Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec
Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec
Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 6: Ojciec

Saga

Saga rodu z Lipowej 6: OjciecZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2001, 2019 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726166866

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

STAROSTA HOLSZTYŃSKI

Czerwiec 1385

Ostasz syn Jakuba stał z chmurną twarzą naprzeciw tłumu, jaki na jego rozkaz zgoniono przed dwór w Lipowej. Przyszli więc wszyscy domownicy, czeladź, dzierżawcy, służba. Przygnano także kmieci z podległych wiosek, zagrodników i wszystkich innych, do ostatniego biedaka, wynajmującego się czasem do roboty, a żyjącego z datków dalekich krewnych i sąsiadów.

Starosta pokazał palcem stojącego najbliżej pachołka, a słudzy chwycili chłopaka i zdarli z niego koszulę. Pan wziął rózgę i zadał pierwsze uderzenie. Potem przekazał witkę dla dalszego wymierzania kary, a sam powiedział do zebranych:

– Znowu moje tu będą rządy. Nie zapomniałem, co się komu należy. Nigdy więcej nie będziecie leniwi.

Nikt nie uciekł, bo wszystkich pilnowano. Ostasz nie tracił czasu na doglądanie wykonania kary, kazał tylko o jej zakończeniu powiadomić i poszedł do wielkiego domu. Po jakimś czasie przyszedł tam wyznaczony nadzorca i powiedział:

– Dwudziestu sześciu wlepiłem rózgi, czterem kije. Dokładnie wedle rozkazania. Kmieć Matusz ośmielił się poskarżyć, to kazałem założyć dyby.

– Bardzo dobrze – pochwalił Ostasz. – Niech posiedzi do rana. Zaraz wychodzę i wszystkich chcę zobaczyć przy robocie. Jeśli ktoś będzie się ociągał, pożałuje, że się urodził.

Wielki płacz rozlegał się od tego dnia w Lipowej i w sąsiadujących z dworem wioskach. Natychmiast poszła po Dolinie wieść, że pan Ostasz powrócił.

– Ma bicz w ręce i wymierza okrutne kary każdemu, kto ośmieli się mu w czymkolwiek przeciwstawić.

– Jest gorszy niż dawniej!

– Gorszy to dopiero będzie, bo został holsztyńskim starostą i teraz dopiero pokaże nam wszystkim!

– Chroń nas, Boże, przed jego rządami i jego sprawiedliwością!

Po przykładnym ukaraniu winnych i niewinnych, pan Ostasz z Lipowej przystąpił do napełniania pustej szkatuły i zaczął ściągać podwyższone czynsze i daniny.

Na zamek przywiózł z sobą kilku wojowników, włóczęgów spod ciemnej gwiazdy, ślepo wykonujących jego rozkazy i nie obawiających się żadnego łotrostwa. Każdego dnia przebiegali oni na wielkich koniach Dolinę, karząc i bijąc, gotowi spalić zagrodę za najmniejszy przejaw nieposłuszeństwa.

Ponura sława starosty, jego hojność dla tych, co byli wierni i posłuszni, przyciągnęła do niego rozmaitych banitów i rozbójników, szukających łatwego zarobku. Tych przyjmował do siebie chętnie, płacił sowicie, nie żałował piwa, a obiecywał jeszcze więcej. Pozwalał im robić wszystko, na co im przyjdzie ochota, kraść i rabować, obić, zakuć w dyby, porwać i zamknąć w zamkowym lochu.

Mieszkańcy Doliny szybko przekonali się, że lepiej omijać Lipową i cały wielki obszar ziemi wokoło niej oraz Holsztyna, gdzie Ostasz rządził niepodzielnie i gdzie nikt nie śmiał pojawić się bez jego pozwolenia, jeśli nie chciał stracić palca, ręki albo i życia. Wystarczyło, że chłop czy sługa zapomniał zdjąć czapki przed panem lub nie ukłonił się dość nisko, a już na długie tygodnie mógł pożegnać się z rodziną.

Zaraz w pierwszym tygodniu trafił do lochu Dobek, syn młynarza. Jego siostra, Zofka, której Ostasz używał wedle woli, a za milczącym przyzwoleniem jej męża, Klemensa Osicy, przybiegła na zamek z błaganiem o litość.

Straż przepuściła dziewczynę, bo dobrze ją znano, lecz starosta zbeształ żołnierza, który nie zatrzymał jej przy bramie. Zofka zeszłego roku w tajemniczy sposób straciła dziecko, jakie nosiła pod sercem i od tego czasu nie była zupełnie normalna. Biegała po polach ze śpiewem na ustach albo siedziała nad brzegiem potoka i kiwając się w przód i tył patrzyła w wodę. Ostasz przyjeżdżał coraz rzadziej.

