Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża
Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża
Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża

Saga

Saga rodu z Lipowej 28: Złota róża

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2003, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726167085

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Najemnicy i więźniowie

Po powrocie do Holsztyna starosta Jeno z Krasawy okazał niezadowolenie, zastawszy w Dolinie wielką kupę uzbrojonych Czechów. Wprawdzie Holsztyn był potężną twierdzą, mogącą wytrzymać nawet długotrwałe oblężenie, ale zadaniem starosty było nie dopuścić do tego, by jacyś nieznani zbrojni włóczyli się po okolicy.

- To moja rota zaciężnych – wyjaśnił jego syn Mikołaj. – Na razie chciałbym,

żeby zostali tutaj.

Pan starosta obawiał się, że duża grupa najemnych żołnierzy może stać się przyczyną niepokojów.

- Co chcesz z nimi zrobić? - zapytał, marszcząc brwi. - Taka chmara obje nas do cna.

- To królewscy ludzie - odpowiedział Mikołaj uspokajająco. - Król obiecał wypłacić im żołd, bo są na jego utrzymaniu. Wojna się skończyła, gdzieś muszą przebywać. Proszę was, by nadal kwaterowali w Holsztynie. Może zdarzyć się wkrótce nowa wojna i na pewno będą potrzebni.

- Ale to ty zagwarantujesz, że będą zachowywać się spokojnie – zażądał starosta. - I zapowiedz im, że za najmniejsze przewinienie wobec miejscowych będę surowo karał. Należą do króla a ja jestem jego ręką w tym starostwie.

- Będą spokojni - zapewnił Mikołaj. - Kazałem im złożyć wszelką broń za murami, żeby nie mieli do niej dostępu.

- Bardzo roztropnie - pochwalił pan Jeno.

A teraz stali we wsi Zrębice i patrzyli na rozłożyste gałęzie sosny, na których bujały się ciała dwóch powieszonych zaciężników.

Złapano ich po tym, jak weszli do zagrody, ukradli kury i zabili krowę. Nie dla potrzeby, ale ze złości, bo rozsierdził ich miejscowy chłop, odmawiając jadła i napitku. Powiadomiony o tym Mikołaj pobiegł z pytaniem do ojca, lecz starosta wzruszył ramionami.

- Sam to musisz załatwić - powiedział. - To twoi ludzie. Umawialiśmy się, że gwarantujesz ich zachowanie.

Mikołaj wezwał dziesiętników, bo rota była podzielona na dziesiątki, i odwołując się do ich przysięgi, kazał dowódcom wydać sprawiedliwy wyrok.

- Śmierć! - odpowiedzieli jednogłośnie.

Schwytanych żołnierzy powieszono zaraz na miejscu, nie kłopocząc się ani szukaniem księdza, ani podobnymi ceremoniami.

- Następnym razem... - zapowiedział Mikołaj dziesiętnikom - Każę wam jeszcze rózgi wlepić, że nie umiecie panować nad swoimi ludźmi.

Pozbawieni broni najemnicy wałęsali się po wsiach, choć dowódcy starali się, żeby nie mieli zbyt dużo wolnego czasu. Kazali im pracować nad naprawą umocnień, kopać rowy, sypać szańce, wycinać drzewa. W wolnych chwilach Mikołaj nakazywał im wszystkim biegać z kamieniami w rękach, tłumacząc że to dla ich dobra i dla ćwiczeń. Sarkali, ale poddawali się rozkazom.

- A wojna? - pytał tylko czasem Jan Treska. - Kiedy wreszcie będzie jaka wojna, panie namiestniku?

- Niedługo - odpowiadał Mikołaj. – Zapewne niedługo.

* * *

Brat zakonny Michał Kuchmeister, dawny komtur w Rasteburgu i Rynie, szafarz w Królewcu, potem wójt Żmudzi, od jesieni poprzedniego roku siedział w niewoli na zamku w Holsztynie. W okresie wielkiej wojny był wójtem Nowej Marchii i prowadził posiłki złożone z najemników, gdy w październiku został pokonany w bitwie pod Koronowem i uwięziony.

