W Sanktuarium SkrzydełTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Marie Brennan

W Sanktuarium Skrzydeł


Tytuł oryginału

Tytuł oryginału Within the Sanctuary of Wings (A Memoir by Lady Trent) ISBN 978-83-8202-355-8 Copyright © 2017 by Bryn Neuenschwander All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S­‍‑ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Ilustracje w tekście i na okładce Todd Lockwood Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redakcja Magdalena Wójcik Skład i łamanie Studio Graficzne Pixelnoiz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.



WSTĘP

Spisywanie ostatniego tomu pamiętników to bardzo szczególne doświadczenie. Ta książka nie dokumentuje końca mojego życia, jako że jeszcze nie umarłam; w istocie nadal cieszę się dobrym zdrowiem i mam nadzieję przeżyć jeszcze wiele lat. Nie dokumentuje nawet końca mojej kariery; od czasu wydarzeń tu opisanych dokonałam wielu rzeczy i z niektórych jestem dość dumna.

Podejrzewam jednak, że każdy sequelae byłby nieuniknionym rozczarowaniem dla czytelnika. Przez ostatnie dekady moje życie jest raczej spokojne w porównaniu z wcześniejszym okresem. Wstrząsające przygody zdarzają się rzadko, plotki o moim życiu osobistym od dawna są przestarzałe, i chociaż szczycę się tym, czego się dowiedziałam o zwyczajach trawiennych tak zwanego „smoka meteora” z północnego Otholé, nie spodziewam się, żeby ktokolwiek oprócz zapalonego smoczego przyrodnika uznał to za interesujące. (A tacy zapaleńcy mogą oczywiście przeczytać moje naukowe publikacje, żeby zaspokoić żądzę wiedzy). Ta książka nie stanowi zakończenia mojej historii, tylko jest zakończeniem pewnej historii: opowieści o tym, jak moje zainteresowanie smokami doprowadziło do serii odkryć, które rozsławiły moje nazwisko na cały świat.

Wam, moi czytelnicy, którzy znacie już zakończenie tej opowieści, przedstawiona w tych pamiętnikach wersja mojej osoby z pewnością wydaje się okropnie tępa i niedomyślna. Traktujcie mnie jak krewną waszych przodków, którzy wierzyli, że Słońce kręci się wokół Ziemi. Mogłam wyciągać wnioski tylko na podstawie dostępnego materiału dowodowego, a ten materiał był przez wiele lat niekompletny. Dopiero kiedy znalazłam ostatnie fragmenty, mogłam zobaczyć całość; a zdobycie tych ostatnich fragmentów wymagało sporo wysiłku (nie wspominając o narażaniu życia i zdrowia). Podjęłam tutaj próbę odtworzenia świata takiego, jakim go wówczas postrzegałam, nie pozwalając, żeby obecna wiedza zanadto zmąciła obraz. Za nieuniknione potknięcia i przeoczenia z góry przepraszam.

Ale nie uprzedzajmy wypadków. Zanim dotrzemy do kresu mojej podróży, jest więcej do opowiedzenia: postępy nauki w tamtych czasach; rozmaite konflikty, które później nazwano „wojną powietrzną”; i fatalne spotkanie, które zaprowadziło mnie na zawrotne wysokości Gór Mrtyahaima. Mam nadzieję, że moje słowa przekażą wam choć cząstkę czystego zadziwienia i zachwytu, jakich doznawałam — i może też odrobinę strachu. Ostatecznie trzeba zobaczyć obie strony medalu, żeby poznać jego wartość.

Izabela, lady Trent

Casselthwaite, Linshire

10 ventisa 5662

CZĘŚĆ PIERWSZA

W której pamiętnikarka zdobywa najbardziej nieoczekiwanego sprzymierzeńca

Rozdział pierwszy

Żywot damy — Wykład w Caffrey Hall — Uczennica mojego męża — Stan naszej wiedzy — Teoria Suhaila — Zagraniczny gość

Arystokraci, czego nie muszę wam mówić, nie zawsze postępują jak należy. Po moim awansie do ich grona mogłam stać się rozrzutna, roztrwonić majątek na gry hazardowe lub w inny, mniej czy bardziej szacowny sposób. Mogłam rzucić się w wir życia towarzyskiego, spędzać dni na wizytach w salonach innych dam, plotkując o modzie i skandalach. Mogłam, gdybym była mężczyzną, zająć się polityką i wkręcić się do świty jakiegoś bardziej wpływowego osobnika.

