Emerytka w NepaluTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Mariola Wójtowicz

Korekta: Tomasz Powyszyński

Projekt okładki: Mariola Wójtowicz

Zdjęcia: Mariola Wójtowicz

Zdjęcie pasma Himalajów: Jadwiga Lentocha

© Copyright by Maria Wójtowicz

Wydawca: Mariola Wójtowicz – selfpublishing

ISBN: EPUB 978-83-955893-1-7; MOBI 978-83-955893-2-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora.

Michael Palin

Tak się jednak składa, że kiedy już zaczniesz podróżować, to bardzo trudno przestać.

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1

Katmandu – nie tylko Durbar i Thamel

Rozdział 2

Swajambhunath – Świątynia Małp

Rozdział 3

Bodnath – Wielka Stupa

Rozdział 4

Paśupatinath – Świątynia Paśupatiego, Władcy Zwierząt

Rozdział 5

Plac Durbar – Katmandu, Patan, Bhaktapur

Rozdział 6

Niedziela Palmowa w Nepalu

Rozdział 7

Na spotkanie z nosorożcami – Park Narodowy Ćitwan

Rozdział 8

Tam, gdzie urodził się Budda – Lumbini

Rozdział 9

Być w Nepalu i Himalajów nie widzieć – Pokhara

Wstęp

Nepal odwiedzam w ramach dwumiesięcznej wyprawy po subkontynencie indyjskim. Nie, nie, żadnego ośmiotysięcznika zdobywać nie zamierzam. Wystarczy mi, jak sobie na nie popatrzę. Jadąc do Nepalu, bardziej aniżeli na wędrowanie po górach nastawiam się na poznanie kultury Newarów.


Newarowie to grupa etniczna zamieszkująca kotlinę Katmandu, posługująca się językiem newarskim, licząca około 1 300 000 osób. Pewne grupy Newarów zamieszkują również Bhutan, Indie i Tybet. Główną religią wyznawaną przez członków tej grupy etnicznej jest hinduizm, ale są wśród nich również buddyści i dźiniści, a cechą charakterystyczną jest synkretyzm religijny – wzajemne przenikanie, mieszanie się elementów tych religii.

Kotlina Katmandu leżąca u stóp Himalajów, na wysokości 1300–1500 metrów n.p.m., ma długość 24 kilometrów ze wschodu na zachód, a szerokość – 19 kilometrów z północy na południe. Główne miasta kotliny to Katmandu, Patan i Bhaktapur, w pewnych okresach stolice oddzielnych królestw, których zabudowa tworzona była w ciągu wieków przez artystów pochodzenia newarskiego. Budowy, przebudowy i rozbudowy pałaców królewskich oraz miast skupiających się wokół monarszych siedzib, dokonywane pod mecenatem władców, pozwalały Newarom na doskonalenie swoich umiejętności. Co więcej, rywalizacja między władcami tych państw-miast, którzy dążyli do stworzenia i ozdobienia swych pałaców, tak aby były piękniejsze niż siedziby ich sąsiadów, skutkowała rozwojem rzemiosła na niespotykaną skalę. W ciągu trzech stuleci (XIV–XVI) kotlina Katmandu przekształciła się w prawdziwy skarbiec sztuki i architektury uznany za dziedzictwo nie tylko nepalskie, lecz także światowe. Na listę światowego dziedzictwa UNESCO zostało wpisane siedem zabytków kotliny Katmandu – trzy zespoły pałacowo-mieszkalne (Katmandu, Patan i Bhaktapur) a także cztery świątynie (buddyjskie stupy Swajambhunath i Bodnath oraz hinduistyczne świątynie Paśupatinath i Changu Narayan).

Ta podróż pozwoli mi zaglądnąć do tego skarbca.




Rozdział 1
Katmandu – nie tylko Durbar i Thamel

Większość uczestników wycieczek zaczyna znajomość z Katmandu od placu Durbar. Ja jednak jako niezorganizowana instytucjonalnie podróżniczka muszę sobie te dwa tygodnie, jakie zamierzam w Nepalu spędzić, najpierw zorganizować, a ściślej mówiąc – muszę się dowiedzieć, jak dojadę do Parku Narodowego Ćitwan, a stamtąd do Lumbini i Pokhary, albo w odwrotnym kierunku. Te bowiem miejsca, oprócz kotliny Katmandu, znalazły się w harmonogramie mojej podróży po Nepalu.

