiadła na krawędzi łóżka. Zerknęła przelotnie na filmowe plakaty na ścianie. Nie lubiła ich, były agresywne. Podobnie jak czarna koszulka brata, ozdobiona czerwoną twarzą jakiegoś heavymetalowca.

– Nie płaczę. Zastanawiam się, co dalej – sapnął.

– Z czym?

– Z życiem, mała, z życiem.

– Przerażasz mnie… – klepnęła brata w plecy. – Hej, gdzie się podział nasz wesoły Tomek?

Usiadł, mrużąc oczy.

– Jestem może niewesoły, ale ciągle taki sam. Masz jeszcze tę książkę o zamku w Książu? – zapytał z błyskiem w oczach.

– A bo co? – wstała, kręcąc głową. – Szybko mu się odmieniło – pomyślała.

– A bo nic – ziewnął. – Przynieś. Poczytam, może wymyślę coś mądrego.

Zabrzmiało to tak, jakby planował wymyślić coś wyjątkowo głupiego. Michalina zadrżała.

2.

Zielona Góra, teraz

Ojciec nie przestawał jej zaskakiwać. Nie było w tym niczego dziwnego, mało go znała, jednak czy to nie głupio mieć za tatę kogoś prawie obcego? Tak czy owak, umawianie się na dworcu autobusowym nie pasowało w mniemaniu Zuzi do wizerunku tajnego agenta, w dodatku międzynarodowego. Podzieliła się wątpliwościami z Pauliną.

– I to mówi taka światowa dziewczyna? – przyjaciółka uśmiechnęła się nieco kpiąco. – W ogóle się nie znasz na tajnych agentach – stwierdziła, opierając nogę o siedzenie ławki.

Poprawiła poluźnione sznurowadło niebieskiej tenisówki. Wszystko miała pod kolor oczu – spodnie, koszulkę i sweterek zapinany na wielkie guziki. Nawet przewieszony przez ramię plecaczek był jasnogranatowy. Niemal każdy mijający ją chłopak przyglądał się jej z podziwem.

– Za to ty się znasz. Od kiedy pamiętam, nosa z Zielonej Góry nie wystawiłaś.

– Tak? – Kozikówna potrząsnęła blond grzywką. – A kto tobie pomagał w katedrze na Wawelu? Nie ja?

– No dobra, pomagałaś. Skoro jesteś taką specjalistką, pozwolę ci dokończyć.

– Ale co?

– Rozważania o międzynarodowych agentach. Nawijaj, jeszcze… – zerknęła na dworcowy zegar – prawie dziesięć minut. Zdążysz się wymądrzyć.

– Straciłam ochotę – dziewczyna usiadła na skraju ławki, otulając się połami swetra. Dni stawały się coraz chłodniejsze, choć wrzesień był w tym roku wyjątkowo słoneczny.

Zza budynku dworca wyszła krótko ostrzyżona młoda blondynka w szarej garsonce i ciemnych okularach. Czarne buciki na płaskim obcasie dopełniały obrazu typowej urzędniczki niższego szczebla. Coś jednak w tym obrazie zaniepokoiło Paulinę.

– Ty, Zuzka – szepnęła, nachylając się do przyjaciółki. – Popatrz na tę damulkę.

– Którą?

– Na tamtą. Zbliża się do kiosku. I co powiesz?

Zuzia obrzuciła przelotnym spojrzeniem oddalającą się kobietę.

– Nic nie powiem. Zwyczajna.

– Chyba twoje detektywistyczne podejście do życia jest mocno przereklamowane – Paulina uśmiechnęła się chytrze. – Zwróciłaś uwagę na jej torebkę?

– Przecież nie ma żadnej.

– No właśnie.

– Masz rację, to bardzo podejrzane – Zuzia postarała się, by słowa „bardzo podejrzane” zabrzmiały ironicznie. – A nie przyszło ci do głowy, że mogła po prostu zostawić ją w samochodzie, albo, czy ja wiem, może nie lubi torebek?