Jak sądzę, większość moich stałych czytelników bynajmniej się nie zdziwi, że odrzuciłam wszystkie te możliwości. Nigdy nie miałam skłonności do hazardu (przynajmniej jeśli chodzi o moje pieniądze); modę i skandale uważam za straszliwą nudę; i zawsze starałam się jak najmniej angażować w politykę.

Oczywiście to nie znaczy, że całkowicie odcięłam się od tych spraw. Należałoby raczej powiedzieć, że oszukiwałam sama siebie: z pewnością, rozumowałam, dążenie do określonych celów nie ma nic wspólnego z polityką. To prawda, że użyczyłam mojego nazwiska i poparcia Lucy Devere, która od lat niezmordowanie walczyła o prawa wyborcze dla kobiet, i nie mogę udawać, że kierowały mną motywy inne niż polityczne. Moje nazwisko nabrało już wtedy określonego wydźwięku i moje poparcie przyniosło znaczące korzyści. Ostatecznie czyż nie byłam słynną lady Trent, kobietą, która wygrała Bitwę o Keongę? Czyż nie pomaszerowałam na Przylądek Miriam z własną armią, kiedy Ikwunde najechali Bayembe? Czyż nie odkryłam tajemnic drakoniańskiego pisma, nierozszyfrowanego od czasów upadku imperium?

Oczywiście we wszystkich tych przypadkach odpowiedź brzmi: nie. Spopularyzowana historia mojego życia zawsze w dużym stopniu przyćmiewała rzeczywistość. Jednak świadoma blasku mojej sławy, nie wahałam się go wykorzystywać zawsze i wszędzie.

Głównie jednak wykorzystywałam go do celów naukowych. Na przykład pomogłam założyć Akademię Trent dla Dziewcząt w Falchester, gdzie kształcono uczennice nie tylko w zwykłych kobiecych przedmiotach, jak muzyka i literatura, ale również w matematyce i naukach ścisłych. Kiedy Uniwersytet Merritford zaczął przyznawać pierwsze stopnie naukowe w dziedzinie studiów drakonicznych, miałam przyjemność ufundować Katedrę Trent na tym kierunku. Udzielałam pieniężnego i społecznego poparcia Międzynarodowemu Bractwu Badań Drakonicznych, wyrosłemu z prac, które sir Thomas Wilker i ja zapoczątkowaliśmy w Dar al­‍-Tannaneen w Qurrat. Mniej formalnie wspierałam rozwój Latającego Uniwersytetu, dopóki nie objął całej Scirlandii siecią przyjaźni i bibliotek­‍-wypożyczalni, docierając do mnóstwa ludzi, którzy inaczej nie mieliby dostępu do takich edukacyjnych możliwości.

Takie rzeczy się sumują po trochu i dopiero kiedy jest za późno, spostrzegasz, że pochłonęły całe twoje życie.

W dniu, kiedy wybrałam się na pewien wykład w Caffrey Hall, byłam spóźniona, co stało się permanentnym zjawiskiem w moim życiu. W istocie nie przegapiłam całkiem wykładu tylko dlatego, że nabyłam zegar wyróżniający się fenomenalną brzydotą, którego jedyną zaletą — większość nazwałaby to wadą — było przeraźliwie głośne wybijanie godziny. Tylko ta siła zdolna była zbudzić mnie z transu pisania listów, ponieważ nasz kamerdyner ostatnio zaciągnął się do wojska, nasza gospodyni odeszła, żeby opiekować się starą matką, a z ich zastępcami nie nawiązałam jeszcze wystarczająco dobrych stosunków, żeby na nich polegać, że siłą oderwą mnie od moich studiów.

Dopilnowali jednak, żeby powóz na mnie czekał, kiedy zbiegłam ze schodów. Wkrótce jechałam już do Caffrey Hall, przepełniona wdzięcznością, bo gorzko bym żałowała, gdybym straciła ten wykład. Z perspektywy czasu okazało się, że straciłabym znacznie więcej.

Na ulicy zebrał się taki tłum, że kazałam stangretowi skręcić za róg, gdzie wysiadłam, po czym weszłam do budynku bocznym wejściem. W ten sposób znalazłam się znacznie bliżej mojego pierwszego miejsca przeznaczenia, czyli pokoju sąsiadującego z salą wykładową. Przyłożyłam ucho do drzwi i usłyszałam w środku mamrotanie męskiego głosu, co mnie ostrzegło, żeby mu nie przeszkadzać pukaniem. Zamiast tego uchyliłam drzwi i po cichu wśliznęłam się do środka.