Pierwsze kroki kieruję do polecanej w przewodniku agencji zajmującej się sprzedażą biletów autobusowych. Agencja znajduje się na północnym krańcu dzielnicy Thamel. Kiedy jednak docieram pod wskazany adres, okazuje się, że biuro nie istnieje. Z pomocą miejscowych udaje mi się biuro turystyczne o tej nazwie znaleźć, przy tej samej ulicy, jednak nie prowadzi ono sprzedaży biletów autobusowych, oferuje tylko „pakiety”. Prawdę powiedziawszy, to po drodze zaglądnęłam do kilku biur podróży i zorientowałam się, że pakiety królują i trudno będzie znaleźć ofertę samego przejazdu.

No dobrze, wieczorem przeglądnę te bliźniaczo podobne do siebie propozycje, prześpię się z problemem i podejmę jakąś decyzję w kwestii „co dalej”.

Tymczasem znużona logistyką odpoczywam w neoklasycystycznym Ogrodzie Sześciu Pór Roku, bardziej znanym jako Ogród Marzeń. To pozostałość pałacu i ogrodów Keśar Mahal (Kaiser/Keshar Mahal). Pałac zbudował w 1895 roku Chandra Shumsher Rana, premier Nepalu w latach 1901–1919, dla swojego syna, feldmarszałka Keśara Shumshera Rany (1892–1964), dużo wcześniej zanim ten został feldmarszałkiem.

W tym miejscu wypada poświęcić kilka zdań dynastii Rana, pochodzącej ze szlachty Gurkhów. Co prawda od 1769 do 2008 roku na tronie królewskim zasiadali przedstawiciele dynastii Shah, również wywodzącej się z Ghurków, ale rywalizacja obu dynastii doprowadziła w XIX wieku do pewnej zamiany ról. W 1846 roku Jung Bahadur Rana, zwany założycielem dynastii premierów Rana, wykorzystując intrygi pałacowe, przeprowadził zamach stanu i doprowadził do ustanowienia urzędu premiera, który od tego momentu aż do 1951 roku stał się funkcją dziedziczną. Dotyczyło to również innych stanowisk rządowych. Rola króla sprowadzała się do sprawowania funkcji reprezentacyjnych i ceremonialnych. Shah nadal byli monarchami, ale realna władza była w rękach dynastii Rana. Dopiero rewolucja w 1951 roku i wprowadzenie nowej konstytucji pomogło królom z dynastii Shah odzyskać władzę.

W latach dwudziestych XX wieku otoczenie pałacu Keśar Mahal zostało zaprojektowane przez Kishore Narshingha, na wzór ogrodów tworzonych w Anglii za panowania Edwarda VII (epoka edwardiańska). Po śmierci w 1964 roku lokatora, dla którego powstało, całe założenie popadło w ruinę. Do dzisiejszego stanu zostało doprowadzone w latach 2000–2007 z udziałem austriackiej organizacji pomocowej.


Tak, czegoś takiego nie spodziewałam się zobaczyć w centrum nepalskiej stolicy – myślę, siedząc w cieniu budynku biblioteki i mając w pamięci obraz uliczek Thamelu, którymi szłam wczoraj i godzinę temu. To jeden z niewielu budynków pałacowych, który przetrwał lata destrukcji, świadczący o bibliofilskich zamiłowaniach właściciela. Zbiór tej biblioteki liczący sześćdziesiąt tysięcy książek, dokumentów, czasopism i rękopisów jest jedną z najstarszych bibliotek w Nepalu. Kiedyś dostępny był tylko możnym, teraz – całemu narodowi, któremu zapisał swoje zbiory Keśar Shumshera.

