Choroba miłościTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #23
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Choroba miłości
Choroba miłości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Choroba miłości
Choroba miłości
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 23: Choroba miłości

Saga

Saga rodu z Lipowej 23: Choroba miłościZdjęcie na okładce: ShutterstockCopyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788726167030

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 23 - CHOROBA MIŁOŚCI

PALEC

Marzec 1405

Konrad ze Szczekocin już od trzech tygodni leżał w izbie bez przytomności, zupełnie nieświadomy tego, co dzieje się z nim i wokół niego. Jego żona Elżbietka była nieszczęśliwa. Cieśla Pietrasz, jej kochanek i ojciec jej dziecka, nie powrócił.

Wysłała go śladem Konrada, który miał odwieźć ciało Jana ze Szczekocin. Modliła się, żeby Pietraszowi wszystko się udało, żeby dogonił Konrada i zabił go potajemnie. Nie zastanawia¬ła się, czy robi źle czy dobrze. Myślała tylko o tym, że pragnie szczęścia z Pietraszem. Tak, być tylko z nim!

Nie spodziewała się, że los okaże się dla niej okrutny.

Tamtego lutowego ranka, gdy przed dworem zobaczyła sanie, najpierw niczego nie zrozumiała. Na saniach, obok ciała Jana ze Szczekocin, leżał ciężko ranny jego syn Konrad.

Nie było Pietrasza.

Elżbietka nie wiedziała, dlaczego sanie zawróciły z drogi do Szczekocin, dokąd Konrad miał odwieźć ciało ojca.

Domyśliła się, że zgodnie z jej poleceniem Pietrasz ruszył w drogę za saniami, dopadł Konrada i wywiązała się między nimi walka. W walce tej Konrad został ranny, najpewniej właśnie przez Pietrasza. Ale czemu Pietrasz nie dobił Konrada? I co się stało z Pietraszem? Czy także odniósł rany? A może przestraszył się, uciekł, ukrył?

Konrad był nieprzytomny, niczego nie mógł wyjaśnić.

Przed południem przyjechał do Krasawy Mikołaj z Lipowej, by razem z żoną Hedwigą upaść do stóp pani Alenie, swojej matce, i panu Jeno, swojemu ojcu. To Mikołaj wyjaśnił, skąd przed krasawskim dworem wzięły się sanie i w jaki sposób Konrad odniósł ranę.

– Bóg mnie przywrócił do domu – zakończył Mikołaj. – Bóg mnie ocalił dzięki waszym myślom i waszym modlitwom. I on postawił mnie na drodze Konrada, o którym nie wiedziałem, że jest moim szwagrem.

Pani Alena nieomal zemdlała z wielkiej radości. Odzyskując syna, którego miała za zmarłego, prawie zapomniała o rannym zięciu.

Po powitaniach, okrzykach zadziwienia, głośnych modlitwach, wielkim zamieszaniu, jakie sprawili ludzie, którzy zbiegli się zobaczyć cudem uratowanego pana Mikołaja, ten mógł opowiedzieć wreszcie, czemu sanie Konrada na powrót znalazły się w Krasawie.

– Wędrowałem ku domowi, gdy nagle zobaczyłem na śniegu człowieka. Był martwy, a jakiś łotr obdzierał go z kosztowności. Nie mógł zdjąć pierścienia i obciął zmarłemu palec. Wtedy saniami nadjechał człowiek, o którym nie wiedziałem, że jest mężem mojej siostry. Zbrodniarz zaatakował Konrada, ranił go ciężko, dopiero potem przekonałem się, że ten jednak żyje. Później zaś łotr rzucił się na mnie i chciał mnie również zabić, bo byłem świadkiem jego zbrodni. Nie wiedziałem, kim jest ani kim są pozostali. Walczył ze mną, więc musiałem... no tak... skręciłem mu kark. Żywego jeszcze Konrada przywiozłem tutaj. Rozpoznałem bowiem Jana ze Szczekocin i pomyślałem, że w domu dowiem się wszystkiego. Wsadziłem rannego na sanie i ruszyłem ku domowi. Krasawskie konie, które zostawiłem pod kościołem, same wróciły do stajni. Nie wiedziałem, że nasz ród spowinowacił się z Odrowążami ze Szczekocin. Przez te lata, kiedy mnie tutaj nie było, zapewne wydarzyło się wiele rzeczy, o których nie mam pojęcia.