Suhail krążył po ciasnym pokoju, ściskając w jednej ręce plik kartek, a drugą miętosząc rąbek rozwiązanego fularu, jakby to była chusta na głowę. Mamrotał do siebie szybko, zniżonym głosem. Przed każdym wykładem miał zwyczaj powtarzać sobie po raz ostatni główne tezy. Jednak na mój widok zamilkł i wyjął zegarek kieszonkowy.

— Już czas?

— Jeszcze nie — odpowiedziałam, chociaż hałas docierający tu nawet przez zamknięte drzwi mógł świadczyć o czymś wręcz przeciwnym. — Ale ja się okropnie spóźniłam. Przyszedł nowy raport z Dar al­‍-Tannaneen.

Tam znajdowała się siedziba Międzynarodowego Bractwa Badań Drakonicznych, a raport dotyczył prób hodowli miodojadów w celu określenia granic zmienności rozwojowej. Tom Wilker i ja odkryliśmy tę zasadę całkiem przypadkowo podczas naszego pobytu w tym miejscu, kiedy próbowaliśmy ustalić, jak wiele zmian środowiskowych może przetrwać smocze jajo, nie obumierając i nie wydając ułomnego organizmu; dalsze badania potwierdziły, że to kwestia nie tyle ułomności, ile mutacji, która (jeżeli korzystna) adaptuje powstały organizm do jego oczekiwanego środowiska.

 

Oczywiście ta teoria nie została jeszcze powszechnie zaakceptowana. Tak jest ze wszystkimi takimi teoriami; zdumiewająco długo trwało, zanim przyjęła się koncepcja zarazków, chociaż ratowała ludzkie życie. Nie mogę przypisać mojej teorii takich zasług. Jednak powoli, jedno pokolenie miodojadów za drugim, Bractwo wypracowało fundament, którego nawet najbardziej sceptyczni krytycy nie mogli podważyć.

Suhail rozjaśnił się w uśmiechu.

— Powiedziałbym, że się zdziwiłem…

— …ale byś skłamał. Mają nowy pomysł, jak wyhodować większe miodojady. Musiałam to przeczytać i zobaczyć, czy mogę im podsunąć jakieś sugestie. Skoro o tym mowa: potrzebujesz czegoś, zanim wejdziesz między wilki?

Odwrócił się i schował swoje papiery do skórzanej teczki, żeby się nie pogniotły i nie zabrudziły od spoconej ręki.

— Tak naprawdę potrzebuję drugiego Kamienia z Katarakty, ale myślę, że zdobycie czegoś takiego przekracza nawet twoje ogromne możliwości.

Drugi taki artefakt mógł istnieć; ale mieliśmy szczęście, że trafiliśmy nawet na pierwszy, i nie mogliśmy liczyć na powtórkę. Kamień z Katarakty, na który natknęłam się w dżungli Mouleen, był tym najcenniejszym darem dla lingwistów, dwujęzycznym tekstem; górną połowę zapisano nierozszyfrowanym drakoniańskim pismem, a dolną znacznie łatwiejszym do rozszyfrowania pismem ngaru. Opierając się na założeniu, że obie połowy zawierają ten sam tekst, po raz pierwszy mogliśmy odkryć znaczenie drakoniańskiej inskrypcji.

Nie będąc lingwistką, sądziłam w swojej naiwności, że to wystarczy — że po otwarciu tych drzwi drakoniański język szybko wyjawi nam swoje sekrety. Ale oczywiście to nie było takie proste; nie mogliśmy tak naprawdę „odczytać” Kamienia z Katarakty. Wiedzieliśmy tylko, co tam jest napisane, ale to nie pomogło w odszyfrowaniu innych tekstów. Dało nam tylko punkt zaczepienia, nic więcej.

I chociaż punkt zaczepienia to dużo więcej, niż mieliśmy w przeszłości, zapewniał tylko wąskie oparcie dla stóp podczas szukania następnego stopnia. Suhail podniósł rękę, żeby przegarnąć włosy, potem zreflektował się, że zburzy sobie fryzurę, i opuścił rękę z powrotem.

— Bez bardziej wiarygodnego kontekstu dla całego sylabariusza — powiedział — wiele z tego, co dziś mam do powiedzenia, to domysły.

— Całkowicie naukowe domysły — przypomniałam mu i zbliżyłam się, żeby mu zawiązać fular.

