Zakochana SocjopatkaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Poznań 2020

Redaktor prowadząca

Agata Sikorska

Redakcja

Agnieszka Grzegorzewska

Projekt okładki

Marcin Dolata

Skład

Maciej Torz

Copyright © by Marika Adamczyk 2020

Printed in Poland

Wydanie I

ISBN 978-83-66664-00-5

Przygotowanie, druk i dystrybucja

Wydawnictwo Sorus

ul. Bóżnicza 15/6

61-751 Poznań

tel. (61) 653 01 43

sorus@sorus.pl księgarnia internetowa www.sorus.pl

DM Sorus Sp. z o.o.

Przedmowa

Główną ideą, która przyświecała powstaniu tej książki była (i nadal jest) tajemnica odnalezienia samego siebie. Czasami można odnieść wrażenie, że utożsamiam się z główną bohaterką, lecz należy mieć na uwadze, że powieść ta jest jedynie fikcją literacką i nie ma odpowiednika w rzeczywistości. Oczywiście każde słowo ma subiektywny posmak, możesz odbierać je na swój sposób i wysnuwać własne wnioski, będzie mi bardzo miło. W każdym razie zapraszam Cię do czytania i życzę przyjemnej lektury.

Autorka

Jeśli kiedykolwiek miałeś zaszczyt doświadczyć prawdziwej miłości,

to bardzo Ci współczuję

– w przyszłości będziesz musiał

za nią zapłacić prawdziwym cierpieniem.

Rozdział I

Finis ab origine pendet1

Ze spokojnego lekkiego snu wybudza mnie jakiś hałas. Słyszę dźwięk przekręcającego się w drzwiach klucza. Ktoś wchodzi do mojego mieszkania i tym razem na pewno nie jest to dozorca. Patrzę na zegarek – jest parę minut po trzeciej. Drzwi się otwierają, do mieszkania wpada odrobina światła. To pewnie przez to niegasnące światło na klatce. Niezwykle irytujące, gdy człowiek próbuje zasnąć o wczesnej porze. Słyszę, jak ktoś wchodzi do środka, zamykając za sobą ostrożnie drzwi. Wciąż na wpół śpiąca, zaczynam odczuwać jednocześnie strach i ekscytację. Ktoś właśnie próbuje mnie okraść. Zastygam bez ruchu, owijając się kołdrą po szyję. Jest mi zimno, lecz jest to zimno płynące z wnętrza mojego ciała. Zaczynam trząść się ze strachu. Będę udawać, że śpię – myślę, ale natychmiast czuję się jak tchórz. Wciąż nie wiedząc, co robić, po prostu nasłuchuję. Słyszę powolne kroki zmierzające w stronę mojej sypialni. Leżąc w całkowitej ciemności zastanawiam się, dlaczego w pierwszej kolejności złodziej wybiera akurat sypialnię. A może tu wcale nie chodzi o kradzież? Ponieważ nigdy nie domykam drzwi sypialni do końca, tajemniczej osobie wystarczy tylko lekkie pchnięcie, żeby dostać się do środka.

Kompletna cisza. Przepełniona strachem próbuję, nie unosząc głowy, dojrzeć złodzieja. Dostrzegam wysokiego, postawnego mężczyznę, lecz nic poza tym. Głęboka ciemność nie pozwala mi zobaczyć więcej. W tym momencie niespodziewanie zaczynam odczuwać ogromną ekscytację. Strach powoli zamienia się w podniecenie.

Co się ze mną dzieje? – myślę, a mężczyzna staje przy moim łóżku.

Pewnie pomyśli, że śpię – przechodzi mi przez myśl, dlatego wciąż pozostaję bez ruchu. Wyczuwam na sobie ten obcy wzrok. Zdaje się przeszywać mnie bez skrupułów. Czuję to, choć wciąż nie widzę jego oczu. Sama nie wiem, dlaczego mam właśnie takie wrażenie.

– Wiem, że nie śpisz – odzywa się nagle.

O Boże. Ten głos. Doskonale go poznaję. Ale to przecież niemożliwe…

Mężczyzna siada na brzegu łóżka i odchyla delikatnie kołdrę. Odkrywa moje ramiona i szyję. Wpatruję się w niego nie mówiąc ani słowa. Za oknem wieje silny wiatr. Mam wrażenie, że przybiera na sile z każdą sekundą.

– Powinnaś pomyśleć o solidniejszym zamku, strasznie łatwo się tutaj dostać – mówi.

W jego głosie słyszę ironię, ale też jakby cień troski.

– Jesteś szalony – odpowiadam.

Zastanawiam się, po co właściwie szepczę. Przecież tu nie ma nikogo poza nami.

– Po prostu się stęskniłem – mówi.