Milczeli, wstrząśnięci tą opowieścią, potem wypytywali o szczegóły.

– A palec? – zapytał ktoś.

– Zgubił się gdzieś podczas walki – odpowiedział Mikołaj. – Próżno szukałem go w śniegu.

– Sam Bóg postawił cię na tej drodze – westchnęła pani Alena. – Inaczej ten zbój, co nie miał uszanowania dla zwłok pana Jana, zabiłby także Konrada.

– Kto to był? Nie poznałeś jego imienia? – pytał syna starosta Jeno, do którego należało dbać o bezpieczeństwo tej ziemi.

– Nie wiem, ojcze – odrzekł Mikołaj. – Wyglądał niczym zbój i takie też było jego zachowanie.

Pan Jeno nie ukrywał, że stan rannego jest poważny.

– Bardzo źle – oznajmił. – Jeśli przeżyje, to tylko dzięki boskiej pomocy. To cios w głowę i w szyję. Moim zdaniem nie tylko nie będzie mógł mówić, ale nawet słyszeć. O ile w ogóle odzyska przytomność.

Elżbietka nie płakała, stała nieporuszona niczym słup. Ale kiedy Mikołaj opowiedział, jak zbójca obciął palec zmarłemu, żeby zedrzeć z niego kosztowny pierścień, krzyknęła głośno i wybiegła na podwórze. Tam dopadła konia, na którym przyjechała Hedwiga. Stał jeszcze nierozkulbaczony, więc dosiadła go i natychmiast ruszyła w drogę.

Mikołaj i Hedwiga chcieli jechać za nią, ale sprzeciwiła się pani Alena.

– To jej obowiązek – wyjaśniła. – Zapewne pojechała odszukać palec swojego teścia.

Była przekonana, że postanowienie Elżbietki wzięło się z chęci złożenia w grobie całości ciała zmarłego pana Jana.

– Jest przerażona – zauważyła Hedwiga. – Gotowa zmylić drogę, albo i ją spotka jakie nieszczęście.

– Słusznie – zgodził się pan Jeno. – Obowiązek wobec teścia swoją drogą, a rozsądek swoją.

I posłał za córką kilku służących.

Pani Alena kazała Mikołajowi i Hedwidze wracać do domu.

– Nacieszcie się sobą po tak długim niewidzeniu. Nacieszcie się do syta. Nie ma w tym niczego niestosownego. Będzie czas o wszystkim pomówić i o wszystko zapytać. Czekaliśmy z waszym ojcem tyle lat, możemy poczekać jeszcze kilka dni.

Mikołaj z Lipowej ani na chwilę nie puszczał ze swojej dłoni drobnej rączki Hedwigi.

– Synu – poprosiła jeszcze pani Alena. – Twoja siostra prze¬żywa okropne chwile. Jest chyba w ciąży i powinnam o nią dbać. Czy oszczędzisz jej przykrych opowieści? Na razie nie musi wszystkiego wiedzieć.

– Tak, matko – potwierdził Mikołaj.

Zapłakana Elżbietka wróciła dopiero w nocy.

– Znalazłaś? – zapytała matka.

– Tak – odpowiedziała. – Chyba było tak, jak mówił Mikołaj.

– Przywiozłaś palec?

– Jaki palec? – zdziwiła się Elżbietka.

– No palec. Przecież pojechałaś po palec swojego teścia.

– Nie – zaprzeczyła Elżbietka. – Nie pojechałam po palec.