Stała teraz przed starostą, z ranami na bosych stopach, z potarganymi włosami i oczami zdradzającymi gorączkę. Składając ręce błagała go, żeby uwolnił z jamy jej brata, niedorostka jeszcze, niezbędnego ojcu do pomocy w młynie.

– Puść go – prosiła płacząc. – Przecież to jakby twój krewny...

Odepchnął ją brutalnie.

– Milcz, głupia! – warknął. – Krewny? Tylko dlatego, że przychodzisz do mnie i jak suka dopominasz się, żebym cię wziął do łoża? Jeszcze raz coś takiego powiesz, a klnę się na Boga, cała nie wrócisz do domu!

– To dzieciak – płakała skulona na podłodze. – Dziecko! Pracowite i posłuszne. Czym ci zawiniło?

– Dowiem się od niego, co mi trzeba i niech sobie idzie.

I rozzłoszczony walił pięściami po stole.

– Dziecko? – krzyczał. – Posłuszne dziecko?! Niechaj więc powie, gdzie jest ta przeklęta jaskinia!

Płakała, czepiała się jego nóg, że i dwóch ludzi nie mogło jej oderwać, ale był nieubłagany.

– To złodziej! – krzyczał. – Złodziej, który chciał mnie okraść! Mnie, starostę holsztyńskiego! Wszystko tutaj należy do mnie, a on nawet słowa nie zamierzał powiedzieć, wszystko chciał dla siebie! Złodziej, którego kołem każę połamać, a potem poćwiartować! Słyszysz, głupia? Na kawałki!

Schylił się, chwycił ją za włosy, wywlókł za drzwi i pchnął do niższej komnaty.

– Sama mu po powiedz – rozkazał. – Powiedz mu, że żywy nie wyjdzie z zamku, jeśli nie zdradzi ukradzionej mi tajemnicy.

– Powiem, powiem! – zapewniała go ze łzami, usiłując tak się ustawić, żeby mniej bolały jego uchwyt i wymierzane drugą ręką ciosy. – On jest posłuszny, znam go, na pewno się przyzna!

Prawdomówność Zofki i jej oddanie były przyczyną tragedii rodziny młynarza. To Zofka zdradziła Ostaszowi tajemnicę swoich braci, ona naraziła ich na to, co się stało. Kiedy się obejrzała, było już za późno. Choć serce krwawiło, choć ból rozsadzał piersi, nic już nie mogła zrobić, mogła tylko modlić się, żeby cierpienia trwały jak najkrócej.

Wszystko zaczęło się przed dwoma dniami. Około północy zastukano w okiennicę domu Klemensa. Noc była gwiaździsta i ciepła. Zofka, która spodziewała się wezwania od Ostasza, zamarła. Wstrzymała oddech i przez chwilę słuchała, jak śpi stary Osica. Najwyraźniej nic nie słyszał, nie poruszył się, nie odezwał. Wstała ostrożnie, narzuciła tylko płaszcz na koszulę, i cicho się wymknęła.

Pod drzwiami nie było jednak nikogo. Rozejrzała się, ale nie zobaczyła ani Ostasza, ani jego konia. Rozczarowana, bo od jakiegoś czasu odwiedzał ją rzadziej, już miała wracać do izby, kiedy ktoś zawołał ją po imieniu. Głos był znajomy.

Poszła więc kilka kroków w stronę głosu, a wtedy spod krzaków wybiegły dwie schylone sylwetki.

– Dobek! Jacek! – zawołała zdumiona. – Co wy tutaj robicie? Ojciec was szuka od wczoraj.

– Zofka, Zofka! – szeptali gorączkowo i naraz obaj chwycili ją za ręce i przed domem odtańczyli radosny, szalony taniec.

– Nie wracamy do ojca! – oświadczył zadyszany Jacek, młodszy.

– Nie będzie nami poniewierał – powiedział Dobek.

– Nikt nam już nie będzie rozkazywał!

– Jesteśmy bogaci!

Zatrzymała się zdziwiona.

– Co wy pleciecie? Nie chcecie wracać do domu? To dokąd teraz pójdziecie?

– Nie słyszałaś? – zapytał Dobek z dumą. – Jesteśmy bogaci. Znaleźliśmy skarb. Słyszysz, Zofka? Skarb! Prawdziwy skarb!

I dla potwierdzenia tych słów, kiedy jeden, trzymając ją za ręce, ciągle jeszcze tańczył z radości, drugi zawiesił na jej szyi cieniutki łańcuszek, na którym błysnął duży piękny kamień.

– Skarb? – pytała z niedowierzaniem. – Gdzie? Gdzie znaleźliście? I jak? Jakim sposobem?