– Bredzisz, wszystkie damulki lubią torebki…

W tym momencie rozległ się dudniący głos dworcowej dyspozytorki. „Autobus pospieszny z Poznania do Wrocławia przez Nową Sól, Głogów, Polkowice, Lubin, podjedzie na stanowisko piąte! Planowany odjazd…”

– To ten! – pisnęła Zuzia, ciesząc się i martwiąc jednocześnie. Czy rzeczywiście dobrze robi, angażując ojca w swoje sprawy? Mama będzie wściekła, gdy się dowie. A że się dowie było tak pewne jak wakacje w lipcu.

– O matko, Zuzka, źle stanęłyśmy – Paulina pociągnęła ją za rękę. – Musimy iść na przystanek dla wysiadających, tam, za kioskiem. No, rusz się, nieprzytomna dziewczyno!

3.

Damulka bez torebki odłożyła przeglądaną gazetę i pokręciła głową.

– Zdaje się, że już czytałam, przepraszam.

– A pewnie, że czytała – fuknęła kioskarka – sama widziałam, przed chwilą. Przeczytała, nie zapłaciła i ma w nosie, za co człowiek chleb powszedni kupi! – odprowadziła wzrokiem niedoszłą klientkę. – Co to za czasy nastały, panie kochany? – zapytała opartego o ladę tęgiego mężczyznę w kraciastej koszuli. – Biorą, przeczytają co ciekawsze i oddają.

– Ja tam nic nie wiem, przejazdem jestem – oświadczył, odliczając drobne. – „Lubuską” poproszę, ale nie tę. Pani da świeżą. Po kimś doczytywać nie zamierzam.

Młoda kobieta stanęła przy rozłożystym dębie, sięgnęła do kieszeni garsonki, wyjęła telefon i zerknęła na pasażerów odbierających bagaże z autobusowego kufra. Dyskretnie sfotografowała barczystego, łysego mężczyznę, który rozmawiał z kierowcą przyciszonym głosem. Wysłała zdjęcie czekającemu w bazie technikowi. Chwilę później w wetkniętym w ucho głośniczku zabrzęczało potwierdzenie:

– To Błażej Wenzel. Zachowaj dystans, Malwina, wysyłam chłopaków.

Malwina schowała się za drzewem, starając nie rzucać się w oczy. Łysy, ubrany na sportowo mężczyzna, klepnął przyjacielsko kierowcę, podniósł niewielką torbę podróżną i rozejrzał się bacznie. Na widok biegnących ku niemu nastolatek uśmiechnął się szeroko.

– Tato! – krzyknęła Zuzia, sprawiając wrażenie, jakby chciała rzucić się na szyję przyjezdnemu. W ostatniej chwili Jednak zwolniła kroku i podała ojcu rękę na przywitanie. Wenzel niezgrabnie przytulił córkę.

 

– To Paulina, jak się domyślam? – skinął głową Kozikównie.

– Skąd pan wie, że ja to… ja? – dziewczyna zamrugała zdziwiona. – Wcale nie planowałam tu przychodzić. Spotkałyśmy się przypadkiem przy bloku i…

– Opisała mi ciebie dokładnie – wyjaśnił, łypiąc w stronę dębu. – Zresztą, pogadamy w samochodzie. Idziemy – zarządził, zarzuciwszy torbę na ramię i ruszył szybkim krokiem. Dziewczęta podreptały za nim.

Placyk pod drzewem szybko się wyludniał. Kobieta w szarej garsonce oparła się plecami o szorstki pień, usiłując uspokoić oddech. To była jej pierwsza akcja w mieście i bardzo się bała. Miała nadzieję, że wszystko pójdzie gładko i nikt jej nie wypomni zapomnianej torebki. Mało kto zwraca uwagę na takie szczegóły, bynajmniej nie mężczyźni.

– Proszę pana – szepnęła Paulina. – Widział pan tę młodą panią za drzewem?

– Mhm – mruknął Wenzel, nie zwalniając. Wyszli na ulicę.

– Dziwna jakaś.

– Owszem, troszkę niekompletna – uśmiechnął się krzywo. – Brak torebki.

– O czym mówicie? – zainteresowała się Zuzia, zajęta rozmyślaniem o czekającej ją przeprawie z mamą.

– Twój tato potwierdził moją obserwację – wyjaśniła przyjaciółka. – Gdzie ta fura?