– Nie? – zdumiała się pani Alena. – A zatem po co? Mówiłam twojemu ojcu, że pojechałaś po palec swojego teścia, ucięty przez łotra, co ograbił okrutnie ciało pana Jana.

– Nie – zaprzeczyła Elżbietka. – Nie po niego pojechałam. Chciałam zobaczyć to straszne miejsce.

Nic więcej nie wyjaśniła i wcale nie zapytała o stan zdrowia Konrada. Pani Alena uznała, że córka tak bardzo przejęła się wszystkim, że nie panuje nad swoim zachowaniem.

Elżbietka nie powiedziała matce, co robiła na miejscu zbrodni. Znalazła ciało Pietrasza, skręcone, martwe i zimne, wytrzeszczonym wzrokiem patrzące w niebo. Z zimnymi oczami, z zimnymi rękami, zimnymi ustami.

Krzyczała z bólu i rozpaczy. Pochowała je, ryjąc w śniegu a potem w ziemi płytki grób, zasypując go i okładając kamieniami. Na pobliskich drzewach zrobiła nożem szereg znaków, żeby grób łatwo było odnaleźć. Zamierzała tu wrócić nieco później, kiedy już będzie mogła, nie zwracając uwagi innych. Na razie miała w głowie pustkę i wszystko, co robiła, robiła machinalnie, bez zastanawiania się. Służba zastała ją siedzącą przy stosie kamieni, który był grobem Pietrasza.

Kiedy o zmierzchu powróciła do domu, odbyła z matką tylko tę krótką rozmowę, a potem na długo zamknęła się u siebie.

W ogóle nie pamiętała, że w sąsiedniej izbie leży Konrad, jej mąż, nieprzytomny, ledwo żywy.

OPOWIEŚĆ MIKOŁAJA

- Po bitwie tygodniami leżałem bez czucia i przytomności – opowiadał Mikołaj z Lipowej. – Dopiero w wiele miesięcy później dowiedziałem się, co i jak się zdarzyło. To nie był sen, że umarłem, tam na polu pod Nicopolis. Może nawet umarłem naprawdę, jak mówili Saraceni. Ich najsławniejszy lekarz tak powiedział. Twierdził, że umarłem, ale dzięki łasce Allaha powróciłem do życia, urodziłem się na nowo, drugi raz. Może to była prawda. Nic nie pamiętam z tego okresu, nic zupełnie. Od jesieni aż do wiosny nie pamiętam niczego, jakby mnie nie było.

Kiedy się obudziłem, dowiedziałem się, że nie jestem jeńcem, wziętym w bitwie. Jestem rzeczą, którą sułtan Bajazyt znalazł na polu i wziął sobie na pamiątkę. Wziął, bo tak mu się podobało. Łupy zdobyte w walce, rozdał swoim dowódcom i żołnierzom, zatrzymując dla siebie tylko mnie. To los i przypadek. Oni mówią: kismet – przeznaczenie. Wierzą, że wszystko jest zapisane, każdy ludzki żywot i każde ludzkie postępowanie. Nikt nie może niczego zmienić w swoim losie, bo wszystko zostało przewidziane wcześniej przez ich Boga. Sułtan kazał wziąć mnie z pola, wziąć moje ciało, bo chciał się dowiedzieć, kim byłem kiedyś i kim był ten, z którym stałem nad Dunajem, walcząc z ich wojownikami. Los chciał, żeśmy z wielkiej armii zostali tylko we dwóch nad tą rzeką. Było nas wielu, ale ich jeszcze więcej i choć robiliśmy wszystko, zostaliśmy tam tylko dwaj, ja i Albert von Neuburg, brat Zakonu. Obaj padliśmy tamtego wieczora. Ale jemu saraceński Allah nie wrócił życia. Wrócił tylko mnie, bo tak było zapisane w księdze przeznaczenia. Na osobisty rozkaz sułtana otoczono mnie opieką lekarską. Kiedy zaś obudziłem się, niewiele pamiętałem z niedawnego. Dopiero po tygodniach rozmów z lekarzem, który nazywał się Misani al Rifad, zacząłem sobie przypominać, a on twierdził, że nie tyle przypominam sobie, co uczę się od nowa.