– W jaskini, och, jakiej głębokiej! – szeptał Jacek. – Prawdę powiadał stary Czajka. Strasznie było i omal nie zginęliśmy. Ale znaleźliśmy. Znaleźliśmy! Kolorowe kamienie, monety, łańcuchy, pierścienie, drogocenne przedmioty.

Dobek wyjął zza pazuchy czapkę i w świetle księżyca Zofka przekonała się, że nie kłamią ani trochę. Zadziwiona dotknęła palcami kosztowności, delikatnie, jakby obawiała się, że to tylko sen.

– Idziemy precz z Doliny – oznajmił Dobek. – Idziemy w świat. Ale jeszcze nie teraz, bo tylko część zabraliśmy. Za to dobrze oznaczyliśmy miejsce. Przyszliśmy się pożegnać. Kiedy się urządzimy gdzie indziej, przyślemy po ciebie. Słyszysz, Zofka? Nikogo nie będziesz musiała o nic prosić. My zostaniemy wielkimi panami, a ty wielką panią.

– Ale matka! Ojciec!

– Matuli wynajmiemy parobka, żeby nie musiała się tak męczyć. A ojcu dwóch albo trzech. Słuchaj, rzuć tego starego i chodź z nami. Pójdziemy stąd daleko.

– Nie mogę.

Zofka oprzytomniała już nieco z zaskoczenia i wielkiego podziwu dla ich odwagi i sprawności. Znaleźli skarb. Wszyscy go szukali, wszyscy za nim węszyli, a oni znaleźli. Och, poszłaby choćby i na koniec świata! Ale przecież Odina... Jak zostawić córkę! A jeśli będzie chciała ją zabrać od ojca, wszystko się wyda i nie puści jej. No i Ostasz... Jest jeszcze Ostasz...

 

– Czekajcie – powiedziała gorączkowo. – Dajcie się zastanowić.

Jeszcze raz dotknęła kosztowności. Nie zniknęły. Były prawdziwe.

– Nie do wiary – szeptała. – Po prostu nie do wiary, że się wam udało. Gdzie to znaleźliście?

– Koło... – zaczął Jacek, ale Dobek przerwał mu szybko, dając kuksańca w bok.

– Nie mów! – uprzedził. – Lepiej nie mów. Nie można mówić. Po co ci zresztą to wiedzieć, Zofka? Starczy i dla nas, i dla ciebie z Odiną. Przyniesiemy ci wszystko, co zechcesz i ile tylko zechcesz. Jest tego cała beczka. Różności. Teraz pójdziemy do jaskini, żeby przynieść worek albo dwa. O świcie będziemy na ciebie czekać koło wielkiego dębu przy drodze na Przymiłowice. Nie spóźnij się, lepiej żeby nas ojciec nie znalazł.

Zofka ledwo się położyła, gdy znowu zastukano w okiennicę i podobnie jak poprzednio, cicho i ostrożnie wymknęła się z domu. Tym razem czekał na nią Ostasz i bez słowa zabrał ją do pobliskiej stodoły, gdzie już spotykali się wcześniej.

Od razu zobaczył łańcuszek na jej szyi.

– Skąd to masz?

– Od braci.

Zdziwił się.

– Od jakich braci?

– Od moich braci, Dobka i Jacka.

– Ale skąd wzięli?

– Przynieśli mi i powiedzieli, że znaleźli skarb Maramy.

Zaskoczyła go, ale powstrzymał się przed okazaniem zdziwienia i udał, że go to nie obchodzi.

– Skarb Maramy? On nie istnieje.

– Ależ istnieje! – przekonywała. – Chłopcy przynieśli całą czapkę drogocennych rzeczy. Mówili, że odkryli jaskinię, a w niej beczkę kosztowności. To nie może być nic innego jak skarb Maramy.

– Gdzie to jest? – wypytywał ją, ale dopiero po chwili, kiedy leżeli na sianie, a on całował jej piersi. – Gdzie znaleźli ten skarb?

Zofka tego nie wiedziała, nie wiedziała nawet, w której stronie szukali. Kiedy to wyjaśniła Ostaszowi, nie był zadowolony.

– Pachnie oszustwem – zamruczał zły. – Obrabowali kogoś, może nawet zabili. A dla zatarcia śladów powiedzieli, że odnaleźli skarb. Pewnie schowali się teraz gdzieś, bo boją się wyjść.

– Nie schowali się, ale chcą odejść z Doliny i iść w świat.

Od słowa do słowa powiedziała mu wszystko, czego się dowiedziała i to, że nad ranem będą na nią czekali koło wielkiego dębu przy drodze.

– Ale nie pójdę z nimi – zapewniła szybko. – Pewnie, że nie pójdę. Przecież nie mogłabym ciebie zostawić...

