Saga rodu z Lipowej 31: Próba wierności

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 31: Próba wierności

Saga

Saga rodu z Lipowej 31: Próba wierności

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2003, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726167115

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Szpieg i komtur

Luty 1414

Henryk von Plauen, komtur Zakonu Najświętszej Maryi Panny w Pokrzywnie, obrzucił niechętnym spojrzeniem miskę jęczmiennych placków.

– Cóż to? Znowu nie ma mięsa?

Służący postawił naczynie na stole i pokłonił się z szacunkiem.

– Dziś piątek, szlachetny panie – przypomniał. – No i mięsa niewiele zostało, więc myślałem podać w niedzielę.

Von Plauen zaklął, po czym skinął na człowieka siedzącego naprzeciw, gestem zachęcając do jedzenia.

– Bóg mnie pokarze, że zamiast trzymać w lochu największego wroga Zakonu, dzielę z nim posiłek niby z przyjacielem.

Oset z Kowna wyskrobywał ze skopka resztki miodu, by je rozsmarować na placku.

– Spragnionego napoić, głodnego nakarmić – przypomniał lekkim tonem.

Za wąskimi oknami zamku hulał wiatr, wznosząc tumany śniegu po polach i tłukąc nim w okiennice.

– Kiedy wreszcie przyjdą jakieś wieści? – niecierpliwił się von Plauen. – Kiedy w końcu Bóg odwróci ode mnie ten kielich goryczy? Jak długo można pozostawać w takiej biedzie i poniewierce?

Czekali na te wieści z niepokojem i niecierpliwością. Pan von Plauen obawiał się, że spisek się wyda, nie dowierzał Ostowi z Kowna. Podejrzewał, że sprytny szpieg, a takim był Oset, który tyle razy cało wychodził z różnych opresji, i teraz zechce go oszukać. Może w tajemnicy nakazał coś wysłanemu do Gdańska Mateuszowi Lipowskiemu. Może wydał mu jakieś zaszyfrowane polecenie albo dał jakiś tajny znak.

Podejrzenia męczyły Krzyżaka i nie mógł się od nich uwolnić. A od Mateusza nie było żadnych wiadomości. Może go schwytano, gdy w gdańskim zamku odbierał armaty kupione przez biskupa chełmińskiego? Może go wzięto na męki i zdradził szczegóły spisku? Może teraz nowy wielki mistrz Zakonu, Michał Kuchmeister, szykuje dla nich wszystkich topór i szubienicę?

– Co będzie, jeśli rzecz się wyda? – zapytał Osta.

Litwin wzruszył ramionami. Siedzieli przy szachownicy, w zimowy poranek, mroźny i głodny.

– Wydać się kiedyś musi – odburknął zapytany. – Chodzi o to, żeby się wydało jak najpóźniej, gdy już wszyscy będziemy bezpieczni. Kiedy wasi ludzie wydadzą polskiemu królowi najważniejsze twierdze i zamki, znowu będziecie panem całego Zakonu. Wymieciecie ze stanowiska Michała Kuchmeistera, wrócicie na krzesło wielkiego mistrza, a rycerzom odpłacicie za ich niewierność.

– O, tak! – potwierdził von Plauen rozmarzonym głosem.

Oczekiwał tego od zeszłej jesieni, gdy brat Kuchmeister ze spiskowcami pozbawił go godności i zesłał do Pokrzywna. Żeby tylko wszystko poszło według planu.

– Coś długo nie ma żadnych wieści...

– Brak wieści to dobre wieści – powtarzał Oset.

Czasami i on niepokoił się o los wyprawy dowodzonej przez Mateusza Lipowskiego i kupca Herzoga, ale nie dawał tego po sobie poznać. Już kilka tygodni jak wyruszyli do Gdańska. Zadanie było trudne, chodziło o przewiezienie wielkich zakonnych armat, zwanych Czterema Ewangelistami, i Oset tłumaczył komturowi prawdopodobne powody opóźnienia.

– Skoro nikt nie może wiedzieć o tej sprawie, nie powinni zdradzić się pośpiechem ani niecierpliwością. Dla wszystkich szpiegów to tylko zwykła kupiecka podróż. Ale pomyślcie, ile rzeczy trzeba dokładnie zaplanować i przeprowadzić. Wasz brat, komtur gdański, wydał armaty Mateuszowi. Trzeba je było załadować na wozy albo sanie, a cały transport przeprowadzić przez wiele posterunków w taki sposób, żeby nikt się nie dowiedział, co wiozą i dokąd.

– Jak to jest – zapytał go kiedyś von Plauen. – Tyle razy byłeś w opałach, tyle razy w naszych rękach, a zawsze udawało ci się wyśliznąć?

