Jak zabijać, to tylko we LwowieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mariusz Gadomski


Jak zabijać, to tylko we Lwowie


Promohistoria

(Histmag.org)

Warszawa 2020

Redakcja: Piotr Abryszeński

Korekta: Anna Agnieszka Skóra

Skład i łamanie: Tomasz Kiełkowski

Projekt okładki: Tomasz Kiełkowski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Na okładce wykorzystano zdjęcie bramy przy ul. Kopernika 16 we Lwowie, wykonane w 1933 r.

Wszystkie ilustracje w e-booku pochodzą ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego i znajdują się w domenie publicznej.

ISBN: 978-83-65156-40-2

All rights reserved.

Copyright © 2020 by

PROMOHISTORIA Michał Świgoń

Warszawa 2020

e-mail: redakcja@histmag.org

www: https://histmag.org

Wydanie elektroniczne. Jeśli posiadasz ten egzemplarz z naruszeniem praw autorskich, zachęcamy: kup oryginalny e-book i wesprzyj jego twórców.

Spis treści

Zabójstwo sklepikarki Lempertowej

Sprawa Pinkasa Mangotta

Zbrodnia na Cmentarzu Łyczakowskim

Polityczny mord na Trybunalskiej

Niesłychane morderstwo w klasztorze karmelitów

Tajemniczy doradca-cień

Lwowska układanka

Słownik lwowski

Bibliografia

Zabójstwo sklepikarki Lempertowej


Więzienie przy ulicy Kazimierzowskiej we Lwowie znane pod potoczną nazwą „Brygidki”

W niewielkim sklepie korzennym przy ulicy Panieńskiej pod numerem 16 można było kupić nie tylko pieprz, imbir czy majeranek, ale również mleko, bułki, tytoń, papier listowy i przybory do pisania. W zasadzie każdą drobnicę. Właścicielka interesu, Rachela Lempertowa, znana w dzielnicy zamarstynowskiej jako Różka, już przed siódmą rano stała za ladą. Zamykała o dziewiętnastej – ale tylko w teorii, żeby władza jej się nie czepiała. W praktyce handel nie ustawał do późnych godzin nocnych. Do zamkniętego od frontu sklepiku można się było dostać od podwórka przez maleńki pokoik mieszkalny Żydówki, który się z nim łączył. Różka nikomu nie odmawiała zakupów – pod warunkiem, że miało się czym za nie zapłacić.

Zdrobnienie imienia mogło sugerować kobietę miłą, łagodnego charakteru. W rzeczywistości Lempertowa była zgryźliwa, skąpa i nieufna. Nigdy się nie uśmiechała, ludzi traktowała z góry. Byli dla niej tylko klientami. Wszystkich traktowała tak, jak demokracja nakazywała: na równi pogardzała biedotą zamarstynowską i eleganckimi paniusiami, które kręciły nosami, że z fajek akurat zabrakło „damskich”.

Tłumaczono to staropanieństwem Różki. Jej ciało schło. Podobno pomimo skończonych czterdziestu dwóch lat nie kochała się jeszcze z żadnym mężczyzną.

W kwestii jej majątku zdania były podzielone. Jedni mówili, że sklepikarka ledwie wiąże koniec z końcem; na własne uszy słyszeli, jak pomstowała w jidysz na inflację i wysokie podatki. Chodziła ubrana jak żebraczka z placu Solskich. Inni twierdzili natomiast, że to zasłona dymna. Ponoć Różka miała na własność całą kamienicę, a do tego jeszcze brata w Ameryce, który regularnie przysyłał jej dolary. Rację mieli ci drudzy.

Na sto procent martwa!

14 kwietnia 1924 r., w poniedziałek po Niedzieli Palmowej, Lempertowa nie otworzyła, jak co rano, sklepu. Przy wejściu niecierpliwiła się kolejka. Klienci stukali w witrynę i nic. W końcu jeden z mieszkańców domu, starszy jegomość, zajrzał od podwórza. Drzwi do mieszkania handlarki były otwarte. Mężczyzna wszedł i zaraz wyszedł.