Nie ujawnił, co zamierza zrobić, ale kochali się pospiesznie i krótko, a Ostasz zaraz się pożegnał. I nie powiedział, kiedy znowu przyjedzie.

Zofka, nieco rozdrażniona, wróciła do domu, gdzie stary Osica, jak dawniej, niczego nie zauważył i niczemu się nie dziwił.

– Zamknij drzwi – zamruczał tylko zaspanym głosem. – Zimno ciągnie.

W dolnej części wieży była ciemna izba, gdzie ludzie starosty przesłuchiwali schwytanych przestępców i gdzie więźniów poddawano badaniom. Sadzano ich lub kładziono na zbudowanej z kamienia ławie i skórzanymi pasami przytwierdzano do żelaznych obręczy, wmurowanych w podstawę.

Ostasz wepchnął przed sobą Zofkę, żeby mogła z bliska przyjrzeć się bratu. Dobek, syn młynarza, leżał rozciągnięty na ławie, pokrwawiony i opuchnięty. Obok stał oprawca w skórzanym fartuchu, gruby i powolny, ale pono biegły w swoim fachu.

– Chciał ze mną mówić? – zapytał starosta.

– Nie, szlachetny panie.

– Wyjdź, sam z nim pogadam.

Ostasz odczekał, aż oprawca opuści izbę, a potem dłonią ubraną w rękawicę przygładził włosy na głowie Zofki.

– Przemów do niego – polecił już spokojnie. – Przemów i wytłumacz, że jego opór nie zda się na nic. Wiem, że z bratem znaleźli jaskinię. Moją jaskinię, bo wszystko tu do mnie należy. Niech powie, gdzie jest do niej wejście i jak znaleźć beczkę ze skarbem, a każę go natychmiast zwolnić.

Syn młynarza wydawał się nieprzytomny. Leżał bez ruchu, krwawiąc z piersi, ramion i nagich stóp. Kiedy Zofka podeszła bliżej, zobaczyła, że w opuchniętej twarzy prawie nie widać oczu.

– Zemdlał – powiedziała z przestrachem. – Trzeba go ocucić, bo gotów zemrzeć.

Ostasz podniósł stojące obok drewniane wiadro i chlusnął z niego wodą na twarz leżącego. Dobek jęknął i zamrugał powiekami, jakby próbował otworzyć oczy.

– Powiedz mu – nakazał Ostasz, szturchając kobietę. – Powiedz mu, co musi zrobić.

Zaciskając zęby, Zofka podeszła bliżej kamiennego łoża, zobaczyła powykręcane stawy, pierś i policzki poprzypiekane gorącym żelazem.

– Dobek! – powiedziała półgłosem, nachylając się do ucha leżącego. – Dobek, to ja, twoja siostra. Powiedz, co się stało. Gdzie jest Jacek?

Umęczone ciało jęknęło, zacharczało, a potem wydobył się z niego cichy głos.

– Zofka? Zofka? Czy ojciec też tu jest? Powiedz mu, że Jacek został... W jaskini został...

– Nie wiem, gdzie go szukać. Gdzie ta jaskinia?

Dobek słabo, ale wyraźnie pokręcił głową.

– Nie powiem – odpowiedział, próbując zacisnąć spuchnięte wargi. – Nikomu nie powiem.

Nagle zdało się, że wróciła mu świadomość, bo nieco otworzył oczy i popatrzył na siostrę.

– Zofka – odezwał się przytomniejszym głosem. – Zofka, trzeba ratować Jacka. On został w jaskini, bez światła i jedzenia. Ratuj go.

– Uratuję – obiecała szybko. – Ale powiedz, gdzie jest. Gdzie mam po niego iść?

– Schodził pierwszy – szeptał Dobek. – Pierwszy schodził i był prawie na dole, kiedy sznur się urwał. I worek z kagankiem gdzieś się zapodział. Zostawiłem go i pobiegłem po pomoc. Ale ciebie nie było przy wielkim dębie. Czekał tam ten okrutny pan Ostasz z Lipowej.

Zofka szybko spojrzała w kierunku starosty. Stał po drugiej stronie kamiennej ławy, z rękami założonymi na piersi i czekał. Tylko spojrzeniem ponaglał ją, żeby pytała dalej.

– Siostrzyczko – wyszeptał Dobek. – On się boi ciemności, a mnie złapał pan Ostasz. Nie wiem, skąd się dowiedział, że tam będę. A teraz chce wiedzieć, gdzie jest jaskinia. Nie mów mu, słyszysz?! Nie mów, bo on wszystko zabierze dla siebie.

