TVPropaganda. Za kulisami TVP.Tekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
ROZDZIAŁ III Wojna o Plac

W budynku przy pl. Powstańców Warszawy mieszczą się redakcje najważniejszych programów informacyjnych TVP. W czasach, kiedy rządziły koalicje partyjne, każda z partii dostawała coś dla siebie. Ale jedna reguła była niezmienna. Najsilniejsza partia w Sejmie dostawała Wiadomości i robiła z programu informacyjnego swoją tubę. Nieważne, czy były to SLD, czy PO, czy PiS.

Ale po wyborach w 2015 roku było wiadomo, że władzę w TVP obejmie jedna partia. Po raz pierwszy w historii jedno ugrupowanie miało przejąć kontrolę nad całością przekazywanej informacji. Problem zwycięzców był jednak taki, że oni nawet we własnym ugrupowaniu nie byli jednomyślni, kto czym ma kierować.

8 stycznia 2016 roku, po wejściu w życie małej ustawy medialnej, pełniącym obowiązki prezesa TVP został Jacek Kurski. Wtedy też ruszyła karuzela zmian.

Na pierwszy ogień poszedł Plac, czyli Telewizyjna Agencja Informacyjna. Jej nowym szefem został Mariusz Pilis, reżyser i współtwórca kanału TVP Info. Razem z nim na Plac trafili Grzegorz Adamowicz, który miał odpowiadać za TVP Info, i Michał Rachoń, który został zastępcą dyrektora TAI do spraw publicystyki. Na tym zmiany się nie skończyły. Wiadomości dostała Marzena Paczuska, od lat związana z telewizją publiczną. Stery Panoramy objął Piotr Lichota, wieloletni dziennikarz TVP3 w Szczecinie. Tak zaczęła się wykuwać nowa telewizja. Nowa, bo miała od teraz służyć tylko i wyłącznie jednej partii.

Każda z osób, która trafiała na Plac, miała poparcie innej części PiS. Michał Rachoń, Samuel Pereira czy Dawid Wildstein byli z „Gazety Polskiej” i sami decydowali, czym chcą się zajmować na Placu, Kurski tylko posłusznie podpisał ich umowy.

Pochodzący z Trójmiasta Michał Rachoń od 2012 roku związany był ze środowiskiem „Gazety Polskiej”, ale wcześniej, od 2002 roku, działał aktywnie w pomorskim PiS. Prof. Janusz Rachoń, były senator PO, a prywatnie wuj Michała Rachonia, w 2018 roku tak określił swojego bratanka w rozmowie z „Newsweekiem”: „Obserwowałem, jak pod wpływem studiów staje się coraz bardziej cyniczny i wyrachowany. Liczył się dla niego polityczny PR. Nie idea, ale to, jak ją sprzedać. Już wtedy jego idolem był Jacek Kurski, który wyciągnął Donaldowi Tuskowi dziadka z Wehrmachtu. Mówiłem, że to, co robi, jest głęboko nieetyczne i podłe. Michał odpowiadał: «Ale jakie skuteczne!»”3.

Zanim Michał Rachoń stał się główną twarzą nowej TVP, imał się różnych zajęć, przede wszystkim związanych z public relations. Początkowo nie przeszkadzało mu nawet to, dla kogo pracował. I tak był rzecznikiem turnieju Prokom Open, sponsorowanego przez trójmiejskiego milionera Ryszarda Krauzego. Później współpracował przy zlotach jachtów Baltic Sail, organizowanych przez prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Zwrot nastąpił w roku 2004. Rachoń pomagał wówczas Annie Fotydze w kampanii do Parlamentu Europejskiego. Po tym stał się radykałem PiS, który zaciekle atakuje wrogów partii Jarosława Kaczyńskiego, w tym swoich byłych pracodawców – Krauzego i Adamowicza.