 

Tymczasem płynęły miesiące i wszyscy ci, którzy ocaleli w bitwie, a których nie zgładzono na rozkaz sułtana, mogli za okupem powrócić do domu. Wszyscy, poza mną jednym. Bo ja nie byłem jeńcem, ale rzeczą należącą do sułtana. On sam mówił mi, że nie mam przeszłości, bo przecież urodziłem się po raz drugi. Kazał mi zapomnieć o tym, co było. O ojcu i matce, o żonie, dzieciach i domu. O moim Bogu nawet. Broniłem się, ale nic nie mogłem zrobić, bo choć byłem rzeczą, pilnowano mnie bardziej niż wojennego jeńca. Wiele razy próbowałem zrzucić pęta. Uciec, przekazać wiadomość, dać znak. Sułtan nie życzył sobie tego, a kiedy któregoś dnia zapłaciłem kupcom, żeby powiadomili moją rodzinę, kazał ich wszystkich powiesić publicznie za rozmowy ze mną, za to, że nie słuchali jego rozkazów, o jakich nie mieli przecież pojęcia. Po tym zrozumiałem, że nie powinienem narażać innych, bo sułtan wszędzie ma oczy i uszy, wszystko widzi i wie.

Tymczasem ozdrowiałem. Nosiłem turecki strój, nauczyłem się tureckiej mowy, mogłem nawet dość swobodnie się poruszać, gdzie chciałem. Myślałem o sposobach ucieczki. Spróbowałem raz i drugi, wydało się, znowu inni ponieśli karę. Mnie nie uka-rano, bo nie karze się rzeczy. Sułtan nie słuchał moich próśb ani nalegań. I tak żyłem z dnia na dzień, tęskniąc, marząc o domu.

Aż któregoś dnia, kiedy chodziłem po mieście, jak zawsze mając za sobą dwóch czujnych strażników, trafiłem do kościoła. Bo są tam kościoły i cerkwie, nie tylko meczety, w których modlą się muzułmanie, wyznawcy islamu. Moi strażnicy nie chcieli mnie puścić, ale jakoś ich przekonałem. Wszedłem do kościoła i szczęśliwy los chciał, że spotkałem w nim kapłana. Szczęśliwy dla mnie, bo dla owego duchownego był to los okropny i straszny. Rozmawialiśmy, opowiedziałem mu wszystko, wszystkiego dowiedziałem się, czego nie słyszałem w sułtańskim pałacu, i dowiedziałem się też i tego, czego mi nie mówił sułtański lekarz, Misani al Rifad, mój opiekun i mój nadzorca. Dowiedziałem się, że odeszli już jeńcy za okupem i usłyszałem wiele innych rzeczy.

Chciałem się wyzwolić. Ksiądz opowiadał o swoich owieczkach, o mieszkających tam chrześcijanach, których sułtan pozwala zachować przy życiu, o ile przysięgną nie spiskować w żaden sposób przeciwko jego władzy. Była to mała trzódka, kupcy, rzemieślnicy, ale była i dzielnie trzymała się między sobą, wspierając się wzajemnie, świadcząc pomoc, dając sobie nadzieję. Chciałem prosić księdza o pomoc. Poprosiłem, a on powiedział, że spełni moją prośbę. Spełnię, powiedział, spełnię, jeśli mnie o to jeszcze raz poprosisz. Ale zanim to uczynisz, zastanów się. Jeśli sułtan wydał zakaz kontaktowania się z twoim krajem i twoją rodziną, jeśli za takie próby karze mękami i śmiercią, zastanów się, czy i mnie chcesz skazać na podobny los. Spełnię twoją prośbę, napiszę list, poszukam twoich przyjaciół w innych krajach. Ale miej świadomość, że jeśli rzecz cała się wyda, sułtan weźmie mnie na męki. Będę skazany, a moja trzódka zostanie bez kapłana i przewodnika. Zastanów się, powiedział, czy chcesz, żeby ci wszyscy ludzie byli tak poszkodowani. Kto im będzie głosił słowo boże, kto się nimi zajmie, kto poprowadzi. Jeśli mnie nie stanie, czy starczy im wiary i wytrwałości? Może przejdą na islam dla spokoju i zachowania życia? A może sułtan uniesiony gniewem każe stracić ich wszystkich, na nic nie zważając, tylko za to, że złamałem przysięgę wierności, złożoną kiedyś przed nim?

