Nieoczekiwany powrótTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #22
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nieoczekiwany powrót
Nieoczekiwany powrót
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Nieoczekiwany powrót
Nieoczekiwany powrót
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99  9,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 22: Nieoczekiwany powrót

Saga

Saga rodu z Lipowej 22: Nieoczekiwany powrótZdjęcie na okładce: ShutterstockCopyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788726167023

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 22 - NIEOCZEKIWANY POWRÓT

ARNULF Z KENTU

Wiosna 1404

Angielskiemu poselstwu przewodził Arnulf z Kentu, sławny rycerz, bohater wypraw, bitew i turniejów. Przyglądano mu się z pewnym niedowierzaniem, bo wyglądał zupełnie inaczej, niż tego oczekiwano. Spodziewano się wielkiego, silnego człowieka o głowę przewyższającego innych, którego cios powala ludzi i konie. Zobaczono zaś niewysokiego, smukłego rycerza, o ma¬łej głowie i drobnych, niewieścich dłoniach.

– To on ma być owym sławnym mocarzem? – dziwowano się na dworze. – Ten człowieczek, niewiele większy od dziecka?

Rozpytywano służbę i innych ludzi z orszaku posła, żeby wyjaśnili, czy docierające do Polski wieści są aby prawdziwe. Inni jednak potwierdzali to z całą powagą i tłumaczyli, że sława pana Arnulfa bierze się nie tyle z jego siły, co sprawności bojowej, umiejętności szermierczych i sposobów korzystania z wierzchowców specjalnie układanych do walki.

Panu Arnulfowi towarzyszyło dwóch mniej ważnych rycerzy i mały orszak sług. Przyjechali na Wawelskie Wzgórze pewnego ranka, zajęli przygotowane im kwatery, a następnego dnia stawili się na posłuchaniu przed polskimi monarchami.

Wielu możnych panów świeckich i duchownych stanꬳo tego wieczora w wielkiej sali Wawelu, gdzie król Jagiełło przyjmował poselstwo w towarzystwie swojej żony Anny. Miał przy sobie Piotra Wysza i kanclerza Zaklikę. Listy od króla angielskiego Henryka posłowie dostarczyli już rano i teraz spotkanie miało tylko oficjalny charakter.

Marcina z Lipowej najbardziej dziwiła postura małego rycerza i razem z innymi młodzieńcami z dworu podkpiwał sobie z jego wyglądu. W młodych gotowała się krew i najchętniej znaleźliby jakiś pretekst, żeby wyzwać Anglików na próbę. Nie wchodziła w grę sprawa typowego pojedynku, choć naciskali na starszych, żeby przekonać króla do wydania turnieju.

– Turniej to rycerska zabawa. Akurat taka, żeby odpowiednio uszanować cudzoziemskich posłów.

Niektórzy z dworzan popierali pomysł, inni odwołali się zaraz do dam dworskich, bo wpływ tych na rozrywki był największy. Ale na razie niczego nie udało się uzyskać.

Arnulf z Kentu kłaniał się po rycersku przed parą monarchów i głośno, wyraźnie przesyłał im wyrazy uszanowania od swojego króla, potem zaś złożył przed tronem stosowne dary.

Król dziękował uprzejmie przez tłumacza, którym był franciszkanin ojciec Stanisław. Sam ofiarował posłowi kosztowny kaftan ze złotogłowia.

Poseł pytał, czy król polski rzeczywiście zamierza nadal wspierać schizmatyków i pogan w walkach przeciw Zakonowi Najświętszej Maryi Panny i wyrażał niepokój swojego władcy w tej sprawie, zgodnie z wytycznymi, jakie w swoim liście zawarł już wcześniej papież Bonifacy.

Król Jagiełło zaprzeczył, jakoby wspomagał nowe powstanie Żmudzinów i twierdził, że pomiędzy Królestwem Polskim a Zakonem stosunki układają się dobrze, o czym mogą świadczyć oddziały Krzyżaków, jakimi dysponował podczas ostatnich wypraw wojennych. Mówił też o samodzielności swojej władzy i swoich rządów, nad którymi nikt nie może mieć zwierzchności w jego własnym kraju. Właśnie został zawarty pokój z Krzyżakami, o czym poseł może się sam przekonać, bo wysłannicy Zakonu przebywają jeszcze na dworze, między innymi dostojny Michał Kuchmeister, wójt Żmudzi.