Nie oszczędzał też swojego wuja, prof. Janusza Rachonia. Ten drugi tłumaczył działania bratanka wpływem dr. Jerzego Targalskiego, którego Rachoń poznał jeszcze na studiach. „Targalski przekonywał mojego bratanka – mówił senator «Newsweekowi» – że skoro w czasie komuny pracowałem na uniwersytetach za granicą, to musiałem być tajnym współpracownikiem. Nie docierało do niego, że po pierwsze, to nieprawda, a po drugie, zostałem dwukrotnie pozytywnie zlustrowany. Powtarzał: «Nie ma dowodów, że stryj był tajnym współpracownikiem, ale też nie ma dowodów, że nie był». Taką samą konstrukcję logiczną usłyszałem od niego, kiedy dyskutowaliśmy o katastrofie smoleńskiej. Michał powtarzał: «Nie ma dowodów, że to był zamach, ale też nie ma dowodów, że to nie był zamach»”4.

W 2007 roku Rachoń został rzecznikiem Janusza Kaczmarka, wtedy ministra spraw wewnętrznych i administracji, który zasłynął potem w tzw. aferze gruntowej, gdy został przez władze PiS-owskie bezpodstawnie posądzony, że ujawnił akcję CBA przeciw Andrzejowi Lepperowi. Wyrzucono go z rządu, a potem nawet bezprawnie na krótko zatrzymano.

– Bardzo dobrze wspominam współpracę z Michałem Rachoniem. Był dobrym rzecznikiem, zaangażowanym w pracę, miał dużo pomysłów – mówi Janusz Kaczmarek.

Po przegranych przez PiS przyspieszonych wyborach parlamentarnych w 2007 roku Rachoń musiał odejść z MSWiA. Wrócił na Pomorze, gdzie został rzecznikiem PiS. Zniknął. Ale przypomniał o sobie 1 września 2009 roku. Wtedy do Sopotu na zaproszenie ówczesnego premiera Donalda Tuska przyjechał Władimir Putin, a Michał Rachoń zorganizował happening – przebrał się za penisa, na którym napisał nazwisko ówczesnego premiera Rosji.

Cztery lata później zniknął z polityki. Odszedł z PiS i zaczął pisać do „Gazety Polskiej”. Współtworzył też Telewizję Republika, której stał się czołowym dziennikarzem. Stamtąd w 2016 roku trafił do TVP.

Marzena Paczuska stanowisko szefa Wiadomości, jak się mówiło na Placu, zawdzięczała wprost Nowogrodzkiej, czyli centrali PiS. Z TVP związana jest od ponad 25 lat. Przed rokiem 2011 pracowała jako wydawca Wiadomości. Kiedy ster w telewizji publicznej przejęła koalicja PO–PSL, Paczuska została przesunięta do TVP Regionalnej, a potem współtworzyła TVP ABC. Za nominacją Lichoty stał z kolei Joachim Brudziński, poseł PiS ze Szczecina. Autorskimi pomysłami nowego prezesa TVP byli tylko Pilis i Adamczyk. Ale i oni musieli zyskać akceptację Nowogrodzkiej. Początkowo Kurski był zbyt słaby, by w telewizji decydować o czymkolwiek samodzielnie. Musiał układać się z różnymi frakcjami. To pozwalało mu na w miarę bezpieczne zachowanie posady. Problem w tym, że gdy Kurski układał się z jedną częścią PiS, inna spiskowała przeciwko niemu.

Od samego początku w opozycji do Kurskiego było środowisko „Gazety Polskiej”, które miało potężnego sprzymierzeńca w postaci Krzysztofa Czabańskiego, od czerwca 2016 roku przewodniczącego Rady Mediów Narodowych. Nowy twór powstał tylko po to, by zmarginalizować zapisaną w Konstytucji RP rolę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dzięki niemu PiS niemal w legalny sposób mógł wymienić kadry w mediach publicznych na swoich ludzi.

Do pierwszego przesilenia na Placu doszło jeszcze w marcu 2016 roku. Kurski pozwolił sobie na odwołanie Michała Rachonia ze stanowiska zastępcy dyrektora do spraw publicystyki.

– Michał miał przygotować nowe programy do wiosennej ramówki TVP Info – tłumaczy osoba z otoczenia Kurskiego. – Zamiast tego skupił się na lansie. Mało pracował, dużo się pokazywał na różnych uroczystościach.