Nie potrzebował mojej pomocy; kiedy zaczął nosić scirlandzki ubiór, poprzysiągł, że nie upodobni się do tych arystokratów, którzy nawet nie potrafią sobie zawiązać fularu. Chociaż oczywiście nie przepadał za misternymi węzłami i zakładkami, tak uwielbianymi przez dandysów z mojego kraju w tamtych czasach. Niemniej czerpałam z tego zadania prostą przyjemność, czując, jak pierś mojego męża unosi się i opada, kiedy składałam tkaninę i przypinałam na miejscu.

— Niemniej domysły — odparł, pozwalając mi działać.

— Jeśli się mylisz, dowiemy się o tym zawczasu; hipoteza się nie utrzyma. Ale nie mylisz się.

— Daj Boże.

Złożył pocałunek na moim czole i odstąpił krok do tyłu. Czy w scirlandzkim surducie, czy w achijskim kaftanie, mój mąż wywierał doskonałe wrażenie — zwłaszcza w takich chwilach, kiedy jego myśli skłaniały się ku akademickim kwestiom. Niekiedy serce damy podbije zręczność w tańcu, inne wolą poezję albo kosztowne prezenty. Nikogo nie zdziwi, że mnie zachwycił jego bystry umysł.

— Czeka na ciebie spory tłum — przypomniałam, ponieważ hałas na zewnątrz wciąż się wzmagał. — Jeśli nie masz nic przeciwko, usiądę z tyłu, żeby inni mieli lepszy widok.

Miałam już przyjemność oglądać z prywatnej loży narodziny jego idei, które teraz jedynie przedstawiał szerszej publiczności. Zważywszy na rozmiary czekającego tłumu, podejrzewałam, że sporo osób będzie musiało stać podczas wykładu, i chętnie scedowałabym moje miejsce na kogoś innego; wiedziałam jednak, że jako utytułowana dama nie mam na to szans. Mogłam jedynie liczyć, że pozbawię miejsca jakiegoś silnego młodego mężczyznę, a nie starszego dżentelmena, który potrzebuje krzesła bardziej ode mnie.

Suhail z roztargnieniem kiwnął głową. Zawsze taki był przed wykładem, więc się nie obraziłam.

— W takim razie sprawdzę, czy panna Pantel czegoś nie potrzebuje — powiedziałam i wymknęłam się z pokoju.

Na zewnątrz rozlegało się skandowanie w wyraźnie nieprzyjaznym tonie. Wzrost zainteresowania drakoniańskimi sprawami jednocześnie rozbudził segulistyczy fanatyzm, który potępiał naszą najnowszą obsesję na punkcie pogańskiej przeszłości. Wykład Suhaila mógł jeszcze bardziej zaognić ten antagonizm. Na szczęście zarządca Caffrey Hall w ramach środków ostrożności postawił przy drzwiach wynajętych ochroniarzy, którzy nie wpuszczali najgorszych podżegaczy na salę.

Niemniej w budynku było mnóstwo ludzi. Rozszyfrowanie inskrypcji na Kamieniu z Katarakty i odkrycie Serca Strażników w głębi achijskiej pustyni zapoczątkowało modę na tę antyczną cywilizację. W księgarniach pojawiło się mnóstwo tanich książek na ten temat, niezbyt rzetelnych i o wątpliwej wartości naukowej, a drakoniańskie motywy stały się popularne wszędzie, od ubiorów po wystrój wnętrz. Wcześniej w tym samym tygodniu poeta Peter Flinders przysłał mi egzemplarz swojego epickiego poematu Drakonis w nadziei, że go wylansuję.

Jednak pomimo tego całego szaleństwa lingwistyka historyczna pozostaje dziedziną dostatecznie trudną, żeby przyciągnąć tylko wybraną publiczność, raczej wyższej klasy (ośmielę się twierdzić). Nie mam na myśli wyłącznie bogactwa czy szlachetnego urodzenia; widziałam mężczyzn, których nigdy by nie wpuszczono na dostojne sale Towarzystwa Lingwistycznego. Jednak siedzieli z poważnymi minami, jakby przynajmniej trochę orientowali się w temacie i pragnęli dowiedzieć się więcej.

Jak bardzo zmieniło się scirlandzkie społeczeństwo od czasów mojego dzieciństwa, o tym świadczył fakt, że nie byłam jedyną kobietą na sali. Nawet w stonowanych popołudniowych sukniach przedstawicielki mojej płci wyróżniały się niczym plamy koloru wśród ciemnych męskich garniturów, i było tych plam więcej, niż się spodziewałam. Oczywiście kobiety zajmowały się nauką od wieków; zmiana polegała na tym, że wreszcie robiły to publicznie, zamiast czytać książki i artykuły w swoich salonach, samotnie albo w towarzystwie kilku przyjaciół o podobnych upodobaniach.

