Niepokój przychodzi o zmierzchu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

CZĘŚĆ 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

CZĘŚĆ 2

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

CZĘŚĆ 3

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Tytuł oryginału: De avond is ongemak

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: EWELINA KOROSTYŃSKA

Korekta: MARIA ROLA, JUSTYNA TECHMAŃSKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki: © Faber, 2020

Postać na pierwszej stronie okładki na podstawie fotografii: © Emilio Blizzi/Millennium

Opracowanie okładki na podstawie oryginału, opracowanie stron tytułowych: RENATA BROŃKA

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© by Marieke Lucas Rijneveld, 2018

Originally published by Uitgeverij Atlas Contact, Amsterdam

© Copyright for the Polish translation by Jerzy Koch, 2021

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07256-1


Książka wydana przy wsparciu Holenderskiej Fundacji na rzecz Literatury (Dutch Foundation for Literature)

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Niepewność dodaje skrzydeł wyobraźni.

Maurice Gilliams

Część I

.

I napisano: „Oto nowe czynię wszystkie rzeczy!”.

Chociaż akordy są dla smutku sznurem do bielizny,

Porywy ostre niczym brzeszczot złamią wiarę

Zbiegowi z tego, co okrutnie się zaczyna.

Marznące deszcze chłoszczą kwiaty w szklisty mus,

Zadając gwałt, bezwstydnik strząsa z futra krople.

Jan Wolkers, z Verzamelde gedichten (2008)

1

Miałam dziesięć lat i przestałam ściągać kurtkę. Tamtego ranka matka wysmarowała nas po kolei krowią maścią chroniącą przed mrozem, maść nabierała z żółtej puszki marki Bogena; na ogół stosowano ją tylko na spierzchnięcia, zrogowacenia i kalafiorowate guzki na strzykach mlecznych krów. Pokrywka puszki była tak zatłuszczona, że można ją było odkręcić tylko przez ścierkę do naczyń – pachniała duszoną potrawką z wymion, które pocięte w grube plastry, oprószone solą i pieprzem, stały nieraz na kuchni w garnku z rosołem i brzydziłam się nimi tak samo jak śmierdzącą maścią na mojej skórze. Matka mimo to jeździła nam po twarzach swoimi grubymi palcami, jakby to były sery, które obmacywała i opukiwała, żeby sprawdzić, czy skórka już dojrzewa. Nasze blade policzki lśniły w blasku kuchennej żarówki obsranej przez muchy. Od lat powinien być tam klosz, taki ładny, w kwiaty, ale kiedy znaleźliśmy podobny w wiejskim sklepie, matka chciała dalej szukać. Szukała tak już od trzech lat. Tamtego ranka, dwa dni przed Bożym Narodzeniem, czułam jej tłuste kciuki w oczodołach i zlękłam się, że naciśnie zbyt mocno, a moje oczy niczym kulki do gry wtoczą się do środka. A wtedy powie: „To właśnie przez to, że zawsze błądzisz gdzieś myślami i nigdy nie potrafisz się skupić, jak przystało na dobrego chrześcijanina, który w każdej chwili spogląda ku Bogu tak, jakby niebo miało się rozstąpić”. Ale tutaj niebo rozstępowało się tylko przed śnieżną zamiecią, więc nie było na co się głupkowato gapić.

Pośrodku stołu nakrytego do śniadania stał wiklinowy koszyczek na pieczywo wyłożony papierowymi serwetkami w bożonarodzeniowe aniołki. Aniołki trzymały trąbki lub gałązki jemioły tak, by zakryć swoje siusiaki; nawet kiedy patrzyłam na serwetkę pod światło, nie byłam w stanie zobaczyć, jak taki siusiak wygląda, obstawiałam, że przypomina zwinięty plasterek mortadeli. Na serwetki matka starannie wyłożyła chleb pszenny, razowy z makiem i struclę z rodzynkami. Chrupiący grzbiet strucli dokładnie obsypała z sitka cukrem pudrem – był jak pierwszy delikatny śnieg, który dziś rano opadł na grzbiety krów holenderek, zanim zgoniliśmy je z pastwiska. Klips z woreczka na chleb leżał jak zawsze na puszce z sucharkami, inaczej gdzieś się zapodziewał, a matkę przygnębiał widok supła na woreczku.