– Widać Bóg otacza mnie opieką – zachichotał Oset. – Nie nadeszła jeszcze moja godzina. Ale przez te doświadczenia wiem, że sytuacja zmienia się szybko, z dnia na dzień, jak pogoda albo łaska wielkiego mistrza...

Von Plauen wykrzywił się z niesmakiem.

– I z tego powodu wiem, że nie ma sytuacji, z której nie byłoby wyjścia - dodał Oset. - Bywałem ja już z pętlą na szyi, bywałem zdawałoby się na krańcu żywota...

Von Plauen tłumaczył ocalenie nie tyle boską opieką, co raczej czarami.

– Chyba niemało rozmaitych sztuczek nauczyli cię czarodzieje w litewskich borach – powtarzał.

– Pewnie – śmiał się Oset. – Jeden szczególnie zalazł mi za skórę. Nazywał się Alaban. Znalazłem go kiedyś w lesie, przygarnąłem, ogrzałem, uratowałem staremu życie. Potem był przy mnie przez całe lata, aż któregoś dnia posprzeczaliśmy się trochę...

Von Plauen podniósł brwi. Jako człowiek przesądny wiedział, że nie wolno kłócić się z czarownikami, bo nigdy nic dobrego z takiej sprzeczki nie wynika.

– Słyszałem o wielu historiach z czarownikami – zauważył z przejęciem. – Nasi ludzie, wyruszając na wojenne wyprawy, zawsze zabierali ze sobą święte znaki i modlitwy, mające ich chronić przed działaniem litewskich czarowników. Mimo to zdarzały się dziwne przypadki. Nie tylko giermkowie czy knechci, ale i rycerze ginęli w lasach w niezrozumiały sposób, topili się po bagnach, znikali bez wieści wprost na trakcie, jakby rozpływali się w powietrzu...

Był bardzo ciekawy wiedzy Osta o czarownikach i kapłanach litewskich. W ogólnym odczuciu bardzo wielu zostało ich jeszcze na Litwie.

– To pewne, że są – potwierdził Oset. – Są przecież nawet wśród waszych poddanych, choć tak już dawno tu rządzicie. Król Jagiełło ledwo przed trzydziestu laty zaczął tępić pogaństwo na Litwie, a odniósł większe sukcesy.

– Ale trzyma na dworze czarowników, astrologów i różnych takich...

– Wy nie trzymaliście? – odciął się Oset. – Zresztą król Jagiełło jest prawdziwie gorliwym chrześcijaninem i nie uległ podszeptom, żeby powrócić do pogaństwa. To chyba najlepiej świadczy, że prawdziwie się nawrócił.

– Byli tacy, co go do tego skłaniali?

– A jakże. Choćby ów Alaban. Wieszczył w lasach i na świętych górach, potem był na krakowskim dworze, aż go król wygnał. Na tym nie koniec. Alaban zmawiał się z innymi i chciał, by Jagiełło powrócił do wiary swoich przodków. Widać jednak jego czary nie były wystarczająco mocne, żeby wpłynąć na króla, bo nic takiego się nie stało. I on i jego stryjeczny brat, wielki książę Witold, są chrześcijanami i nic tego nie zmieni. Obaj panują nad krajami już chrześcijańskimi.

– A Żmudzini? – zapytał komtur. – Czyż nie są poganami?

– Są – zgodził się Oset. – Choć i pomiędzy nimi jest coraz więcej chrześcijan. Wy nawracaliście ich ogniem i mieczem, więc nie bardzo chcieli was słuchać. Więcej nadziei wiążą król i kniaź z działalnością kapłanów chrześcijańskich i sami dają dobry przykład.

– Żmudzini nie są chrześcijanami! – zaperzył się komtur. – Mamy pisma Stolicy Apostolskiej, które nam nakazują ich zwalczać i nawracać.

– Mało wiecie – odpowiedział Oset spokojnie. – W grodzie Bejgoła, którym rządzi kunigas Ranis, nie tylko wszyscy są ochrzczeni, ale jest nawet kaplica i ksiądz chrześcijański, który nader często odprawia tam nabożeństwa.

Von Plauen patrzył z niedowierzaniem.

– Nie może to być.

– Kiedy właśnie jest. Mówią o was, Krzyżakach, żeście ślepi zawsze wtedy, gdy to wam dogadza. Nie chcecie widzieć tego, co jest wiadome każdemu, bo inaczej musielibyście przyznać, że idąc ze zbrojnymi rejzami na Żmudź, idziecie nie tylko przeciw poganom, ale i przeciw chrześcijanom.

– I cóż ów Alaban?