– Tam jest trup – powiedział nieswoim głosem. Wybuchł tumult: „Taż to ni może być!! Wypadek jaki? Może atak sercowy albo apopleksja? Na pewno trup, a nie zwykłe omdlenie?”.

Spora grupka, w tym niedorosły chłopak i kilka wiedzionych ciekawością kobiet, weszła do sklepu. Rachela Lempert leżała na podłodze tuż obok lady. Jej głowa była przykryta workiem, z którego wysypały się kartofle. Uniesiono ten worek, żeby sprawdzić, czy handlarka żyje. Była na sto procent martwa, na jej szyi widniały sine ślady palców, a na twarzy krew. Sklep miał niewiele ponad metr szerokości, ludzie tłoczyli się gęsiego, żeby przyjrzeć się trupowi.

– Ta ni ma tu nic do oglądania! – zawołał jakiś mężczyzna. – Pulicajów trza zawezwać. A ty, durna kubito, nie dotykaj niczego, bo cię o mord posądzą! No już, hajda stąd wszyscy!

Po kilku minutach na miejsce zbrodni przybył komisarz Franciszek Batorski wraz z wywiadowcami Podbrożnym i Kuszlikiem z I komisariatu przy ulicy Jabłonowskich. Zaraz po nich zjawił się lekarz dzielnicowy dr Litwinowicz, który stwierdziwszy zgon Lempertowej, przystąpił do wykonywania badań pośmiertnych. Niezbędne było uniesienie głowy zmarłej. Jeden z policjantów poszedł po dozorczynię kamienicy, Maruniakową, i kazał jej wykonać tę nieprzyjemną czynność. Biedna kobieta nie oponowała, jednak nie chcąc patrzeć na trupa, zamknęła oczy.

Diagnoza lekarza brzmiała: uduszenie gołymi rękami. Lempertowa stoczyła przed śmiercią walkę ze sprawcą. To były na razie wstępne ustalenia. Maruniakowa raz jeszcze została zmuszona do dotykania zwłok, gdy polecono jej pomóc w przeniesieniu ciała do ambulansu, który przetransportował je do Zakładu Medycyny Sądowej na Piekarskiej, gdzie miała być zrobiona sekcja.

Wszystko wskazywało na rabunkowe tło morderstwa. Sklep był splądrowany, kasa, szuflady i szafki otwarte. Na ladzie leżała nienapoczęta paczka „domowych”. Być może sprawca zaatakował kobietę w chwili, gdy kupował papierosy, a po zamordowaniu jej i przeszukaniu sklepowych zakamarków zapomniał je zabrać. Zapewne spodziewał się obfitego łupu, prawdopodobnie słyszał o dolarach Żydówki, chęć ich zdobycia pchnęła go do zbrodni. Jednak o bogatym bracie w Ameryce wiedzieli przede wszystkim mieszkańcy pobliskich ulic, najczęściej robiący zakupy u Różki. Wyglądało na to, że policji nie ominie wątpliwa przyjemność zagłębienia się w mało przyjazne zaułki Zamarstynowa, aby pośród tamtejszych apaszy szukać zabójcy.

Pojawił się trop. Przy wejściu do sklepu gromadził się coraz gęstszy tłum. Robotnicy, okoliczne kumoszki, żydowski roznosiciel bułek, listonosz. Każdy przystawał, wyrażał swoje zdanie. Nawet bosonogie urwisy porzuciły szmaciankę i stojąc w kałuży po nocnym deszczu, gapiły się i potrącały porozumiewawczo łokciami. Lwowski bałak, który ma to do siebie, że ludzie mówią dużo i głośno, mieszał się z łamanym jidysz.