W efekcie żadne nowe programy nie powstały. Kurski nie krył irytacji poczynaniami Rachonia. Ale mimo że był prezesem TVP, to w tamtym czasie niewiele mógł mu zrobić. Odwołując Rachonia z funkcji zastępcy dyrektora TVP Info do spraw publicystyki, Kurski chciał jednak pokazać na zewnątrz, że to on rządzi telewizją. Tyle że w praktyce nie zyskał nic. Faktycznie na tej roszadzie zyskał Rachoń. Niedługo po odwołaniu ze stanowiska pojawił się jako prowadzący Minęła 20. Pozwolono mu też zbudować własną redakcję, która zajmowała się tylko i wyłącznie wydawaniem jego programu. Kurski mógł wtedy tylko tak naprawdę pogrozić mu palcem. Nic więcej.

W marcu 2016 roku na Plac trafili Dawid Wildstein i Samuel Pereira. Pierwszy objął stery publicystyki, drugi został jego zastępcą.

Świat poznał Samuela Pereirę podczas comiesięcznych protestów organizowanych pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej. Nikomu wówczas nieznany chłopak w 2011 roku został rzecznikiem stowarzyszenia „Solidarni 2010”, założonego przez prawicową dziennikarkę Ewę Stankiewicz.

„Ważnym momentem był film Ewy Stankiewicz «Solidarni 2010». Kiedy go obejrzałem, miałem wrażenie, że dokładnie opisuje to, co działo się w tamtych pamiętnych dniach na Krakowskim Przedmieściu – opowiadał w wywiadzie dla opoka.org Pereira. Te tłumy ludzi i emocje, które wyrażali. Tymczasem w mediach został przypuszczony na ten film totalny atak. Że nieprawdziwy, że zakłamuje rzeczywistość. Janek Pospieszalski pokazywał mi później ponad 100 artykułów, w których atakowano «Solidarnych». Kiedy więc Ewa Stankiewicz postanowiła zostać przed Pałacem, uznałem, że muszę jej pomóc”5.

Jednak prawdziwy rozgłos zyskał, kiedy 3 maja 2011 roku, protestując ze stowarzyszeniem „Solidarni 2010”, zaczepił na Krakowskim Przedmieściu Adama Michnika, naczelnego „Gazety Wyborczej”. Pereira, krzycząc przez megafon, żądał od redaktora, by ten mu się wytłumaczył, dlaczego bronił gen. Wojciecha Jaruzelskiego czy Jerzego Urbana.

Michnik na krzyki Pereiry nie reagował. Ten z kolei nie odpuszczał i poszedł za naczelnym „Gazety Wyborczej” Krakowskim Przedmieściem. Po tym wydarzeniu kariera Samuela Pereiry nabrała rozpędu. Zaczął pisać do niezależnej.pl, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”.

We wrześniu 2011 roku Pereira odszedł ze stowarzyszenia „Solidarni 2010”. Spekulowano wówczas, że stało się tak po wywiadzie, którego udzielił blogerowi Salonu24, w którym zdradził rozczarowanie wobec PiS, które porównał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: „Niezależnie od tego, że ideowo są daleko [od PZPR – przyp. red], wzorce przyjęli podobne. Silna hierarchia, hamowanie oddolnych ruchów, ludzi. To się dzieje zbyt często. Zbyt często słyszę o ludziach, którzy dla PiS działają już parę bądź paręnaście lat i robią to często za darmo, bez wdzięczności, a gdy się zgłaszają, by startować, to miejscowy baron jest przeciw, blokuje ich kandydaturę” – mówił tam Pereira6.

Mimo krytyki PiS jedno u Pereiry się nie zmieniło. Świat miał jasno określony i podzielony. Ci źli to premier Donald Tusk czy szef jego kancelarii Tomasz Arabski, dla których domagał się Trybunału Stanu. Dobrzy to PiS i Jarosław Kaczyński.

 

W maju 2014 roku Pereira złożył wniosek o przyjęcie go do warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. SDP było już wówczas opanowane przez ludzi związanych z mediami prawicowymi. Ale jeszcze nie jego oddział warszawski, do którego aplikował Pereira, więc nie przeszedł weryfikacji. Jego wniosek został odrzucony.

„Komisja Członkowska nie uznała dorobku Pereiry za wystarczający”7 – tłumaczył Bartosz Ławski, sekretarz warszawskiego oddziału SDP. Za prawicowym dziennikarzem ujęła się wtedy m.in. Joanna Lichocka, od 2015 roku posłanka PiS, a wcześniej wieloletnia dziennikarka TVP i Telewizji Republika.