– Fura?

– No, samochód, proszę pana. Spodziewam się czegoś, hm, wie pan, wypasionego.

– Przestań, Paula – fuknęła Zuzia. – Tato pewnie wynajął coś… coś…

– Coś takiego – dokończył Błażej na widok podjeżdżającego do krawężnika srebrnego BMW. – Może być?

– Łał… – westchnęły dziewczęta, trudno powiedzieć, czy na widok lśniącej nowością karoserii, czy siedzącego za kierownicą chłopaka w naciągniętej na uszy czerwonej czapce i wielkich przeciwsłonecznych okularach.

Szyba od strony kierowcy opuściła się ze szmerem. Dudniące basy rapowego hitu zagłuszyły wypowiedziane z uśmiechem słowa:

– …do środka.

– Słucham? – Zuzia zatrzepotała rzęsami.

Opalony palec musnął gałkę regulacji głośności. Dudnienie ucichło.

– Zapraszam do środka – powtórzył, szczerząc zęby.

Panna Nadobna zmarszczyła czoło i otworzyła tylne drzwi. Siadając, poczuła, jak bolą ją nogi. Stopy, obute w nowe martensy, wręcz paliły otarciami.

– Mogę obok ciebie, to znaczy obok pana? – Paulina niemal wsadziła głowę do środka.

– Wsiadaj – warknął Wenzel, odciągając ją bezceremonialnie za kołnierz swetra. – Tam – pokazał głową tylną kanapę. – Migiem!

– Ojej, porozmawiać nie można? – oburzyła się dziewczyna, pakując się na siedzenie z wyraźnym ociąganiem.

– Nie można – mężczyzna zerknął na zbliżającego się szybko czarnego mercedesa. Wskoczył zwinnie do samochodu. – Zmykaj, Kamil.

– Się robi, szefie – chłopak wrzucił bieg i samochód ruszył z piskiem opon.

Zaraz potem rozległ się głośny klakson. Ktoś gwałtownie zahamował, ktoś inny krzyknął przestraszonym, cienkim głosem. Zuzia obejrzała się, niewiele jednak zdołała dostrzec, ponieważ w lukę za nimi wmanewrował kursowy autobus.

– Już ich zgubiliśmy. Dobry jestem, nie? – zarechotał Kamil, zdejmując okulary. Dziewczęta dostrzegły spoglądające na nie z lusterka wesołe, brązowe oczy.

– Przystojniak – sapnęła córka pana Kozika do ucha przyjaciółki.

– Tomek ładniejszy – odsapnęła córka tajnego agenta.

4.

Nieco wcześniej

Maciek Omasta zaczynał żałować, że przyjął do zastępu Bogusia. Kilka dni temu trzeci z ich paczki, Antoś Zając, wyprowadził się do Wrocławia i zostało ich dwóch z Szukalskim. Idea dwuosobowego zastępu nie spodobała się drużynowemu.

– Czyś ty, druhu Omasta, oszalał? Ośmiu to idealna liczba. I tak wam poszedłem na rękę, gdy zostało was trzech.

– Nie moja wina, że Hubert przykiblował… – zjeżył się Maciek.

– Co to za słownictwo, zastępowy, hę? – student w randze instruktora podniósł brwi.

– Miałem na myśli, że powtarza klasę, a zgodnie z regulaminem…

– Dla nieuków nie ma miejsca w harcerskich szeregach – dokończył drużynowy Żłobikoń, układając konserwy w kartonie. Zapowiadał się pogodny weekend, więc wybierał się z kolegami nad Jezioro Sławskie, na biwak.

– To, co będzie, druhu Mirosławie?

– Jakie masz sprawności?

– Co to ma do rze… – zaczął Omasta, jednak w porę się zreflektował. – Obaj z Szukalskim mamy wygi obozowe i zwiadowców, a ja dodatkowo poliglotę i finansistę – wyrecytował, prężąc się w służbowej postawie.

– No, to skoro jesteście takie wygi i poligloci, dostaniecie pod opiekę zwykłego majsterklepkę. Chyba dacie radę wychować go na harcerza? – Żłobikoń wyjął z kieszeni złożone we czworo podanie ze skserowanym zdjęciem pucułowatego blondasa.