Wróciłem do swojego mieszkania, do złotej klatki, w której mieszkałem i długo zastanawiałem się, jak powinienem postąpić. Długo modliłem się i prosiłem o radę. A ów mądry ksiądz też mi jej nie udzielił, tylko pokazał dwie możliwe drogi, ale nie podpowiedział, którą mam wybrać. Było w tej parafii ponad sześćdziesiąt chrześcijan, nie licząc dzieci. Sześćdziesiąt osób, sześćdziesiąt dusz, sześćdziesiąt żywotów...

Zrezygnowałem. Poprosiłem księdza, żeby zapomniał o mojej prośbie, bo postanowiłem nie narażać ani jego, ani jego trzódki. Ulżyło mi wtedy, wybór wydawał mi się słuszny. Jednakże nie minęło dni dziesięć, kiedy przyszło mi gorzko żałować decyzji, która wydawała się najlepsza.

Byłem rzeczą dla sułtana. Byłem człowiekiem, który urodził się na nowo, nie miał ojczyzny, domu, imienia, przeszłości, żony ani dzieci. Tak mnie traktowano. Ale nie godziłem się z tym ani przez chwilę i postanowiłem pokazać, że tak wcale nie jest.

Uprosiłem księdza, żeby mnie ochrzcił. Skoro nie istniała moja przeszłość, skoro urodziłem się na nowo, postanowiłem dać wyraz temu, że jestem chrześcijaninem, że chcę nim być na przekór wszystkiemu. Poszedłem do niego, a on ochrzcił mnie imieniem Mikołaja, nawiązując w ten sposób do tego, kim byłem i kim nadal jestem. Nie byłem już rzeczą, byłem człowiekiem, który miał wolę wyboru. Zostałem chrześcijaninem z mojej własnej woli.

Zaraz się to wydało. Żołnierze zabrali mnie przed oblicze sułtana, do tej części pałacu, której wcześniej nie widziałem. Mówiłem już dobrze po turecku, a kiedy mój czyn wyszedł na jaw, sułtan Bajazyt osobiście rozmawiał ze mną.

Czy się bałem? Nie, nie odczuwałem lęku. Pamiętałem dawne cierpienia, choć przecież byłem nowym człowiekiem. Zapytał mnie, czemu mogąc wybrać przyszłość, wybrałem właśnie taką? Powiedział, że spodziewał się, iż zostanę muzułmaninem, jak wielu ludzi spośród tych, którzy rozmaitymi drogami trafiają do jego imperium. Odparłem, że jeśli według niego jestem rzeczą, kamieniem, garnkiem, kawałkiem łajna, nie powinien się tym zajmować. Jeśli według niego nie mam duszy, to nic nie ma znaczenia. Dobrze już znałem ich zwyczaje. Powołałem się na ich pojęcie przeznaczenia.

– Sam Allah chciał, żebym został chrześcijaninem – powiedziałem. – Sam Allah tak zarządził, bo gdyby inna była jego wola, nie byłbym dzisiaj tym, kim jestem.