W grudniu 2014 roku Pereira dołożył do wniosku publikacje z 2006 roku i w styczniu 2015 roku mógł się cieszyć z przyjęcia do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Zupełnie inną drogę przeszedł Dawid Wildstein, który jest synem znanego działacza opozycji demokratycznej z lat 70., publicysty Bronisława Wildsteina. Urodził się w Paryżu w 1983 roku. Na początku lat 90. XX wieku przeniósł się do Warszawy, gdzie skończył liceum i rozpoczął studia filozoficzne. Niemal od samego początku swojej działalności dziennikarskiej był związany z prawicowymi mediami. Pisał do „Gazety Polskiej Codziennie” (gdzie pełnił funkcję wiceszefa działu opinii) i „Gazety Polskiej”. Często angażował się w akcje społeczne. Był inicjatorem i współpomysłodawcą projektu Warszawa – miasto dwóch powstań. W 2012 roku razem z Samuelem Pereirą wymyślili akcję „hipster prawica”, która miała pokazać młodych prawicowych ludzi z innej strony. Założyli fanpage na Facebooku, który w krótkim czasie stał się bardzo rozpoznawalny. Ich pomysł był prosty. Chcieli, by ludzie pokazywali swoje zdjęcia w popularnych restauracjach czy pubach z prawicowymi książkami czy gazetami. Pomysł chwycił na tyle, że w 2013 roku udało im się razem z Tomaszem Rowińskim i Mateuszem Matyszkowiczem przejąć kwartalnik „Fronda”. W marcu 2016 roku hipster prawica trafiła do TVP.

Do kolejnej próby sił na Placu doszło w lipcu 2016 roku. Pretekstem do zmian były nieudane relacje z zamachu w Nicei i próby puczu w Turcji. W obu wypadkach, relacjonując te wydarzenia, stacja TVP Info nie stanęła na wysokości zadania. Ale po kolei.

14 lipca 2016 roku, około 22.40 terrorysta w furgonetce rozjechał ludzi spacerujących po nadmorskiej promenadzie w Nicei. Pierwsze depesze mówiące o tym zdarzeniu pojawiły się około 22.50. Trudno dziś w to uwierzyć, ale TVP Info miała informację o zamachu wcześniej niż jakakolwiek inna redakcja na świecie. Miała i nie dała tego na antenę. Dlaczego?

Naoczny świadek, który widział zamach w Nicei, zadzwonił na dyżurny telefon TVP Info. Obsługuje go redakcja portalu. O godzinie 22 zmianę kończyła ekipa, która wydawała stronę internetową. Po niej do pracy przychodził wydawca nocny, który zajmował się przeglądaniem depesz i przygotowaniem tekstów na następny dzień. Osoba ta obsługuje też telefon dyżurny telewizji informacyjnej.

Feralnego dnia, zaraz po zamachach, na ten telefon zadzwonił Polak, który przebywał w Nicei. Nikt nie odebrał, więc nagrał wiadomość na skrzynkę pocztową. Ale nocny wydawca portalu nie tylko nie odebrał połączenia, lecz także nie odsłuchał wiadomości.

Nie zrobił tego z lenistwa? Z zaniedbania? Sprawa była bardziej prozaiczna. Na dyżurny telefon po 22.00 dzwoniło zawsze wiele osób, które nic ciekawego nie mają do powiedzenia. Głównie wyzywają prowadzących, polityków albo opowiadają o kosmitach atakujących świat. W służbowej książce telefonicznej telewizji aż się roi od zapisanych numerów oznaczonych jako wariat, świr, natręt. Wydawca zignorował więc telefon, bo prawdopodobnie pomyślał, że dzwoni kolejna taka osoba. Przez to jednak TVP Info – zamiast być pierwszą telewizją na świecie, która podałaby informację o zamachach – była jedną z ostatnich. Nawet w kraju.

Sprawa wydała się następnego dnia. Nie pamiętam, czy mężczyzna, który dzwonił, przysłał również e-maila, ale poinformował o tym, że sygnalizował sprawę zamachu. Zaczęto wyjaśniać, kto odpowiada za zaniedbania. Nikt nie chciał się przyznać, że nie odebrano telefonu tylko dlatego, że nikt poważny na ten numer nie dzwoni.

