Emerytka w Japonii

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mariola Wójtowicz

Emerytka w Japonii

Maj 2014

Korekta: Tomasz Powyszyński

Projekt okładki: Maria Wójtowicz

Zdjęcia: Maria Wójtowicz

© Copyright by Maria Wójtowicz

Wydawca: Maria Wójtowicz – selfpublishing

ISBN: EPUB: 978-83-939117-2-1 MOBI: 978-83-939117-3-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.

William Wharton

W podróżowaniu fantastyczne jest między innymi to,

że człowiek przekonuje się,

ilu jest na świecie dobrych, uczynnych ludzi.

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1

Tokio – Wschodnia Stolica

Rozdział 2

Na spotkanie z Wielkim Buddą – Kamakura

Rozdział 3

Święta góra Japończyków – Fudżi

Rozdział 4

Dziedzictwo Narodowe świątyń Nikkō

Rozdział 5

Nagasaki – brama do Japonii

Rozdział 6

Park Narodowy Unzen – bramy piekieł

Rozdział 7

Beppu – centrum piekieł

Rozdział 8

Wszystkie drogi prowadzą do Kioto

Rozdział 9

Nara – zanim stolicą zostało Kioto

Rozdział 10

I znów w Tokio

Rozdział 11

Japońskie refleksje

Wstęp

Najpierw zwano ją Yamato. Około VII wieku Chińczycy zaczęli ją nazywać Nihon lub Nippon, co oznaczało Kraina Wschodzącego Słońca. Miejsce, gdzie mieszka słońce. Na wschód od Chin wschodziło słońce, tam mieszkało. Taka nazwa była oczywista, uwzględniała położenie geograficzne Japonii względem Chin.

Nazwa Japonia pojawiła się dzięki Marco Polo, który tak zapisał wymowę mandaryńskiego określenia tych ziem: Cipangu. I to musi mi wystarczyć – resztą niech się zajmują specjaliści od słowotwórstwa i toponimii.

A co ja właściwie wiem o Japonii?

Ośnieżony szczyt góry Fudżi, drewniane torii, bonsai, origami. Herbata, ryż, manga i elektronika. Gejsze, samuraje i Richard Chamberlain w roli Szoguna. I jeszcze Madame Butterfly. Hiroszima i Nagasaki. Malowane tuszem żurawie, tygrysy i smoki. I kwiaty też. Teatr Kabuki. Kolekcja Feliksa Manggha Jasieńskiego w krakowskim muzeum. Partnerstwo Krakowa z Kioto…

Japonia. Hokkaido, Honsiu, Sikoku i Kiusiu – cztery główne wyspy archipelagu obejmującego 6852 wyspy. Tylko która jest która? Już tyle razy usiłowałam to zapamiętać…

Czy podróż do Kraju Wschodzącego Słońca pomoże mi uporządkować informacyjny chaos, jaki mam na temat tego kraju?

Rozdział 1
Tokio – Wschodnia Stolica

Tokio. Miasto, które rozwinęło się z niewielkiej osady rybackiej Hirakawa, istniejącej w tym miejscu od wieków. Od 1603 roku osada nosiła nazwę Edo (co znaczy „brama na zatokę”) i była siedzibą siogunów Tokugawa. Epoka panowania tej dynastii (1603–1868) także nosi nazwę Edo.


W 1868 roku, po abdykacji piętnastego sioguna z rodu Tokugawa, faktyczną władzę zaczął sprawować cesarz Meiji i zadecydował o przeniesieniu stolicy z Kioto do Edo, nakazując równocześnie zmianę nazwy na Tōkyō, co oznaczało Wschodnia Stolica. Już wtedy Tokio było największym miastem na świecie. Dzisiaj liczba ludności stolicy Japonii przekracza trzynaście milionów.

Po prawie dwudziestu czterech godzinach podróży z Townsville (via Darwin i Singapur), o wpół do siódmej rano ląduję na tokijskim lotnisku Narita, oddalonym od centrum Tokio, bagatela, o ponad sześćdziesiąt kilometrów. Dwie godziny później, wykorzystując doskonałe połączenie koleją, jestem w „moim” hotelu w dzielnicy Ueno. Doba hotelowa zaczyna się o 15:00, zatem zostawiam bagaż w hotelowej przechowalni i… zaczynam swoją przygodę z Japonią.