– Majsterklepkę? – skrzywił się Maciek, z niechęcią spoglądając na fizjonomię kandydata do zastępu.

– A może harcownika, nie pamiętam. W każdym razie dopiero zaczyna. Nazywa się, eeem, Pacuła. No tak, Bogusław Pacuła, w Nowej Soli od września. To co, bierzecie gościa czy chcesz zostać BYŁYM ZASTĘPOWYM?

– Niech będzie – westchnął Omasta.

– Fajnie, w takim razie chwytaj karton z konserwami i biegiem na parking. Zamelduj się przy moim aucie druhowi Bolkowi. Aha – powstrzymał chłopca ruchem ręki – wróć tu zaraz po śpiwory. Czas operacyjny trzy minuty.

Pomysł, by pozwiedzać Zieloną Górę, wyszedł od Darka Szukalskiego, za co zdążył przeprosić Omastę jakieś pięć razy. Ledwie wysiedli z pociągu, zaczęły się Bogusiowe zachwyty.

– Aaa-le fajowski dworzec! – jęknął, przewracając oczami. – U nas w Opolu też jest dworzec, wiesz? – zwrócił się do Darka, jednak ten wzruszył ramionami, udając brak zainteresowania. – Tylko, że ten nasz jakiś taki inny, wiesz? – szturchnął Maćka.

– Zdecyduj się, Pacuła, gdzie właściwie mieszkasz. Jeszcze w Opolu czy już w Nowej Soli? – Omasta roztarł dłonią bolący bark. Boguś nie grzeszył rozumem, ale łapsko miał wielkie i ciężkie.

– I przestań robić wiochę, bo ludzie słuchają – dołożył od siebie Szukalski.

– Słuchają, bo w tych mundurkach wyglądamy całkiem jak harcerze. Prawda, proszę pana? – zagaił Boguś do starszego mężczyzny z laską, kuśtykającego nieśpiesznie w stronę przejścia dla pieszych.

– A pójdziesz ty! – staruszek machnął laską, aż zafurczało.

Boguś uchylił się ze zręcznością, o jaką trudno go było posądzać, i zawołał uradowany:

– Aaa-le fajowski dziadunio! Nawet w Opolu takich nie mieliśmy, wiesz, Daro?

– Daro to ja jestem dla przyjaciół, majsterklepko od siedmiu boleści. Dla ciebie druh Dariusz. Kapewu?

– Wupeka – odpowiedział Boguś bez sensu.

Milcząc, szli chodnikiem w cieniu wielkiego budynku, za rogiem którego zaczynał się teren dworca PKS. Jednak Pacuła nie potrafił znieść ciszy trwającej dłużej niż minutę.

– Ja-cie! – pisnął, wyciągnąwszy przed siebie serdelkowaty paluch. – Jaka fajowska beemwica stoi tam, przy krawężniku. I jakie fajowskie dziewczyny!

– Jeszcze raz usłyszę, że mówisz „fajowskie”, to ci… – Omasta chciał obrazowo opowiedzieć nowo przyjętemu, co mu zrobi, gdy się ostatecznie zdenerwuje, jednak porzucił zamiar. Przyczyny były dwie. Pierwsza, to trzeźwa ocena własnych szans w starciu siłowym z siedemdziesięciokilowym czternastolatkiem, a druga to…

– Popatrz, to chyba Zuzia! – wrzasnął Szukalski, uprzedzając kolegę. – Obok beemki.

– Zuzia?! – wydarł się podekscytowany Boguś. – Jaka Zuzia?!

– Faktycznie ona. Hej, Zuzka! ZUZIA! Chyba nie usłyszała – mruknął Maciek.

– Wsiadła, nie zdążymy dobiec – posmutniał Darek. – Szkoda, moglibyśmy pogadać.

– Co, my nie zdążymy? – Pacuła podskoczył, przebierając nogami niczym źrebak na uwięzi. – Podchorąży zawsze zdąży! – zawołał i pobiegł, trącając przerażonych przechodniów.