Niewola w Holsztynie nie była szczególnie uciążliwa. Kuchmeister mógł poruszać się prawie po całym zamku, straż nie pozwalała mu jedynie na wychodzenie poza mury. Jadł obficie i tłusto, choć zwyczajem zakonnym starannie zachowywał piątkowe posty. Wyznaczony pachołek dbał o jego posłanie i odzież. O szaty nie miał zresztą pretensji, bo choć zakonną odebrano mu zaraz po bitwie i kazano okryć się inną, szybko zrozumiał, że to dla jego dobra. Po wielkiej wojnie czarny krzyż na białej tunice czy płaszczu nie był dobrze widzianym znakiem.

Kuchmeister sporo wiedział o tym, co dzieje się poza Holsztynem, bo nie ukrywano tego przed nim, a on chętnie rozmawiał ze wszystkimi. Wprawdzie nie znał polskiego, ale mówił po rusku i łatwo mu było porozumieć się tak z zamkową służbą, jak i z dowódcą warowni. Pan Jeno z Krasawy rzadko bywał jednak na miejscu, w wielu sprawach zdając się na swojego wnuka, Marcina Lipowskiego. Brat Michał wiódł życie bardzo uporządkowane, ściśle trzymając się reguły zakonnej, wyznaczającej pory modlitw, posiłków i odpoczynku. Z nudów ciekawił się wszystkim. Rozmawiał ze strażnikami, godzinami śledził pracę kuźni, chwaląc przy okazji majstrów warsztatów zakonnych.

Nie myślał o ucieczce. Dał rycerskie słowo, że uciekać nie będzie, a poza tym wiedział, że z tak dobrze strzeżonego zamku nie byłoby to łatwe. Musiałby pokonać kilka bram, a przy każdej stali czujni wartownicy. Chodził więc sobie swobodnie, korzystał z powietrza i ruchu. Początkowo mył się w korytach z wodą na dziedzińcu, gdzie pojono konie, ale wkrótce zagustował w łaźni i korzystał z niej przy każdej sposobności.

Wrócił stamtąd właśnie pewnego ranka i siedząc na stołku w swojej izbie, rozczesywał ołowianym grzebieniem długą brodę, której zgolenia zabraniała zakonna reguła.

Gdy do izby wszedł pan Jeno, Kuchmeister rozpoznał w nim starostę, wstał z miejsca i ukłonił się oszczędnie.

- Na coś się uskarżacie? - zapytał pan Jeno.

- Nie. Ale jestem ciekaw, kiedy mnie stąd wypuścicie. Przecież pokój dawno zawarty.

- Traktaty podpisane i zaprzysiężone - potwierdził starosta. - Dla ich wypełnienia brakuje tylko okupu. Wielki mistrz Henryk von Plauen jeszcze nie zapłacił ani skojca, a to są pieniądze za wolność rycerzy Zakonu.

- Zapłaci - nie miał wątpliwości Kuchmeister. - Zakon jest bardzo bogaty i zawsze wykupuje swoich jeńców.

- Wiem - kiwnął głową pan Jeno. - To bardzo chwalebne zachowanie. Tylko, że was i innych dowódców, co zostali wzięci później, w bitwach pod Koronowem i pod Tucholą, traktat nie obowiązuje.

- Cóż zatem ze mną?

- Wolność odzyskacie, gdy miłościwy król Jagiełło zechce wydać taki rozkaz. Chyba, że...

- Chyba, że...? – podchwycił Krzyżak.

Starosta wezwał strażnika i kazał mu przygotować dwa wierzchowce.

- Pojedziecie ze mną - powiadomił zakonnika.