Kolejna wpadka przydarzyła się dwa dni później. Wieczorem 16 lipca 2016 roku świat obiegły informacje o przewrocie wojskowym w Turcji. Media, w tym TVP Info, zaczęły relacjonować to, co się dzieje nad Bosforem. Było niemal pewne, że kluczowe wydarzenia rozegrają się późno w nocy. Co zrobiła TVP Info? Jakby nigdy nic zakończyła nadawanie programu na żywo chwilę po 24.00. Konkurencja w tym czasie miała wydania specjalne.

Tego dnia zawiedli wszyscy. Grzegorz Adamczyk, zastępca dyrektora odpowiedzialnego za TVP Info, powinien nakazać wydawcom prowadzenie programu specjalnego do rana. Nie zrobił tego. Sami wydawcy z takim pomysłem nie wyszli. A TVP Info była jedyną polską stacją informacyjną, która nie pokazywała na żywo informacji z Turcji.

Oba wydarzenia były idealnym pretekstem do przeprowadzenia zmian na Placu. Jacek Kurski od dłuższego czasu szukał politycznych sprzymierzeńców w PiS, którzy pozwoliliby mu na pozostanie i umocnienie się na stanowisku szefa TVP. Zawarł więc nieformalny sojusz z Antonim Macierewiczem, wtedy ministrem obrony narodowej, i Joachimem Brudzińskim, ówczesnym wicemarszałkiem Sejmu. Wówczas były to jedne z najsilniejszych postaci w PiS. Sojusze jednak mają to do siebie, że trzeba za nie płacić. Kurski mógł obu politykom dać antenę i stanowiska dla ich ludzi.

Zamach w Nicei i pucz w Turcji stały się więc pretekstem do odwołania Grzegorza Adamczyka. W jego miejsce 21 lipca 2016 roku powołano Piotra Lichotę, którego na stanowisku szefa Panoramy zastąpiła jego protegowana Aneta Kołodziej. W cieniu tych zmian dokonano jeszcze jednej roszady. Nową szefową redakcji zagranicznej została Katarzyna Grützmaher, spokrewniona z innym ważnym politykiem PiS – Wojciechem Jasińskim, wtedy prezesem PKN Orlen.

Niewielkimi ruchami kadrowymi Kurski kupił sobie przychylność dwóch prominentnych działaczy PiS. W łaski trzeciego, Antoniego Macierewicza, miał się wkupić niebawem.

W tle zmian na Placu toczyła się już ważniejsza batalia. Kurski walczył, by Rada Mediów Narodowych wybrała go na prezesa TVP (uprzednio miał nominację tylko w wyniku decyzji ministra skarbu, któremu TVP podlegała jako przedsiębiorstwo). Problem polegał na tym, że zaufaniem nie darzyli go ani Krzysztof Czabański, szef Rady Mediów Narodowych, ani Joanna Lichocka związana z „Gazetą Polską”.

Mimo to sojusz zawarty z trzema wielkimi graczami PiS utwierdzał otoczenie Jacka Kurskiego, że nic złego nie może mu się stać. I tak pewny siebie prezes TVP pojechał 2 sierpnia 2016 roku na spotkanie z Radą Mediów Narodowych. Tam opowiedział o tym, co się dzieje w telewizji, a następnie wrócił do siebie na Woronicza. To pokazuje, jak musiał być pewny swego. Nie spodziewał się bowiem, że pod jego nieobecność Rada Mediów Narodowych na wniosek Lichockiej przegłosuje uchwałę o jego odwołaniu.

O tym, że nie jest prezesem, dowiedział się od dziennikarzy, którzy zaczęli pytać TVP o zmiany. Później Rada Mediów Narodowych zmieniła swoją decyzję, ale nastąpiło to na skutek zakulisowych gierek Kurskiego. Za prezesem TVP wstawili się Macierewicz i Brudziński i to oni uratowali mu stanowisko. Według informacji, które przekazywali współpracownicy Kurskiego, dwaj politycy PiS mieli nakłonić Jarosława Kaczyńskiego, szefa partii, do wywarcia wpływu na Krzysztofa Czabańskiego. Ostatecznie Rada Mediów Narodowych grzecznie cofnęła swoją decyzję oraz zrezygnowała z konkursu na nowego prezesa, co zdążyła już zapowiedzieć. Kurski ocalał.