Zwiedzanie zaczynam od dzielnicy, w której się zatrzymałam. Ueno to „pełne życia miasto, w którym możesz poczuć historię i kulturę” i „w którym możesz poczuć uzdrawiającą moc i podniecenie” – tak głoszą slogany w prospekcie turystycznym. I chociaż Ueno to tylko dzielnica, to biorąc pod uwagę powierzchnię, jaką Tokio zajmuje, liczbę ludności, a nawet problemy z identyfikacją, co stanowi aglomerację, co prefekturę, a co region tokijski, nazwanie dzielnicy – na potrzeby sloganu reklamowego – miastem jakoś mnie nie razi.

Centralną część dzielnicy stanowi park Ueno, kiedyś Wzgórze Ueno, na którym w 1868 roku zwolennicy ostatniego sioguna z rodu Tokugawy stoczyli daremną bitwę ze zwolennikami cesarza Meiji. Pięć lat później wzgórze przeznaczono na park miejski. Dzisiaj park sprawia wrażenie miejsca nieco zapuszczonego i tylko oczami wyobraźni widzę Japończyków biorących udział w ceremonii hanami, czyli „podziwiania kwiatów” – siedzących na matach, wokół plastikowych obrusów rozłożonych między kwitnącymi drzewami wiśniowymi, których w tym parku rośnie około 2200. Tradycja podziwiania kwitnących drzew wiśni, kiedyś zastrzeżona dla wyższych warstw społecznych, rozpowszechniła się i obecnie widok piknikujących w parkach biesiadników jest w okresie wiosennym powszechny. Tym bardziej że stacje telewizyjne na bieżąco podają komunikaty dotyczące etapu kwitnienia drzew wiśniowych będących jednym z symboli tego kraju.


Dzisiaj, w ostatnim dniu września, biało-różowych kwiatów kwitnących wiśni nie zobaczę, ale liście drzew są jeszcze zielone. Kolorów też nie brakuje. Na łączących drzewa linkach rozwieszono kolorowe kawałki materiału do złudzenia przypominające suszące się na słońcu prześcieradła. Pnie innych drzew otulono tkaninami w kratkowane wzory. Między konarami rozpostarto proporce utworzone ze zmultiplikowanych trójkątów materii. Połączone szeregowo jedwabne kwadraty tworzą barwne rabaty otoczone naturalną już zielenią. The Cloth Park – ot, co może się kryć pod pojęciem „park”, niezależnie jak tę nazwę zinterpretujemy: Park Tkanin, Szmaciany Park czy jeszcze inaczej – co nam podpowie nasza inwencja słowotwórcza. Miejsce instalacji nie jest przypadkowe, tuż obok znajduje się Tokijskie Metropolitalne Muzeum Sztuki. Zresztą to nie jedyne muzeum w parku Ueno. Jeszcze Narodowe Muzeum Nauki, Narodowe Muzeum Sztuki Zachodniej w gmachu zaprojektowanym przez samego Le Corbusiera, Muzeum Shitamachi (poświęcone tradycyjnej kulturze Edo), Królewskie Muzeum Ueno i wreszcie Tokijskie Muzeum Narodowe. To ostatnie szczyci się najlepszym w świecie zbiorem dzieł sztuki japońskiej i jego zwiedzenie znajduje się w programie mojego poznawania stolicy Japonii, ale tę przyjemność zostawiam sobie na później – nie sądzę, żeby po tylu godzinach podróży moje ciało i umysł były mi posłuszne w percepcji estetyki i kultury japońskiej.

W południowej części parku znajduje się sporych rozmiarów staw Shinobazu, utworzony w XVII wieku, podzielony na dwie części. W jednej pływają białe i różowe łabędzie. Nie, nie pomyliłam się, różowe też. To łódki w kształcie łabędzi i wszystko wskazuje na to, że przejażdżki nimi mają wielu amatorów. Druga część akwenu to słynny staw lotosów, ale niestety o tej porze roku mogę oglądać tylko liście.