Mundurowy policjant pełniący straż przy drzwiach mierzył nieprzychylnym wzrokiem tę rozgaworzoną ciżbę. Czyżby ludzie nie mieli własnych zmartwień, że tak się interesują cudzą tragedią? I mało jeszcze, że gadają jak najęci, to wleźliby do środka i zadeptali wszelkie ślady, gdyby im pozwolić. Ot, chociażby te dwie dziunie, co do okna zaglądają. Aż się chyćkają, żeby coś zobaczyć przez zakurzoną szybę. Stracił w końcu cierpliwość.

– To panienki nie wiedzą, że jest śledztwo i nie wolno się tu kręcić? – odezwał się surowo. – Co takie ciekawe, trupa nie widziały?

Dziewczyny odstąpiły o krok, ale nie odeszły. Ta młodsza, postawna ciemna blondynka, która – z tego, co posterunkowy wiedział – mieszkała na sąsiedniej ulicy, odpowiedziała bynajmniej nie skonfundowana.

– Ale my nieciekawe trupa. Sprawę mamy do pana komisarza.

Policjant, wciąż nasrożony, mruknął, że pan komisarz bardzo zajęty, nie ma czasu na głupoty. Panienki najlepiej zrobią, jak sobie pójdą. Smarkula się nabuńdurzyła. Rzuciła obrażonym tonem:

– Dobrze, pójdziemy, ale potem nie mówcie, że ludzie wam nie pomagają. Bo ja właśnie chciałam pomóc. Ja chyba wiem, kto zabił Różkę…

Świadek naoczny i świadek nauszny

Komendantem lwowskiej policji miejskiej był inspektor Bronisław Łukomski. Jego praca polegała głównie na rozdzielaniu zadań i koordynowaniu dochodzeń. Jako wytrawny śledczy czasami nie mógł jednak usiedzieć za biurkiem w przestronnym gabinecie komendy przy Kazimierzowskiej 30. Ciągnęło go na ulicę jak wilka do lasu. Kiedy tylko był wolny od innych obowiązków, jechał na miejsce zbrodni lub napadu, badał ślady, przesłuchiwał podejrzanych.

Tak było w przypadku tajemniczego morderstwa sklepikarki. Z jakichś powodów ta zbrodnia go poruszyła. Może dlatego, że popełniono ją w jednej z najuboższych dzielnic. Zamarstynów za Wysokim Zamkiem, kiedyś osobna wieś, to taki ówczesny lwowski Bronx. Miejsce złe, strefa wykluczonych, siedlisko złodziei i morderców. Pijaczek tarza się w rowie, w cuchnącej moczem bramie smytrają frajera, z okna wypada doniczka i leci wiązanka „życzeń”. Tak się bawi bieda z nędzą.

 

Łukomski nie był bezdusznym stupajką. Na policyjnej robocie zjadł zęby. Zdawał sobie sprawę, że bieda doprowadzona do krytycznego punku wyzwala najgorsze instynkty. Sprawcy nie zawsze są ludźmi z gruntu złymi. Bardzo często niemożność zaspokojenia życiowych potrzeb i ambicji robi z nich bestie…

Przyjechał do sklepiku Lempertowej niedługo po przekazaniu zwłok do kostnicy przez policjantów z I komisariatu. Był z tego powodu wściekły. Znowu to samo, oni nigdy się nie nauczą – myślał o swoich podkomendnych. Popełnili duży błąd, zabierając ciało bez udokumentowania, w jakim było położeniu, w dodatku, wynosząc je, poprzestawiali różne przedmioty. Owszem, stwierdzili, że zamordowana walczyła ze sprawcą o życie, ale to za mało. Powinni wykonać pomiary i obrysy, sprawdzić, czy kobieta nie trzymała czegoś w ręku. Zapomnieli albo im się nie chciało. Teraz trudno będzie to odtworzyć.

Ale i tak dobrze, że chociaż odstawili zwłoki do prosektorium, a nie od razu na cmentarz, jak to niedawno uczyniono ze szczątkami więźniarki, które zostały znalezione w trakcie rozbiórki starego muru na Brygidkach. Nie ma sensu się burzyć, ten się nie myli, kto nic nie robi, a oni – myślał o swoich młodszych kolegach – ciągle się jeszcze uczą.