Na tak bezczelny uśmiech stać tylko jego. W co ja się wpakowałam? – myślę i natychmiast zaczynam żałować, że kiedykolwiek podałam temu człowiekowi swój adres. To jakiś psychopata.

– Nie cieszysz się z moich odwiedzin? – pyta.

Jest jeszcze bardziej ironiczny niż przedtem.

– Zachowujesz się co najmniej przerażająco – odpowiadam.

Na twarzy mojego nieproszonego gościa dostrzegam lekki smutek. Zaczyna robić mi się go szkoda. Wygląda teraz tak bezbronnie.

– To znaczy, dobrze cię widzieć, ale…

Gubię się we własnych myślach. Zaczynam zastanawiać się, czy nie jest to po prostu sen. Może za parę chwil obudzę się jak gdyby nigdy nic i zapomnę o wszystkim wraz z nadejściem poranka.

– Nie musisz nic mówić – odpowiada – I tak nie mam zamiaru długo tu zagościć. Chciałem się tylko pożegnać. Wiesz, jutro o tej porze będę już daleko stąd. Wyjeżdżamy razem z Katherine i…

Wyjeżdżają? Jak to wyjeżdżają? W jednym momencie ogarnia mnie ogromny żal i zazdrość. Przecież nie tak dawno temu zapewniał mnie, że nareszcie choć na chwilę się ustatkuje i potraktuje starszą kobietę jako punkt zaczepienia. Podnoszę się delikatnie, żeby móc spojrzeć mu głęboko w oczy.

– Dokąd? – pytam.

– To nieistotne. Daleko stąd. Prawdopodobnie już mnie więcej nie zobaczysz. Dlatego postanowiłem przyjść. Wiesz, tylko o tej porze mogę mieć pewność, że ona nie zauważy mojego zniknięcia.

Tym razem jego głos jest poważny. Uświadamiam sobie, jak bardzo bolą mnie usłyszane właśnie słowa.

– Nie możesz tak po prostu odejść – mówię. – Przecież mieliśmy plany, miałeś ją wykorzystać tutaj, w Dover. Nie było mowy o żadnej wyprowadzce. Zresztą, nie jesteście jeszcze małżeństwem. I kto, do cholery, wymyślił tę głupotę?

Zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Mój ton jest bliski krzyku.

– Uspokój się, Larisso – odpowiada.

– Jak mam się uspokoić, kiedy mówisz mi, że…

– Uspokój się – mówi. – Sprawy się pokomplikowały. Muszę teraz zbić ją trochę z tropu, pozwolić ochłonąć i nabrać pewności co do mnie. Zaczynała coś podejrzewać.

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak strasznie mi gorąco. Przybliżam się nieco do swojego rozmówcy. Czuję teraz jego zapach i odnoszę wrażenie, że jego twarz nabrała innego wyrazu.

– Śmieszy cię ta sytuacja? – pytam.

– Będziesz za mną tęsknić? – zmienia zręcznie temat.

Jego uśmiech staje się jeszcze bezczelniejszy. Przestaję cokolwiek rozumieć. On zdaje się doskonale wiedzieć, że poczułam się dotknięta jego słowami. Odnoszę wrażenie, jakby czytał mi w myślach. W jednym momencie zaczynam go nienawidzić.

– To tylko krótkie wakacje. Przecież nie zostawiłbym cię tu samej z całym tym bagnem. Spokojnie, mała.

Odczuwam ogromną ulgę. W jednym momencie dochodzi do mnie, ile ten mężczyzna dla mnie znaczy. Nie wybaczyłabym mu nigdy takiego porzucenia.

– Przysięgam, że kiedyś cię zabiję – w moim głosie brzmi wyraźna ulga. – Doskonale wiesz, że jestem do tego zdolna. Jeśli jeszcze raz będziesz w ten sposób ze mną pogrywać…

Przerywa moje groźby czułym pocałunkiem. Nie mówię już nic. Tę niespokojną wietrzną noc spędzamy we dwoje.