– Najpierw na słono, potem na słodko – powiedziała jak zawsze matka.

To było regułą. Wtedy staniemy się duzi i silni, tak duzi jak olbrzym Goliat i tak silni jak Samson z Biblii. Poza tym musieliśmy regularnie wypijać dużą szklankę świeżego mleka, które na ogół już od kilku godzin stało poza cysterną, więc było letnie i czasem jeszcze pokrywała je żółtawa warstewka śmietanki; przyklejała się do podniebienia, jeśli piło się zbyt wolno. Najlepiej było zamknąć oczy i wychylić całą szklankę jednym haustem, co matka nazywała brakiem szacunku, chociaż w Biblii nie było napisane, czy należy pić mleko pospiesznie, czy wolno, ani też czy ma być czuć je krową, czy nie. Wzięłam białą kromkę z koszyczka i położyłam na talerzu, obróciwszy ją tak, że kształtem przypominała dwa blade pośladki przedszkolaka, szczególnie kiedy się ją do połowy posmarowało kremem czekoladowym, co zawsze śmieszyło mnie i moich braci i wtedy mówiliśmy:

– I co, znów będziesz smacznie wylizywać gówno z tyłka.

Tylko że najpierw musiałam się posilić, zanim wolno mi było sięgnąć po krem czekoladowy.

– Kiedy za długo trzymasz złote rybki w ciemnym pokoju, to robią się białe – szeptałam Matthiesowi, układając sześć plasterków metki na kromce, aby precyzyjnie przykryć ją od brzegu do brzegu.

Masz sześć krów i dwie z nich zostały zjedzone. Ile ci zostało? Cokolwiek jadłam, w głowie rozlegał się głos nauczyciela. Nie miałam pojęcia, dlaczego te durne rachunki zawsze łączyły się z jedzeniem: jabłek, tortów, kawałków pizzy i ciastek, tak czy owak nauczyciel porzucił już nadzieję, że kiedykolwiek nauczę się rachować i że mój zeszyt będzie śnieżnobiały, bez żadnego podkreślenia na czerwono. Minął cały rok, zanim nauczyłam się odczytywać godziny – ojciec przesiadywał ze mną przy kuchennym stole i ćwiczyliśmy na szkolnym zegarze, którym od czasu do czasu z rozpaczy rzucał o ziemię, aż w końcu mechanizm wypadał i całe to cholerstwo się rozdzwaniało, a mimo to wskazówki nadal przeobrażały się raz po raz w dżdżownice, podobne do tych, które widłami wydobywaliśmy z ziemi za oborą, idąc na ryby. Wiły się na wszystkie strony, kiedy się je przytrzymało kciukiem i palcem wskazującym, i dopiero gdy się je pacnęło kilka razy, uspokajały się na chwilę i leżały w dłoni zupełnie jak te czerwone, truskawkowe sznurki ze sklepu ze słodyczami van Luika.

 

– Nie wolno szeptać w towarzystwie – odezwała się moja siostrzyczka Hanna.

Siedziała po przeciwnej stronie stołu, obok Obbego, i kiedy coś jej się nie podobało, poruszała ustami z lewej do prawej.

– Niektóre słowa są jeszcze za duże na twoje małe uszka, nie zmieszczą się tam – powiedziałam z pełną buzią.

Obbe, znudzony, mieszał palcem w szklance mleka, wyłowił kożuch, podniósł go i wytarł o obrus. Kożuch lepił się niczym białawy gil. Widok był paskudny, a ja miałam pewność, że jutro obrus będzie leżał odwrotnie i zaschnięty kożuch wypadnie po mojej stronie. Nie pozwolę wtedy postawić sobie talerza na obrusie. Wszyscy wiedzieliśmy, że serwetki leżą tu tylko dla ozdoby, nie dla naszych brudnych paluchów i ust, i że matka po śniadaniu wygładzi je i schowa na powrót do szuflady. Zresztą szkoda by było, tak sądziłam, żeby aniołki zostały zgniecione w mojej pięści jak komar, ich skrzydełka połamane, a białe anielskie włosy umazane truskawkowym dżemem.