Humor poprawiła mu wiadomość, że Batorski dotarł do świadka, który przypuszczalnie widział mordercę. Dziewczyna, siedemnastoletnia Stefania Sochańska zamieszkała przy ulicy Piastów 25, na szczęście została dopuszczona do komisarza, który ją z uwagą wysłuchał. Powiedziała, że poprzedniego dnia o 9.30 wieczorem robiła u Różki późne zakupy. Wychodziła od strony podwórka. Minęła się tam z młodym mężczyzną, który zamierzał wejść do sklepu. Czy wszedł, nie widziała, bo zaraz pobiegła do domu, żeby zdążyć przed zamknięciem bramy o godzinie dziesiątej.

Inspektor Łukomski miał się udać do Zakładu Medycyny Sądowej, ale zmienił plany. Posłał posterunkowego, żeby sprowadził Sochańską, bo chciał, by mu wszystko powtórzyła. Dziewczyna wydała mu się rezolutna. Stwierdziła, że chociaż widziała tamtego mężczyznę tylko przez chwilę, byłaby w stanie go rozpoznać, gdyby zobaczyła go ponownie.

– Być może jest na to sposób – powiedział inspektor. – Mamy na komendzie zdjęcia różnych ludzi. Pojechałaby panna Stefania ze mną, usiadła wygodnie i pooglądała je sobie?

Sochańska lekko się spłoszyła, uspokoił ją więc, że to nic strasznego. Nawet jeśli nikogo nie rozpozna, nie będzie żadnej kary. I tak już dużo pomogła policji, zasługuje na nagrodę.

– Dobrze, pojadę – zgodziła się. – A mogę się pana inspektora o coś zapytać?

– Słucham.

– Ja… ja się bardzo interesuję śledztwami kryminalnymi. Czytam pasjami powieści detektywistyczne. Czy… czy jak więcej jeszcze pomogę, to weźmiecie mnie do pracy w policji?

– No cóż… – Łukomski nie chciał nic obiecywać, chociaż dziewczyna coraz bardziej mu się podobała. – O ile wiem, kobieca policja ma zostać utworzona, więc szansa jest. Tylko że chyba nie będzie się zajmować morderstwami, lecz innymi sprawami.

– Szkoda, wolę zbrodnię, krew… Jak Sherlock Holmes, o którym czytałam. Ale dobre i to.

Stefcia przejrzała fotografie przestępców z policyjnych kartotek i klasnęła w dłonie. Rozpoznała na zdjęciu człowieka, którego mijała przy sklepie Lempertowej. Była pewna, że to on.

Zdjęcie przedstawiało Karola Sadzenicę, bezrobotnego z ulicy Zamarstynowskiej, karanego za kradzieże. Ostatnio jakby się ustatkował, już dawno za nic go nie zatrzymywano, ale buchacz to buchacz. Zbliżały się święta, może chciał je spędzić na bogato, więc poszedł na robotę do Żydówki?

Sadzenicę aresztowano w mieszkaniu. Zapierał się zbrodni. Utrzymywał, że wie o niej tylko tyle, ile od ludzi usłyszał. Jednak jak ustaliła policja, w niedzielę wieczorem widziała go na Panieńskiej nie tylko Stefania Sochańska, ale też inne osoby.

– Ta cóż w tym dziwnego? Mieszkam przecie blisko, to i spotkać mnie tam można. Ale nie zabiłem.

Twierdził, że o godzinie dziesiątej przebywał „na hawirze”, czyli w mieszkaniu. Zaświadczyć mogła o tym jego żona, którą niedawno poślubił. Co robił w domu? A co można robić w nocy z młodą, ładną żoną?

– Razem żeśmy pracowali nad powiększeniem rodziny na chwałę Polski naszej ukochanej – rzucił.

– Czy ktoś to może potwierdzić?