– Żywiłem go w moim Kownie. Zmawiał się z innymi, co to pokryli się w lasach i marzyli o tym, że czarami albo jakim sposobem skłonią polskiego króla do powrotu do pogaństwa. Jednak król jest prawdziwym chrześcijaninem, na którego nie działają ich sposoby. Rozszerza chrześcijaństwo, nie boi się czarów. Alaban tracił siły, aż któregoś dnia uparł się, że przejdzie rzekę wpław. Chciał pokazać, że stare bogi są silniejsze od chrześcijańskiego. Wszedł w wodę i utonął, a z nim kilku innych, co także poddali się tej próbie. Wtedy inni uwierzyli w siłę chrześcijańskiego Boga i dali się ochrzcić.

Von Plauen prychnął z odrazą.

– Same sztuczki! Nie ma w tym prawdziwej chrześcijańskiej wiary!

– Sztuczki są ważne, jeżeli są skuteczne – zauważył Oset. – Jak nasza sztuczka z armatami. Jeśli uda się wszystko załatwić po naszej myśli, korzyść odniesiemy wszyscy, jeśli się nie uda, wszyscy zawiśniemy na gałęzi.

Wielotygodniowa wyprawa Mateusza Lipowskiego zakończyła się na dziedzińcu biskupiego zamku w Chełmży. Biskup Arnold osobiście pilnował rozładunku sań w szopach i dopiero, gdy się to stało, odetchnął z ulgą.

– Bogu niech będą dzięki! Tygodniami bałem się, że zrobiłem głupstwo, godząc się na udział w tym spisku.

Teraz, gdy Czterej Ewangeliści znaleźli się w bezpiecznym schronieniu, mógł napisać do polskiego króla i przedstawić mu dowody swojej lojalności.

Kupiec Herzog nie mógł wyjść z podziwu nad Mateuszem Lipowskim, który dobrze sprawił się jako dowódca wyprawy. Nieco później w komnacie biskupa, gdy zdali już szczegółowe sprawozdanie, powiedział do Mateusza:

 

– Należy się nam wszystkim solidny odpoczynek. Mam nadzieję, że nie dokuczyłem wam za bardzo w tej drodze i zechcecie przyjąć gościnę w moim domu. Jego ekscelencja biskup na pewno zgodzi się, byście odetchnęli. U mnie będzie wam wygodnie, a i moja żona zapewne bardzo się ucieszy waszym towarzystwem. Zatem nie odmawiajcie.

– To dobra myśl – pochwalił biskup Arnold. – Łoże szerokie, miękkie poduszki, a do tego towarzystwo miłych niewiast, oto czego potrzebuje rycerz po wyprawie. Bardzo dobrze się sprawiłeś, Mateuszu. Nawet lepiej niż się tego spodziewałem. Nie musisz się umartwiać. Jakiś czas ksiądz Stanek da radę sam w mojej kancelarii.

– Co będzie dalej z armatami? – zapytał ciekawie Lipowski.

– Będą czekały na lepsze czasy – biskup machnął ręką. – Teraz są moje, bo za nie zapłaciłem. Mam nadzieję, że inne sprawy też potoczą się tak pomyślnie. Ty sobie nie kłopocz tym głowy. Korzystaj z zaproszenia kupca Herzoga i wywczasuj się, zanim cię znowu wezwę do obowiązków.

– Dziękuję, ekscelencjo – zgodził się Mateusz.

Zanim jednak poszedł do domu pani Barbary, udał się do Pokrzywna dopilnować, by komtur wywiązał się z przyrzeczenia wobec Osta. Pan von Plauen wiedział już wszystko. Bracia zakonni Udo i Emeryk powiadomili go o szczegółach wyprawy i o tym, że armaty dotarły bezpiecznie do Chełmży.

– Ciężko było, szlachetny panie – tłumaczył Emeryk. – Wiele razy o włos unikaliśmy odkrycia. Że tak się nie stało, zawdzięczamy bożej łaskawości i, prawdę mówiąc, odwadze i przemyślności pana Mateusza.

Von Plauen wykrzywił usta.

– On niewiele ryzykuje – zauważył. – To ja i mój brat, komtur w Gdańsku, najbardziej nadstawiamy głowy.

Obecny przy rozmowie Oset z Kowna uśmiechnął się szeroko.

– Dlatego właśnie na was spłynie królewska łaska – zauważył. – Unieruchomienie tak wielkich dział uratuje wielu ludzi w nadchodzącej wojnie, i to po obu stronach.

Gdy następnego ranka żegnał się z Ostem, komtur po raz kolejny odmówił przeprawienia się na drugą stronę granicy.