A przede mną pawilony, otoczone ozdobnymi balustradami stawy, fontanny i kaskady, pergole, klomby, pomniki, a nawet wkomponowany w trawnik amfiteatr, po którym biegają wiewiórki. Właściwie to nie są wiewiórki, tylko paseczniki palmowe. Fakt, z wiewiórkowatych, ale są dużo mniejsze niż znane nam wiewiórki rude. Mają szarobrunatne umaszczenie, z jaśniejszymi, biało-żółtymi pręgami na grzbiecie.

 

Kiedyś w ogrodzie było sześć pawilonów odpowiadających sześciu nepalskim porom roku – stąd „Ogród Sześciu Pór Roku”. Teraz nie bardzo mogę się ich doliczyć, nie wiem, co jest budynkiem, co małą architekturą ogrodową, ale to nieistotne. Mogłabym tak siedzieć i siedzieć.

Na wschód od Ogrodu Marzeń znajduje się pałac królewski Narajanhiti, kolejny na tym miejscu. W 1886 roku królowie opuścili Hanuman Dhoka Durbar, historyczny stary pałac (który zwiedzę jutro lub pojutrze), zamieszkując właśnie w tym rejonie. Obecny pałac został zbudowany w latach 1963–1969 roku według projektu kalifornijskiego architekta Benjamina Polka, który był wtedy zawodowo aktywny w Indiach, na miejscu wcześniejszego, z lat dwudziestych XX wieku, rozebranego w 1958 roku.


1 czerwca 2001 roku zapisał się najkrwawszą chyba w dziejach królestwa historią znaną jako „masakra rodziny królewskiej w Nepalu”. Masakry, w tym właśnie pałacu, dokonał następca tronu, książę Dipendra (1971–2001), zabijając dziewięciu członków rodziny królewskiej i raniąc czterech. Sam usiłował popełnić samobójstwo i właściwie udało mu się to, jakkolwiek nie zmarł natychmiast po postrzeleniu się, ale dopiero po trzech dniach. Okoliczności jego czynu nie są do końca jasne, nie ma natomiast wątpliwości, że to zdarzenie przyczyniło się do osłabienia autorytetu władzy królewskiej, a w rezultacie do zniesienia monarchii w 2008 roku.

Pałac królewski został przekształcony w muzeum, którego najcenniejszymi eksponatami są regalia królewskie. Nie zobaczę ich jednak, dzisiaj muzeum jest zamknięte. Pan z ochrony zaprasza mnie do odwiedzenia pałacu w kolejny dzień, wątpię jednak, czy będę jeszcze miała czas, żeby ponownie zapuścić się w te rejony.

Kontynuuję spacer ulicą Durbar (Królewską) w kierunku południowym. Mijam pomnik króla Mahendry (1920–1972), ojca księcia Dipendry, sprawcy niesławnej masakry w pałacu królewskim. Kawałek dalej jest wieża zegarowa Ghanta Ghar, wzorowana oczywiście na londyńskim Big Benie, ale z elementami architektury nepalskiej. Ten pierwszy publiczny zegar w formie wieży został wybudowany w drugiej połowie XIX wieku, a nazwa Ghanta Ghar w dosłownym tłumaczeniu to: „dom używany do szukania czasu/godzin”. Oryginalna wieża została zniszczona w trzęsieniu ziemi w 1934 roku i odbudowana w 1990 roku.

Ghanta Ghar stoi na dziedzińcu najstarszej nepalskiej wyższej uczelni. Tri-Chandra College został założony w 1918 roku przez premiera Chandrę Shumshera Ranę, tego samego, który wybudował pałac i Ogród Marzeń dla swego syna, późniejszego feldmarszałka. Do 1951 roku uczelnia była dostępna tylko dla młodzieży z rodzin arystokratycznych i dla synów królewskich, dlatego nawet dzisiaj spotyka się określenie Royal College.


Mijam jeszcze dwa meczety (prawie 5% Nepalczyków to muzułmanie), ratusz i docieram do świątyni Bhadrakali z 1817 roku. Nie poświęcam jej jednak wiele czasu – bo jeszcze niejedną świątynię hinduistyczną będę miała okazję zobaczyć z bliska, a ten dzień zaczyna się już kończyć.