Wyszli zaraz na dziedziniec, tam dosiedli koni. Kuchmeister o nic nie pytał, choć był mocno zaciekawiony. Pan Jeno nie wziął też ze sobą żadnej ochrony. Sam był wprawdzie uzbrojony, gdyby jednak jeniec zechciał uwolnić się spod jego opieki, mogłoby się to mu udać. Ruszyli przez bramę, most i wrota zewnętrzne. Pan Jeno prowadził i zdawał się mało interesować, czy Krzyżak nadąża za nim. W dość dużej odległości od zamku starosta nagle zatrzymał konia.

- To dobre miejsce - powiedział.

Kuchmeister nie zapytał, na co jest to dobre miejsce. Zsiadł z konia i za przykładem starosty uwiązał go do brzózki. Byli na skraju małego zagajnika. Przysiedli na kawałkach białych skał, które jakby wyrastały wprost z ziemi.

- Tu nikt nas nie usłyszy - zauważył pan z Krasawy.

Krzyżak wzruszył ramionami. Wokoło było pusto i głucho. Pomyślał, że mając konia, mógłby odwrócić uwagę rycerza, wskoczyć na siodło i odjechać. Był w zwykłym odzieniu i łatwo uszedłby szmat drogi, zanim zdołaliby wysłać pogoń. Ale co wtedy ze słowem honoru? Obiecał przecież nie próbować ucieczki.

- O czym nikt nie usłyszy? - zapytał, patrząc podejrzliwie.

Starosta opowiedział krótko o spotkaniu monarchów pod Złotorią i przedstawił zapisy traktatu pokojowego.

- Wielki Mistrz prze do nowej wojny - powiedział na koniec. - Wbrew sytuacji, pustemu skarbowi, stratom w ludziach, oporowi biskupów i znacznej części swoich poddanych. Niby zgodził się na warunki pokoju, ale jednak chce wojny. Tymczasem wiadomo polskiemu królowi, że jest wielu w Zakonie, którzy uważają, że nie tak być powinno. Że trzeba teraz chwycić się innych sposobów. Odpokutować grzechy i przewinienia, zająć się chrztem i nawracaniem pogan, uporządkować wioski, miasta, grody i zamki. Wielu tak myśli. Dla nich nowa wojna to nowe nieszczęścia.

Kuchmeister milczał. Pan Jeno siedział naprzeciw z szeroko rozstawionymi nogami i żuł źdźbło trawy.

- Brakuje im przywódcy - ciągnął. - Kogoś dostatecznie dostojnego i doświadczonego, z czyim zdaniem będzie się musiał liczyć von Plauen. Inaczej wpędzi Zakon w nową, niepotrzebną wojnę, bo choć jest zakonnikiem, nie nawykł do słuchania kogokolwiek.

- Henryk von Plauen i jego brat są bardzo wojowniczej natury - zgodził się Kuchmeister. – Prawi rycerze Zakonu zawsze odznaczali się odwagą i walecznością.

- Ale czy teraz to jest korzystne dla Zakonu? Liczą na pomoc Zygmunta Luksemburskiego, czeskiego króla Wacława, margrabiego Josta i kogo tam jeszcze. Upierają się, że ta pomoc nadejdzie i będzie w wystarczającej sile, by zacząć nową wojnę. Prowadziliście zaciągi i sami wiecie najlepiej, że to mało prawdopodobne. Jan ze Szczekocin i mój syn Mikołaj pobili posiłki węgierskie pod Sączem i popędzili je hen od naszych granic. To już parę miesięcy temu, a Zygmunt na nic więcej się nie poważył. I nic więcej nie zrobi ani on, ani inni. Próżno czeka mistrz na wsparcie.

 

Michał Kuchmeister westchnął.

- Niestety, macie racje - przyznał z wahaniem.

Zanim trafił do niewoli, odpowiadał w Zakonie za zaciągi zachodnich rycerzy i najlepiej wiedział, że po klęsce pod Grunwaldem nie jest łatwo ściągnąć nowe oddziały nawet za obietnicę większej zapłaty.