Złościł się, tupał i krzyczał, myślałem, że lada chwila ubiją mnie na miejscu. Zapytał swoich przybocznych uczonych, co myślą o mojej bezczelności. Wytłumaczyli, że mogę jeszcze zostać muzułmaninem, wystarczy, żebym powiedział w ich języku: „Nie ma Boga prócz Allaha”. Rzekłem, że tego nie zrobię, bo sprzeciwia się to bożej woli.

– Nie uznajemy twojego Boga ani jego woli! – zawołali.

– Nie mówiłem o swoim Bogu, ale o waszym – odpowiedziałem. – Gdyby wasz Allah chciał, żebym został jego wyznawcą, nie skierowałby mnie, kiedy szedłem ulicą, do kościoła, ale do meczetu.

Bajazyt zezłościł się. Za poradą swoich doradców uznał, że wola Allaha jest najważniejsza i nie można się jej przeciwstawić.

Zamiast na plac, gdzie miano mi obciąć głowę, zaprowadzono mnie do ciemnego lochu. Płakałem tam tygodniami. Płakałem, ale nie nad swoim losem. Płakałem nad księdzem i jego trzódką. Zabito go okrutnie z rozkazu sułtana, a wszystkich parafian wysłano do ciężkiej pracy w kopalniach. Wszystkich co do jednego, dzieci nie wyłączając. Kościółek sułtan kazał zburzyć, żeby nigdy już nie zabłądził do niego ktoś do mnie podobny.

KAMIENIE PAMIĘCI

Wczesną wiosną Mikołaj wraz z żoną udali się na objazd posiadłości. Wędrowali po drogach i ścieżkach, które pamiętał od dziecka, a za którymi tęsknił przez lata niewoli. Modlili się pod każdym krzyżem na rozstajach, próbowali wody z każdej studni i źródełek pomiędzy skałami, odpoczywali w miłych dla oka zakątkach.

– Latami o tym marzyłem – opowiadał. – O prostych przyjemnościach, jakie daje życie w Dolinie u twojego boku.

Dłużej zatrzymywali się na polach, we wsiach i w młynach.

– Panie Boże dopomóż! – wołał Mikołaj ku pracującym.

– Panie Boże zapłać! – odpowiadali.

Prostowali grzbiety, patrzyli z niedowierzaniem, a potem porzucali swoje zajęcia i biegli ku panu, żeby pokłonić się mu do stóp i wyrazić radość z jego powrotu.

W Częstochowie złotnik Urban bardzo się zdziwił zamówieniem Mikołaja z Lipowej.

– Oprawić w najlepsze złoto? – powtórzył zamówienie. – Ten zwykły kamyk? Wybaczcie, panie, ale to najdziwniejsze zamówienie, o jakim słyszałem.

– Może i najdziwniejsze – zgodził się Mikołaj. – Chyba nieczęsto macie sposobność dotykać kamieni, które pochodzą z Golgoty, na której umarł Chrystus Pan.

Urban spojrzał na rycerza i zobaczył, że ten wcale nie żartuje. Uśmiechnął się domyślnie.

– Wybaczcie – przeprosił z ukłonem. – To zapewne wy jeste¬ście owym rycerzem, który w cudowny sposób został ocalony z rąk Saracenów, a potem pielgrzymował do Ziemi Świętej. Tak, nie może inaczej być, to wy.

– Ja – potwierdził Mikołaj zaskoczony, że wszyscy słyszeli już o jego długiej podróży.

Kiedy szedł tutaj, ludzie kłaniali mu się powszechnie i zastanawiał się nawet, czemu to robią i czemu, gdy ich minął, żywo gestykulują, jakby zobaczyli coś dziwacznego.

– Nie dziwcie się – wyjaśnił mistrz Urban. – Nie codziennie można zobaczyć w naszym mieście takiego szczęściarza.

Mikołaj skrzywił się niezadowolony, bo nie chciał, żeby ktokolwiek mówił o nim w ten sposób. Ale po chwili pokiwał głową.