Z daleka tylko zerkam na Sinha Durbar (Pałac Lwa), czyli siedzibę nepalskiego parlamentu i instytucji rządowych. Ciekawostką jest to, że pałac został wybudowany w 1908 roku przez wspomnianego już Chandrę Shumshera jako prywatna rezydencja, którą tenże sprzedał rządowi Nepalu, za niemałą kwotę, z przeznaczeniem na oficjalną rezydencję premiera, czyli miejsce, gdzie nadal miał rezydować, sprawując swój urząd. Gigantyczna budowla zawierająca siedemnaście dziedzińców i 1700 pomieszczeń uważana była, do lat pięćdziesiątych XX wieku, za jeden z najwystawniejszych pałaców świata.

Stojącą na środku jezdni Bramę Sahid, zwaną pomnikiem Bohaterów, tylko mijam, bo wejść na ogrodzony teren ronda nie można. Ten monument poświęcony jest rebeliantom, którzy zginęli w 1941 roku, sprzeciwiając się rządom dynastii Rana, którzy zresztą panowali jeszcze kolejne dziesięć lat.


Z sześćdziesięciodwumetrowej wieży Dharahara z 1832 roku, ikony Katmandu, został tylko dziesięciometrowy kikut. Trzęsienie ziemi z 2015 roku zniszczyło ją, grzebiąc w ruinach sto osiemdziesiąt osób. Zabezpieczona parkanami i płachtami budowlańców czeka na swoją kolej do odbudowy.

Teraz kieruję się, inną już ulicą, z powrotem na północ. Droga wiedzie wzdłuż ogrodzonego, porośniętego trawą terenu. To Tundikhel, wyznaczony w początkach XVIII wieku w okresie dynastii Malla teren, który służył, i nadal służy, jako miejsce parad wojskowych, festiwali, boisko piłkarskie, łąka dla bydła, tor wyścigów konnych czy – współcześnie już – miejsce koncertów rockowych. A także jako płuca zakurzonego Katmandu. A w 1960 roku zdarzyło się, że nawet wylądował na nim samolot. Zgodnie z legendą Tundikhel to miejsce zamieszkania giganta Gurumāpā o przerażającej twarzy z wystającymi kłami. Ponieważ porywał dzieci, mieszkańcy miasta wygnali go do lasu. Ten jednak powracał, zatem zawarto z nim umowę, że raz w roku będzie mógł przybyć na zorganizowaną dla niego ucztę. Umowa jest realizowana co roku w marcu – podczas pełni księżyca przygotowywany jest stos pełen jedzenia.

Parady, festiwale czy wyścigi konne, cieszące się, nawet dzisiaj, w dniu powszednim, sporym, jak widzę, zainteresowaniem, to pozostałość po walce z demonem. Kiedyś król, zanim udało się przegnać Gurumāpā z miasta, organizował gonitwy koni, aby ich kopyta zdeptały demona rezydującego pod ziemią.

Park Ratna to ogólnodostępny park publiczny, ale nie dla obcokrajowców – musimy zapłacić za wstęp. Dziękuję, nie muszę z niego korzystać. Nazwę jednak trzeba zapamiętać, bo wokół niego usytuowane są przystanki autobusów do miejscowości satelitarnych Katmandu. Inna sprawa, że znalezienie właściwego przystanku, skąd odjeżdża autobus w interesującym nas kierunku, graniczy z cudem – za każdym razem miejsce, w którym do busa wsiadam, istotnie różni się od tego, który mi naznaczył na mapie pan w informacji turystycznej. To jednak dobry punkt orientacyjny i wracając do miasta, wystarczy tylko powiedzieć: „Ratna park”, a zawsze do centrum Katmandu się dojedzie.

Na koniec zostawiłam sobie najbardziej „historyczne” miejsce w tej części miasta – Rani Pokhari, co dosłownie znaczy „staw królowej”. Staw został utworzony w 1670 roku poza granicami ówczesnego miasta przez króla Pratapa Mallę dla jego żony. Miał uśmierzyć ból królowej po śmierci syna, który został stratowany przez słonia. Zbiornik o wymiarach 180 na 140 metrów został „uświęcony” wodą z różnych świętych rzek Nepalu i Indii, między innymi z Gangesu, jakkolwiek zasadnicza jego zawartość doprowadzana jest podziemnymi rurami.