– Panie przudowniku, a cóż to za pytanie? Przecie my nie zboczeńcy, żeby się kochać przy obcych osobach…

Czyli że świadków nie ma.

Sadzenica spędził w areszcie na Kazimierzowskiej kilkadziesiąt godzin, nim został wypuszczony, ponieważ okazał się niewinny. Miał szczęście. Co prawda nie znalazł się naoczny świadek jego miłosnych igraszek z żoną, ale był świadek „nauszny”. Ściany w mieszkaniu Sadzeniców były cienkie jak papier, świadek ów zeznał więc, że słyszał, i to dobrze, jak jego sąsiad mniej więcej od godziny wpół do dziesiątej wieczór uskuteczniał z żoną pracę nad powiększeniem rodziny. Nawet był w stanie podać, ile razy próbowali.

Komisarz Konarski wpada na trop

Rozpoznawanie podejrzanych na podstawie okazanych zdjęć nie jest idealną metodą. Świadkowie się sugerują, na przykład osobnik z fotografii jest podobny do kogoś nielubianego, więc na niego wskazują, albo wybierają pierwsze z brzegu zdjęcie, ponieważ nikogo nie rozpoznali, ale wstydzą się, że zawiedli policję.

Inspektor Łukomski nie podejrzewał Stefci Sochańskiej, że celowo wprowadziła go w błąd. Wierzył, że dziewczyna naprawdę chciała pomóc. Podziwiał ją. Gdy jechali na komendę, opowiedziała mu o swoim niezbyt radosnym życiu. Ojciec, czeladnik piekarski, umarł kilka lat temu, matka choruje. Stefcia miała jedną starszą siostrę i troje młodszego rodzeństwa w wieku szkolnym. Cała szóstka plus dwoje sublokatorów gnieździli się w małym mieszkaniu przy ulicy Piastów. Każdego ranka toczyli boje o miednicę do mycia. Stefania, żeby ulżyć matce, przerwała naukę i razem ze starszą siostrą poszła do pracy w fabryce wyrobów stolarskich. Niestety w grudniu fabryka została zamknięta. Rodzina znalazła się w krytycznym położeniu, groziła im eksmisja. Dziewczyna szukała więc nowej pracy, na razie bez skutku, ale jak zapewniała Łukomskiego, nie puści się „na lekką drogę”.

Dzielna panna – myślał inspektor. Dzielna i niegłupia. Może warto byłoby mieć kogoś takiego w policji…

Tymczasem po wypuszczeniu z aresztu Sadzenicy śledztwo w sprawie zabójstwa Lempertowej stanęło w martwym punkcie. Zatrzymano kilku okolicznych złodziei. Przesłuchano ich, a następnie zwolniono. Nie było przeciwko nim dowodów, zresztą oni nie byli z tych, co parają się mokrą robotą.

Dni mijały i nic. Dopiero pod koniec kwietnia na poważniejszy trop wpadł komisarz Tadeusz Konarski, kierownik I komisariatu. W trakcie przesłuchań świadków i potencjalnych podejrzanych pojawiło się nazwisko osoby dobrze znanej organom ścigania.

Była to Julia Mularczykówna, lat osiemnaście, zamieszkała przy ulicy Sieniawskiej. Julka zarabiała na życie jako panienka lekkich obyczajów. Nie była jednak zarejestrowaną prostytutką, nie posiadała tak zwanej czarnej książeczki z aktualnymi badaniami zdrowia. Nierząd uprawiała, rzec by można, po amatorsku, chociaż jeśli chodzi o „fachowe” umiejętności, nie ustępowała profesjonalistkom. Słynęła z urody i okradania klientów i to właśnie wykluczało ją z grona zawodowych prostytutek – były składane na nią skargi na policji. Utrzymywała ożywione kontakty z kryminalistami z Zamarstynowa. Nie tylko z drobnicą złodziejską, ale także z tymi, którzy mieli na koncie grubsze napady.