- Nie brakuje mistrzowi przeciwników - mówił pan Jeno. - Takich, którzy uważają, że teraz wszystkim potrzebny jest pokój. Krzywo patrzą na porządki, jakie zaprowadza von Plauen ogniem i mieczem. Karając mieszczan, rajców, żołnierzy wiele nie wskóra, bo mieszczanie zaznali więcej praw pod polskim królem i teraz chcieliby ulg w podatkach i ciężarach. Rośnie sprzeciw wobec mistrza. Ale przeciwnikom mistrza brakuje głowy, przywódcy. Mocnego wojownika, dobrze przygotowanego rycerza i wodza, który umiałby ich poprowadzić. Słowem, kogoś takiego jak wy.

Kuchmeister skoczył.

Już wcześniej obmyślił sobie sposób. Dopadł z boku starostę, obalił go, ręką sięgając po sztylet u jego pasa. Przydusił do ziemi, mierząc ostrzem w gardło.

- Wystarczy pchnąć - zagroził. - Potem dosiądę konia i pojadę. Dokładnie rozpytałem o drogę we wszystkich kierunkach i wiem, że niedaleko stąd do ziem książąt opolskich. Zanim was znajdą i ruszą w pogoń, dawno będę bezpieczny.

Pan Jeno nie wydawał się zaskoczony.

- A słowo? - przypomniał. - Rycerskie słowo, że nie będziecie uciekać?

- Przysięgałem, że nie będę próbował ucieczki z zamku. Przysięga nic nie mówiła o zagajniku.

Sztylet nadal celował w gardło starosty, a ten nie mógł zrobić żadnego ruchu.

- Moi ludzie wiedzieli, dokąd jedziemy - zauważył pan Jeno. - Jeśli nie wrócimy, będą mnie szukać, a kiedy znajdą, pomkną za wami. Jesteście daleko od ziem Zakonu i mało prawdopodobne, żeby udało się wam tam dotrzeć. Chyba, że zgolicie brodę. Ale bez brody, jak staniecie na czele tych, którzy nie podzielają planów mistrza von Plauena?

Kuchmeister cofnął ostrze, odrzucił je, odsunął się od starosty.

- To tylko próba, czy zupełnie nie zgnuśniałem w niewoli - mruknął, kładąc się na wznak.

Nie zamierzał wprowadzić w życie swojego planu ucieczki.

- Znam dobrze von Plauena – odezwał się po chwili, wpatrując się w małe chmurki na niebie. - Ma pięść z żelaza, jest porywczy i nie lubi, żeby mu się sprzeciwiano. Mistrzem został przez czysty przypadek, bo brakuje mu doświadczenia, pełnił niewiele ważnych funkcji w Zakonie i raczej nie zasłużył na ten honor.

- Wielu innych tak myśli - podsunął pan Jeno spokojnie.

On też leżał na trawie wpatrzony w niebo.

- Jest twardy, nie pozwoli sobie skakać do oczu – mruknął Krzyżak

- Nie chodzi o jego ambicje, ale o cały Zakon - przypomniał starosta. - Wielu uważa, że król Jagiełło źle postąpił, nie dobijając Zakonu, nie idąc na Malbork. Ale inni są zdania, że Zakon powinien trwać i wypełniać swoje zadania. Król też tak myśli.

Kuchmeister podniósł się, usiadł i dłuższą chwilę przyglądał się staroście.

- Wypełniać swoje zadania? - powtórzył po jakimś czasie.

- Tak.

Starosta wstał, wziął leżący obok sztylet i wsunął go do pochwy. Potem poszedł do koni.

- Odprowadzę was - skinął na Krzyżaka. - Do skrzyżowania dróg, skąd możecie ruszyć ku swoim.

Kuchmeister był zaskoczony.

- Zwracacie mi wolność?

- Możecie iść do dworu mojego syna, gdzie zostaniecie gościem.

Kuchmeister zawahał się.