Kierujący czarnym mercedesem nieomal zemdlał na widok wyskakującego przed maskę rozpędzonego harcerza w przyciasnym mundurku. Wcisnął pedał hamulca, aż zarzuciło tyłem samochodu.

– Uważaj jak jeździsz, łamago! – oburzył się posiadacz sprawności harcownika. – Ja tu gonię jakąś Zuzię, wiesz?

Kierowca sapnął i wytarł rękawem mokre czoło.

5.

Teraz

Paulina nie mogła nie zapytać. Szturchnęła Zuzię łokciem i pochyliła się:

– Naprawdę jest pan tajnym brytyjskim agentem?

– Jestem inspektorem Scotland Yardu – sprostował Wenzel. – Wydelegowanym z polskiej policji na czas nieokreślony. Chociaż… – uśmiechnął się – tu, w kraju faktycznie jestem tajny. Do tego stopnia, że ci z Wydziału Kryminalnego szukają mnie listem gończym jako międzynarodowego przestępcę.

– Po co szef opowiada to smarkuli? – zdziwił się Kamil, nie odrywając wzroku od przedniej szyby. – Jeszcze gdzieś chlapnie jęzorem…

– Po pierwsze, nie smarkuli – oburzyła się Paulina, marszcząc gniewnie czoło. – A po drugie, potrafię zatrzymać tajemnicę dla siebie – łypnęła złym okiem na chłopaka. Jak mógł ją tak potraktować? Podlec! Jak każdy facet zresztą. Mama tak mówi i najwyraźniej ma rację.

– A po trzecie – odezwała się milcząca dotąd Zuzia – kto uwierzy czternastolatce, że zna tajniaka?

Obaj mężczyźni parsknęli śmiechem. Błażej poruszył manetką bocznego lusterka, ustawiając je tak, by lepiej widzieć jadące za nimi samochody. Czarnego mercedesa nie było w zasięgu wzroku.

– Żółtodzioby, pomyślał z politowaniem. – Samochód jest czysty? – upewnił się.

– To chyba oczywiste – Kamil pokręcił głową. – Żadnych pluskiew i GPS-ów, sprawdziłem dokładnie. Nie namierzą nas.

– Ktoś nas śledzi? – Zuzia wyprostowała się czujnie. – Policja, gangsterzy?

– Spokojnie, córeczko – ojciec wolał jej nie wtajemniczać we wszystkie sprawy zawodowe. – Mamy zadanie i tego się trzymajmy.

– Właśnie, zadanie! Czego dowiedziałeś się w Kórniku?

– Sporo. Później opowiem.

– A ogólnie?

– Ogólnie to jedziemy do Książa. Jeśli przekonam twoją mamę, oczywiście.

– Porozmawiasz z mamą?

Zamiast odpowiedzi usłyszała szurnięcie hamulców. Auto zatrzymało się pod sklepem z wikliną.

– Co jest, kupujemy koszyk? – zakpiła Kozikówna.

– Zapomniałem, którędy mam jechać – oświadczył Kamil z zakłopotaniem. – Szef wyjmie plan miasta ze schowka, muszę zerknąć.

Zuzia powstrzymała ojca stanowczym gestem.

– Nie będzie potrzebny, popilotuję szanownego dorosłego pana. Przecież to moje miasto.

Kierowca był młody, niedoświadczony i bardzo zmartwiony. Nie dość, że uciekł im Wenzel, to jeszcze napatoczył się ten kłopotliwy grubasek.

– Na pewno nic ci nie jest? – zapytał po raz kolejny, otrzepując z mundurka chłopca niewidoczne pyłki. – Dobrze się czujesz? Może wezwać pogotowie?

– Niech mnie pan wreszcie puści, nawet nie dotknąłem karoserii! – Boguś usiłował wyrwać się z ramion nadopiekuńczego mężczyzny. – Przez pana podchorąży nie zdążył dogonić BMW i zaraz będzie wściekły.

– Podchorąży? Jaki znów podchorąży? I dlaczego goniłeś BMW, hę?

– Bo nim pojechała Zuzia i taki łysy pan.

– Zuzia? Najwyraźniej bredzi – stwierdził drugi z jadących mercedesem, na oko dziesięć lat starszy od kierowcy. – To pewnie szok.