– Właśnie dlatego, że jestem taki blady, muszę wyjść na dwór – wyszeptał Matthies.

I śmiejąc się, precyzyjnie, by nie tknąć czekolady, wbił nóż w białą porcję w słoiczku z dwukolorowym kremem Duo Penotti. Tylko w czasie ferii dostawaliśmy Duo Penotti. Całymi dniami na to czekaliśmy i teraz, kiedy nadeszła świąteczna przerwa, stało się – najpiękniejszy moment był wtedy, kiedy matka zrywała ochronną papierową przykrywkę ze słoiczka, usuwała resztki kleju z brzegów i pokazywała nam brązowe i białe plamy, jakby to był niepowtarzalny wzór nowo narodzonego cielaka. Ten, kto w tym tygodniu otrzymał najlepsze oceny, mógł pierwszy sięgnąć do słoiczka; ja zawsze lądowałam na końcu kolejki.

Wierciłam się na krześle wte i wewte, palcami nie sięgając jeszcze podłogi. Najchętniej bym zatrzymała wszystkich w środku, porozkładała po całym domu jak plasterki mortadeli. Wczoraj, na koniec tygodnia, nauczyciel czwartej klasy, podsumowując temat o biegunie południowym, powiedział, że niektóre pingwiny idą łowić ryby i już nie wracają. I chociaż nie mieszkaliśmy na biegunie południowym, tutaj także zrobiło się zimno. Tak zimno, że jezioro zamarzło, a poidła dla krów skuł lód.

Każde z nas miało przed swoim nakryciem błękitny woreczek, taki na mrożonki. Podniosłam jeden i spojrzałam pytająco na matkę.

– Założycie je na skarpety, zatrzymają ciepło, no i nie przemoczycie nóg – powiedziała z uśmiechem, a na jej policzkach pojawiły się dołeczki, podobne do tych na sos w ziemniaczano-warzywnym purée.

Właśnie przygotowywała śniadanie dla ojca, który pomagał cielącej się krowie; smarowała kromkę, przeciągała nóż między palcem wskazującym a kciukiem i masło zostawało na opuszkach jej palców, a wtedy zdrapywała je krawędzią. Tymczasem ojciec siedział zapewne przy krowie na ryczce dojarza, żeby zebrać młodziwo, a nad jego zgarbionymi plecami unosiły się obłoczki pary. Oddech i dym z papierosa. Spostrzegłam, że przy jego talerzu nie było woreczka na mrożonki, prawdopodobnie miał za duże stopy, szczególnie lewą, zniekształconą po wypadku na kombajnie, kiedy miał ze dwadzieścia lat. Na stole obok nakrycia matki leżał świderek, używała go do sprawdzania smaku serów, które robiła co rano. Zanim któryś nacięła, przebijała świderkiem warstewkę plastiku na samym środku, obracała nim dwa razy i powoli wyciągała. I tak samo uważnie i pobożnie jak spożywała biały chleb podczas Wieczerzy Pańskiej, nadgryzała teraz ser z kminkiem, niespiesznie, spoglądając przed siebie. Obbe zażartował kiedyś, że ciało Jezusa też jest z sera i dlatego możemy jeść z nim tylko dwie kromki dziennie, inaczej za szybko by się skończył.