- Radziłbym do Lipowej, gdzie nieco odpoczniecie w wygodniejszych warunkach. Potem dam wam konie i ludzi, którzy bezpiecznie odprowadzą was do miejsca, które wybierzecie. Po namyśle, jak się spodziewam.

Zakonnik kiwnął głową.

- Do Lipowej - oznajmił.

- Liczyłem na to - uśmiechnął się starosta. - Wasze rzeczy każę jutro przysłać z zamku.

Obaj dosiedli koni i ruszyli. Do zamku było niedaleko, ale ominęli go łukiem, kierując się wprost ku dworowi pana Mikołaja. Nie ujechali daleko, bo zaraz był kościół świętego Marcina, zarośnięty od frontu, opuszczony.

- Chciałbym się pomodlić - poprosił zakonny rycerz.

Pan Jeno skinął głową.

- To opuszczona świątynia – uprzedził.

- Dlaczego opuszczona?

- Jej kapłan zginął niedawno męczeńską śmiercią.

- Męczeńską?

- Miał na imię Franciszek – wyjaśnił krótko pan Jeno. - Ofiarował się na śmierć za innych.

Kuchmeister przeżegnał się po raz wtóry.

- Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie...

Poszli obaj przez zielsko ku wrotom kościoła. Były zamknięte.

- To dziwne - zastanawiał się pan Jeno. - Nie wiem, kto i czemu je zamknął.

Michał Kuchmeister uklęknął na jedno kolano i przez chwilę modlił się w ciszy. Obok klęczał starosta. Potem bez słowa wstali obaj, dosiedli koni i pojechali dalej.

Dopiero po dłuższej chwili Krzyżak zapytał, jak długo miałby gościć w Lipowej.

- Jak długo zechcecie. Mojego syna, Mikołaja, nie ma tam teraz, a tylko jego żona Hedwiga. I jest mój wnuk, Marcin. Brał udział w wyprawie zeszłego roku, podczas której się odznaczył. Pokonał w pojedynku Arnolda von Strasburg.

Kuchmeister spojrzał z ukosa.

- Ale chyba nie sam – zauważył.

- Sam – potwierdził starosta. - W pojedynku.

Krzyżak kręcił głową z niedowierzaniem.

- Wasz wnuk? – dziwił się. – Jest przecież bardzo młody. Nie podejrzewałem w nim tak sprawnego rycerza. Pokonać pana Arnolda to wyczyn nadzwyczajny.

Gość w Lipowej

Dorota siedziała w świetlicy w Lipowej, czekając na męża, z którym po raz kolejny chciała się rozmówić. Układała sobie w myśli, co i jak powie.

- Trzeba coś postanowić - mruczała pod nosem. - Muszę coś wreszcie postanowić, dalej tak nie może być.

Wiedziała, że sprawa nie jest prosta. Marcin Lipowski nie był kimś, kogo można po prostu zostawić. Był człowiekiem przekonanym o swojej wartości, swojej ważności i wiele robił tylko po to, aby przyjaciele i sąsiedzi wychwalali jego przymioty. Marcin Lipowski dbał o opinię sąsiadów bardziej niż ktokolwiek inny. Najlepszy tego przykład stanowiła ściana w ojcowym dworze w Lipowej. Ściana pełna zdobyczy i łupów, mających zaświadczać o dzielności młodego rycerza. W centralnym jej miejscu znajdował się wspaniały hełm Arnolda von Strasburg, zdobycz najważniejsza, której zazdrościli Marcinowi starzy i młodzi jak kraj długi i szeroki.

Spojrzenie Doroty zatrzymało się na błyszczącym hełmie. Mąż dbał o niego nadzwyczajnie. Kazał regularnie czyścić i polerować, a gdy sługa wykonywał te czynności, pan siedział obok i patrzył mu na ręce, żeby czego nie zepsuł.