Dwa fakty nakazywały komisarzowi szybko zatrzymać Julkę i wziąć ją w krzyżowy ogień pytań. Po pierwsze, ludzie widzieli ją w tłumie pod sklepem Lempertowej w dniu odkrycia zbrodni, po drugie, dziwnym zbiegiem okoliczności kilka godzin wcześniej tego samego dnia została wypuszczona z aresztu, gdzie trafiła za jakąś kradzież, po zapłaceniu kaucji w wysokości stu milionów marek polskich. To ładny kawałek grosza. Mało prawdopodobne, żeby to były oszczędności tej małej dziwki.

Początkowo dziewczyna próbowała czarować policjanta swoim urokiem, strzelała w jego kierunku oczami. Konarski był jednak odporny na takie sztuczki. Zadawał konkretne pytania, żądając konkretnych odpowiedzi.

– Co robiłaś piętnastego kwietnia pod sklepem Lempertowej?

– Panie komisarzu, nic takiego nie robiłam. Usłyszałam, że zabili Żydówkę na Panieńskiej i z ciekawości tam poszłam. Przecie ja mieszkam na Sieniawskiej, więc to jakby moja sąsiadka była. Tylko stałam i patrzyłam. Przecież jej nie zaciukałam, bo byłam wtedy na Brygidkach.

– Kto cię wykupił z aresztu?

– Ta joj panie komisarzu, co za niedyskrecja pytać kobietę o takie rzeczy! Może to był prezent od wielbiciela…

– Kto był tym wielbicielem?

Julka zmarszczyła piękne brwi i zagryzła wargę. Coś rozważała w swoim umyśle. Konarski ponowił pytanie i ostrzegł ją, że jeśli nie odpowie, pójdzie siedzieć za współudział w zbrodni.

– Dobrze, to ja już powiem. Wykupili mnie Władysław Kędzierski i Antoni Mysłowski. Kędzierski to mój kochanek, a Mysłowski dobry znajomy.

Podane przez Mularczykówną nazwiska też były znane policji jak zły szeląg. Apasze z ulicy Łamanej, karani za włamania i doliniarstwo. Antoni Mysłowski nosił w złodziejskiej ferajnie ksywkę „Tośko”. Władysław Kędzierski chyba nie miał żadnej.

– Piętnastego w południe wyszłam z aresztu. Kędzierski czekał na mnie pod Brygidkami. Powiedział, że to dzięki niemu i Mysłowskiemu jestem wolna, bo zapłacili za mnie kaucję sądową. I jeszcze mówił, że rano był z „Tośkiem” na jakiejś robocie, ale wyszła poruta, bo tam, gdzie poszli, jakaś Żydówka z balkonu spadła i się zabiła. To jego własne słowa! Później dowiedziałam się z gazet o morderstwie Lempertowej na Panieńskiej. Spytałam Władka, czy to ta sama, co niby wypadła z balkonu, ale kazał mi się zamknąć i nie zadawać pytań. Tyle mogę powiedzieć, bo nic więcej nie wiem. Jak babunię kocham, przysięgam, że to prawda! – zaklinała się żarliwie dziewczyna.

– A kochasz ją?

– No… babunia już na tamtym świecie, ale jak żyła, to ją kochałam. I teraz nie kłamię…

Jest sztemp, brykajmy stąd!

Panowie Kędzierski i Mysłowski zaszczycili swoją obecnością dołek na Kazimierzowskiej w dniu 28 kwietnia 1924 r. Policja zatrzymała ich w Pasażu Mikolascha, gdy szli do kina. Zapewne było to kino „Uciecha” Ludwika Kuchara, które specjalizowało się w westernach.

Zbudowany w XIX wieku Pasaż Mikolascha był jedną z najjaśniejszych lwowskich pereł. Mieściły się w nim modne magazyny i eleganckie kawiarnie. Bywały tu elity. Być może jednak nie było wielkiego zdziwienia na widok dwóch oberwańców, prowadzonych w kajdankach przez policję. Jakkolwiek by patrzeć, to wciąż był Lwów, a we Lwowie nie na darmo śpiewano, że „i bogacz, i dziad tu są za pan brat”.