– Nie powiem. Ale ty musisz powiedzieć, jak znaleźć Jacka. Gdzie jest ta jaskinia? Jak znaleźć wejście, jak iść dalej?

– Nikomu nie mów. Nikomu, ale przede wszystkim panu Ostaszowi. On bardzo chce się tego dowiedzieć. Męczył mnie, wiesz? Gorącym żelazem przypiekał.

– Nie powiem – powtórzyła.

Przez łzy widziała, jak starosta daje jej znaki: postępuj tak dalej, jeszcze trochę wytrwałości i będziemy wiedzieli wszystko.

Syn młynarza zajęczał głośno, jego ciałem wstrząsnęły nagle konwulsje. I umarł z otwartymi ustami, z których nie wydostała się żadna tajemnica. Ostasz przyskoczył do leżącego i zaczął go szarpać za resztki ubrania.

– Mów! – krzyczał. – Mów, do wszystkich diabłów! Mów natychmiast, gdzie jest ta jaskinia!

Trwało to długą chwilę, ale Dobek nie poruszył się już więcej. Zofka stała obok, nieruchoma jak kamień i kiedy Ostasz zmęczył się wreszcie wyciągnęła w jego stronę palec.

– Pan Bóg ci tego nie wybaczy – powiedziała cichym, ochrypłym głosem, w którym nie było nic z dawnej miłości.

Ostasz z Lipowej wyprostował się.

– W Dolinie to ja jestem sprawiedliwość – powiedział zimno. – I przy mnie jest karanie złodziei i oszustów. Twój brat był złodziejem, chciał ukraść to, co należy do mnie. A ja nikomu nie pozwolę się okradać.

Splunął w stronę ciała, odwrócił się i dodał przez zaciśnięte zęby:

– Idź precz z moich oczu! I nie zapomnij zabrać tego ścierwa z mojego zamku.

SPISEK

Żona pana Janosza naprawdę polubiła jego córkę, Hedwigę, i nie było nic udawanego w jej trosce o pasierbicę, wyrażaną już od spotkania w Krakowie. Udzielała rad i pouczeń, ale w rozmowach niechętnie odwoływała się do swojego poprzedniego życia, poprzestając na ogólnych stwierdzeniach, że lata ją do tego upoważniają.

Uważała też za swój obowiązek znalezienie Hedwidze odpowiedniego męża i początkowo nadskakiwała panu Janowi z Tymbarku, który tymczasem zadomowił się w Potoku i wcale nie spieszył się z powrotem do Krakowa.

– Piękny pan – powtarzała przy każdej okazji. – Wierz mi, dziecko, że majątek jest bardzo ważny, ale kobieta ma też prawo do uczucia. Jeśli więc kocha cię ktoś taki, powinnaś czuć się szczęśliwa.

– Nie myślę o panu z Tymbarku – przypominała Hedwiga.

– Jeśli myślisz o Mikołaju, to się pospiesz. Zostało ci co najwyżej kilka tygodni.

Hedwidze nie trzeba było tego przypominać, sama dobrze wiedziała i to od Mikołaja. Syn Jeno traktował ją jak dawniej, jak kogoś, kto chętnie słucha jego opowiadań, a będąc dzieckiem nie zadaje kłopotliwych pytań. I jak zaufaną przyjaciółkę, której można zwierzyć się z rozterek.

– Sam nie wiem, co robić – mówił w Zielone Świątki, gdy spotkali się po mszy żałobnej za duszę Jakuba z Lipowej, jego dziadka. – Nie wiem. Zasmakowałem obozowego życia. Zasmakowałem polowania i walki. Zasmakowałem też tego wielkiego zadania, jakie staje przed wszystkimi dobrymi chrześcijanami. Nawracać pogan. Nie jednego, nie dwóch, ale cały kraj. Kniaziów, bojarów, cały lud. Wszystkich. Kiedy byłem na Litwie, czułem, że jest to zadanie właśnie dla mnie. Oto wyzwanie dla misjonarza! A z drugiej strony tak mi dobrze było na Jasnej Górze, tak pięknie, tak słodko! Doprawdy, sam nie wiem, co począć. Za siedem niedziel mam wrócić do klasztoru i powiedzieć ojcu przeorowi tak albo tak. A dziś, po roku próby, zupełnie nie wiem, co mam rzec.

Hedwiga słuchała ze ściągniętymi brwiami i ściśniętym sercem. Czyżby zupełnie nie widział, nie rozumiał, nie domyślał się nawet, jak ona cierpi?

– Masz jeszcze czas – wzdychała na pocieszenie. – Mówiłeś, że ojciec przeor to człowiek mądry. Może da ci jeszcze do namysłu tydzień czy dwa.