Rozdział II

Turpe est aliud loqui, aliud sentire2

Zalewa mnie ogromna fala frustracji. Mieszkanie wygląda jak gdyby przeszedł tędy huragan. Dookoła walają się ciuchy, podłoga aż woła o pomstę do nieba. To wszystko przez to wieczne chodzenie w butach po domu. Cały czas gdzieś się śpieszę. Powinnam wziąć się w garść i załatwić wszystkie obowiązki. Zamiast tego wyjmuję papierosa i szukam pośpiesznie zapalniczki. Nie ma. Znów gdzieś zginęła. To jest właśnie jeden z tych momentów w ciągu dnia, których nienawidzę najbardziej. Usiłuję przypomnieć sobie, gdzie widziałam ją po raz ostatni. Czuję jedynie pustkę. Irytuję się na myśl, że kolejny raz będę musiała użyć kuchenki. Myślę, że coś nie pozwala mi palić. Może to opiekuńcze duchy moich wspaniałomyślnych przodków, a może po prostu powinnam zwracać większą uwagę na to, gdzie odstawiam rzeczy. Cóż, w duchy nie wierzę, więc to raczej to drugie. Z wymuszonym spokojem podchodzę do kuchenki. Nagle przypominam sobie jednak, gdzie mogłam zostawić zapalniczkę. Niemal wbiegam do sypialni i podnoszę delikatnie białą firanę, aby odsłonić świeczkę, którą co noc zapalam, by nie zasypiać w ciemności. Ostatnimi czasy trochę się jej boję. Ku mojej radości zguba leży dokładnie w tym samym miejscu, o którym przed dwoma sekundami pomyślałam. Uśmiecham się nieśpiesznie z ulgą. W sypialni panuje straszny zaduch, dlatego decyduję się otworzyć okno. Powiew mroźnego, zimowego powietrza sprawia, że postanawiam zapalić papierosa na dworze.

Ubrana w lekki, szary płaszcz wychodzę z mieszkania. Kieruję się w stronę parku, lecz nie mam pewności, czy to właśnie tam chcę iść. Wieczór jest naprawdę chłodny. Uliczne lampy oświetlają drogę, chociaż jestem pewna, że dzisiejszej nocy wystarczyłyby jedynie gwiazdy. Odnoszę dziwne wrażenie, że w powietrzu czuć dobro. Zupełnie nie mam pojęcia, dlaczego akurat to przychodzi mi na myśl. Jednak to niecodzienne przeświadczenie odrobinę mnie uspokaja. Zapalam upragnionego papierosa i przyspieszam kroku. Idę dłuższą chwilę w skupieniu, zapomniawszy o Bożym świecie i oddycham głęboko. Nareszcie jestem choć trochę spokojniejsza. To był stresujący dzień. Palę dalej. Pozwalam jeszcze przez jakiś czas trwać tej chwili, nie myśląc o niczym. W momencie gdy rzucam niedopałek na ziemię, dostrzegam, że ktoś za mną idzie. Cholera – myślę. Odzyskany przed chwilą spokój odchodzi w zapomnienie. Obracam się, lecz poza mną nie widzę tu nikogo. Znów świrujesz.

Naglę słyszę dzwonek telefonu. Na jego dźwięk omal nie dostaję zawału. Patrzę na ekran. Roger. Wcześniejsza irytacja powraca.

 

– Co słychać, Skarbie? – mówię.

Mój głos jest w tym momencie słodszy od miodu połączonego z cukrem.

– Stęskniłem się za tobą… Co robisz?

– Spaceruję – odpowiadam niemal automatycznie.

– Znów palisz? – pyta.

W jego głosie czuć wyrzut.

– Jakie znów…

– Kotku… Doskonale wiesz, że tego nie pochwalam. Jesteś taka piękna, papierosy będą tylko odejmowały ci urody z każdą paczką. Zresztą, pomyśl o swoich płucach.

Znów prawi mi morały, jakby był moim ojcem. Słodki Jezu.

– Mhm. Dlaczego dzwonisz? – pytam.

– Już mówiłem. Stęskniłem się.

– Jak miło – odpowiadam.

Staram się brzmieć tak naturalnie, jak to tylko możliwe.

– Może wpadnę do ciebie na moment? Robisz coś ważnego?

O Boże. Tylko nie to.

– Teraz? – pytam.

– No tak. Teraz.

– Właściwie to… Z przyjemnością bym cię zaprosiła, wiesz o tym… Tylko wiesz, jest środek tygodnia, jutro muszę wcześnie rano być na nogach… Mam straszliwy bałagan. Poza tym, nie czuje się najlepiej. Chyba coś mnie bierze. Nie chciałabym cię zarazić. Sam rozumiesz…

– Biedactwo. Powinnaś bardziej o siebie dbać. Weź ciepłą kąpiel i połóż się do łóżka.

Jego głos jest przepełniony troską. Zaczyna robić mi się go żal. W jednej chwili zaczynam odczuwać wyrzuty sumienia. Chyba będę musiała zagłuszyć ten żal alkoholem.

– Tak zrobię, Skarbie. Dziękuję.

– No nic, w takim razie zobaczymy się innym razem.

Jego głos jest nieco przygaszony.

– Z pewnością. Już tęsknię – mówię.

– Miłego wieczoru.

– I tobie również.