Hełm, wykonany ze srebrnej blachy, miał na szczycie klejnot w postaci pięknie ukształtowanej jeleniej głowy. Był dość ciężki, bo choć ze stosunkowo cienkiej blachy, nosił jednak na sobie owego jelenia, jego brodatą głowę z pięknym porożem.

Spojrzenie Doroty zawisło na hełmie i tkwiło na nim, a usta powtarzały nadal:

- Muszę coś postanowić. Muszę...

Tknięta nagłą myślą zerwała się i podeszła. Wspięła się na palce, z trudem udało się jej zdjąć hełm z haka, na jakim wisiał, i obracała go teraz w rękach za wyrazem zastanowienia na twarzy.

- Co robisz?! - zasyczał za jej plecami głos Marcina. - Zniszczysz!

Podbiegł i wyrwał swój skarb z jej z rąk, choć ostrożnie, żeby go nie uszkodzić.

- Oglądałam tylko – tłumaczyła zawstydzona.

- Po co kobietom oglądać takie rzeczy! - prychnął niezadowolony. - Niewiasty są do czego innego przeznaczone. Nie do takich spraw!

- Podziwiałam, jest taki piękny - tłumaczyła się Dorota.

Stała za jego plecami, gdy ostrożnie odwieszał hełm na przeznaczony mu hak.

- Pewnie, że piękny – zamruczał zadowolony.

Fala gorąca biła na nią i bała się, że to zauważy. Ale mąż stał nadal odwrócony twarzą do ściany i podziwiał swój łup.

- Jelenie rogi - powiedziała. - Szkoda, że nie są całe, a jednego kawałka brakuje...

- Co z tego, że brakuje? - odwrócił się nastroszony. - Baby to zawsze przesadzają. Brakuje jej kawałka. Tobie się wydaje, że w bitwie miałem akurat czas sprawdzać, czy hełm jest cały...

Cofnęła się o krok.

- No, nie - podniosła dłonie pojednawczym gestem. - Nie tak chciałam powiedzieć. Chodziło mi o to, że gdyby był cały, byłby jeszcze piękniejszy. Może powinieneś dać go do naprawy.

- Jeszcze czego! - obruszył się. - Żeby mi zepsuli! Nie ma u nas takich majstrów, którzy umieliby zrobić coś równie wspaniałego. Chyba tylko w Italii...

Powiesił już hełm na swoje miejsce, teraz przypomniał sobie, po co tu przyszedł.

- Czego chciałaś, że wołałaś mnie tak pilnie? - zapytał.

Dorota dygnęła lekko przed mężem.

- Wybacz, że cię fatygowałam – powiedziała przepraszająco. – To nic ważnego. Już sama to załatwiłam.

Zmarszczył brwi niezadowolony. Ale machnął ręką lekceważąco.

- Niewiasty są, jakie są - mruknął i opuścił świetlicę.

Wieczorem nadjechał do Lipowej pan Jeno, wiodąc ze sobą starszego rycerza.

- Gościa ci wiozę, synowo - powiedział na powitanie.

Gość był brodaty i patrzył ponurym wzrokiem, ale kłaniał się nisko.

- Wielcem mu rada - zapewniła Hedwiga, z ciekawością zerkając na człowieka siedzącego na koniu. - Mikołaj lada chwila powinien być w domu.

- To wiesz, że będzie wkrótce?

- Przysłał posłańca, że lada dzień stanie w domu. Czy gość, którego wy przywiedliście, jest do Mikołaja?

Michał Kuchmeister zsiadł z konia, podszedł bliżej i czekał, aż teść rozmówi się z synową. Musiał rozumieć, o czym mowa, bo kiedy zwróciła wzrok w jego stronę, przedstawił się.

- Jestem Michał Kuchmeister, pani. Wybaczcie, że zakłócam spokój waszego domu. Może powinienem udać się do gospody...

- Nie - zaprzeczyła Hedwiga z uśmiechem. - Skoro mój teść zaprosił was w imieniu mojego męża, możecie zostać tak długo jak tylko wola.