– Tydzień nie wystarczy – martwił się Mikołaj. – Skoro nie wystarczył rok, kilka dni niczego nie zmieni. Co wybiorę, żal mi czego innego. Jaki jestem słaby! Zupełnie inaczej niż mój ojciec. Dla niego wszystko jest jasne, proste i wiadome. Żebym tak umiał postępować!

– On ma przy boku kochającą kobietę – zauważyła Hedwiga przytomnie. – Wszyscy wiedzą, że radzi się twojej matki w każdej sprawie i dobrze na tym wychodzi.

– Prawda – przyznał Mikołaj. – Prawda. Matka jest jego podporą i najwierniejszym przyjacielem. A ja? Gdzie miałbym szukać takiej kobiety?

Hedwiga nie odpowiedziała. Chciała zawołać, krzyknąć: ślepcze, to przecież ja! Wybierz mnie, a będę ci wierną żoną i przyjaciółką we wszystkim, aż po kraniec naszych dni. Ale nie odezwała się, nie spróbowała, nie odważyła się.

Po tej rozmowie Hedwiga chodziła chmurna, zawiedziona, rozżalona, nieuprzejmie fukając na podsuwane przez pana Jana pomysły rozrywek.

Zabijała czas, pomagając Agnieszce urządzić się we dworze. Z Dębowca macocha zabrała już do Potoka wszystko, co mogła, zostawiając jedynie to, czego nie dało się przewieźć. Lutek, nowy dzierżawca Dębowca, powinien być z tego niezadowolony, ale zajęty wchodzeniem w swoją nową rolę, prawie pana na dworze, nie miał kiedy martwić się jego mizernym stanem.

Natomiast Agnieszka wydawała się prawdziwie przejęta stanem ducha Hedwigi i często z sobą rozmawiały, choć może nie były to rozmowy tak bliskie jak kiedyś z Aleną. Tym bardziej, że w snach pani Agnieszki znowu zaczęła pojawiać się twarz Ostasza poznaczona jej paznokciami. Po obudzeniu żona pana Janosza zastanawiała się, jak nie dopuścić do tego, żeby starosta odebrał jej majątek. Przyszłość jawiła się niepewna. Dębowiec, który trzymała w dożywociu, miał przejść po jej śmierci na Ostasza, a gdyby ten doczekał się jeszcze męskich potomków, jego ciężka ręka zmarnowałaby krwawicę Agnieszki.

Ostatnio bowiem znowu mówiło się, że Ostasz syn Jakuba, będzie się żenił. Obrażony na pana Janosza, że ten niegdyś odmówił mu Mariny, zwąchał się z jego przeciwnikami, a że był sprytny i umiał się wkręcić w cudze łaski, niespodziewanie znowu wyrósł na bardzo silnego przeciwnika.

Starosta holsztyński miał już dwadzieścia osiem lat i kilka córek z różnych matek, ale ciągle brakowało mu legalnej żony i prawowitego męskiego potomka. Wszyscy wiedzieli, że nadal jeździ do młynarzówny, co nie zapewniało mu uznania u sąsiadów. W końcu musi się ożenić. I któregoś dnia pojawiła się w Lipowej kandydatka.

Była to Judyta, najstarsza córka jednego z możnych panów wielkopolskich, Grzegorza z Nakła, herbu Kotwic. Przyjechała z licznymi krewnymi do Doliny, odwiedzała dwory i wszędzie mówiła, że zamierza osiąść tu na stałe. Między jej ojcem i swatami Ostasza trwały targi i choć syn Jakuba z Lipowej nie miał zbyt wiele do zaofiarowania, wyglądało na to, że sprawa rychło się wyjaśni.

 

Tego wieczora, gdy Judyta pokazała się u boku Ostasza w kościele, pani Agnieszka powiedziała do męża:

– Trzeba szybko coś postanowić o twojej córce. Hedwidze czas za mąż. Martwię się, co się stanie, kiedy Ostasz obrośnie w pióra, a nie będzie nikogo, kto mógłby się mu przeciwstawić. Jeżeli Mikołaj pójdzie do klasztoru, Ostaszowi przypadnie nawet i Krasawa. Nikt nie będzie wtedy od niego mocniejszy. Ludzie będą piszczeć z bólu i biedy, bo wyciśnie z nich wszystko i przetraci.

Pan Orkeny zgadzał się ze zdaniem żony, ale nie uważał, że potrafi coś wskórać. Owszem, przyznał się, rozmawiali nawet o tym z panem Jeno, ale nie doszli do żadnego rozwiązania.

– W takim razie zostaw to mnie – zaproponowała Agnieszka. – Mam myśl, co trzeba uczynić, abyśmy wszyscy byli zadowoleni. Czy dasz mi swoją zgodę, żebym postępowała wedle własnego uznania?