Prezes TVP szybko spłacił też swoje zobowiązania wobec Brudzińskiego i Macierewicza. Już 8 sierpnia 2016 roku szefem Teleexpressu został Klaudiusz Pobudzin, który uchodził w telewizji za człowieka ówczesnego szefa MON oraz Tadeusza Rydzyka. Z kolei 22 sierpnia 2016 roku dyrektorem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej został Piotr Lichota, uważany za protegowanego Brudzińskiego.

12 października 2016 roku Jacek Kurski decyzją Rady Mediów Narodowych został wybrany na pięcioletnią kadencję prezesa TVP.

Względny spokój w telewizji trwał do maja 2017 roku. Wtedy na Placu nastąpiły kolejne roszady. 5 maja 2017 roku ze stanowiska dyrektora Telewizyjnej Agencji Informacyjnej został odwołany Lichota, a jego stanowisko zajął Pobudzin, którego zastępcą został Grzegorz Pawelczyk, były wydawca Wiadomości. Paradoksalnie ten ruch wzmacniał, a nie osłabiał sojusz zawarty z Brudzińskim i Macierewiczem. Po zmianach stan na Placu się zgadzał. Lichota wprawdzie odszedł, ale na początku czerwca szefem Teleexpressu został Piotr Kudzia, były dziennikarz m.in. „Wprost”, spokrewniony z Joachimem Brudzińskim. Tym samym dwójka polityków, która gwarantowała Kurskiemu względny spokój, była syta.

Oczami i uszami Kurskiego na Placu od 2016 roku był dyrektor do spraw ekonomicznych TAI Paweł Bińkowski, który z prezesem TVP znał się od czasów ich wspólnej działalności w Solidarnej Polsce (powstałej w 2012 roku partyjce Zbigniewa Ziobry, który próbował z niej zrobić alternatywę dla PiS. Kurskiego z niej wyrzucono, choć piastował tam funkcję wiceprezesa, bo wziął udział w konwencji PiS). On miał patrzeć pozostałej dwójce na ręce. Do czasu.

Jesienią 2017 roku nastąpiło kolejne przesilenie. Tym razem w rządzie. Pociągnęło ono za sobą zmiany na Placu. Kurskiemu bowiem niespodziewanie wyrósł nowy wróg – Mateusz Morawiecki – którego 7 grudnia 2017 roku Rada Polityczna PiS rekomendowała na premiera. TVP Info nie byłaby sobą, gdyby przy tej okazji znów nie zaliczyła wpadki.

Zmiana na stanowisku premiera była najważniejszym wydarzeniem politycznym dnia. Przed siedzibę PiS przy ul. Nowogrodzkiej przyjechały wszystkie stacje telewizyjne i radiowe. Tłum dziennikarzy czekał na informacje potwierdzające roszady na stanowisku premiera. Była też ekipa TVP Info.

Za kanał informacyjny odpowiadała wtedy na Placu Ewa Bugała, którą wcześniej z szeregowego researchera awansowano w zawrotnym tempie na czołową dziennikarkę Wiadomości. Następnie stała się twarzą nowego programu Nie da się ukryć, który miał być odpowiedzią TVP Info na Czarno na białym emitowane przez TVN24, a tak naprawdę stał się kolejną tubą wychwalającą PiS i krytykującą opozycję. Program na Placu szybko zyskał prześmiewczy tytuł – „Nie do wiary”.

Wróćmy jednak do tego, co się wydarzyło 7 grudnia 2017 roku przed siedzibą PiS. Na relacjonowanie wiadomości z ul. Nowogrodzkiej wysłano doświadczonych dziennikarzy. Skończyli oni jednak dyżur o godzinie 18 i wrócili na Plac. W ich miejsce pojechały niedoświadczone osoby pracujące przy programie Nie da się ukryć.