Areszt nie był dla nich pierwszyzną, toteż nie pękali, gdy trafili do cel. Z knajackim uporem twierdzili, że nic nie wiedzą o morderstwie Żydówki, a Mularczykównej nigdy nie widzieli na oczy. Jednak jako doświadczeni kryminaliści zdawali sobie sprawę, że policja wie za dużo, żeby udało im się wykpić łgarstwami. Toteż, aby nie pogarszać swojej i tak bardzo kiepskiej sytuacji, zaczęli mówić. Na początek o sobie.

Opowiedzieli, że znają się od małości. Mieszkali blisko siebie, jako kindrusy grali w klipę i toczyli bójki z łobuziakami z innych ulic. Potem poszli do tej samej szkoły. Okres nauki szczególnie wbił im się w pamięć, ponieważ pierwszą klasę powtarzali aż sześć razy (!). Zawiązała się między nimi prawdziwa męska przyjaźń. W 1919 roku, w czasie wojny polsko-ukraińskiej, Kędzierski brał udział w obronie Lwowa, dosłużył się stopnia kaprala. Na piersiach wytatuował sobie symbol oddziału, w którym walczył.

Po powrocie z frontu uściskał serdecznego druha, a „Tośko” wciągnął go do „interesu”. Były to kradzieże na wyrwę na placu Solskich i od czasu do czasu grubszy „ajnbruch”, czyli włamanie. Ma się rozumieć, wiedzieli, że powinni pójść do pracy, by zarabiać na utrzymanie, jednak cała bieda w tym, że pracy dla takich jak oni, niekształconych, nigdzie nie było i nie ma: „Ta niech pan kumisarz powie, gdzie jaka praca jest, tak ja w ty pędy tam polecy…”.

Mniej więcej przed rokiem poznali Julkę Mularczykównę. Wiedzieli, że jest dziwką, ale co im to… Obaj jednocześnie zakochali się w niej po uszy. Nie zdarzyło się jednak to, co w książkach i kinematografie – że miłość do dziewczyny poróżniła przyjaciół. Co to, to nie! Kochali się w Julce osobno i jeden drugiemu nie wchodził w paradę. Przynajmniej tak utrzymywał Mysłowski. Jego przyjaciel nie potwierdził tego, a Mularczykówna przyznała się do intymnego związku tylko z Kędzierskim.

 

Tak czy inaczej, żyli sobie we trójkę pomalutku a szczęśliwie. Żeby dogodzić Julce, obdarowywali ją wykwintnymi prezentami. By mieć za co je kupować, zintensyfikowali „interes” na placu Solskich. Aż tu nagle katastrofa! Dziunię im policja przyaresztowała! To było z tydzień przed zabójstwem na Panieńskiej – „Jakiś hołodryga doniósł, że mu zasmytrała portfel, co go miał w karmanie. No i bida, panie, jak żyć?”.

Ale oni nie z takich, co siedzą i się mażą. Wiedzieli z doświadczenia, jak się wyciąga ludzi z więzienia. Udali się do znajomego adwokata, a ten na liczydłach policzył, że będzie ich to kosztowało – sto pięćdziesiąt milionów marek. Sto milionów to sądowa kaucja, reszta dla niego jako prowizja. Sporo, ale dla Julki oddaliby ostatnią koszulę. Mieli zakitrane tylko pięćdziesiąt milionów. Tyle dali papudze. Pozostałą kwotę mieli dopłacić za kilka dni. Tylko skąd ją wziąć?

Według zeznania Władysława Kędzierskiego 15 kwietnia około szóstej rano Mysłowski przyszedł do niego i oświadczył, że jest robota. Z Łamanej doszli do Zamarstynowskiej, zatrzymali się przy skrzyżowaniu z Panieńską.