– Muszę zostać tutaj – postanowił. – O mojej ucieczce Kuchmeister i inni moi nieprzyjaciele w Zakonie dowiedzą się natychmiast.

Podał Ostowi rękę, jakby byli przyjaciółmi.

– Kolejny raz się wywinąłeś – mruknął. – Gdyby to ode mnie zależało...

– Ale zależy od Boga – przypomniał Oset. – Chcecie wrócić na krzesło wielkiego mistrza, musicie za to zapłacić. Król Jagiełło będzie umiał ocenić, jak mu się przysłużyliście w tej sprawie. Jeśli rzeczywiście wasz brat w Gdańsku i inni poprą w odpowiedniej chwili jego działania przeciw wojskom Zakonu.

– Niewielu dochowało mi wierności – westchnął von Plauen. – Kapituła łatwo zapomniała, jakim sposobem Kuchmeister objął władzę w Zakonie i powierzyła mu obowiązki wielkiego mistrza.

– Chcecie powrotu do władzy, bądźcie cierpliwi, bardzo cierpliwi – powtórzył Oset.

Przez minione tygodnie von Plauen uważnie pilnował swojego towarzysza, który wszak nadal był jego więźniem. Wieczorem Oset szedł do narożnej izby w południowym skrzydle, które zamykano starannie na klucz. Nie sprzeciwiał się, bo wiedział, że póki Mateusz Lipowski nie przywiezie armat, musi być zakładnikiem komtura i nie może być inaczej.

Komtur von Plauen sporo czasu spędzał w swojej izbie, poświęcając go na modlitwy i rozmyślania. Potrzebował teraz rady i pomocy.

Oto uruchomił spisek przeciw zakonnej władzy i przeciw mistrzowi Kuchmeisterowi, wkraczając na cienki lód sprzysiężenia. Jako człowiek, który do niedawna sam był wielkim mistrzem, wiedział najlepiej, że żadna władza nie zniesie takiego zachowania. Wiedział, że jeśli spisek się wyda, będzie pierwszym, którego pochwycą i zapytają, co wie o sprawie. Taka sama odpowiedzialność groziła jego bratu, komturowi w Gdańsku. Swoją głowę mógł ocalić tylko przy pomocy polskiego króla, którego siła mogłaby też zapewnić mu powrót na krzesło wielkiego mistrza. Wtedy rozliczy się ze zdrajcami, wymierzy sprawiedliwość, zegnie harde karki zaprzańców.

Od tygodni zastanawiał się, co powie polski król i przemyśliwał, jak sam ma postąpić. Martwił się tym, że aby wkraść się w łaski Jagiełły, korzysta z pomocy tylu pośredników. Był podejrzliwy i nie bardzo wierzył, że Oset z Kowna wszystko przedstawi rzetelnie. Zakładał, że ten sam sobie przypisze zasługi w wykradzeniu wielkich armat, może nawet odbierze za to zapłatę. Rola pana von Plauen wypadnie wówczas blado. Może nawet król nie dowie się wcale o tym, o czym dowiedzieć się powinien. Henryk von Plauen przemyśliwał więc, jak zabezpieczyć swoje interesy, podnieść własne zasługi, a pomniejszyć zasługi Osta.

– A gdybym przedstawił Jagielle, że był to mój pomysł? – zastanawiał się. – Że to ja osłabiłem Gdańsk i cały Zakon, zabierając groźnych Czterech Ewangelistów? Czy wtedy polski król nie byłby bardziej skory do pomocy?

Im dłużej nad tym myślał, tym sposób wydawał się mu lepszy. Teraz, gdy Oset z Kowna w towarzystwie Mateusza Lipowskiego opuszczał Pokrzywno, żegnali się niby przyjaciele. Nie wiedzieli nic o liście, jaki Henryk von Plauen napisał do polskiego króla. Cieszyli się, że sprawa Czterech Ewangelistów zakończyła się pomyślnie, a Oset z Kowna odzyskał wolność.

– Bałem się, że komtur nie dotrzyma umowy – przyznał się Mateusz. – Bałem się, że wymyśli jakiś sposób, żeby ciebie zatrzymać jeśli nie w lochu, to przynajmniej w Pokrzywnie.

Oset wzruszył ramionami.

– Nie wierzę mu jak psu – przyznał się. – Gdyby mógł, zakopałby mnie żywcem. Ale nie miał innego wyjścia, bo kto zaświadczy przed królem o jego roli w spisku, jeśli nie ja? A poza tym, jestem w czepku urodzony, mój chłopcze.

Miał zamiar natychmiast ruszyć na południe, by o wszystkim powiadomić monarchę.