Najważniejszym momentem 7 grudnia 2017 roku miała być konferencja Beaty Mazurek, ówczesnej rzeczniczki PiS. Wszystkie stacje miały kamery ustawione centralnie przed wyjściem z budynku przy ul. Nowogrodzkiej. Wszystkie prócz TVP Info.

W efekcie kiedy TVN24 pokazywał konferencję Beaty Mazurek, w TVP Info nadawano program Minęła 20. Wydawcy o zmianie w rządzie dowiedzieli od konkurencji, bo kamera telewizji publicznej znajdowała się w miejscu, w którym nie było akurat rzeczniczki PiS. Kiedy realizacja przełączyła się na sygnał z kamery przy ul. Nowogrodzkiej, widzowie zobaczyli obraz, z którego wynikało, że operator biegnie dokądś szybko, by coś nagrać. Na ekranie telewizora pojawiały się na zmianę czyjeś buty, nogi, chodnik, znowu czyjeś buty, nogi…

Ale to nie ta wpadka realizacyjna przesądziła o kolejnych zmianach. Wymusiły je ruchy kadrowe w rządzie. Stanowisko szefa MON stracił Antoni Macierewicz. Tym samym Kurski musiał zrewidować swoje sojusze. Ludzie Macierewicza nie byli mu już w niczym potrzebni.

Dlatego miesiąc po zmianach w rządzie nastąpiły zmiany na Placu. 18 stycznia 2018 roku z fotelem dyrektora TAI musiał się pożegnać Klaudiusz Pobudzin. Stanowiska stracili Pawelczyk i Bugała. Z Placem pożegnać się też musiał Bińkowski. Do niego zaufanie stracił sam Kurski, tak przynajmniej twierdzą osoby z otoczenia prezesa TVP.

Kurski zaczął w końcu urządzać Plac po swojemu. Pierwszą decyzją prezesa było wysłanie na zastępcę dyrektora TAI Pawła Gajewskiego, jego asystenta z czasów Solidarnej Polski, który w TVP znany był z tego, że podczas festiwalu w Opolu nosił za Kurskim czarny przedmiot służący do ochrony przed deszczem. Stąd starzy pracownicy nadali mu przezwisko – „Parasol”. Obowiązki dyrektora TAI powierzono Jarosławowi Olechowskiemu, który od września 2017 roku już kierował Wiadomościami. Szefem najważniejszego programu informacyjnego został zresztą na skutek konfliktu Kurskiego z Paczuską, która miała się nie zgadzać na toporny przekaz informacji, który wymuszał na niej prezes telewizji. Skądinąd o swoim zwolnieniu Paczuska dowiedziała się z Twittera, za co później Kurski oficjalnie nawet przepraszał.

 

Paradoks, ale i smaczek tej roszady polegał na tym, że to Paczuska wyciągnęła go z TVP Info do głównego serwisu informacyjnego TVP. Tak samo było z Pobudzinem i Bugałą. O całej trójce na Placu mówiono żartobliwie „dzieci Paczki”.

Olechowski przebył w TVP Info długą drogę. Trafił tam w czasach, kiedy rządził obóz PO–PSL. Na Placu mówiono, że jego protektorami byli ludowcy. W 2016 roku, kiedy szefem TAI był Pilis, jeden z pracowników TAI dostał polecenie przygotowania listy osób zatrudnionych z polecenia PSL. Na tej liście był Olechowski.

Wróćmy jednak do stycznia 2018 roku. Olechowski, kiedy kierował Wiadomościami, dał się poznać jako osoba, która wykona nawet najgłupszy pomysł prezesa TVP. Często Kurski miał mu sam dyktować przez telefon, jak mają być ułożone materiały w Wiadomościach.

Mimo to wybór Olechowskiego wynikał raczej z przypadku aniżeli z zaufania do jego osoby. Kurski doszedł bowiem do ściany. Chciał dokonać zmian, a nie miał już kim. W styczniu 2018 roku nie miał nikogo, kogo mógłby powołać na szefa TAI. Gajewski, który tam trafił, nie znał się na dziennikarstwie. Przed przyjściem do telewizji nigdy nie pracował w mediach. Nie miał też wyższego wykształcenia. Dlatego jego rola miała się ograniczać do zarządzania finansami Placu i patrzenia Olechowskiemu na ręce. Tym sposobem osoba, którą w TVP Info miano zatrudnić z poręki PSL, stała się pod rządami PiS szefem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej.