 

Aby dostać się na centralnie usytuowaną wysepkę ze świątynią poświęconą bogini Benten, bogini bogactwa, opiekunce zakochanych i sztuki, nie trzeba wynajmować „łabądka”. Prowadzi do niej wygodny mostek.


Okrążając staw, na jego brzegu spotykam sporo osób malujących i rysujących. Ktoś gra na fujarce. Może dlatego, że opiekunka sztuki tak blisko, a może to raczej za sprawą pobliskich: Akademii Sztuk Pięknych i Muzyki oraz Japońskiej Akademii Sztuki?!

I podobnie jak w przypadku muzeów, świątynia Benten to nie jedyna świątynia w tej dzielnicy. No właśnie, świątynie. Patrząc na plany, przeglądając foldery, przewijają się nazwy: temple i shrine. Obydwa oznaczają świątynię, tyle że gdy są nazwane temple, chodzi o świątynie buddyjskie, a gdy nazwie własnej towarzyszy wyraz shrine, chodzi o świątynię sintoistyczną. W języku polskim często dla świątyni sintoistycznej używa się określenia chram (dla odróżnienia właśnie od świątyni buddyjskiej).

Jakkolwiek w dzisiejszych czasach większość Japończyków deklaruje światopogląd materialistyczny, to równocześnie ponad 90% tych zadeklarowanych materialistów praktykuje zarówno religię shintō (ceremonie związane z narodzinami i zawarciem małżeństw), jak i buddyzm (rytuały pogrzebowe). Zresztą w ostatnich latach obrzędy zawarcia małżeństwa coraz bardziej zbliżone są do ceremonii katolickich. Stąd rozpowszechnione jest powiedzenie, że Japończyk rodzi się sintoistą, bierze ślub jako katolik, a umiera jako buddysta.

Jakkolwiek by było, rodzimą religią japońską jest politeistyczna religia shintō, a nazwa ta tłumaczona jest jako „droga bogów”. Religia ta powstała w czasach prehistorycznych na bazie animistycznych wierzeń ludowych, a jej wyznawcy oddają cześć kami, posiadającemu ponadprzeciętną moc i nadprzyrodzone właściwości bóstwu, czy raczej bóstwom, które znajdują się we wszystkim, co nas otacza. W religii tej nie wykształciła się jakaś jedna doktryna czy filozofia. Powszechny jest kult przodków oraz wiara, że wszyscy po śmierci stają się kami (boskimi duchami), a panteon bóstw jest całkiem spory. Podobnie jak liczba świątyń im poświęconych.


Nieodłącznym elementem tych świątyń są torii – bramy o charakterystycznym kształcie symbolizujące przejście od fizycznego świata ziemskiego do świata kami, świata boskiego. A ponieważ kami może mieszkać wszędzie – i na brzegu morza, i na szczycie góry, i w przydomowym ogródku – torii stawiane są wszędzie.


I oto stoję przed sintoistycznym chramem poświęconemu bóstwu Inari, jednemu z najpopularniejszych bóstw Japonii, bóstwu płodności, rolnictwa, ryżu, lisów, przemysłu i w ogóle wszelkiego powodzenia. Tutaj sferę profanum od sfery sacrum oddziela nie jedna, ale kilkanaście torii tworzących swego rodzaju tunel prowadzący do wnętrza świątyni.

Jednym z najstarszych chramów w tej okolicy jest Yushima Tenman-gū Shrine, świątynia poświęcona Tenjin, bogowi nauki, poezji i kaligrafii, którego archetypem był Michizane Sugawara, erudyta z IX wieku. Pierwsza budowla została w tym miejscu wybudowana w 458 roku i poświęcona była innemu bóstwu, bóstwu siły fizycznej i sportu, a dopiero w XIV wieku rozszerzono wyznawany w świątyni kult również na bóstwo Tenjin. W XV wieku przebudowano świątynne zabudowania. Dzisiaj w świątyni sporo wiernych, większość bardzo młodych (chociaż nauka nie jest przecież zarezerwowana tylko dla młodych wiekiem!), wielu z nich wiesza, na specjalnie przygotowanym w tym celu stojaku, tabliczki w prośbami.