– Dałbym – odpowiedział pan Janosz. – Dałbym od razu, ale przekonaj mnie, że zamierzasz postąpić wedle prawa. Boję się bowiem, że w swojej nienawiści i chęci ukarania tego człowieka gotowa jesteś zrobić coś, co zniszczy nasze dobre imię.

– Nie zrobię nic sprzecznego z prawem – zapewniła Agnieszka. – Nie mogę jednak spokojnie patrzeć na to, co się dzieje. Ostasz rośnie w siłę, a twoja córka usycha z tęsknoty za Mikołajem.

– Przejdzie jej, kiedy wydamy ją za mąż.

Pani Agnieszka miała już jednak w tej sprawie wyrobione zdanie.

– Chyba jesteś zupełnie niemądry, skoro tak mówisz. Hedwiga kocha Mikołaja. A równie jak on jest uparta. Skoro go wybrała, nic jej nie zmusi do poślubienia kogo innego. Chyba nie chcesz unieszczęśliwić swojej córki?

– Nie chcę – przyznał pan Janosz. – Przecież z dawna myśleliśmy związać ich oboje i połączyć nasze majątki. To Mikołaj wybrał inną drogę.

– Mikołaja trzeba zawrócić ku Hedwidze. I ja to zrobię, za twoją zgodą. Czy dasz przyzwolenie na ich ślub, kiedy cię o to poproszą?

– Tak – odpowiedział pan Janosz, nieco zdumiony pewnością Agnieszki.

– Czy zapytasz o to samo rodziców Mikołaja? Wolałbym, żeby ta sprawa wyszła od ciebie, nie ode mnie. Czy porozmawiasz z nimi i upewnisz się co do ich zgody na ten związek?

– Myślę, że byliby z tego tylko zadowoleni.

– Więc doprowadzę ich oboje do ołtarza. Doprowadzę, na miły Bóg!

– A jeśli nie?

– Wtedy zapłacę ci ze swoich pieniędzy, ile zażądasz. Ale na razie proszę, żebyś mi się nie sprzeciwiał, kiedy będę obmyśliwała ten związek i żebyś mi pomagał, gdy, może przy ludziach, o coś poproszę.

– Zgoda – odparł pan Janosz ze śmiechem. – Sprawa rzeczywiście musi być bardzo poważna, skoro gotowa jesteś zaryzykować swoje dochody.

Jeszcze tego samego tygodnia Agnieszka pojechała do Krasawy, żeby rozmówić się z Aleną i Jeno. I jak się spodziewała, oboje podeszli do tych zamiarów bardzo życzliwie. Alena miała wprawdzie trochę wątpliwości, ale pan Jeno szybko je rozwiał:

– Nie może być gorzej, niż jest. Za kilka tygodni Mikołaj wróci na Jasną Górę, a tam powiedzą, że najlepiej będzie mu w klasztorze. Zostanie nam majątek zapisać ojcom kanonikom albo paulinom, bo nie będzie komu go przekazać. Pomyśl o małej Elżbietce, pozbawiona opieki brata będzie wydana na łaskę Ostasza, a wszyscy wiemy, jak to się może skończyć. Jestem wprawdzie jeszcze ja, ale kto może o sobie powiedzieć, że jest wieczny? Niechaj więc pani Agnieszka spróbuje swojego sposobu.

Agnieszka, posiadając więc wszystkie konieczne pozwolenia, przystąpiła do wykonywania obmyślonego planu okrytego tajemnicą, jako że nikt nie znał szczegółów. Najtrudniej było na początku pozbyć się pana Jana z Tymbarku, bo nie dość, że przyjechał tutaj z polecenia królowej, to jeszcze upodobał sobie Hedwigę, wybrał ją na damę serca i nawet słyszeć nie chciał, że może być inaczej.

Agnieszka, która początkowo zamierzała wykorzystać obecność rycerza do wzbudzenia w Mikołaju zazdrości o Hedwigę, szybko od tego odstąpiła. Syn Jeno nie odczuwał zazdrości z powodu pana z Tymbarku, w głowie mu nie powstało, że mógłby na poważnie związać się z Hedwigą.

Macocha życzliwie pouczała Hedwigę, jak powinna postępować, żeby ośmielić Mikołaja, ale dziewczyna, choć dawniej żywiołowa i bezpośrednia, teraz, po pobycie na królewskim dworze, była skromniejsza, ostrożniejsza i mniej rozmowna. Słuchała, ale odrzucała kolejne pomysły.

– Czas płynie – przypominała pani Agnieszka. – Jeśli nie okażesz stanowczości, minie okres próby i Mikołaj znowu ucieknie do klasztoru. I nie wiadomo, czy uda się go nakłonić do powrotu.