Rozłączam się w pośpiechu. Zastanawiam się, ile jeszcze będę zmuszona to kontynuować. Odpalam kolejnego papierosa. Zaczyna robić mi się zimniej i znów mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Oczami wyobraźni powracam do wczorajszej nocy. Uczucie bycia obserwowaną jest coraz silniejsze. Chyba powinnam wracać. Odwracam się z zamiarem powrotu do domu i zamieram. Kilka metrów dalej, pomiędzy drzewami, coś się rusza. Serce zaczyna mi szybciej bić. Momentalnie robi mi się cieplej, lecz wcale mnie to nie cieszy. Stoję tak krótką chwilę i obserwuję. Ciemność. Co się do cholery ze mną dzieje. Wariujesz, Larisso, wariujesz. Zmuszam się do zrobienia kolejnego kroku, cały czas bacznie obserwując miejsce, w którym widziałam cień. Wbiegam do mieszkania i zamykam za sobą drzwi na klucz. Wariatka. Przynajmniej spławiłaś tego frajera. Czas na czerwone wino.

*

Dwie godziny i trzy lampki wina później leżę na kanapie otoczona wciąż niesprzątniętymi ciuchami. Przyglądam się swoim paznokciom i myślę o wczorajszej nocy spędzonej z Donem. Ten facet mnie zadziwia. Nadal nie mogę zrozumieć, skąd miał klucze do mojego mieszkania. Bandyta. Ciekawe co też robi w tym momencie. Postanawiam do niego zadzwonić. Wyciągam rękę po telefon i w jednej chwili dociera do mnie, że jestem pijana. Zaczynam się głośno śmiać, sama nie wiem dlaczego. Przecież on wypoczywa teraz w najlepsze na swoich, jak to sam ujął krótkich wakacjach. Razem z Katherine. Czterdziestopięcioletnią, bogatą właścicielką słynnych brytyjskich hoteli. Nienawidzę kobiety. Nienawidzę, bo spędza teraz czas na jakiejś pełnej słońca, pięknej wyspie razem z mężczyzną, który miał należeć do mnie. O ile można tak w ogóle powiedzieć. Przecież sama wymyśliłam ten plan, a teraz mam pretensje, że Don go realizuje. Cóż, nie przypuszczałam, że tak bardzo się w to zaangażuje. Znów zaczynam się śmiać. Jesteśmy siebie warci. Muszę mu o tym powiedzieć. Wybieram numer.

– Larissa? Zwariowałaś, nie dzwoń do mnie o tej porze…

– Chciałam ci tylko powiedzieć…

Kolejny raz zanoszę się śmiechem.

– Co? Mów wyraźniej.

– Jesteśmy siebie warci, Don. Obydwoje.

– Piłaś? – pyta.

– Obydwoje. Jesteśmy siebie warci. Naprawdę.

Kończę połączenie. Przez krótki moment trwam w bezruchu, myśląc o tym, co powiedziałam.

– Wariatka – mówię głośno sama do siebie. Wybucham ostatni raz gromkim śmiechem.

*

Leniwie otwieram oczy. Kieruję swój wzrok na okno i dociera do mnie, że jest już poranek. Na zewnątrz jest naprawdę jasno i słonecznie, dzień zapowiada się obiecująco. Usiłuję przypomnieć sobie, jaki mamy dzień tygodnia i co mnie dzisiaj czeka. Sobota. Czyli powinnam być w pracy. A jeszcze mnie w niej nie ma.

– Cholera.

Nikt nie odpowiada, w końcu mieszkam zupełnie sama. Spoglądam na zegarek – jest dwadzieścia po ósmej. Podnoszę się ostrożnie z kanapy, nie mogąc uwierzyć, że zasnęłam w tym miejscu wczorajszego wieczora. Rozglądam się dookoła. Mój salon ewidentnie odzwierciedla to, co mam aktualnie w głowie. Zbieram ciuchy z kanapy, zdejmując przy okazji to, co mam na sobie. Teraz dopiero dochodzę do wniosku, że panuje tutaj straszliwy chłód, a zarazem okropnie śmierdzi.

– Zbyt mało świeżego powietrza, zbyt dużo alkoholu – mówię do siebie.

Ostatnimi czasy coraz częściej zdarza mi się rozmawiać ze sobą. Powoli już do tego przywykam. Pozbawiona ubrania wkładam brudne rzeczy do pralki. Krótką chwilę włóczę się po mieszkaniu bez celu, by za moment otworzyć okno i podkręcić ogrzewanie. Moje nagie ciało odbija się w intensywnie czarnych meblach. Przez moment obserwuję swoje odbicie dochodząc do wniosku, że przydałby mi się prysznic. Czuję od siebie jedynie wino i papierosy. To chyba nie jest najbardziej pożądany zapach, jeśli zamierzam dzisiaj mieć jakikolwiek kontakt z innymi ludźmi. Wchodzę do łazienki, która pomimo niewielkiego rozmiaru wygląda całkiem urokliwie. Na myśl o prysznicu uśmiecham się szeroko. Naprawdę dawno nie miałam aż tak ogromnej ochoty na zrobienie czegokolwiek, jak wejście pod prysznic w tym momencie. Odkręcam wodę, kontrolując dłonią ciepło strumienia. Gdy temperatura jest odpowiednia, wchodzę do kabiny i pozwalam wodzie swobodnie spływać po moim ciele. Ta krótka chwila wydaje się być wiecznością. Dopiero teraz czuję, że znów wstępuje we mnie życie. Powracam do normalności oddając się ciepłu strumienia. Myję dokładnie moje długie, karmelowe włosy. Następnie szoruję dokładnie całe ciało i wychodzę, owijając się ręcznikiem. O niebo lepiej. Kierując się w stronę salonu uzmysławiam sobie, że dawno temu powinnam być już w salonie fryzjerskim kilka minut drogi pieszo stąd i farbować włosy starszej, sympatycznej pani Elizabeth. Padam bezwładnie na kanapę, wykonując telefon.