Mijam Park Ueno i wkraczam do dzielnicy Yanaka. W okresie Edo było tutaj miasto świątyń. Buddyjskich, bo ta religia (a ściślej mówiąc, buddyzm w odmianie zen) została przyjęta przez siogunów dynastii Tokugawa. Pozostało około osiemdziesięciu świątyń. Idąc wąskimi uliczkami, myślę o tym, jak często rzeczywistość, jaką zastajemy, bardzo różni się od tego, co sobie wyobrażaliśmy. Czytając wcześniej o tym miejscu, widziałam je jako dużą, otwartą przestrzeń „usianą” świątyniami. Tymczasem świątynie, poza kilkoma większymi, są „powciskane” pomiędzy zabudowania. Lub raczej odwrotnie – z biegiem lat zostały, wraz z otaczającymi je małymi cmentarzami, dokładnie obudowane większymi lub mniejszymi domami. Trafiam też na największy z cmentarzy, stanowiący zresztą również część buddyjskiej świątyni, cmentarz Yanaka, założony w 1874 roku. Znany nie tylko jako miejsce wiecznego spoczynku zwykłych ludzi, ale i wielu możnych tego świata oraz… jako miejsce hanami, jako że drzew wiśniowych tutaj obfitość.

Klucząc wąskimi uliczkami, tak wąskimi, że nie starcza miejsca na chodniki, chłonę atmosferę mijanych i odwiedzanych świątyń i samego, bądź co bądź egzotycznego dla mnie miejsca. Zdobywam pierwsze doświadczenia. Okazuje się, że muszę się przyzwyczaić do chodzenia „na azymut” – nawet jeżeli na planie jest nazwa ulicy w języku angielskim, tabliczki z nawami ulic (poza paroma większymi ulicami i dużymi skrzyżowaniami) są tylko w języku japońskim.


Wracając do hotelu, mijam przereklamowaną jak na mój gust ulicę Ameyoko. Nazwa jest skrótem od Ameya Yokochō, co oznacza Uliczka Sklepów z Cukierkami – bo rzeczywiście takich sklepików było tutaj po wojnie wiele. Tyle że była to tylko „przykrywka” spekulacyjnego handlu towarami amerykańskimi. Teraz można tutaj kupić, już legalnie, wszystko i jak wszystkie „zakupowe” osobliwości uliczka nie wzbudza mojego zachwytu ani nawet zainteresowania. Z jednym wyjątkiem. Z ciekawością zaglądam do salonów, nad drzwiami których widnieje jaskrawy napis pachinko i z których wylewają się charakterystyczne odgłosy. Pachinko to rodzaj gry automatowej, w szponach której znalazło się wielu Japończyków ze wszystkich warstw społecznych. Przed ustawionymi w rzędach automatami siedzą urzędnicy i gospodynie domowe, naukowcy i robotnicy, ludzie w sile wieku i zgrzybiali staruszkowie. To już nie rozrywka, ale raczej poważny problem społeczny.


Na wschód od hotelu, w którym się zatrzymałam, rozciąga się dzielnica Asakusa, serce Shitamachi – Dolnego Miasta obejmującego północno-wschodnią część Tokio. Shita znaczy „dół/spód”, machi oznacza „miasto”. Określenie „Dolne Miasto” nie odnosiło się jednak w tym przypadku do ukształtowania terenu, ale do faktu zamieszkiwania tutaj, już od XVII wieku niższych warstw społecznych, plebsu. W 1945 roku bomby zapalające zniszczyły Dolne Miasto. Po raz kolejny, po wcześniejszych, kilkakrotnych pożarach i trzęsieniach ziemi. I po raz kolejny zostało przez jego mieszkańców odbudowane.