Po tym, jak matka wyrecytowała modlitwę i Bogu złożyła dzięki „za ubóstwo i szczodrość; bo gdy wielu spożywa chleb boleści, On nas hojnie żywić nie przestaje, błogosławiąc, co nam daje”, Matthies odsunął swoje krzesło do tyłu, zawiesił panczeny na szyi, a do kieszeni kurtki wsunął kartki bożonarodzeniowe, które matka kazała mu wrzucić do skrzynek na listy u paru znajomych. Matthies chodził już wcześniej nad jezioro, teraz z kilkoma przyjaciółmi miał wziąć udział w wyścigu łyżwiarskim. Trasa prowadziła polderami jakieś trzydzieści kilometrów, a zwycięzca miał otrzymać bułkę z potrawką z krowich wymion i musztardą oraz złoty medal z wybitą datą „2000”. Najchętniej założyłabym mu na głowę jeszcze woreczek na mrożonki, żeby się za szybko nie wyziębił, a klips do zamknięcia zacisnęła wokół jego szyi. Przez moment potarmosił moje włosy, które zaraz pospiesznie przygładziłam i strąciłam kilka okruszków z piżamy. Przedziałek Matthiesa zawsze był pośrodku, a nażelowane kędziory nad czołem przypominały dwa zawijasy z masła, jakie matka robiła na półmisku na Boże Narodzenie; masło z maselniczki nie wydawało się jej dość odświętne, to było coś na zwykły dzień. A narodziny Jezusa nie były zwykłym dniem. Nawet jeśli zdarzały się każdego roku wciąż na nowo, tak samo jak każdego roku Jezus na nowo umierał za nasze grzechy, co wydawało mi się dziwne i o czym często myślałam: ten biedny człowiek przecież już dawno umarł, na pewno o tym zapomnieli. Lepiej nikomu o tym nie mówić, bo nie będzie czekoladowych krążków z posypką i nikt już nie opowie bożonarodzeniowych historii o trzech królach i gwieździe ze Wschodu.

Matthies poszedł do przedpokoju i przed lustrem zaczął poprawiać swoje loki. Pewnie i tak zrobią się na mrozie twarde jak kamień i opadną mu płasko na czoło.

– Mogę pójść z tobą? – zapytałam.

Niedawno ojciec zniósł ze strychu moje fryzyjskie panczeny i przywiązał brązowe rzemyki do butów. Już od kilku dni chodziłam w łyżwach po całym domu, z rękoma na plecach i w ochraniaczach na płozach. Wolałam nie zostawiać zbyt wielu kresek na wykładzinie, żeby matka nie musiała potem płaską końcówką odkurzacza likwidować tych śladów, oznak mojego pragnienia startu w wyścigu. Łydki mi stwardniały. Naćwiczyłam się już wystarczająco, aby wejść na lód bez podpórki ze składanego krzesła.

– Nie, nie da rady – odparł. A potem dodał cicho, tak żebym tylko ja słyszała: – Bo idziemy na tamtą stronę.

– Też chcę na tamtą stronę – wyszeptałam.

– Jak podrośniesz, to cię zabiorę.

Wsadził na głowę wełnianą czapkę i uśmiechnął się, a ja zobaczyłam jego aparat korekcyjny i zygzak z niebieskich gumek.

– Przed zmrokiem będę z powrotem – zawołał do matki.

W drzwiach jeszcze się obrócił i pomachał do mnie – później ta scena będzie wciąż powracać w mojej głowie, aż w końcu jego ramię przestanie się podnosić, a ja zacznę wątpić, czy w ogóle się pożegnaliśmy.

2

Z kanałów telewizyjnych mieliśmy tylko Nederland 1, 2 i 3. Tam, według ojca, nie pokazywano golizny; słowo „golizna” wypowiadał tak, jakby właśnie wpadła mu do ust muszka owocówka, i zapluwał się przy tym. Słysząc to słowo, myślałam przede wszystkim o ziemniakach, które matka każdego wieczora obierała i z pluskiem wrzucała do garnka, o tych pluśnięciach właśnie. Wyobrażałam sobie, że jeśli za długo się myśli o gołych ludziach, to z czasem wyrastają z ciebie tak jak z eigenheimerów pędy, które wtedy trzeba końcem noża wydłubać z miękkiego miąższu. Te zielone poroża rzucaliśmy kurom, przepadały za nimi. Leżałam na brzuchu przed dębową szafką, w której ukryty był telewizor. Sprzączka z moich łyżew poleciała pod nią, kiedy rozzłoszczona kopnęłam je w kąt pokoju. Byłam za mała, żeby pójść na tamtą stronę jeziora, i za duża, żeby jeździć na łyżwach za oborą, po rowie z zamarzniętą gnojówką. Zresztą nie można tego było nazwać jazdą na łyżwach, to było raczej coś jak chybotanie się – tak jak robiły to gęsi, kiedy zlatywały się tam w poszukiwaniu czegoś do jedzenia – a z każdej rysy na lodzie wydobywał się smród gnojowicy i płozy zabarwiały się na brązowo. Musiało to wyglądać kretyńsko – obie z siostrą stałyśmy na tym rowie jak para głupich gąsek, nasze opatulone tułowie miotały się od jednej skarpy porosłej trawą do drugiej, zamiast szusować po wielkim jeziorze, dokąd poszła jeździć cała wieś.