– Może to i prawda – potwierdził. – Nie wiem, czym sobie zasłużyłem na tę szczególną opiekę Matki Bożej, ale że to ona mnie ochroniła, nie mam najmniejszych wątpliwości. Będę jej dziękował do końca życia.

– I my takoż – zapewnił złotnik. – Co zaś do waszego zamówienia, będzie gotowe w przyszłym tygodniu. Domyślam się, co chcecie zrobić z tym klejnotem, tedy od razu mówię, że złamanego skojca nie policzę za robotę, a wy zapłacicie tylko za sam kruszec.

– Dziękuję, mistrzu, za waszą ofiarność – uśmiechnął się Mikołaj.

Kiedy klejnot był gotowy, Mikołaj z żoną udali się do świątyni na Jasnej Górze, gdzie oboje modlili się długo, dziękując za jego powrót do domu. Pojechali z nimi także pan Jeno z żoną Aleną, a na miejscu spotkali innych znajomych i sąsiadów.

Mikołaj ofiarował swoje wotum, a przeor kazał je umieścić na ścianie świątyni pomiędzy innymi, jakie tu już wisiały, złożone przez tych wszystkich, którzy w cudownym miejscu doznali łaski.

* * *

Żyd z Holsztyna, Natan syn Izaaka, stał naprzeciw, oddawszy kilka ukłonów panu Mikołajowi.

– Chwała niech będzie Przedwiecznemu – powtarzał. – Chwała niech mu będzie po wiek wieków. Za wasz powrót, szlachetny panie.

– I ja mu dziękuję – uśmiechnął się Mikołaj. – Witaj, Natanie.

Patrzył na przygarbione plecy, na posiwiałą brodę Żyda i dziwił się, jak ten postarzał się od ich ostatniego spotkania. Po kilku tygodniach pobytu w domu jakby zapomniał o tym, co przeżył, i wcale już nie czuł upływu czasu. Jakby nie minęło osiem lat, jakby dopiero to poprzedniego tygodnia rozmawiali o czekającej Mikołaja wyprawie krzyżowej.

Natan oczekiwał na swoją kolej, aby złożyć uszanowanie panu na Lipowej, dając pierwszeństwo jego krewnym i przyjaciołom. Stał teraz przed nim przejęty, bo zamierzał zadać wiele pytań.

– Czy widzieliście, panie, Morze Martwe?

– Tak, Natanie. Widziałem i sam sprawdziłem, że nie ma przesady w opowieściach o tamtejszej dziwnej wodzie. Nie jest może jak masło, od którego nie można oderwać stopy, ale osobliwie gęsta. Czy wiesz, co tam powiadają? Że po prostu nie sposób się w niej utopić.

– I widzieliście święte miasto Jeruszalaim?

– Byłem w Jerozolimie – potwierdził Mikołaj. – I w Betlejem, gdzie urodził się nasz Pan, i w Nazarecie, gdzie mieszkał.

– A Jerozolima? – dociekał Natan. – Naprawdę jest taka wielka i taka święta?

– Jest po prostu wspaniała, Natanie. Piękniejsza niż na owym rysunku, który mi kiedyś ofiarowałeś. Nie ma słowa przesady w tym wszystkim, co zawiera i nasze, i wasze Pismo Święte. Pamiętałem, jak opisuje miasto, jak opisuje drogę Chrystusa na Golgotę. Bez trudu znalazłem tę drogę i byłem szczęśliwy, mogąc całować kamienie, po których stąpały Jego stopy...

Natan nie podjął dyskusji, bo jego Pismo nie wspominało Chrystusa. Ukłonił się Mikołajowi, życząc mu wszelkiej pomyślności i zapewniając o swoim oddaniu dla niego i jego rodu.

– Szlachetny panie... Czy kiedyś, gdy już nacieszycie się rodziną, zechcecie mi nieco opowiedzieć o waszej długiej podró¬ży? – zapytał.

– Chętnie, Natanie – zgodził się Mikołaj i zatrzymał Żyda, który zamierzał już odejść.