Najznamienitszym zabytkiem dzielnicy jest najstarsza świątynia Tokio, Sensōji Temple. Legenda mówi, że jej początki sięgają roku 628, kiedy to dwaj rybacy, bracia, w trakcie połowu wyłowili z rzeki posąg bogini Kannon, protektorki ludzi potrzebujących szczególnej pomocy – chorych, ubogich, kobiet w ciąży. Naczelnik wioski, rozpoznając świętość postaci, polecił braciom przekształcić ich dom w świątynię, gdzie mieszkańcy wioski mogliby oddawać cześć bogini. Pierwszą prawdziwą świątynię wzniesiono w 645 roku. Kilkakrotnie przebudowywana, ostateczną postać przybrała w XVII wieku, ale nie ostała się bombom II wojny światowej. W 1958 roku została odbudowana jako symbol pokoju i odrodzenia narodu.



Na teren świątyni wchodzi się przez Kaminarimon Gate (Bramę Pioruna) z olbrzymim lampionem wiszącym w przejściu. Groźne spojrzenia bóstw usytuowane po bokach bramy lustrują tłumy przekraczających bramę. Teraz tylko trzeba pokonać dwieście pięćdziesiąt metrów handlowej uliczki Nakamise, której pierwsze stragany ustawiono tutaj już w XVII wieku. Nie, żadnych pamiątek, nawet jeżeli miałyby być kupowane w tak „zacnym” miejscu. To dopiero mój trzeci dzień w Japonii.



Na dziedzińcu, przed wejściem do świątyni kadzielnica w kształcie kotła otoczona wiernymi (i nie tylko, turystami też) zapalającymi kadzidełka i zagarniającymi rękami snujący się z nich dym. Trudno się dziwić, skoro ma on uzdrawiające właściwości!


Jest ciepło, ale wilgotno. Zaczyna padać. Przysiadam na schodach świątyni, żeby przeczekać mżawkę. Nie ja jedna. Siedzący obok mnie chłopak zaczyna rozmowę, okazuje się, że pochodzi z Paryża, a zatrzymał się w tym samym hotelu co ja. Wymieniamy doświadczenia, porównujemy trasy.

Przestaje padać. Poświęcam trochę czasu na sprawy organizacyjne. Na pobliskim dworcu kupuję pakiet turystyczny do Nikkō, w innym biurze bilet na autobus, który zawiezie mnie na górę Fudżi. Teraz mogę oddać się dalszemu poznawaniu miasta.

Kieruję się ku rzece Sumido, żeby spojrzeć na jedne z najsławniejszych budynków Tokio, budynki browaru Asahi wzniesione już na drugim brzegu rzeki. Ten wyższy ma przypominać kufel z piwem, a właściwie z pianą nad kuflem, ten niższy zwieńczony jest ogromniastym obiektem o złotym kolorze, noszącym nazwęPłomień Złota. Tak nazwał go autor, francuski architekt Philippe Starck, dla którego 360-tonowa konstrukcja miała być „płonącym sercem browaru”, jego znakiem handlowym. Tokijczycy nazywają go „złotą kupą”. Ja mam jeszcze inne skojarzenia – jakoś zupełnie bezwiednie przychodzi mi na myśl wyścig o „przetrwanie”, początkowe sceny filmu I kto to mówi


Uwagę moją przyciąga jakieś wydarzenie odbywające się w częściowo podziemnym budynku na nadbrzeżnej promenadzie. Wygląda mi to na tutejsze targi medycyny naturalnej. Stoiska z miodem i innymi ekologicznymi produktami, rozłożony na dużym stole latawiec zdobiony przez odwiedzających, przy stolikach grupy Japończyków oddają się ręcznemu szlifowaniu pałeczek do ryżu. Nic tu po mnie, miodu kupować nie będę, pałeczek szlifować nie mam ochoty, a w procesie zdobienia latawca akurat zrobiono sobie przerwę. Idę „w Asakusa”.

Wypogodziło się, idę ulicami poza szlakami utartymi przez turystów. Między wieżowcami tu i ówdzie świątynie, niektóre całkiem, całkiem stare, jak np. Torigoe Shrine z VII wieku. Zdumiewa mnie plątanina przewodów elektrycznych w bocznych uliczkach. Rowerzystów chyba więcej niż pieszych, chociaż i tak mniej niż w godzinach późno popołudniowych – kiedy kończy się dzień pracy. Jeżdżą chodnikami (o ile te w ogóle są – bo większość ulic chodników nie ma, a tylko linie zaznaczające hipotetyczny chodnik), w dzikim pędzie przejeżdżają przez jezdnie, nie schodząc z roweru. Tabliczki na trawnikach zalecają rowerzystom zmniejszenie prędkości – przez wzgląd na przechodniów!