– Nie możemy pójść popatrzeć na Matthiesa – powiedział ojciec – jedno z cieląt ma biegunkę.

– Przecież obiecaliście! – zawołałam.

Założyłam już nawet na stopy woreczki.

– Sytuacja jest wyjątkowa – odparł ojciec i naciągnął czarny beret aż na brwi.

Pokiwałam głową. Na wyjątki nie było mocnych, zresztą nikt nie dorównałby krowom, zawsze były faworyzowane, nawet wtedy, kiedy nie zwracały na siebie uwagi, a ich nażarte, grube, ociężałe cielska po prostu leżały w boksach. Wtedy też zaliczały się do wyjątków. Marudząc, założyłam ręce na piersi. Na nic całe to ćwiczenie na fryzyjskich panczenach, i cóż, że moje łydki były twardsze od łydek porcelanowego Jezusa, który stał w przedpokoju i był tak duży jak ojciec. Woreczki na mrożonki umyślnie wrzuciłam do wiadra na śmieci, głęboko, pod fusy z kawy i skórki z chleba, aby matka nie mogła ich znowu użyć, jak serwetek.

Pod szafką było pełno kurzu. Znalazłam spinkę do włosów, wyschniętą rodzynkę i klocek Lego. Matka zamykała drzwiczki szafki, kiedy w odwiedziny przychodziła rodzina albo zjawiali się starsi zboru z wizytą duszpasterską; nie mogli zobaczyć, że wieczorami dawaliśmy się sprowadzać z Bożej ścieżki – w poniedziałki matka miała zwyczaj oglądania teleturnieju Lingo, wtedy każde z nas musiało siedzieć jak mysz pod miotłą, aby znad deski do prasowania mogła zgadywać słowa; przy każdej dobrej odpowiedzi słyszeliśmy syk żelazka, para się unosiła. Na ogół były to słowa, które nie występowały w Biblii, ale matka mimo wszystko je znała i nazywała rumianymi, bo od niektórych człowiek się rumienił. Pewnego razu, akurat gdy ekran był czarny, usłyszałam od Obbego, że telewizor to oko Boga i że matka zamyka drzwiczki, kiedy nie chce, by nas oglądał. Pewnie wstydziła się za nas, bo czasem, nawet jak nie leciało Lingo, wykrzykiwaliśmy rumiane słowa, a matka – tak jakby to były tłuste plamy na naszych szkolnych mundurkach – starała się je usunąć, przyciskając do naszych policzków kostkę szarego mydła.

Po omacku szukałam sprzączki. Leżąc tak, zobaczyłam, że w kuchni zielone gumiaki ojca, których używał w oborze, zbliżają się do lodówki. Po bokach poprzylepiała się słoma, krowie gówno. Pewnie znów przyszedł wziąć z szuflady na warzywa pęczek marchewki; odcinał nać nożem do racic, który zawsze nosił w kieszeni na piersiach roboczego kombinezonu. Całe dnie krążył między lodówką a szopą z klatkami królików. Zabrał nawet kremówkę – została po siódmych urodzinach Hanny, i patrzyłam na nią łakomie za każdym razem, kiedy otwierałam lodówkę. Nie mogłam się powstrzymać, po kryjomu ułamałam paznokciem rożek różowej lukrowej polewy i wsadziłam do ust, zrobiłam też tunel w kremie, który w lodówce zgęstniał i utkwił na moim palcu jak żółtawa czapeczka. Ojciec tego nie zauważył.