– To wielka sprawa, Mateuszu – przekonywał. – Trzeba, żeby król dowiedział się o twoim w niej udziale. I najwyższy czas powiadomić twoich rodziców, że jesteś cały i zdrowy.

Mateusz zgodził się po krótkim namyśle.

– Jestem jak ów syn marnotrawny z Ewangelii – powiedział z westchnieniem. – Choć boję się, że na takie wieści mój ojciec nie każe zwoływać uczty, ale przeciwnie, moczyć rózgi...

Był zadowolony z dobrze wykonanego zadania i cieszył się na myśl o dniach odpoczynku.

Zanim się pożegnali przed bramami Chełmży, Mateusz zapytał o to, co go nurtowało od dawna.

– Czy król rzeczywiście pomoże panu von Plauen wrócić do władzy w Zakonie?

Oset wzruszył ramionami.

– Wątpię – rzucił bez ogródek. – Zakon musi mieć jakąś władzę, taką czy inną. Jeśli królowi będzie odpowiadała ta, poprze jego starania. Ale nie myślę, żeby wiele w tej sprawie zrobił. Wszystko zależy od samego Plauena i jego zwolenników, o ile jeszcze takich ma.

– Czy to znaczy, że kłamaliśmy? – zaniepokoił się Mateusz.

– Kłamstwo? Nie, to nie kłamstwo, mój chłopcze. Raczej spryt i podstęp. Panowie von Plauen żyją mrzonkami. I niechaj tak zostanie. Bo jeśli stary wróci do władzy, natychmiast wywoła wojnę, to pewne.

Uta

Wiosna 1414

Wyprawa do Gdańska, podjęta na polecenie biskupa chełmińskiego, a potem czas Wielkiego Postu znacznie opóźniły plany kupca Herzoga dotyczące uczty, na której miał przedstawić Mateuszowi Lipowskiemu wszystkie możne panny na wydaniu.

– Bardzo mi na tym zależy – przypominał żonie. – Musimy rzecz tak przygotować, żeby wybrał moją siostrzenicę.

Teraz był nawet zadowolony z opóźnienia, ponieważ pani Barbara zyskała więcej czasu na właściwe przysposobienie dziewczyny. Jego żona od początku nie miała wątpliwości, że ich podopieczna ma największe szanse.

– Uta jest z pewnością najładniejsza z miejscowych panien – wyliczała. – Młoda, zdrowa, wdzięczna, ani nadmiernie żywa, ani za spokojna. Dzięki twojej szczodrości ma modne szaty i nieco klejnotów. Ale czy już coś postanowiłeś w sprawie jej posagu? Słyszałam, że Erlinghausen gotów się zapożyczyć, żeby tylko wyswatać swoją Igrenę z panem Mateuszem. Inni też nie będą skąpić.

Herzog uspokoił żonę gestem ręki.

– Tę sprawę traktuję jak najpoważniej – zapewnił. – W końcu nie mamy własnych dzieci, a majątku ze sobą do grobu nie zabiorę. Dowiem się, ile gotowi są dać inni i na tej podstawie wyznaczę posag naszej Ucie.

Mówił o wychowanicy nasza Uta, całkowicie przekonany, że powinien ją traktować jak rodzoną córkę.

– A jeśli Mateusz Lipowski wybierze kogoś innego? – dopytywała się pani Barbara.

– Nie ma obawy – wyjaśniał Herzog. – Sporo się o nim dowiedziałem po drodze i zamierzam to wszystko stosownie wykorzystać. Dlatego też zaprosiłem go na kilka dni do naszego domu. Niechaj się młodzi poznają ze sobą, oswoją, może polubią. A ona jakże? Chętnie zobaczę, co przyniosły te krociowe wydatki na stroje, nauczycieli i dodatkową służbę.

– Jest gotowa – zapewniła pani Barbara.

Z wychowanką odbyła właśnie bardzo poważną rozmowę.

– Moja droga – powiedziała do dziewczyny. – Będziemy mieli w domu ważnego gościa. To pan Mateusz Lipowski, rycerz i sekretarz biskupa Arnolda. Poważny młody człowiek. Warto go poznać. Ponieważ zamieszka przez kilka dni w naszym domu, chciałam z tobą pomówić o tym, jak powinnaś się zachowywać w jego obecności. To ważny pan i mnie, jak przede wszystkim mojemu mężowi, zależy, byś pokazała swoje dobre wychowanie. Trzeba być uprzejmą i grzeczną, odpowiadać, mówić wdzięcznie, uśmiechać się, a nie rechotać jak kuchenna dziewka, może nawet być trochę zalotną. Bo najważniejsze to nie przekroczyć norm dobrego wychowania. Żeby nikt nie miał pretensji, żeby go nie zrazić. To nie jest byle kto i od razu pozna się na tym, kim jesteś. Zna on prawdziwe damy i rycerskie córki. Mojemu mężowi zależy, żebyś go trochę skłoniła ku sobie, choć nie możesz być nachalna ani uciążliwa, pamiętaj. Trzeba byś była miła, ale przede wszystkim bardzo dyskretna.