 

Z witryn barów i restauracji kuszą rozmaite dania. Plastikowe. To wygodne, nie zmieniają wyglądu tak szybko jak dania naturalne. Swoją funkcję – zachęcenia do konsumpcji – chyba spełniają, skoro są tak powszechne.



Docieram do kościoła katolickiego Asakusa (Asakusa Catholic Church) pw. św. Pawła. Początki katolickiego kultu w Tokio sięgają końca XVI wieku. Pięćdziesiąt lat później, niż na południe Japonii przybył jezuita Franciszek Ksawery, pracę misyjną w Edo rozpoczął hiszpański franciszkanin, Geronimo de Jesus Castro. W 1599 roku wybudowano pierwszą kaplicę pw. Matki Boskiej Różańcowej, zburzoną kilkanaście lat później, kiedy wyznawanie religii katolickiej zostało zakazane. Nie wiadomo, gdzie dokładnie znajdowała się ta kaplica.

Zmienne były losy ewangelizacji w Edo, istnieją jednak dokumenty poświadczające, że w rejonie dzisiejszej dzielnicy Asakusa często dokonywane były egzekucje na katolikach. W pobliżu jednego z takich miejsc w 1877 roku kupiono dom, w którym rozpoczęła działalność szkoła języka francuskiego, a jedną z sal szkoły przeznaczono na kaplicę pw. św. Pawła. Nie wiem, kiedy wybudowano kościół pod tym samym wezwaniem, przed którym stoję, i gdzie jest budynek, w którym była ta pierwsza kaplica, ale scena narodzenia namalowana na jednym z obrazów, na którym i Dzieciątko, i Rodzice, i pastuszkowie mają japońskie rysy twarzy, robi na mnie spore wrażenie.


A skoro zaczęłam już poznawać historię katolicyzmu w Japonii, jadę jeszcze do katedry pw. Najświętszej Marii Panny. Mam spore obawy, jak tam trafię. Jest już ciemno, z planu wynika, że to kawałek od stacji metra. Czy w ogóle trafię? Na szczęście pierwsza napotkana Japonka zna angielski (co wcale nie jest takie oczywiste – ale do tego jeszcze wrócę) i pokazuje drogę. Trafiam bez trudu.

Pierwszy kościół w tym miejscu, drewniany, spłonął w czasie wojny. W 1955 roku Kenzō Tange, chyba najsławniejszy współczesny architekt japoński, zaprojektował obecną świątynię, która została oddana do użytku w 1964 roku. Szkoda, że ze względu na panujące już ciemności nie mogę w pełni zobaczyć i ocenić unikatowej formy i wrażenia, jakie robi zewnętrzna bryła pokryta nierdzewną stalą. We wnętrzu mam odczucie, że świątynia nie jest jeszcze wykończona. Ale to tylko moje wrażenie…

Wracam do hotelu. Metrem. Trzykrotnie się przesiadam, podziemne przejścia między stacjami to odcinki nawet kilkusetmetrowe. Drugie, podziemne miasto…

Podobnie jak wiele milionowych metropolii świata, Tokio nie ma jakiegoś jednego „centrum”. Swoje centrum ma każda dzielnica. Jadę do dzielnicy Shinjuku, tym razem koleją, bo takie połączenie jest wygodniejsze niż połączenie metrem. Obserwuję tubylców. Większość siedzących, a i stojących (a raczej wiszących – uczepionych wiszących uchwytów) drzemie. Kilka Japonek pieczołowicie pracuje nad makijażem. Dziwny widok! Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w Polsce widziała dziewczynę malującą się w publicznym środku lokomocji. Nie wiem jeszcze, że będzie to powszechny obrazek w ciągu najbliższych tygodni.