Jedna z takich dam stała na scenie, poprawiając dużą sztalugę, na której zawisną tablice ilustrujące tezy Suhaila. Spora porcja skandalu, niegdyś obciążającego mnie i Toma Wilkera, przesunęła się na Ericę Pantel i mojego męża; zbyt wielu ludzi nie mogło uwierzyć, że mężczyzna może przyjąć młodą kobietę na uczennicę, i traktować to słowo inaczej niż eufemistycznie. Nie zliczę już, ile razy ktoś sugerował w zasięgu mojego słuchu, że pewnie jestem o nią okropnie zazdrosna — zwłaszcza że sama posunęłam się w latach i dobijałam już do czterdziestki.

Niezbyt się tym przejmowałam, przynajmniej przez wzgląd na mnie, ponieważ wiedziałam, że te insynuacje są całkowicie fałszywe. Po pierwsze Suhaila nie interesowały przelotne miłostki, a po drugie panna Pantel oddała już serce młodemu marynarzowi z floty handlowej. Byli szaleńczo zakochani i zamierzali się pobrać, kiedy tylko młody człowiek wróci z rejsu. W międzyczasie panna Pantel poświęcała się swojej drugiej namiętności, którą były martwe języki. Suhail był dla niej atrakcyjny wyłącznie ze względu na jego znajomość drakoniańskiego. Studiowałyśmy odmienne dziedziny, ale uważałam ją za współtowarzyszkę podróży po ścieżkach nauki; przypominała mi trochę mnie samą w młodości.

— Wszystko w porządku? — spytałam ją.

— Na razie — odpowiedziała, rzucając znaczące spojrzenie w stronę publiczności.

Zarządca Caffrey Hall mógł zabronić wstępu co bardziej hałaśliwym rozrabiakom, ale nie miałam wątpliwości, że kilku zdołało się wśliznąć do środka. A nawet ci, którzy przyszli z powodów naukowych, mogli zapłonąć gniewem po wysłuchaniu tego, co Suhail miał do powiedzenia.

— Miałam na myśli tablice i tak dalej — wyjaśniłam.

— Wiem — odparła i obdarzyła mnie przelotnym uśmiechem. — Czy lord Trent jest gotowy?

— Prawie. Czekaj, pomogę ci z tym.

Tablice musiały być duże, żeby w ogóle zobaczono je z tylnych rzędów; futerał, który panna Pantel na nie uszyła, prawie dorównywał jej wysokością, ponieważ uczennica mojego męża była drobną kobietką. Razem dźwignęłyśmy futerał na miejsce i odpięłyśmy pasy. Panna Pantel roztropnie ułożyła tablice przodem do ściany, z pierwszą na wierzchu, więc nie musieliśmy się obawiać, że ktoś podejrzy przedwcześnie pomysły Suhaila.

Oczywiście chyba że ktoś wejdzie na scenę i je wertuje. Panna Pantel kiwnęła głową, zanim zdążyłam się odezwać.

— Będę ich strzec choćby za cenę życia — obiecała.

— To chyba nie będzie potrzebne, ale dziękuję — odparłam ze śmiechem. Nawet smok nie byłby groźniejszym strażnikiem. — Jeśli niczego więcej ode mnie nie potrzebujesz, pójdę odgrywać rolę gospodyni.

Użyłam tego słowa jako eufemizmu. Konieczność nauczyła mnie być gospodynią w tradycyjnym sensie, chociaż nadal o niebo wolałam spotkania Latającego Uniwersytetu od formalnych obiadów. Jednakże baronessa ma pewne obowiązki i chociaż w młodości odrzuciłabym je jako bezużyteczne ograniczenia, z wiekiem zaczęłam dostrzegać płynące z nich korzyści. Mimo to moim prawdziwym celem, kiedy krążyłam po sali i westybulu, było wyłowienie ludzi, po których spodziewałam się kłopotów. Zwróciłam szczególną uwagę na pewnego magistra, którego nazwiska tu nie wyjawię. Jeśli przyjąć za wskazówkę jego wcześniejsze zachowanie, znalazłby jakiś powód do kłótni, nawet gdyby wykład Suhaila nie dotyczył niczego ważniejszego od pogody — a mój mąż miał mu dostarczyć znacznie więcej żeru.