- Jestem chrześcijaninem – wyjaśnił Kuchmeister.

- Bóg z wami - odpowiedziała poważnie. - Tym bardziej cieszę się z waszych odwiedzin.

Pan Jeno spojrzał na synową.

- To Krzyżak, Hedwigo. Pan Kuchmeister, wielkiego znaczenia pan w Zakonie. Był jeńcem króla, a teraz jest mu darowana wolność. Zaprosiłem go do waszego domu, bo więcej tu miejsca, niż u mnie w Krasawie.

- Jestem rada i Krzyżakom, jeśli przyszli tylko w gości. Wejdźcie, panie, i niechaj wam będzie wygodnie.

- Po drodze chcieliśmy wstąpić do kościoła - przypomniał sobie pan Jeno. - Ale był zamknięty. Nie wiesz, czemu?

- Doprawdy? - zdziwiła się Hedwiga. - Nie kazałam zamykać.

Kuchmeister zamieszkał w Lipowej. Gościem był nieuciążliwym, a ciekawym dla Hedwigi, choć popatrywała na niego z pewną dozą niepokoju. Czasami zastanawiała się też, jak widziałaby go, gdyby nie to, że jej syn nie powrócił z wyprawy w ubiegłym roku.

Wieczorem, gdy siedzieli w świetlicy dworu, pan Kuchmeister z wyraźnym zaciekawieniem oglądał złożone tu pamiątki rodzinne i łupy z niektórych wypraw. Najwięcej uwagi poświęcił hełmowi Arnolda von Strasburg, wiszącym na honorowym miejscu.

- Wielki to był rycerz - powiedział o poległym. - Wieczna sława dla tego, kto go pokonał w walce. Wasz syn musi być wspaniałym rycerzem.

- Jest nim - potwierdziła Hedwiga z dumą.- Wszyscy to mówią.

Nie posiadała się z radości, kiedy Mikołaj wreszcie powrócił. Ledwo się umył trochę, sama przycięła mu włosy i rozczesała. Siedział teraz w balii, a Hedwiga myła mu plecy.

- O, jak dobrze! - pojękiwał.

Opowiadała mu w krótkich słowach najważniejsze wydarzenia. O teściach, gościach, sąsiadach, starannie omijając na razie to wszystko, co działo się nie najlepiej.

- A Marcin? - zapytał. - Jakże mu z Dorotką?

- Było nie najlepiej - przyznała. - Ale już się poprawiło.

- Teraz chyba będzie pokój - mówił Mikołaj. – W domu posiedzi, jakoś się pomiędzy nimi uładzi.

Kiedy podstrzyżony już, wypoczęty i ubrany w świeże szaty zasiadł do stołu, Hedwiga pozwoliła, by gość dworu przyszedł się przywitać.

- Dzięki wam, panie, za gościnność pod waszym dachem - skłonił się brat Kuchmeister. - Wasz ojciec przyprowadził mnie tutaj i mam nadzieję, że nie zrobił tego wbrew waszej woli.

- Każdy gość jest mile witany w moim domu - odpowiedział Mikołaj. - Zostańcie, ile wam będzie trzeba.

Rozmawiali potem o rozmaitych sprawach, a Kuchmeister wypytywał Mikołaja.

 

- Bywaliście podobno w państwie zakonnym - zaczął. - I podobno dobrze je poznaliście.

- O, tak - zgodził się z uśmiechem pan Lipowej. - Dobrze poznałem Angerburg, a już pewną w nim celę szczególnie.

Mówił to bez pretensji i urazy. Każdy przecież wie, że na wojnie rozmaicie bywa.

- Bywałem w Malborku i gdzie indziej - ciągnął. - Widziałem złych Krzyżaków i dobrych Krzyżaków. Wy do której grupy należycie?

Pan Kuchmeister podniósł dumnie głowę.

- Nie jestem gorszym od was rycerzem.