– „Tośko” ruszył w dół ulicy. Ja miałem na niego czekać. To był zwiad. Po jakichś dziesięciu minutach wrócił i powiedział, że jest git, zaraz będzie robota – zeznawał Kędzierski.

Mysłowski kazał mu zostać na czatach, a sam poszedł tam, gdzie miał zrobić skok. Nie powiedział, co to za miejsce. Tym razem zabawił pół godziny. Gdu wrócił, był wzburzony. Kędzierski spytał go, co się stało.

– Jest sztemp, brykajmy stąd – odparł przyjaciel. W złodziejskim slangu znaczyło to, że się nie udało i trzeba brać nogi za pas.

Kędzierski powiedział, że nie pytał „Tośka” o szczegóły. Przyjaciel sam mu napomknął, że gdy doszedł do Panieńskiej 16 pod sklep korzenny, który zamierzał okraść, „jakaś Żydówka spadła z balkonu” (to z kolei po złodziejsku oznaczało, że została zabita). Kędzierski nie chciał nic więcej wiedzieć. Potem już na ten temat nie rozmawiał z Mysłowskim, nawet gdy dowiedział się na mieście o zabójstwie Lempertowej. Cóż go to mogło obchodzić?

Antoni Mysłowski zaprzeczył zeznaniu Kędzierskiego. Utrzymywał, że nie wie, o czym mowa. Nie proponował koledze żadnej roboty, na skok żaden nie chodził, na Piekarskiej nie był już z miesiąc. Nie zabił Żydówki i pierwsze słyszy, jakoby mówił, że spadła z balkonu.

Policja skłonna była uwierzyć tylko w jedno: „Tośko” nie zamordował właścicielki sklepu. Zrobił to Kędzierski. Od początku jego wersja, jakoby wspólnik nie wtajemniczył go szczegóły skoku i kazał mu zostać na czatach, brzmiała nielogicznie. Przecież złodzieje tak nie robią. Owszem, dzielą się rolami: jeden kradnie, drugi stoi na winklu i w razie czego daje umówiony sygnał do ucieczki – ale musi wiedzieć, gdzie wspólnik poszedł na robotę.

Oczywiście tłumaczenie Mysłowskiego, że wszystko jest wymysłem jego przyjaciela, komisarz Konarski włożył między bajki. Poszli we dwóch. Ale to „Tośko” został na „lipkach”, a Kędzierski obrabował Lempertową i przy okazji ją udusił. Potem ze zrabowanych pieniędzy zapłacili adwokatowi resztę należności. Zapewne za chińskiego cesarza nie powiedzą któremu. W południe Julka wyszła na wolność. Tu się bajka kończy.

Przeciwko Kędzierskiemu świadczyły ślady skaleczeń na jego rękach – ktoś go podrapał. Były to małe blizny sprzed kilkunastu dni. Układanka pasowała. Wszak Lempertowa przed śmiercią szarpała się z zabójcą, walcząc o życie. Zapewne broniąc się, użyła swoich szponiastych paznokci. Na pytanie, skąd te blizny, Kędzierski opowiedział mało wiarygodną historyjkę, jakoby piętnastego, a może szesnastego kwietnia pokłócił się z siostrą, która go podrapała. Zapytana o to znienacka Anna Kędzierska, jeszcze nie wiedząc o aresztowaniu brata, nie udzieliła jasnej odpowiedzi. Stwierdziła, że nie przypomina sobie tego.

Policja raz jeszcze poprosiła Stefanię Sochańską na komendę. Dziewczyna bała się, że jeśli rozpozna mordercę, to będzie się on na niej mścił. Dopiero gdy inspektor Łukomski uspokoił ją zapewnieniem, że ten człowiek jest pod kluczem i nic jej nie zrobi, zgodziła się uczestniczyć w okazaniu.

Pokazali jej Kędzierskiego i Mysłowskiego. Tym razem Stefcia zastanawiała się dłużej niż nad zdjęciami. Nie miała jednak wątpliwości.

– To on! To jego wtedy widziałam – powiedziała, wskazując na Kędzierskiego.