Kiedy nadeszła pora rozpoczęcia wykładu, zwlekałam w holu możliwie jak najdłużej. Zanim weszłam do głównej sali, wszystkie miejsca siedzące były zajęte i ludzie stali w rzędach pod ścianami. Pomimo moich wysiłków nie udało mi się dyskretnie przyłączyć do dżentelmenów pod ścianą z tyłu, jak przewidywałam. Najlepsze, co mogłam zrobić, to przyjąć krzesło ofiarowane mi przez pana niewiele starszego ode mnie, zamiast przez nobliwego staruszka co najmniej osiemdziesięcioletniego.

Prezes szumnie nazwanego Stowarzyszenia dla Rozwoju Badań Drakoniańskiego Języka wygłosił krótkie wprowadzenie, po czym Suhail wyszedł na scenę, przywitany rzęsistymi oklaskami. Nasze odkrycie Serca Strażników (nie wspominając o naszym romantycznym ślubie) przyniosło mu sławę; jego dokonania naukowe od tamtej pory zdobyły mu szacunek. Nie tylko zainteresowanie drakoniańskim sprowadziło tamtego popołudnia takie tłumy do Caffrey Hall.

Suhail zaczął wykład od krótkiego podsumowania tego, co wiedzieliśmy na pewno o drakoniańskim języku i czego się domyślaliśmy z dużą dozą prawdopodobieństwa. Gdyby przemawiał w Towarzystwie Lingwistycznym, takie wyjaśnienia nie byłyby potrzebne; wszyscy orientowali się w temacie, gdyż nawet ci, którzy poprzednio się nim nie interesowali, potraktowali to jak hobby po opublikowaniu tekstów z Kamienia z Katarakty. Jednak Towarzystwo, jedna z najstarszych naukowych instytucji w Scirlandii, wykazywało niepokojącą skłonność do zatajania informacji i przekazywania ich wyłącznie swoim członkom pod postacią okólników. Suhail pragnął, żeby ogół społeczeństwa dowiedział się więcej. Ostatecznie to była wciąż epoka uczonych amatorów, gdzie nowicjusz w danej dziedzinie mógł dokonać jakiegoś wspaniałego odkrycia bez dobrodziejstwa formalnego wykształcenia. Zatem Suhail skierował swój wykład do całego świata, nawet do tych, którzy nie odróżniali deklinacji od dekoltu.

Zaczęło się od części tekstu w języku ngaru, opisującego rodowód starożytnych erigańskich królów. To zainteresowało historyków zajmujących się Erigą i znacznie bardziej zainteresowało lingwistów, ponieważ imiona własne dużo częściej niż zwykłe słowa bywają przekazywane w niemal niezmienionej formie z jednego języka do drugiego. Imiona królów dały nam podstawę; wiedzieliśmy, że ten szereg dźwięków powinien występować również w tekście drakoniańskim, i mogliśmy odgadnąć, w których miejscach te dźwięki wypadały. Ten częściowy sylabariusz, choć niekompletny, ogromnie poszerzył naszą dotychczasową wiedzę.

Lecz chociaż uzyskaliśmy jakie takie pojęcie o drakoniańskiej wymowie, nie posunęliśmy się dużo dalej. Jaki pożytek z pewności, że dany symbol wymawia się jako „ka”, jeżeli nie wiadomo, co oznaczają słowa zawierające ów symbol? Żeby poczynić dalsze postępy, lingwista musi zastosować odmienną taktykę.

 

Słowo „król” powtarza się osiem razy w opisie rodowodów. Suhail i jego rodacy przeanalizowali częstotliwość występowania różnych serii symboli w drakoniańskim tekście, szukając grup, które powtarzały się osiem (i tylko osiem) razy. Oczywiście znaleźli ich mnóstwo, a większość była przypadkowa; fakt, że zbitka „ow” pojawia się osiem razy w tym ustępie, nie ma żadnego znaczenia. (Każdy czytający te pamiętniki w przekładzie musi, rzecz jasna, przyjąć na wiarę, że osiem to prawdziwa liczba). Lecz ling­wiści nabrali pewności, że dzięki statystyce udało im się zidentyfikować drakoniańskie określenie „króla”.