Kolejna bitwa o Plac została zakończona. W tle nadal jednak trwała zakulisowa wojna o szefa TVP. Kurski nie należy bowiem do faworytów Mateusza Morawieckiego i gdyby to od premiera zależało, telewizją kierowałby już ktoś inny.

Szef rządu największe zastrzeżenia ma do tego, jak telewizja prezentuje informacje. Jak twierdzą jego współpracownicy, nie podoba mu się toporność przekazu. Kurski odpierał zarzuty premiera, twierdząc, że tylko taki przekaz trafia do elektoratu PiS.

Momentem kulminacyjnym wojny o telewizję były wybory samorządowe w 2018 roku. PiS przegrał je z Koalicją Obywatelską. A jeśli nawet nie przegrał, to na Nowogrodzkiej uznano, że wynik jest zły.

Dlatego w partii Jarosława Kaczyńskiego zaczęło się szukanie winnych. Kurski zrzucił wówczas winę na Morawieckiego. Sobie i telewizji nie miał nic do zarzucenia. Morawiecki z kolei był po wyborach zbyt słaby, by dokonać jakichkolwiek zmian. Również Krzysztof Czabański nie palił się już do odwołania Kurskiego. Toporna taktyka prezesa TVP zawiodła, ale w PiS zdawali sobie sprawę, że przed wyborami do Parlamentu Europejskiego i parlamentu krajowego zmiana na stanowisku szefa telewizji może bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Kurski z opresji znowu wyszedł zwycięsko. Ale w marcu 2019 roku nastąpiła kolejna próba sił. Tym razem Morawiecki zyskał sprzymierzeńca w osobie prezydenta Andrzeja Dudy. Prezydent miał podpisać ustawę o dofinasowaniu dla telewizji w kwocie 1,13 mld zł. Bez tego zastrzyku finansowego TVP nie byłaby w stanie funkcjonować. I to właśnie postanowili wykorzystać prezydent i premier. 14 marca 2019 roku Rada Mediów Narodowych odwołała z zarządu telewizji Macieja Staneckiego, jednocześnie powołując Piotra Pałkę i Marzenę Paczuską. W TVP zapanowała panika. Nikt się nie spodziewał takich ruchów. Gdyby trzyosobowy zarząd się utrzymał, dwoje jego członków zawsze mogłoby przegłosować prezesa. Panika była na tyle duża, że na Placu zaczęto rozdawać etaty.

– Zapełniamy wszystkie wakaty – mówił mi wtedy współpracownik Kurskiego.

I tak Krystian Kuczkowski, dotychczasowy szef newsroomu TVP Info, został zastępcą Olechowskiego do spraw TVP Info. Z kolei stery redakcji Wiadomości objęła Danuta Holecka. Obawiano się, że TAI przypadnie Paczuskiej, która będzie chciała urządzić agencję po swojemu. Jednocześnie Kurski rozpoczął kolejną zakulisową grę, by ratować swoją pozycję.

Jednak w tej układance szczęście dopisało Kurskiemu. Okazało się, że Piotr Pałka, który został powołany do zarządu, był w sporze sądowym z TVP, co najpierw doprowadziło do zawieszenia go przez radę nadzorczą spółki, a później jego rezygnacji ze stanowiska.

Zarząd znowu stanowiły dwie osoby i to prezes Kurski miał decydujący głos. Po raz kolejny wyszedł cało z opresji. Paczuska, która miała plany przejęcia Placu, musiała z nich zrezygnować. Ostatecznie dostała nadzór nad publicystyką, rozrywką i internetem. Nadzór nad Telewizyjną Agencją Informacyjną został przy Kurskim.

Plac sprawdził się podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Kurski triumfował. PiS stosował bowiem wymyśloną przez niego retorykę. Mało tego. Na finiszu kampanii to Kurski zdecydował o ataku na Konfederację. Telewizja w pokazywanych materiałach kwestionowała też odszkodowania dla Żydów za mienie zostawione i zniszczone w Polsce podczas drugiej wojny światowej, wyjmując ten argument z przekazu konfederatów. I to na finiszu kampanii dało PiS-owi zdecydowane zwycięstwo.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?