– No halo, halo, gdzie ty tam jesteś moja panno?

Dziewczyna po drugiej stronie słuchawki ma melodyjny, przyjemny dla ucha głos.

– Słuchaj Lydie, wiem że bardzo mnie teraz potrzebujesz, strasznie ciężko mi o tym mówić, ale nie dam rady być dzisiaj w salonie – mówię.

– No chyba sobie ze mnie żartujesz!

– Naprawdę chciałabym przyjść, ale…

– Żadne ale, panienko. Do salonu i to raz dwa. Nie obchodzi mnie, co jest twoją wymówką, ja tego nie kupuję. I doskonale o tym wiesz. Widzę cię tutaj za kilka minut.

Jej głos jest zdecydowany, ale zarazem uprzejmy.

– O Boże, kobieto…

– No już, już. Do zobaczenia.

Dziewczyna odkłada słuchawkę. Biję się z myślami. Po chwili decyduję się zapalić papierosa. No cóż, jak mus to mus.

*

Otwieram ciężkie, brunatne drzwi salonu „Beauté française”3. Całkiem skromna babka z tej właścicielki. Moim oczom ukazuje się długonoga blondynka ubrana w czarny, dopasowany, fryzjerski fartuch. W środku pachnie lakierem do włosów. Niesamowite, że zdążyłam wprost uzależnić się od tego zapachu. Wnętrze salonu jest wyjątkowo czyste, poza blondynką nie ma w nim nikogo.

– Zapomnij Skarbeczku o tym, że zapłacę ci za tę godzinę.

Uśmiecha się do mnie szeroko. Patrzę na okrągły zegar wiszący na ścianie. Jest pół godziny po dziewiątej. Rzeczywiście, godzina spóźnienia. Uśmiecham się z udawaną skruchą. Doskonale wiem, że Lydie tak naprawdę wcale się na mnie nie gniewa. Mój wzrok przykuwa zdjęcie drobnej, może dziewięcioletniej dziewczynki. Ma duże niebieskie oczy i falujące blond włosy. Jeśli kiedykolwiek będę miała córkę, chciałabym żeby wyglądała dokładnie tak jak ona – myślę. Prześliczne dziecko.

– Przez ciebie musiałam sama pofarbować włosy pani Elizabeth.

Lydie wyrywa mnie z własnych myśli.

– Masz szczęście, że wyszło mi to naprawdę dobrze – kontynuuje.

– Jak zawsze radosna i uśmiechnięta. Jak ty to robisz? – pytam.

– Ty się tu nie podlizuj, bo i tak wiele nie ugrasz. Chodź, zrobię ci kawę. Naprawdę marnie wyglądasz. Przyznaj się, ile wczoraj wypiłaś?

– To nie alkohol był powodem, przez który do ciebie dzwoniłam. Naprawdę – mówię.

– No już dobrze. Przecież i tak zapłacę ci za tę godzinę – mówi.

Lydie mruga do mnie zalotnie. Jest całkiem atrakcyjną dziewczyną. Nie wygląda na swoje trzydzieści dwa lata, ma gładką cerę i długie blond włosy. Nienaganna figura również odejmuje jej wieku. Pochodzi z Francji, ale doskonale mówi po angielsku. To głównie zasługa małżeństwa z Irlandczykiem.

– Jesteś doprawdy kochana – odpowiadam.

Do środka wchodzi ciemnowłosa kobieta w średnim wieku. Jej doskonale brązowa karnacja sugeruje, że jest Hiszpanką lub Portugalką. Lydie podaje mi kawę. Czas zacząć pracę.