To tylko czubek smoczego nosa, jeśli chodzi o metody lingwistycznej deszyfracji, ale powstrzymam się od dalszych wyjaśnień, ponieważ wkrótce przekroczę granice mojej skromnej wiedzy, a znajomość metod określania odmiany rzeczowników w liczbie mnogiej czy innych zawiłych arkanów nie jest konieczna do zrozumienia tego, co nastąpi. Wystarczy powiedzieć, że tamtego popołudnia mieliśmy umiarkowaną pewność co do dwóch rzeczy: prawidłowej wymowy mniej więcej dwóch piątych drakoniańskiego sylabariusza oraz znaczenia garstki słów, które ostrożnie zrekonstruowaliśmy, ale nie wszystkie potrafiliśmy wymówić. Czyli znacznie więcej, niż dotąd mieliśmy, ale znacznie mniej, niż spodziewaliśmy się osiągnąć.

Mój mąż był znakomitym wykładowcą; przedstawił te wszystkie kwestie jednocześnie szybko i przejrzyście (tej drugiej zalety tak często brakuje uczonym), zanim przeszedł do głównej części swojego wystąpienia.

— Idealnie — powiedział — w naszej pracy powinniśmy opierać się tylko na bezpośrednich dowodach. Hipotezy mają ograniczoną przydatność; dysponując tak niewielką ilością danych, łatwo jest zbudować cały zamek na piasku, piętrząc założenia, których prawdziwości ani nieprawdziwości nie można udowodnić. Lecz z braku drugiego Kamienia z Katarakty lub innego przełomowego artefaktu możemy tylko spekulować i przekonać się, dokąd nas to zaprowadzi.

Panna Pantel, która odczytała wskazówkę, odsłoniła następną tablicę z serii. Na planszy widniał cały drakoniański sylabariusz, przedstawiony w postaci jakby wykresu, ze znakami, których wymowę znaliśmy, zabarwionymi na czerwono. Uczeni już wielokrotnie sporządzali mapy tych symboli w rozmaitych konfiguracjach; jak Suhail przed chwilą zauważył, posiadane przez nas fakty łatwo można było dopasować do tej czy innej teorii. Ta jednak opierała się na czymś więcej niż zwykłych domysłach.

Dźwięczny głos mojego męża docierał do wszystkich zakamarków sali.

— To jest zmodyfikowana wersja wykresu sporządzonego przez Shakura ibn Jibrana, oparta na naszej obecnej wiedzy dotyczącej wymowy znanych drakoniańskich glifów. Uczony ten zauważył zasadnicze podobieństwo pomiędzy symbolami „ka” i „ki”, a także podobieństwo pomiędzy „mi” i „mu” i tak dalej. Postawił hipotezę, że każda początkowa spółgłoska posiada własny szablon, modyfikowany w stosunkowo przewidywalny sposób przez znacznik samogłoski. Grupując symbole zgodnie z tymi wzorcami i znacznikami, możemy odgadywać wymowę glifów nie zawartych w imionach własnych na Kamieniu z Katarakty.

Ten proces nie był oczywiście taki prosty, jak by wynikało z powyższego opisu. Języki rzadko bywają uporządkowane; z wyjątkiem pisma kaegańskiego, zaprojektowanego przed wiekiem do pisania po jeosańsku, wykazują denerwującą tendencję do łamania własnych reguł. Chociaż wielu lingwistów zaakceptowało ogólną zasadę Shakura ibn Jibrana dotycząca układu glifów, sprzeczali się o szczegóły i co najmniej pół tuzina różnych wykresów miało swoich zwolenników. Na sali rozlegały się już szemrania, ponieważ dżentelmeni oburzali się, nie widząc na tablicy preferowanego przez nich układu.

Szemrania te wkrótce miały się nasilić. Na razie wykres służył nam za początek — a spekulacje Suhaila opierały się na teoriach jego rodaka. Panna Pantel odsłoniła następną tablicę, tym razem z wydrukowanymi linijkami drakoniańskiego tekstu, poprzedzielanymi alfabetyczną transkrypcją.

Mój mąż podjął:

— Jeśli tymczasowo przyjmiemy tę transkrypcję za prawidłową, to ten fragment, dalszą część tekstu z Kamienia z Katarakty, należy wymawiać jak podano poniżej. Ale nie możemy przetestować tej teorii; nie ma tu żadnych imion własnych, które stanowiłyby wskazówkę. Nigdy się nie dowiemy, czy ta wymowa jest poprawna… dopóki znowu nie zaryzykujemy spekulacji.

Suhail wziął długi wskaźnik i podkreślił słowo w pierwszej linijce.