To znaczy była. Rani Pokhari to kolejne miejsce unicestwione przez trzęsienie ziemi 2015. Po eleganckim jeziorze pozostała wielka dziura w ziemi, odsłonięte zostały fundamenty świątyni stojącej kiedyś pośrodku i prowadzącej do niej grobli. Dno zbiornika miejscami porosło trawą, widać też koleiny wyżłobione przez maszyny budowlane. Zresztą jakaś koparka i ciężarówka stoją przy nasypie. W kilku miejscach koczują grupki ludzi. Być może przyczyną opóźnienia odbudowy stawu były kontrowersje, jakie pojawiły się, kiedy prace renowacyjne już rozpoczęto. Firma budowlana chciała je przeprowadzić, używając betonu i tworząc współczesną infrastrukturę (fontanny, kawiarnie). Oponenci domagali się przywrócenia historycznego kształtu za pomocą technik tradycyjnych wykorzystujących cegły i glinę. Ostatecznie ta koncepcja zwyciężyła, ale trochę czasu jeszcze minie, zanim można będzie zobaczyć Rani Pokhari w wersji jak przed ponad czterema wiekami.

W informacji turystycznej tłum tworzą głównie ci, którzy wybierają się na trekkingi najróżniejsze (konieczność uzyskania pozwoleń), ale i mnie udaje się uzyskać informacje dotyczące przejazdów do innych miejsc w kotlinie Katmandu.


Patrząc na stojący przed budynkiem it pomnik Nowozelandczyka Edmunda Hilarego i nepalskiego Szerpy Tenzinga Norgaya, którzy 29 maja 1953 roku jako pierwsi zdobyli najwyższą górę świata, Mount Everest (8844,43 metrów n.p.m. – wysokość dotycząca czystej skały, bez pokrywy śnieżniej, ustalona przez Chińczyków w 2005 roku), zastanawiam się, czy chociaż przez moment przypuszczali, że trochę ponad pół wieku później liczba „zdobywców” tej góry sięgnie kilku tysięcy (do końca 2008 roku około 3600).

Do końca lat czterdziestych XX wieku Nepal był prawie nieznanym krajem. Był nieznany, ponieważ przez wieki całe nie wpuszczano do niego Europejczyków, a warunki naturalne – z trzech stron niebosiężne szczyty, z czwartej pas malarycznej dżungli – sprzyjały izolacji. Nawet Brytyjczykom podbój Nepalu udał się dopiero za czwartym podejściem, ale ostatecznie i tak podpisany w 1816 roku traktat pokojowy zaspokajał izolacyjne tendencje nepalskie. Opór przed otwarciem się na świat był tak wielki, że indyjscy geodeci dokonywali pomiarów wysokości najwyższych szczytów na ziemi z odległości 150 kilometrów – zza nepalsko-indyjskiej granicy.

Publikowanie wyników tych pomiarów, jakkolwiek niedokładnych, rozpalało wyobraźnię alpinistów, jednakże pierwsze ekspedycje wysokogórskie zostały wpuszczone do Nepalu w 1949 roku, a dopiero trzy lata później najwyższy szczyt świata został zdobyty. Pierwszym sześciuset turystom pozwolono przyjechać do Nepalu w 1951 roku, obecnie, prawie siedemdziesiąt lat później, rocznie odwiedza ten kraj pół miliona zwiedzających, a władze mówią o zwiększeniu tej liczby do miliona rocznie.

Jak dobrze, że zdecydowałam się odwiedzić ten kraj teraz!