– Kiedy coś sobie ubzdura, klinem mu tego z głowy nie wybijesz – mawiała babcia z klerykalnej gałęzi rodziny.

Podejrzewałam więc, że królika, którego dostałam od sąsiadki Lien, ojciec tuczy na bożonarodzeniowy obiad; dwie noce dzieliły nas od tego, by zasiąść do stołu w salonie. Do tej pory ojciec nigdy nie zajmował się królikami. Traktował całą tę „małą trzodę” raczej w kategoriach czegoś na talerz, a uwagę poświęcał wyłącznie zwierzętom, które swoją obecnością przysłaniały mu całe pole widzenia; mój królik nie przysłaniał go nawet w połowie. Ojciec powiedział kiedyś, że kręgi karku to najbardziej krucha część ciała – w głowie słyszałam ich trzask, podobny do trzasku wermiszelu, gdy matka łamała go nad garnkiem – do tego na belce na strychu całkiem niedawno zawisł sznur z pętlą.

– To na huśtawkę – oznajmił ojciec, choć nadal żadna huśtawka tam się nie pojawiła.

Nie rozumiałam, dlaczego sznur wisi na strychu, a nie zwyczajnie w szopie wśród śrubokrętów i nakrętek. A może, kombinowałam, ojciec chciał, żebyśmy na to patrzyli, może stanie się to, kiedy zgrzeszymy. Przemknął mi przed oczami obraz mojego królika ze skręconym karkiem, wiszącego bezwładnie na strychowym sznurze za łóżkiem Matthiesa, aby ojcu było go łatwiej oskórować. Zapewne będzie tak jak z parówką, z której matka co rano ściągała skórkę nożykiem do ziemniaków. Z tą różnicą, że Dieuwertje wsadzą do żeliwnego gara, w którym na małym ogniu będzie się dusić w śmietankowym maśle, aż cały dom zacznie pachnieć duszonym królikiem i rodzina Mulderów już z oddali poczuje, że trzeba swój apetyt chować na potem, gdy świąteczny obiad zostanie podany. O ile dotychczas musiałam oszczędnie karmić Dieuwertje, teraz mogłam dawać mu całą szufelkę karmy, oprócz naci marchwi, którą i tak już dostawał. Chociaż był samczykiem, nazwałam go imieniem spikerki z kręconymi włosami, tej z programu dla dzieci „Wiadomości Świętego Mikołaja”, ponieważ wydawała mi się taka piękna. Najchętniej umieściłabym ją na samym szczycie listy moich priorytetów, ale jeszcze trochę z tym czekałam, bo i tak nie widziałam jej w gazetce reklamowej sklepu z zabawkami Intertoys.

 

Tego, że w przypadku mojego królika chodziło o coś więcej niż szczodrość, byłam pewna. Dlatego zaproponowałam inne zwierzęta, kiedy przed śniadaniem razem z ojcem poszłam zagonić krowy z pastwiska do obory na zimę. W ręku miałam kij do ich poganiania. Najlepiej było szturchnąć je z boku, wtedy szły dalej.

– W mojej klasie dzieci jedzą kaczkę, bażanta albo indyka; od tyłka wypychają je ziemniakami, czosnkiem, porami, cebulą i burakami, aż się wybrzuszą.

Ojciec spojrzał na mnie z boku. Pokiwał głową. Na wsi różnie kiwano głową. To jedyne, czym można było się odróżnić. Zdążyłam już poznać wszystkie kiwnięcia. To było kiwnięcie, którego ojciec używał także wobec handlarzy bydła, kiedy zaproponowana cena była za niska, ale nie miał wyboru, bo biednemu zwierzęciu coś dolegało, więc i tak nie znalazłoby amatora.

– Tutaj aż roi się od bażantów, szczególnie w wiklinie – rzuciłam, patrząc na zarośnięty teren po lewej stronie od zagrody.