– On już tak ma – uspokoił go Omasta, zastanawiając się, kim są ci ubrani w ciemne garnitury faceci.

– Naprawdę? – powątpiewał młodszy.

– Naprawdę – oświadczyli zgodnie harcerze.

– A ja bym jednak zadzwonił po pogotowie, według mnie dzieciak ma wstrząs mózgu – stwierdził ze znawstwem staruszek z laską, który był jednym z otaczających samochód gapiów. Pozostali mruknęli z aprobatą. Byli wyraźnie zawiedzeni dobrym stanem ofiary. Jeśli cała sytuacja zakończy się bez pogotowia, nie będzie o czym opowiadać w domu.

Stojąca za nimi Malwina postanowiła przejąć inicjatywę. Przecisnęła się do przodu, podniosła ręce i zawołała:

– Proszę się odsunąć! Jestem lekarzem! Proszę nie robić tłoku – podeszła do Bogusia i rozpoczęła pozorne oględziny.

– I nie tamować ruchu – dodał Szukalski, wskazując na omijające ich, wolno jadące samochody.

– Według mnie chłopiec jest okazem zdrowia – oświadczyła Malwina, z niejakim obrzydzeniem głaszcząc Pacułę po spoconych kędziorach. – Możecie iść chłopaki, dokądkolwiek się wybieracie.

– Phi, ależ mi badanie – żachnął się dziadek, po czym szturchnął końcem laski stojącego obok tęgiego jegomościa w kraciastej koszuli. – Widziałeś pan? Nawet nie miała tego, jak mu tam, stetoskopu! I za co płacimy na tę służbę zdrowia?

 

– To my już pójdziemy – Omasta szarpnął Bogusia za chustę. – Do widzenia państwu – ukłonił się niezgrabnie, dając znak kolegom, że czas zmykać.

– I na nas pora – starszy z elegancko ubranych mężczyzn otworzył drzwi mercedesa. – Podwieźć panią, pani doktor?

– Bardzo chętnie, panie Tadku, ale lepiej się przejdę – Malwina mrugnęła porozumiewawczo, wskazując głową na harcerzy.

– Mhm, to niegłupie – zgodził się pan Tadek, wsiadając obok kierowcy.

Trzasnęły drzwi i czarny samochód odjechał pośpiesznie, a młoda kobieta ruszyła za oddalającym się zastępem Omasty.

– Taa – staruszek podrapał się w siwą głowę. – Wszyscy oni jedna sitwa, panie. Skąd ona niby wiedziała, jak tamtemu na imię, co?

– Ja tam nic nie wiem, przejazdem jestem…

6.

Mieszkanie było niewielkie, dwupokojowe i sprawiało wrażenie tymczasowej kwatery kogoś, kto nie potrafi nigdzie zagrzać miejsca. Gołe, choć przyjemnie pastelowo pomalowane ściany, meble, kupowane raczej według potrzeb niż zaplanowanej strategii, torby podróżne stojące na podłodze w łazience, kartony po gotowym jedzeniu w kuchni i brak roślin – wszystko to sporo mówiło o trybie życia lokatorek. Błażej pokręcił głową ze smutkiem. To jego wina. Zanim jednak naprawi im życie, musi naprawić swoje.

– Niewiarygodne, że w ogóle ciebie słucham – Magdalena Nadobna, mama Zuzi, w roztargnieniu mieszała herbatę. – Dawno wykreśliłam cię z mojego grafiku, rozumiesz, co chcę powiedzieć? – wsypała do kubka czwartą z kolei łyżeczkę cukru, zamieszała ponownie, po czym łyknęła odrobinę, krzywiąc się z niesmakiem. – Ohyda.

– Mnie masz na myśli? – Wenzel wiercił się na niewygodnym krześle.

– Herbatę. A może ciebie też. Nasze trzymiesięczne małżeństwo to nieporozumienie.

– Posłuchaj… – splótł palce. – Przeszłości nie cofniemy, ale wierz mi, staram się jak mogę. Mam wrażenie, że odzyskałem córkę. W pewnym sensie. Pozwól mi spędzić z nią trochę czasu.