Uta kiwała głową w skupieniu. Bardzo jej zależało na tym, by dogodzić gospodarzom, w których domu czuła się tak przyjemnie.

Kupiec Herzog obejrzał jej strój – ciemnoczerwoną suknię z wysokim kołnierzem, pochwalił zaplecenie włosów i ukrycie ich pod czepkiem.

– Przede wszystkim skromność – oznajmił. – Nie jestem zwolennikiem tej nowej mody, co to sam widziałem w Gdańsku, a wedle której... Mniejsza z tym, nie musisz wiedzieć, na czym polega bezwstydność tamtejszych niewiast.

Uta chętnie dowiedziałaby się więcej, skoro miała zająć się gościem jej opiekuna, ale nie odważyła się zapytać. Zresztą, swój wygląd oceniała jako zadowalający.

– Uczynię wszystko wedle waszych rozkazów, kochany wuju – zapewniła poważnym tonem.

Herzog z zadowoleniem pokiwał głową.

– Posłuszeństwa i rozsądku – zapowiedział. – Tego od ciebie oczekuję w zamian za moją dobroć. Będę miał ważnych gości i zależy mi, żeby wyszli z mojego domu zadowoleni. Szczególnie zależy mi na tej jednej osobie. Twoja rola to przyglądać się mu, odrzec, gdyby zapytał, uprzejmie, grzecznie. Lepiej mniej mówić, niż powiedzieć głupstwo. Trzeba, żeby odniósł dobre wrażenie. Żeby chciał tu przyjść raz następny i jeszcze kolejny. Pojęłaś? Powinnaś chyba wiedzieć, jak to należy zrobić. Żadnych kwaśnych min. Tylko uśmiech i zachęta. Rozumiesz?

– Tak, wuju – potwierdziła Uta.

– Cieszę się z twoich dobrych chęci – pochwalił. – Jak się dobrze sprawisz, pomyślimy o ozdobach na twoją długą, ładną szyję.

Gestem odprawił wychowanicę, a sam z ciężkim westchnieniem usiadł na ławie. Był zadowolony, ale bruzda nie schodziła z jego czoła, widać nie do końca wszystko układało się po jego myśli.

– Miałeś ciężkie dni – odezwała się pani Barbara, nalewając wina do cynowego kubka i podając mężowi.

Herzog wypił, wolną ręką pogładził rzadkie włosy na głowie.

– Wcale nie jestem pewien, czy wygram w tej sprawie – przyznał się.

Pani Barbara nie uważała, żeby to był powód do zmartwienia.

– Stale powtarzasz, że to zwykłe kupieckie sprawy – przypomniała. – Raz interesy udają się lepiej, raz gorzej.

– W tym przypadku musi się powieść – odpowiedział z naciskiem. – Bo jeśli zyska kto inny, my dużo stracimy.

Chwycił żonę ręką w pasie i przygarnął.

– Dobrze, że mam ciebie – dodał z zadowolonym westchnieniem. – Umiesz mi wynagrodzić moje kłopoty. Jeszcze gdybyś była łaskawsza...

Pani Barbara wywinęła się miękko, ale stanowczo.

– Coś sobie obiecaliśmy – przypomniała.

 

Zmarszczył czoło niezadowolony.

– My obiecaliśmy? – zapytał. – Raczej sama tak postanowiłaś.

– Sama? – powtórzyła zdziwiona. – Zgodziliśmy się tak wspólnie, za radą spowiednika. Zresztą, nadal jest Wielki Post i obowiązuje wstrzemięźliwość.

Herzog westchnął. Od jakiegoś czasu żona nie chciała spełniać małżeńskich powinności jak dawniej i zdarzało się, wstyd powiedzieć, że on, poważny kupiec, musiał szukać pociechy w ramionach kobiet, którym płacił za usługi.

– Chciałbym, żeby ten post się wreszcie skończył – zamruczał.

Pani Barbara tymczasem czyniła ostatnie przygotowania do przyjęcia w domu pana Mateusza Lipowskiego. Sama nie bardzo mogła się zdecydować, czy jest za czy przeciw pomysłowi męża.