Widywałam je tam czasami, siedziały na drzewie lub na ziemi. Na mój widok kryły się w rozpadlinach i siedziały jak trusie, dopóki się nie oddaliłam. Ojciec znów skinął głową, uderzył kijem o ziemię i żeby pogonić krowy, zawołał:

– Noooo, poszła!

Po tej rozmowie zajrzałam do zamrażarki: wśród paczek mielonego, pół na pół wieprzowo-wołowego, oraz jarzynowych mieszanek na zupę nie było kaczki, bażanta ani indyka.

Gumowce ojca zniknęły z widoku. W kuchni na podłodze zostało tylko kilka słomek. Wsunęłam sprzączkę do kieszeni spodni i w samych skarpetkach poszłam po schodach do swojego pokoju, którego okno wychodziło na podwórze, kucnęłam na skraju łóżka i myślałam o dłoni ojca na mojej głowie; kiedy zagoniliśmy krowy do obory, wróciliśmy na pastwisko i sprawdzaliśmy kretołapki. Jeśli nic się nie złapało, ojciec trzymał ręce sztywno w kieszeniach spodni, wtedy nie można było prosić o nagrodę, ale kiedy się coś złapało, zardzewiałym śrubokrętem wydłubywaliśmy zakrwawione ciałka przytrzaśnięte zaciskami z obu stron; robiłam to pochylona, aby ojciec nie zauważył, że na widok drobnego życia, które niczego nie podejrzewając, wpadło w potrzask, po policzkach spływają mi łzy. Wyobrażałam sobie, jak ojciec dłonią skręca królikowi kark, jakby obracał nakrętkę butelki z azotem zabezpieczoną przed dziećmi: jest na to tylko jeden sposób. I wyobrażałam sobie, jak matka kładzie pozbawionego życia Dieuwertje na tym srebrnym półmisku, na który w niedzielę po kościele wykłada huzarską sałatkę jarzynową. Podaje go na pierzynce z roszpunki i ozdabia ogórkiem, cząstkami pomidorów i tartą marchewką z odrobiną tymianku. Spojrzałam na swoje dłonie, na ich kapryśne linie. Były jeszcze za małe, nadawały się tylko do tego, by je objąć. Teraz mieściły się jeszcze w dłoniach ojca i matki, ale ich dłonie nie mieściły się w moich, to nas odróżniało: oni mogli swoje położyć na karku królika, na serze, który właśnie został obrócony w solance. Ich dłonie szukały. A skoro nie można objąć z miłością człowieka lub zwierzęcia, to lepiej dać sobie spokój i zająć się innymi rzeczami.

Przyciskałam czoło coraz mocniej do krawędzi łóżka, czułam, jak zimne drewno wbija się w moją skórę, i zamknęłam oczy. Czasem dziwiło mnie, że przed modlitwą trzeba gasić światło. A może to jest tak jak ze świecącą w ciemnościach kołdrą: musi być dość ciemno, żeby planety i gwiazdy świeciły i chroniły przed nocą, więc może Bóg działa podobnie? Splecione dłonie położyłam na kolanach. Byłam zła na Matthiesa i pomyślałam, że teraz pewnie pije ciepłe mleko czekoladowe przy jednym ze straganów zainstalowanych na lodzie, że za chwilę z wypiekami na twarzy ruszy dalej, że jutro będzie odwilż: spikerka z kręconymi włosami ostrzegała przed ślizgawicą na dachach oraz mgłą, w której pomagające Świętemu Mikołajowi Piotrusie mogłyby zabłądzić, może także Matthies, chociaż to akurat byłaby jego wina. Przez moment zobaczyłam przed oczami moje łyżwy, nasmarowane i schowane w pudełku – znów miały powędrować na strych. Pomyślałam, że tyle jest rzeczy, na które jeszcze jestem za mała, i że nikt ci nie powie, kiedy będzie się wystarczająco dużym ani ile to musi być centymetrów na futrynie, i poprosiłam Boga, czy nie mógłby wziąć mojego brata Matthiesa zamiast mojego królika. Amen.