– A co ona na to? – Magdalena dziwiła się sama sobie, że rozważa propozycję. Z drugiej strony przydałby się wolny weekend, mogłaby załatwić kilka odłożonych spraw. Jak choćby dokończyć rozdział pracy doktorskiej.

– Boi się ciebie zapytać, ale bardzo jej zależy. Czeka pod blokiem z tą swoją Pauliną.

– Dlaczego akurat Książ?

Błażej odetchnął. Rozmowa wreszcie zeszła na właściwe tory. Wyłuskał ciasteczko z otwartego pudełka, ułamał kawałek i włożył do ust. Musiał to rozegrać nadzwyczaj ostrożnie.

– Mam znajomego w kierownictwie zamku, więc koszty będą niewielkie, promocyjne – najpierw poruszył strunę ekonomiczną. – Ty oczywiście nie ponosisz żadnych – zastrzegł na wszelki wypadek. Zła struna, zbeształ się w myślach na widok chmurnej miny kobiety.

– Stać mnie, by zafundować córce weekend na zamku – wycedziła obrażona. – Nie myśl, że bez ciebie klepiemy biedę. Zastanawiam się…

– W porządku – przerwał jej gwałtownie. – Jeśli chcesz, zapłacimy po połowie. Nie o to przecież chodzi. Tam jest świetna okolica, niech dziewczyna odetchnie świeżym powietrzem, pozwiedza, a przy okazji – uderzył w strunę edukacyjną – podciągnie się w historii.

– No nie wiem, było nam bez ciebie tak spokojnie.

– Było spokojnie? – podniósł brwi. – Okej, może i było, ale tego, że Zuzia wie o mnie, nie wymażemy w żaden sposób. Pogódź się z tym, Madziu.

Ziewała, nerwowo zerkając na okno w kuchni, na zegarek, na Paulinę, znów na okno.

– Zwariuję od tej niepewności – kopnęła leżący przy ławce kamyk.

– Uspokój się, Zuza, na pewno się dogadają – Paulina wyjęła z ust gumę do żucia, bezceremonialnie przyklejając ją pod deskę siedzenia. – Aha, w razie gdybyście znaleźli Tomka…

– Co znaczy „w razie gdybyście”? Nawet nie mów w ten sposób!

– Dobra, jestem realistką, ale jak chcesz. W każdym razie nie wierz mu tak do końca. To znaczy, jakby to ująć, on może mówić od rzeczy albo wymyślać na poczekaniu, by nie wyjść na wariata. Rozumiesz, o co chodzi?

– Wcale – kolejny kamyk pofrunął między krzewy porastające obrzeże pobliskiego placyku do koszykówki.

– Ojej, mam na myśli takie jego, hm, samouspokojenie – młodej Kozikównie marzyła się kariera psychologa, więc przeczytała to i owo w Internecie na temat ludzkich zachowań.

– Gadasz jak stuknięta, Paula… – Zuzia miała ochotę powiedzieć coś bardziej dosadnego, jednak dzwonek telefonu nie pozwolił jej dokończyć myśli.

Numer nieznany – informował komunikat na ekranie. Wiedziona intuicją odebrała połączenie, choć z reguły odrzucała niezapisanych rozmówców.

– No niech cię licho, Zuzka – zachichotał chłopięcy głos – ile można czekać? Już chciałem zrezygnować. No i co tam u ciebie?

Głos wydawał się znajomy, jednak nie umiała go przypisać konkretnej osobie.

– Przepraszam – chrząknęła – z kim rozmawiam?

– Zgadnij – roześmiał się chłopak. W tle zarechotały inne głosy.

Paulina spojrzała na nią z nagłym przestrachem.

– Tomek? – zapytała bezgłośnie. Zuzia zaprzeczyła w milczeniu.

– Może jednak sam powiesz?

– Jestem Kubuś Puchatek, pogadamy?

– To nie ta bajka, chłopczyku – syknęła zniecierpliwiona. – Cześć!

– Moment, tu Maciek Omasta! – krzyknął rozmówca. – Mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz?

7.