Opiekowała się Utą, ale robiła to z poczucia obowiązku, bo do wychowanicy nie czuła większych sentymentów. Przygotowywała dziewczynę do roli panny na wydaniu, lecz wydawało się jej, że wiele czasu jeszcze upłynie, zanim dojdzie do tego. Tymczasem mogło to stać się już wkrótce.

Cieszyła się z zapowiedzianej obecności Mateusza, ale nie chciała myśleć o innych sprawach. Choćby o tym, że Uta wpadnie w oko Lipowskiemu. Z jednej strony oznaczałoby to, że Mateusz będzie blisko, z drugiej jednak podejrzewała, że trudno byłoby jej znieść, że Mateusz mógłby zostać mężem innej kobiety. Wiedziała, że któregoś dnia się ożeni, ale nie chciałaby patrzeć na małżeńskie szczęście kogoś, do kogo jej uczucia nie całkiem jeszcze wygasły.

Mateusz Lipowski przyszedł do domu Herzoga przed wieczorem. Nie taił, że cieszy go przebywanie w obszernej i wygodnej kamienicy kupca. Po surowych wnętrzach swojej kwatery w biskupim pałacu odkrywał na nowo codzienne przyjemności – ciepłą wodę do mycia, miękkie posłanie, spokojny czas na posiłek.

Bardzo przyjemnie było też rozmawiać z panią Barbarą, oczytaną, mądrą kobietą, znającą wiele spraw tego świata.

Kupiec był skłonny do rozmów głównie o interesach, ale tych mieli za sobą sporo w ostatnich tygodniach. Herzog zresztą szybko się zmęczył i wcześnie udał się na spoczynek.

W izbie wyłożonej drogimi tkaninami i zastawionej wygodnymi meblami była jeszcze Uta – młoda, ładna dziewczyna, wychowanica pani Barbary.

– To córka siostry mojego męża – przedstawiła pani Barbara.

Uta spłoniła się nieco, bo rzeczywiście Mateusz Lipowski okazał się pięknym, postawnym młodym mężczyzną. Początkowo była mocno onieśmielona i wcale nie brała udziału w rozmowie, zajęta jakąś ręczną robótką, ale wszystkiego pilnie nasłuchiwała. Opiekunka przykazała jej nie mówić za wiele, więc głównie milczała, uśmiechała się tylko i mrugała długimi rzęsami. Niewiele rozumiała z rozmowy, jaką gość wiódł z jej ciotką i wreszcie zdobyła się na odwagę.

– Mało z tego rozumiem – przyznała się.

– Nie szkodzi – odpowiedziała pobłażliwie pani Barbara. – Młode panny chyba nawet nie powinny interesować się nauką. Przynajmniej według wskazań Kościoła.

– Ale wy, ciotko, się ciekawicie?

– Bo mój ojciec okazał się bardzo dla mnie łaskawy, gdy byłam dzieckiem i mogłam liznąć nieco nauki – uśmiechnęła się żona kupca.

Nie powiedziała, co było tajemnicą jej i Mateusza, że w młodości była studentem Akademii Krakowskiej, na którą zapisała się pod męskim imieniem Wyszek.

Później nie rozmawiano już o nauce, a Uta była bardziej ośmielona.

– Podobno bardzo wiele podróżowaliście po świećie – odezwała się. – Czy moglibyście o tym opowiedzieć? Ja nie byłam nigdzie...

Mateusz zgodził się chętnie, choć jego opowieści tak naprawdę były przeznaczone dla pani Barbary. Opowiadał o Dolinie, o Krakowie, o ludziach, zamkach i miastach. Uta słuchała uważnie, marszczyła usta, śmiała się wesoło, czasem klaskała w ręce z uciechy.

Mateusz opowiadał o Oście. Historie, które pamiętał z dzieciństwa i te, które słyszał, będąc dzieckiem. O mieczu zbójnika Maramy. O tajemniczym skarbie. O pani Agnieszce i panu Janoszu. O księdzu Franciszku. Unikał opowieści smutnych, choć nie pomijał strasznych, ale mówił głównie o sprawach wesołych, pragnąc rozbawić obie słuchaczki. To był piękny, radosny wieczór.

Poszli na spoczynek dopiero bardzo późnym wieczorem. Uta pobiegła pierwsza na drugie piętro, gdzie znajdowała się jej izba. Pani Barbara zatrzymała jeszcze Mateusza.

– Co sądzisz o naszej wychowanicy?

– To wesołe, miłe dziecko.

– Dziecko? – zdziwiła się. – Może nie powinnam tego mówić... ale to z nią chcą cię ożenić.

– Co takiego?!

Był bardzo zaskoczony. Pani Barbara miała poważną minę.