Rozdział III

Ignis, mare, mulier – tria mala4

Spryskuję moje ciało perfumami. Słodki, kwiatowy zapach, który jest dla mnie zawsze końcowym elementem szykowania się do wyjścia. Towarzyszy mi odkąd skończyłam dwadzieścia dwa lata. Dostałam je w prezencie urodzinowym od ówczesnego chłopaka – Erica. Eric zawsze wiedział, jakim drogim prezentem kupić moje serce. Doskonale poznał się na moim materializmie, którego w tamtym czasie sama jeszcze nie byłam świadoma. Ubrana w srebrną, błyszczącą sukienkę spoglądam w lustro. Przyznaję przed sobą szczerze, że całość robi wrażenie. Z rozkoszą wypisaną na twarzy zakładam czarne szpilki, które służą mi jako ulubione dopełnienie na kolację z Rogerem. Spoglądam na telefon – jest piętnaście minut po ósmej. Powinien już tu być. W tym samym momencie słyszę dzwonek do drzwi. To on.

Kilka chwil później siedzimy w eleganckiej włoskiej restauracji. Przyciemniane czerwone światło nadaje niesamowitego uroku temu miejscu. Wszystko urządzone jest w wielkim stylu – na każdym stoliku można dostrzec pozłacaną świecę, dekoracje na parapetach aż lśnią złocistym blaskiem. Roger siedzi naprzeciwko mnie, wyglądem idealnie pasując do wnętrza restauracji. Pomimo swoich pięćdziesięciu ośmiu lat wygląda całkiem młodo.

– Wiesz, te nasze sobotnie kolacje są dla mnie szczególne – mówi.

– Dlaczego? – pytam.

– To taka nasza mała, osobista tradycja. Coś, co celebrujemy zawsze tylko we dwoje. Piękny zwyczaj, nie uważasz?

– Tak, to wspaniałe – odpowiadam. – Zawsze we dwoje.

Choć wyglądam na zadowoloną, w środku nie czuję się najlepiej. Cały czas zauważam na sobie wzrok innych mężczyzn i odnoszę wrażenie, że każdy myśli o tym samym. To jej ojciec, czy robi to dla pieniędzy? Fakt, że mogę być tak postrzegana przyprawia mnie o ból brzucha. Dookoła widzę mnóstwo zakochanych par, celebrujących swoje rocznice czy urodziny. Mogłabym być teraz z kimś innym. Z kimś, do kogo bym pasowała, w kim byłabym zakochana. Kimś, kto nie jest Rogerem.

– Wiesz, moja droga Laurette, chciałbym, żeby tak było już zawsze. Żebym mógł jadać z tobą sobotnie kolacje do końca swojego życia.

Laurette — powtarzam w myślach. Delikatnie wzdrygam się w chwili, gdy to mówi. Wydaje się, że nic nie zauważył. Roger milczy przez moment. Wygląda na skupionego.

– Jesteś taka młoda. Masz przed sobą całe życie – kontynuuje. – Pamiętam, jak ja miałem dwadzieścia pięć lat. Otwierałem wtedy pierwszą firmę.

No widzisz, a ja obcinam włosy podstarzałym kobietom za śmieszne pieniądze – odpowiadam mu w myślach. Chyba jestem zwyczajnie zazdrosna.

– Myślałaś już nad tym, jak chciałabyś pokierować swoim życiem? – pyta.

– Co masz dokładnie na myśli? Poruszasz dziś poważne tematy.

– Mam na myśli to, że sam ostatnio dużo zastanawiałem się nad tym, jak ja chcę pokierować swoim.

Ja, ja i ja – irytuję się w myślach.

– I co wymyśliłeś? – pytam.

Uśmiecham się najpiękniej jak to tylko możliwe.

– Doszedłem do wniosku, że całe życie uważałem się za szczęśliwego człowieka, spełnionego zawodowo, prywatnie. I jakoś nigdy nie przychodziło mi do głowy, żeby pomyśleć o rodzinie, o czymś co może być piękniejsze niż to, co znam do tej pory. Do momentu, aż nie pojawiłaś się w moim życiu.

Rumienię się lekko. To jeden z piękniejszych komplementów, jakie kiedykolwiek słyszałam. Światło w restauracji nabiera innego koloru. Muzyka, przedtem ledwo słyszalna, teraz trafia wprost do mojego wnętrza. Roger z ogromną gracją obniża nieznacznie ton głosu.

 

– Dlatego, Laurette, mój Skarbie, chciałbym tej nocy prosić cię, byś została moją żoną.

Mówiąc to klęka na jedno kolano i wyjmuje z kieszeni marynarki ogromny, błyszczący pierścionek. Jego oczy są pełne miłości, a uśmiech najszczerszy, jaki kiedykolwiek widziałam. Daję się porwać nastrojowi, a mój puls przyspiesza.

– O Boże – szepczę.

Zauważam kilku gapiów, którzy przyglądają się tej scenie z wyraźną zazdrością. Pewnie niektórzy z nich przyprowadzają tu jedynie swoje kochanki. Nie ma miejsca na prawdziwą miłość. Tymczasem Roger, nie oderwawszy ode mnie wzroku, pyta:

– Czy uczynisz mi tę przyjemność i wyjdziesz za mnie?