Telefon od Maćka niósł ze sobą obietnicę przygody. Wcześniej ci chłopcy dwukrotnie pojawili się w jej życiu i za każdym razem dużo się działo. Zdumiewająco wiele. Popatrzyła na dziwnie wyciszoną Paulinę. „Co jest?” – zapytała spojrzeniem. Przyjaciółka wzruszyła ramionami.

– Skąd masz mój numer?

– Przecież dałaś mi go jeszcze w Kórniku. Nie pamiętasz? – Omasta parsknął, jakby usłyszał coś wyjątkowo zabawnego.

– Może i tak. Co słychać? Pewnie nic ciekawego? – poniekąd cieszyła się, że zadzwonił, jednak chwila była nieodpowiednia.

Brak wieści od Tomka i niepokój o rezultat rozmowy ojca z mamą zbyt ją zaprzątały i miała nadzieję, że oschłym tonem rozmowy dała do zrozumienia, że nie jest w nastroju do miłej pogawędki. Maciek najwyraźniej nie wyłapał sugestii.

– Ho, ho, słychać sporo. Chcieli nam rozwiązać zastęp…

– Aha, no to fajnie. Muszę kończyć – weszła mu w słowo, widząc, że w drzwiach klatki schodowej pojawił się tato.

– Wcale nie fajnie, ale jakoś się udało – ciągnął zastępowy, nie przejmując się jej oświadczeniem. – Co prawda dali nam na trzeciego kompletnego idio… – w głośniczku rozległo się dudniące plaśnięcie i syk bólu, jakby ktoś zdzielił Omastę. – No co, miałem na myśli, eee, idio…matologa. To taki ktoś, kto się zna na idiomach, Boguś. To nie do ciebie, Zuzka. Musiałem wyjaśnić coś koledze… Halo, słuchasz mnie?

– Zaczekaj chwilę – przyłożyła telefon do piersi. – I jak, dogadaliście się?

– Możesz się pakować – Wenzel uśmiechnął się tryumfalnie. Odniósł kolejne znaczące zwycięstwo w walce o odzyskanie rodziny. – Masz dziesięć minut – puknął palcem w szkiełko drogiego zegarka. – Wystarczy?

– Pewnie – odwzajemniła uśmiech. – Przecież żyję na walizkach.

– Mogę pomóc, jak chcesz – Paulina wstała z ławki z pochmurną twarzą.

– Złościsz się o coś?

– Niby o co?

– Tak wyglądasz, jakbyś miała eksplodować – zatroskała się Zuzia. – Wcale nie musisz mi asystować w pakowaniu.

– Ale chcę. I nie złoszczę się, tylko zazdroszczę fajnie się zapowiadającego weekendu – skrzywiła się, po czym klepnęła ją w dłoń z telefonem. – Zdaje się, że nie dokończyłaś rozmowy.

Zuzia stuknęła się w czoło.

– Maciek, czekasz jeszcze?

– No.

– Przepraszam, ale wypadło coś takiego… Nieważne. Jadę do Książa z ojcem.

– Z ojcem? O ile sobie przypominam, nie masz ojca – zdumiał się Omasta. – I dlaczego do Książa, co tam takiego ciekawego?

– Po pierwsze duży zamek, a po drugie muszę odnaleźć Tomka. Jak wrócę, zadzwonię i pogadamy, pa!

Wyłączyła telefon. Ojciec podsunął jej zegarek pod nos.

– Siedem minut.

– Przecież to nie piekarnia. Trzy minuty w tę czy w tę…

– Dla kogoś w tarapatach trzy minuty to cała wieczność – zauważył ponuro. – Biegnijcie, dziewczęta, i wracajcie migiem. Dam znać Kamilowi, że może podjeżdżać.

Maciek wsadził telefon do kieszeni, zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał. Przystanek autobusowy nie był najlepszym miejscem do rozmyślań, ale nie po to przyjechali, by rozmyślać. Mieli pokazać Bogusiowi uniwerek.

– I co? – zniecierpliwił się Szukalski. – Powiedziała coś konkretnego?

– Sam nie wiem.

– To dlaczego siedziałeś tak długo z telefonem przy uchu? Zwierzała ci się? – Darek mrugnął porozumiewawczo do Pacuły.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?