Powszechnym widokiem będzie też widok ludzi bardzo starannie wycierających twarz, a często i szyję z potu (chociaż nie jest tak ciepło – może Japończycy mają tendencję do pocenia się w niższych temperaturach?). Właśnie jeden pan z wielkim namaszczeniem ociera pot z czoła, szyi, potem z równym „nabożeństwem” składa… no, chusteczką do nosa to „to coś” nie jest. Raczej frotowym ręczniczkiem… No właśnie, nie może tego robić chusteczką do nosa, bo używanie tejże publicznie, szczególnie do celu, któremu służy, jest w Japonii w bardzo złym guście. Wycieranie nosa to dla Japończyka czynność bardzo intymna, której publicznie się nie wykonuje. Dobrze, że nie mam kataru…


Shinjuku oznacza „nowy zajazd” i nazwa ta nawiązuje do zajazdów i oberż, które powstawały na tym terenie w XVII wieku, kiedy usytuowano tutaj pierwszy po wyjeździe z Edo zajazd pocztowy. Kolejny etap rozwoju nastąpił po wybudowaniu w 1885 roku stacji kolejowej. Trzęsienie ziemi, które zniszczyło Tokio w 1923 roku, okazało się łaskawe dla tej właśnie dzielnicy. Tutaj zniszczeń było najmniej, zatem w naturalny sposób Shinjuku stało się główną dzielnicą miasta – „pełnym energii sercem tokijskiej metropolii”, cytując kolejny slogan z folderu. Nic zatem dziwnego, że tutaj właśnie znajduje się siedziba tokijskich władz miejskich – Tokyo Metropolitan Government.

Dojeżdżam do stacji docelowej i cudem nie gubię się w podziemnym gąszczu peronów, przejść, a przede wszystkim galerii handlowych, które zdominowały pierwotną funkcję tego obiektu – dworca kolejowego, a właściwie kompleksu dworców, z którego korzysta 3,5 miliona pasażerów dziennie. Udaje mi się wyjść na stronę zachodnią – i to już sukces. Podobno wielu Japończyków ma problemy ze znalezieniem drogi w tym podziemnym labiryncie. Teraz trochę z wykorzystaniem planu, trochę kierując się widocznymi już wieżami Tokyo Metropolitan Government, docieram na miejsce.


Powodem, dla którego większość przybywających do stolicy Japonii odwiedza tokijski magistrat, jest doskonale funkcjonująca informacja turystyczna na pierwszym piętrze oraz bezpłatne platformy widokowe na każdej z wież budynku. Obłowiwszy się zatem w mapy i foldery w informacji, wjeżdżam na czterdzieste piąte piętro, czyli na wysokość 202 metrów, aby z tej perspektywy popatrzeć na Tokio. Zaliczam obydwie platformy widokowe – i tę w wieży północnej, i tę w wieży południowej. A co tam… skoro już tutaj jestem i skoro wstęp jest bezpłatny…

Widoki rzeczywiście niesamowite, końca nie widać – końca tokijskiej aglomeracji. Fudżi też nie, bo niebo nieco zamglone i nie ma zbyt dobrej widoczności. Ale doskonale widać pozostałe wieżowce dzielnicy noszące zresztą swoją nazwę: Nishi Shinjuku Skyscrapers.


W lesie wieżowców intryguje ten o obłych kształtach. I rzeczywiście, jedynym warunkiem postawionym w konkursie na zaprojektowanie budynku, w którym miały znaleźć siedzibę trzy instytucje edukacyjne (szkoły: medyczna, mody oraz technologii i projektowania specjalistycznego), było to, żeby nie miał kształtu prostokąta. Tak powstał Mode Gakuen Cocoon Tower, lub po prostu Cocoon Tower. Powstał budynek, którego zewnętrzna elewacja z aluminium i ciemnego szkła pokryta diagonalnie ułożoną białą siatką uzasadnia nazwę: Kokon. Architektura budynku, nawiązanie do kokonu, ma też znaczenie symboliczne. Skorupa budynku to kokon, w którym kolejne pokolenia przeistaczają się w piękne motyle w zawodach, których arkana poznają w tym miejscu.