Wezwał służebną i kazał jej coś przynieść z izby. A gdy ta wniosła skórzany woreczek, chwilę biedził się z rozwiązywaniem ciasno zaciśniętych supłów na rzemiennym zapięciu. Żyd, który spodziewał się w sakiewce pieniędzy albo kosztowności, zdziwił się, widząc garść drobnych kamieni.

 

Mikołaj wysypał je na dłoń, a potem położył rzędem na pieńku. Widać było, że dobrze zna te kamyki i doskonale je pamięta.

– Ten jest z Rzymu – wyjaśnił. – Ten z Konstantynopola, tamte dwa z Nazaretu i Betlejem. A te trzy ostatnie są z Jerozolimy.

Natan natychmiast zapomniał, że miał już odejść. Prawie podbiegł do miejsca i pochylił się nad kamieniami.

– Z Jerozolimy? – powtórzył z niedowierzaniem.

– Tak, Natanie. Dwa pochodzą z Golgoty, a ten ostatni...

Mikołaj wziął kamyk w palce, podniósł go i wysunął w stronę Żyda.

– Jest dla ciebie, Natanie. Pamiętałem, co mówiłeś o swoim ojcu i o Jerozolimie. Kiedy więc zobaczyłem, jak twoi rodacy modlą się w miejscu nazywanym Ścianą Płaczu, wydłubałem go z niej...

Natan syn Izaaka na sztywnych nogach podszedł bliżej, ostrożnie wziął kamyk między palce, a potem zacisnął na nim pięść, aż mu pobielały knykcie.

– Ze Ściany Płaczu? – zapytał szeptem. – Ze wschodniej ściany świątyni króla Salomona?

Natan dotknął kamieniem czoła, a jego usta zaczęły mamrotać coś, co mogło być modlitwą.

Nie od razu uwierzył w słowa rycerza. Pan na Lipowej, który tysiące mil przeszedł pieszo, niósłby kamień dla biednego Żyda? Ale Mikołaj patrzył znanym Natanowi spokojnym, pewnym spojrzeniem i uczynił ręką zachęcający gest.

– Zatrzymaj – powiedział. – Przecież mówię, że przeznaczy¬łem go dla ciebie. W Ziemi Świętej zrozumiałem, jak wiele łączy nasze religie i że w istocie czcimy tego samego Boga. Chyba nie odrzucisz mojego skromnego podarunku?

Natan syn Izaaka osunął się na kolana. A potem dawnym wschodnim zwyczajem pokłonił się Mikołajowi, czołem dotykając ziemi.

– Oby łaska Przedwiecznego ani przez chwilę nie opuszcza¬ła was, waszej żony, waszych dzieci, waszych krewnych, waszych sług, waszych zwierząt. Obyście pławili się w szczęściu za to, kim jesteście, szlachetny panie Mikołaju. Oby rozmnożył wasze stada. Oby plony na waszych polach zadziwiły świat. Oby służyło wam zdrowie, piękno i łaska. Oby każda wasza myśl była wzniosła. My, Żydzi, marzyć nawet nie możemy, by mieć tak łaskawego, sprawiedliwego, szczodrobliwego pana.

I Żyd Natan bił czołem w piasek przed chrześcijańskim rycerzem.

* * *

Wielki kamień przed dworem w Lipowej, który przed ośmiu laty przytoczył tu Mikołaj, pokryty był prawie w całości drobnym mchem.

– Cierpiałam – powiedziała Hedwiga. – Ilekroć spojrzałam na ten kamień, przypominałam sobie ciebie i cierpiałam. Czy wiedziałeś, że będę cierpiała, gdy tutaj go przytoczyłeś?

– Każę go zabrać – obiecał. – Teraz nie będzie potrzebny.

– Przeciwnie – powstrzymała go. – Niechaj tu zostanie na zawsze, na pamiątkę naszej rozłąki. Żebyś pamiętał, by nigdy już nie zostawić mnie samej.