Serce skacze mi do gardła. Zaczyna robić mi się gorąco. Muzyka wybrzmiewa jeszcze głośniej.

– O Boże, tak! – mówię. – Tak!

Roger uśmiecha się szeroko. Sama nie mogę zrozumieć swojej reakcji. Nie rozumiem, dlaczego cieszę się tak ogromnie, tak… Wewnętrznie. Roger zakłada mi pierścionek na palec i całuje czule. Odwzajemniam to, nie mogąc wyjść z szoku. On naprawdę to zrobił – myślę. Oświadczył mi się. Boże.

– Tak straszliwie się bałem, że odmówisz. Miałem w głowie miliony czarnych scenariuszy – wyznaje.

W jego głosie czuć wyraźną ulgę. Śmieje się nerwowo przez chwilę, po czym dodaje:

– Uczcijmy to szampanem.

– Kocham cię – odpowiadam.

Roger prosi kelnera o szampana. Spoglądam na pozłacaną świecę płonącą na stole. Jest taka piękna. Płonie ognistym blaskiem, wystarczyłaby krótka chwila, a jej płomień mógłby spalić całą tę restaurację. Oczami wyobraźni widzę, jak przewracam świecę w stronę towarzyszącego mi mężczyzny. Czerwony obrus zapala się i ogień biegnie w stronę mojego narzeczonego. Spanikowany mężczyzna w pośpiechu próbuję zejść z krzesła, ale jego marynarka już zdążyła zapłonąć. Ogień sięga reszty jego ubrań. Wpatruję się w jego oczy – są przerażone i bezradne. Zdają się prosić o pomoc. Zrób coś – słyszę gdzieś w oddali, lecz to tylko głos w mojej głowie. Tymczasem on cały czas płonie. Ludzie w restauracji zaczynają panikować. Kelner nie wie, co robić. Roger do ostatniej chwili zachowuje spokój. Jeszcze chwila i spali się na śmierć. Jego skóra jest czerwona, ogień powypalał w niej dziury, które z pewnością niesamowicie pieką. Jeszcze tylko chwila…

– Jak myślisz, kochanie?

Jego głos wyrywa mnie ze śmiertelnej wizji.

– Co myślę? – pytam.

– Który będzie lepszy?

– Emmm, nie mam bladego pojęcia. Ty wybierz. Ty masz lepszy gust.

Rozglądam się po restauracji. Każdy z gości jest czymś zajęty. Nikt nie zwraca najmniejszej uwagi na nasz stolik. Roger dokonuje życiowego wyboru z pomocą wychudzonego kelnera. Nie widzi mnie. Wykorzystuję tę chwilę i przewracam świecę w jego kierunku. Obrus zaczyna powolnie płonąć. W tym momencie kelner dostrzega przewróconą świecę i wydaje z siebie odgłos podobny do miauknięcia wystraszonego kota. Roger obraca się w kierunku stołu i momentalnie gasi płomień resztkami wody, którą ma w kieliszku.

Cholera – myślę. A było tak blisko.

– Co to miało być? – pyta Roger.

Z wyrzutem patrzy na kelnera. Chłopak, pomimo pracy w ekskluzywnej restauracji, wygląda na dziwaka. Jego ruda broda kompletnie gryzie się z eleganckim ubraniem.

– Nie mam pojęcia proszę pana, yyy, to znaczy, świetny refleks!

– Dlaczego mój stolik zaczął się palić? – pyta.

Uśmiecham się pod nosem. Zapaliłabym papierosa. Przez krótką chwilę obserwuję przebieg wydarzeń. Przerażająco chudy mężczyzna proponuje nam szampana za darmo. Jest bardziej wystraszony niż wymaga tego sytuacja, nie wie, co robić. Smutno patrzeć, jak przerasta go presja. Powinien zmienić pracę na coś spokojniejszego.

– Chodźmy na spacer – rzucam znienacka.

Kelner spogląda na mnie z wdzięcznością. Zabawne, wcale nie chciałam żeby poczuł się lżej. Naiwny głupek.

– Spacer? – pyta Roger. – Jest połowa grudnia, na zewnątrz straszliwie wieje.

– To nic – odpowiadam.

Staram się brzmieć słodko. Spoglądam na niego przekonująco.

– Chodźmy – mówię.

Kelner ostrożnie kładzie szampana na stoliku i wycofuje się dyskretnie z miejsca niedoszłej zbrodni. Widocznie czuje ulgę.