– Mąż nie pochwaliłby tego, co teraz powiem – szepnęła. – Ale on to wymyślił. Chce dla ciebie jak najlepiej, choć nie jestem przekonana, że to odpowiednia żona dla ciebie.

Mateusz wzruszył ramionami.

– Nie zamierzam się żenić – odpowiedział stanowczo. – A gdyby nawet, nie wybrałbym takiej niedojrzałej dziewczyny Mnie jest potrzebny ktoś zupełnie inny, ktoś jak... jak...

– Może jak ja? – zapytała pani Barbara domyślnie.

Mateusz Lipowski uśmiechnął się niepewnie.

– Nie jestem gotowy do ożenku – odpowiedział cicho. – Może nigdy nie będę.

Pani Barbara odetchnęła.

– Mój mąż życzył sobie, żebyś poznał tę dziewczynę – wyjaśniła. – Zrobiłam, co kazał. Chciałabym, byś czuł się szczęśliwy i żeby twoje życie przebiegało spokojnie. Może uznasz, że wkraczam w nie swoje sprawy. Ale skoro nie możesz ożenić się ze mną, nie powinieneś z kimś nieodpowiednim. To na pewno nie jest dziewczyna dla ciebie.

Kupiec Herzog był odmiennego zdania.

– Panie Mateuszu – zapytał następnego dnia. – Jakże się wam widzi nasza wychowanica? Czy wy, jako człowiek w świecie bywały, możecie coś o niej powiedzieć, jak się prezentuje na tle innych panien? Znacie przecież rozmaite wielkie damy, rycerskie córki, córki zamożnych mieszczan, może nawet księżniczki...

– Jest bardzo młoda – odpowiedział Lipowski.

Herzog roześmiał się z zadowoleniem.

– Młodość to tylko zaleta. Chciałbym ją dobrze wyswatać, znaleźć jej odpowiedniego młodego człowieka. Sądzicie, że uroda i dobry posag mogłyby zainteresować poważnego człowieka?

– Zapewne.

– Nawet lepszego stanu niż nasz?

– Być może.

Kupiec Herzog był bardzo zadowolony.

– Uta jest młoda – powtórzył. – Ale to wdzięczna dziewczyna i będzie miała porządny posag.

Mateusz wzruszył ramionami.

– Czemu mnie o tym mówicie? – zapytał. – Ja nie zamierzam się żenić. I chyba zbyt długo korzystam już z waszej gościny. Czas mi do moich obowiązków przy panu biskupie.

– Ależ nie odmawiajcie! – zawołał Herzog, przestraszony niespodziewaną reakcją gościa. – Choć jeszcze dzień zostańcie, jak było umówione.

Mateusz został, nie był zadowolony z rozmowy z kupcem, trudno mu było jednak zrezygnować z wieczoru w towarzystwie obu niewiast. Po nocy spędzonej w miękkiej pościeli pobiegł rano do kancelarii biskupa, gdzie miał załatwić kilka ważnych spraw, ale jak nigdy wcześniej bardzo mu było pilno do wyjścia.

– Czemu to taki jesteście niespokojny? – zapytał ksiadz Stanek.

O zmroku Mateusz pospieszył do domu kupca Herzoga, gdzie niecierpliwie czekały obie niewiasty, spragnione jego kolejnych opowieści, które im obiecał poprzedniego wieczora.

Siedzieli w paradnej izbie – niewiasty przy robótkach, Mateusz z pucharkiem wina w ręku, obok kupiec Herzog, którego podobnie jak poprzedniego wieczora wino szybko rozgrzało i skłoniło do drzemki.

Mateusz opowiadał pięknie o dalekich krajach i spotykanych tam niezwykłościach, starając się zadziwić słuchaczki. Wiadomości czerpał z ksiąg, które niegdyś przeczytał. Pani Barbara siedziała wtedy z głową odchyloną do tyłu, z przymkniętymi oczami, pogrążona w słuchaniu. Była odprężona i spokojna. Jej początkowy niepokój, że Mateusz poważnie zainteresuje się Utą, szybko ustąpił na rzecz przekonania, że rachuby kupca Herzoga nie mają najmniejszych podstaw. Lipowski bawił w tym domu wcale nie z powodu dziewczyny, którą miał za dziecko. To dla niej, dla Barbary, tu przychodził.

Uta miała zniszczone ręce. W Gdańsku brała się do prac ciężkich i niewdzięcznych, a to wszystko, co jej kazano robić w domu kupca, wymagało smukłych paluszków. Ona miała palce krótkie, często kłuła się w nie podczas wyszywania.

– O! – zawołała właśnie, palec z kropelką krwi na końcu wkładając do ust.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?