— Zakładając na chwilę, że nasz wykres jest prawidłowy, te znaki będą wymawiane jako „aris”. Jedna z fundamentalnych zasad lingwistyki historycznej głosi, że języki zmieniają się z upływem czasu; języki używane dzisiaj mają korzenie w starszych formach, obecnie wygasłych. Zarówno thiessyjskie słowo „terre”, jak i murñijskie słowo „tierra” pochodzą od spurenijskiej „terra”, oznaczającej ziemię. Więc możemy również postawić hipotezę, że „aris” dało początek lashońskiemu „eretz” i achijskiemu „ard”, także oznaczającemu ziemię.

Gdybym założyła się sama ze sobą, w tamtej chwili wygrałabym zakład, ponieważ na sali wykładowej wybuchła wrzawa.

Lingwiści wysnuwali wcześniej takie teorie, wyobrażając sobie, że język drakoniański jest przodkiem licznych współczesnych języków, łącznie z lashońskim i achijskim. W końcu pustynie południowej Antiopy były najbardziej prawdopodobną kolebką tamtej cywilizacji. Jednak w powszechnym przekonaniu drakoniański był językiem wymarłym; Drakonianie byli odrębną grupą etniczną, rządzili podbitymi krajami mniej więcej tak, jak obecnie Scirlandia rządzi częściami Vidwathy, a po upadku ich imperium ten język zanikł na zawsze. To był niemal artykuł wiary, jako że wszyscy, od scirlandzkich magistrów do bayitystycznych księży i amanickich kapłanów zgadzali się, że współcześni ludzie nic nie zawdzięczają tym starożytnym tyranom.

Radziłam wcześniej Suhailowi, żeby zrobił przerwę po tym twierdzeniu, bo inaczej jego następne słowa utoną we wrzawie. Posłuchał mojej rady, jednak przerwa trwała dużej, niż którekolwiek z nas się spodziewało. W końcu Suhail przestał czekać, aż audytorium się uciszy, i podjął wykład, podnosząc głos, żeby przekrzyczeć komentarze zebranych. Jego teza nie opierała się na tym pojedynczym przykładzie; uważał, że znalazł wyrazy pokrewne dla wielu słów, metodycznie łącząc je z przykładami w achijskim, lashońskim, segharskim oraz historycznie udokumentowanych językach, które obecnie wyszły już z użycia. Jak sam do mnie powiedział, były to domysły; mógł tylko ostrożnie identyfikować poszczególne głoski w tekście ngaru, a potem ekstrapolować na inne drakoniańskie inskrypcje. Dla przykładu: jedna tablica z wykopalisk w Isnats wyglądała na jakiś spis podatkowy, ponieważ Suhail znalazł prawdopodobne określenia na „owcę”, „krowę”, „ziarno” i tak dalej.

Każdy z tych przykładów łatwo można było zakwestionować. Jednak zebrane razem tworzyły bardzo rozsądną teorię — przynajmniej ja tak uważałam. Ale nie byłam lingwistką, a tamtego dnia na widowni znalazło się wielu dżentelmenów aspirujących do tego tytułu, wszyscy bardziej niż gotowi nie zgodzić się z Suhailem.

Kiedy w głębi sali usłyszałam podniesione głosy, założyłam, że kłótnia dotyczy przedmiotu wykładu. Magister, o którym wspomniałam wcześniej, dziesięć rzędów przede mną, wstał, żeby wygodniej wykrzykiwać protesty do mojego męża; hałas za moimi plecami zapewne miał podobną przyczynę. Jednak kiedy się obejrzałam, zobaczyłam przy drzwiach małą grupkę mężczyzn, zwróconych twarzami do siebie, a nie do sceny.

Chyba nie zaczną awantury na temat lingwistyki historyczno­‍-porównawczej? Jednak spędziłam dostatecznie dużą część życia wśród uczonych, żeby wiedzieć, że akademickie spory i rękoczyny nie zawsze są tak odległe od siebie, jak należałoby się spodziewać. Wstałam z miejsca i poszłam zobaczyć, czy nie uda mi się rozładować konfliktu, zanim osiągnie ten etap.

Lecz sprzeczka przy drzwiach nie miała nic wspólnego z wykładem Suhaila. Wcześniej z mojego miejsca nie widziałam mężczyzny w środku grupy; teraz, kiedy podeszłam bliżej, dostrzegłam go ponad ramionami innych mężczyzn. Nosił ubiór typowy dla północnej Antiopy i włosy miał krótko ścięte, ale garnitur nie mógł zmienić jego rysów. Mężczyzna był Yelangijczykiem.