*

Noc jest chłodna i gwieździsta. W powietrzu unosi się wilgoć. Niedaleko ścieżki, którą podążamy znajduje się mały staw. Właśnie tam prowadzę teraz Rogera. Doskonale znam to miejsce. Idąc, nie przestaję patrzeć na mój zaręczynowy pierścionek. Jest prześliczny.

– Nie mogę uwierzyć, że zdołałaś zaciągnąć mnie tutaj w taką pogodę – mówi.

– Czy nie jest romantycznie?

– Zawsze dopniesz swego, księżniczko – żartuje.

Oj, żebyś ty kochany wiedział – myślę.

Zbliżamy się do stawu. Jest niewielki, ale dość głęboki. O tej porze wygląda jeszcze bardziej ekscytująco niż zazwyczaj. Podchodzę bliżej, narzeczony idzie zaraz za mną. Zatrzymuję się parę centymetrów od brzegu i spoglądam na niego. Jego przymrużone, ciemnobrązowe oczy wpatrują się we mnie z miłością. Stoimy tak krótką chwilę nie mówiąc nic. Gdybym tylko zdołała delikatnie obrócić się w prawo, na pewno zmieniłby miejsce i podszedł bliżej wody. Wykonuję ten ruch i ku mojej uciesze Roger zmierza w moim kierunku, tym samym przybliżając się do tafli wody. Teraz wystarczyłoby tylko jedno małe pchnięcie…

– Jak myślisz, jakim prawem stolik zaczął w ogóle płonąć? – pyta.

– Słucham? Płonąć? Aaa, musiała się przewrócić świeca – odpowiadam.

– To na pewno ten niedożywiony kelner ją potrącił – stwierdza. – Od początku wydawał mi się jakiś dziwny.

– Prawda? Zdecydowanie było z nim coś nie tak.

Oddycham cicho z ulgą. Obejmuję go dłońmi wokół szyi. Cały czas mówi do mnie, lecz przestaję go słuchać.

Wyobrażam sobie, że moje ręce wykonują teraz szybki, zdecydowany ruch, a mężczyzna wpada z impetem do wody. Usiłuje prosić mnie o pomoc, lecz nic z tego. Nie wyciągam do niego dłoni, przeciwnie. Po prostu patrzę ze spokojem jak tonie i resztkami sił próbuje się ratować. Nadaremnie. Teraz już nikt mu nie pomoże. Piękny widok. Płynie na dno jak zatopiony wrak samochodu. Ocknąwszy się z własnych myśli patrzę z powrotem na grafit otaczającej nas wody. Może tym razem starczy mi odwagi. Bacznie obserwuję jego twarz, próbując odgadnąć, o czym z takim przejęciem opowiada. Stoi tak blisko… Serce zaczyna mi szybciej bić. Masz niepowtarzalną okazję, Larisso – myślę. – A może, jak to mawiasz, Rogerze, Laurette. Moje dłonie przesuwają się po jego szyi, wędrują niżej w stronę klatki piersiowej. Teraz wystarczyłoby wykonać krok w jego stronę, a osunąłby się bezwładnie wprost do stawu. Tylko że w przypływie paniki mógłby mnie złapać i pociągnąć ze sobą. Smutna wizja. Od tego wszystkiego robi mi się słabo. Odsuwam się od brzegu i ukochany automatycznie robi to samo. Znów jestem tchórzem.

Rozdział IV

Scio me nihil scire5

Dzień jest chłodny, lecz słoneczny. Tego dnia jestem wyjątkowo wyspana. Dzięki wczorajszym przeżyciom spałam głęboko. Z radością wstałam do salonu fryzjerskiego i cieszyłam się, że zobaczę moją szefową.

– Chrystusie, musiał kosztować fortunę! – mówi Lydie.

Zachwyca się oglądając mój zaręczynowy pierścionek.

– Cóż, najwyraźniej jestem tego warta – odpowiadam.

– Nie mówiłaś mi, że ten twój facet to taki bogacz…

– Jaki tam znów bogacz – mówię.

– Nigdy nie widziałam piękniejszego pierścionka… Słuchaj, musisz mi przedstawić tego swojego Rogera. Nadszedł czas zaręczyn, a ja wciąż go nie poznałam!

– No tak, doszło do ciebie, że nieźle zarabia i od razu chcesz go poznać. Wcześniej cię to jakoś nie interesowało – mówię.

– Poznałaś się na mnie, mała! – śmieje się Lydie. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że wstydzisz się tego salonu? Hej, kiedy zostaniesz jego żoną to będę musiała szukać nowej fryzjerki. Tak to sobie wymyśliłaś? Za te wszystkie lata…

– Nie wygłupiaj się, przecież cię z tym wszystkim nie zostawię.

– Więc kiedy go poznam? – dopytuje.

Cóż, wolałabym żebyś go jednak nie poznawała – myślę.

– Czy to konieczne?

– A więc jednak wstydzisz się mojego salonu…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?