– Jak mam okazać stanowczość? – pytała Hedwiga. – Poprosić go, żeby ożenił się ze mną? A jeśli odmówi? Spaliłabym się ze wstydu. A jeśli się pogniewa i nie będzie mnie uważał nawet za swoją przyjaciółkę? Nie, nigdy się na to nie zdobędę.

Hedwiga tak bardzo bała się gniewu Mikołaja, że nie chciała przystać na żadne pomysły macochy.

– Mikołajek coś niedobrego zamyśla! – poskarżył się tymczasem pani z Krasawy giermek Oset. – Jeździ po rozmaitych miejscach, co dzień gdzie indziej, jakby się żegnał. Ani chybi zamiaruje wrócić do klasztoru. Ratujcie syna, pani! To się przecież nie godzi, żeby jedyny syn i taki piękny chłopiec w mnichy poszedł! Będziecie mieli grzech na sumieniu!

– Co ty gadasz? – oburzyła się Alena. – Miałabym grzech, jeśli Mikołaj pójdzie służyć Bogu?

– A pewnie! – upierał się giermek. – Przecież nawet ojciec Ambroży mówi, że powinien rodziców słuchać i ma obowiązek ród przedłużyć. W rycerskim rzemiośle nie gorzej można się zasłużyć Bogu. Pojedzie na Litwę pogan nawracać, to i może zacznie wreszcie myśleć o czym innym.

Oset był bardzo przejęty i bardzo rozżalony. Jego zdaniem wina leżała po stronie pana Jeno, który w odpowiednim czasie nie zajął syna niewiastami.

– Krew nie woda – tłumaczył pani Alenie. – Jeśli zaraz czegoś nie zrobicie, zawiozę chłopaka gdzie trzeba i siłą przymuszę do prawdziwego życia.

– Ani się waż! – zawołała Alena.

Ale jeszcze tego samego dnia pojechała do Potoka, gdzie odbyła długą rozmowę z panią Agnieszką.

– Został jeden sposób – powiedziała gospodyni na pożegnanie.

Dwa dni później dobiegły końca sianokosy w Potoku. Pod wieczór pani Agnieszka, która jak zwykle chciała sama dopilnować wszystkiego, wróciła z pola w towarzystwie Hedwigi i obie, zakurzone i zmęczone całym dniem, poszły do przygotowanej przez służbę dworskiej łaźni.

Tutaj, lejąc wodę z wiadra na rozgrzane kamienie, aż piszczały z radości, gdy unosząca się nad nimi para wypełniła całe niewielkie pomieszczenie. Rozebrane do naga spłukiwały z siebie kurz i hartowały ciało brzozowymi miotełkami.

– Mikołaj powinien cię teraz zobaczyć – powiedziała Agnieszka.

Hedwiga zawstydziła się.

– Co też mówicie, matko! – odparła zmieszana.

– Popatrz na siebie – nalegała Agnieszka. – Jesteś już przecież kobietą. Kiedy zaś kobieta umie odpowiednio postępować, żaden mężczyzna nie może się jej oprzeć, choćby i mnich. A Mikołaj mnichem jeszcze nie jest, a w dodatku młody, krew w nim gorąca. Może nawet nie wie, jak zabrać się do zjedzenia tego skopka miodu. Jeśli chcesz go mieć, powinnaś mu to podpowiedzieć.

– Mówicie coś, czego się wstydzę – zgłosiła zastrzeżenia Hedwiga, owijając się prześcieradłem.

– Mówię, bo wiem, że przynosi pożądany skutek. Gdy byłam młoda, nawet gdy przyszło mi wychodzić za mąż, nie miałam o tym wszystkim pojęcia i wiele czasu musiało upłynąć, zanim się dowiedziałam. A na niektóre sprawy było już za późno. Nie ma dnia, bym nie żałowała, że pewnych rzeczy nie znałam i nie doświadczyłam wcześniej.

Hedwiga przygładziła mokre włosy otwartymi dłońmi.

– A jeśli uzna, że jestem ladacznicą? – zapytała niepewnie.

Agnieszka lekceważąco machnęła ręką.

– Mikołaj jest tak świątobliwy, że nawet nie wie, co to ladacznica, wierz mi. Nie wydaje mi się, żeby o tych sprawach wiedział cokolwiek. A zapewniam cię, że chętnie się dowie. Trzeba tylko go do tego skłonić. Musisz jednak postępować rozważnie. Trzeba mu pokazać owoc, trzeba go przekonać, że jest w zasięgu ręki, że wystarczy niewielki wysiłek, żeby po niego sięgnąć. Ale nie wolno mu dać tego owocu spróbować, niech za nim zatęskni...