Autorem projektu jest Kenzō Tange, zmarły przed kilku laty japoński architekt, łączący w swoich projektach tradycyjne style architektury japońskiej z modernizmem. Pierwszy zaprojektowany przez niego budynek, jaki widziałam, to katedra Najświętszej Marii Panny, którą odwiedziłam wczoraj. Kenzō Tange jest również autorem projektu budynku Tokyo Metropolitan Government, z wieży którego oglądam biznesową dzielnicę Shinjuku, a wzniesione według jego koncepcji budowle można oglądać na wszystkich kontynentach. W 1987 roku został uhonorowany nagrodą Pritzkera, architektonicznego Nobla (tę samą nagrodę w 2003 roku otrzymał Jørn Utzon, autor projektu opery w Sydney).

Minęło południe, a trzeba byłoby coś jeszcze w Shinjuku zobaczyć. Wracam w kierunku wschodnim, okrążając cały kompleks stacji kolejowej i patrząc z poziomu ulicy na niezliczone tory i rozjazdy ginące w czeluściach tuneli. Przechodząc Shinjuku Southern Terrace, 350-metrową promenadą otoczoną kolejnymi kompleksami handlowymi, mam poważne wątpliwości, czy miejsce to rzeczywiście zasługuje na uwzględnienie przez autorów prospektu, na liście osobliwości dzielnicy.

O wątpliwościach zapominam, wkraczając do Shinjuku Gyoen National Garden. Co więcej, bez najmniejszych wątpliwości rekomenduję ogród wszystkim, których los zaprowadzi do Tokio.

Narodowy Ogród Shinjuku Gyoen to rzeczywiście miejsce niezwykłe. Pierwotnie, w okresie Edo, własność rodziny Naito, potem rodzaj ogrodu botanicznego, w którym prowadzono badania nad nowoczesnymi uprawami. W 1906 roku przekształcony w Ogród Cesarski (Imperial Garden), zbombardowany w 1945 roku, w 1949 oddany do użytku mieszkańcom Tokio.


Podziwiam wypielęgnowane trawniki tradycyjnego ogrodu japońskiego, starannie przystrzyżone krzewy i drzewa, mostki spinające brzegi stawów, w których pływają kolorowe karpie i odbijające się w wodach tych stawów pawilony. I górujące nad tym wszystkim wieżowce Shinjuku. A jakby komuś było jeszcze mało ogrodu w stylu japońskim, może pobłądzić w dzikim ogrodzie angielskim lub przejść się do ogrodu francuskiego, chociaż róże, co prawda jeszcze kwitnące, czas świetności mają już za sobą (w końcu to październik!). W całym ogrodzie widać piknikujących tokijczyków, chociaż to nie niedziela ani święto. Nie widzę co prawda malarzy, ale podobno to ulubione miejsce malarskich plenerów, a fragment ogrodu w cieniu wieżowców to jeden z najczęściej malowanych motywów przez tokijskich artystów.

Zbliża się godzina zamknięcia ogrodu, zbliża się zmierzch, zapalają się neony, czas myśleć o powrocie do hotelu. Nie zdążę już do dzielnicy rozrywki Kabukicho, pełnej restauracji, barów, kin, teatrów. I lokali pachinko, i seks-salonów. Idąc do dworca, zaledwie zahaczam o Kabukicho. Właśnie skończył się dzień pracy, na ulicę wylegają tłumy Japończyków, i Japonek zresztą też, w mniej lub bardziej eleganckich ubraniach. Teraz mają czas, aby w gronie kolegów z pracy skorzystać z tego, co oferuje dzielnica.


Wstępuję jeszcze do domu towarowego, panią na stoisku informacji pytam o dział (supermarket?) spożywczy. Pani nie mówi po angielsku, ale nie pozwala mi odejść, dzwoni gdzieś, po czym oddaje mi słuchawkę telefonu. Okazuje się, że zadzwoniła do koleżanki znającej angielski, abym mogła uzyskać odpowiedź na moje pytanie. To się nazywa troska o klienta!

Dział spożywczy znajduje się w części podziemnej, ale, podobnie jak cały ten dom towarowy, ma charakter raczej ekskluzywny. To może skorzystam z niego… następnym razem.

Wracam do mojej dzielnicy i mojego przyhotelowego minisupermarketu…


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?