Koniec lat sześćdziesiątych to równocześnie początek ruchu hipisowskiego. I chociaż mówi się, że to hipisi odkryli Nepal dla świata, to raczej odkryli oni ten nepalski świat dla siebie. Świat, w którym obok siebie żyli ludzie różnych ras, wyznań i kast. Dla zainteresowanych duchowością Wschodu oraz łatwym, legalnym (wtedy w Nepalu) i tanim dostępem do popularnych narkotyków Katmandu stało się mekką, do której ciągnęli ze wszystkich stron świata. A w Katmandu zamieszkiwali w dzielnicy Thamel. Zatrzymywali się w niej również pasażerowie autobusu kursującego hipisowskim szlakiem z Amsterdamu do Katmandu. Taka podróż trwała trzy tygodnie i kosztowała niecałe sto dolarów, za drugie tyle można było przeżyć nawet i dwa miesiące. Dzisiaj te kwoty to stanowczo za mało, żeby do Katmandu dojechać i utrzymać się czas jakiś, ale Thamel pozostał dzielnicą nastawioną na obsługę ruchu turystycznego, szczególnie tego niskobudżetowego. Zatem i ja tutaj znalazłam hotel, chociaż atmosfery lat sześćdziesiątych nie czuję.

Po czasach hipisowskich pozostała nazwa jednej z ulic: Freak Street (freak – wybryk, wyskok).

Plan, aby zwiedzić dzielnicę, w której się zatrzymałam, zgodnie z trasami opisanymi w przewodniku, zarzuciłam już w czasie pierwszego przejścia jej ulicami. Nie mogę narzekać na brak orientacji w terenie, a jednak w labiryncie uliczek Thamelu musiałam zdać się na prowadzenie przez bezduszną aplikację. Ta jednak nie ułatwiłaby mi zwiedzania.


Zwiedzanie Thamelu!

Thamel to labirynt uliczek z kilkukondygnacyjną zabudową z różnych okresów. Z lokalami sklepowymi na parterze. Sklepy są zarówno takie jak przed kilku dekadami, jak i nowoczesne, wzorowane na sklepach Zachodu. Do ścian domów, do wejść do sklepów przylepione są stragany dźwigające towar wylewający się ze sklepu. Luźno stojących kramów na środku ulicy też nie brakuje.

 

Na ulicach, podworcach, w najmniej oczekiwanych miejscach, wciśnięte między budynkami, kryją się świątynie, stupy i kapliczki. Figurki bóstw. Zajmują pół ulicy albo kawałek chodnika. Wszystkie otaczane czcią miejscowych, o czym świadczą ofiarki przy nich składane czy palące się kadzidełka, a i ludzie, którzy zatrzymują się przed nimi, aby powierzyć bóstwom swoje troski. Albo rozłożyć towar na postumencie figury czy stupy, bo jego właściciela nie stać na wynajęcie lub kupno lokalu.

Psy i ptaki (a pewnie i szczury) korzystają z dobrodziejstwa tradycji składania ofiar z ryżu. Mogą się pożywić, a i roznieść kawałki jedzenia po całej ulicy.


„Świątynię bólu zębów” też znalazłam, chociaż łatwo nie było, ponieważ cała „świątynia” to pniak pokryty monetami przybitymi gwoźdźmi, umocowany na ceglanym ołtarzyku na zewnętrznej ścianie budynku. Gdy boli ząb, należy ten ból oddać bóstwu odpowiedzialnemu za taką dolegliwość, przybijając gwóźdź do drewna blisko wizerunku tego bóstwa. Wizerunku bóstwa znaleźć nie mogę, być może, że jest w niszy utworzonej przez metalowe gwoździe pośredniczące w leczeniu bólu zębów, ale to głęboka nisza i nic w tej głębi nie widać.



Trzeba się tutaj wychować, żeby rozpoznać bóstwa, które czczone są w mijanych świątynkach, żeby rozumieć, co się ogląda. Nawet architektura nie podpowie, czy to miejsce buddyjskie, czy hinduistyczne, bo te dwa nurty przeplatają się w między sobą, i z tantryzmem, i z szamanizmem. A niektórzy Nepalczycy wyznają równocześnie buddyzm i hinduizm.

Chociaż stupa to najprostsza budowla sakralna buddyzmu, to tutaj nie dziwi oparta o nią kapliczka z figurą Ganeśi lub innego bóstwa hinduistycznego czy wywodzącego się z lokalnych wierzeń. Buddyści bowiem uznają hinduistyczne Trimurti (Brahma, Wisznu i Śiwa) za wcielenie Buddy, a hinduiści czczą Buddę jako inkarnację Wisznu.

I jak ja mam się w tym pomieszanym panteonie rozeznać?



To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?