Poseł zapytał potem o możliwość przyłączenia się rycerzy polskich do wyprawy krzyżowej przeciw niewiernym, o ile taka zostanie postanowiona przez chrześcijańskich władców.

– Udzielimy naszej pomocy – obiecał Jagiełło, co spotkało się z wyraźnym zadowoleniem posła.

– Dobrze ja pamiętam męstwo rycerzy angielskich, którzy chodzili w krzyżackich wyprawach przeciw Litwie – oświadczył król. – Byli pierwsi w boju, choć nie zawsze godzili się na pomysły panów zakonnych, gdy ci chcieli napadać na chrześcijańskie osady.

Poseł odpowiedział, że w imieniu swojego króla gotów jest przyjąć każde wyzwanie, żeby udowodnić swoje racje. Pan Jagiełło pochwalił tak rycerską postawę i wyraził nadzieję, że nie zajdzie potrzeba, żeby chrześcijanie potykali się krwawo z innymi chrześcijanami.

Po oficjalnej rozmowie król poprosił posła bliżej i rozmawiał z nim życzliwie w otoczeniu tylko najważniejszych panów królestwa. Dworzanie stojący w pewnym oddaleniu komentowali postawę angielskiego rycerza i przechwalali się swoimi nad nim przewagami.

– Wcale nie jest taki silny – zauważył Hieronim Lis z Bechcic. – Nie ustąpiłbym mu pola.

– Nawet więcej – podchwycił Marcin z Lipowej. – Wątpię, czy wytrzymałby siłę mojego ciosu...

Spojrzeli na niego z uznaniem. Nie to, ufali w jego rycerskie umiejętności, ale w potyczkach młody pan z Lipowej odniósł już jakieś sukcesy i byli tacy, którzy popierali jego ambicje.

– Byłbym ostrożniejszy w przechwałkach, młodzi – zwrócił uwagę pan Klemens z Moskorzowa. – Widziałem ja angielskich rycerzy w walce i powiadam wam, jest się kogo obawiać.

Marcin z Lipowej przyszedł na powitanie poselstwa pięknie wystrojony, bo wypada pokazać się od jak najlepszej strony, zwłaszcza, że zaraz po audiencji wszyscy mieli się spotkać na wielkiej uczcie, jaką król wydawał na cześć dostojnego pana Arnulfa z Kentu. Marcin miał na sobie nowiutką błękitną tunikę z jedwabiu, na piersi zaś wyhaftowane dwie białe podkowy, swój rodowy herb.

Ta suknia stała się przyczyną pewnego bardzo głośnego wydarzenia.

Marcin stał w gronie kilkunastu młodych rycerzy w kącie sali, szeptem i półgłosem wymieniając uwagi o Anglikach, podczas gdy król w otoczeniu najbliższych doradców rozmawiał z poselstwem.

– Wymoczek jakiś – mówił Marcin. – Pewnie sam nie walczy, a robią to za niego jego giermkowie i służący.

Nagle zobaczyli, jak pan Arnulf odwraca głowę, wodzi wzrokiem po sali, jakby kogoś szukał, a wreszcie wyciąga rękę i celuje palcem w ich stronę. Zamarli wszyscy z zaciekawienia i zadziwienia. Anglik wskazał grupę młodych rycerzy.

– Patrz – zaśmiał się któryś z towarzyszy Marcina. – Usłyszał twoje głupie uwagi.

– Sam jesteś głupi – odciął się Lipowski, ale nagle zrobiło mu się nieswojo.

Zbladł nawet na myśl, że będzie musiał wytłumaczyć się przed monarchą ze swoich nieprzystojnych słów, bo palec Arnulfa wyraźnie pokazywał właśnie jego.

– A nie mówiłem? – roześmiał się półgłosem Hieronim Lis. – Słyszał twoje docinki i teraz będziesz miał za swoje.

Jakby w odpowiedzi na niepokoje młodego rycerza do grupy, w której stał, zbliżył się paź monarchy. Nie było już żadnych wątpliwości, że władcy chodziło o Marcina, bo paź zatrzymał się dokładnie przed nim.

– Miłościwy król prosi was, panie, do siebie.

Zamarli wszyscy, a Marcin z Lipowej poczuł nagle suchość w gardle, ale nie mógł odmówić prośbie. Ruszył więc do tronu, na nieco sztywnych nogach. Patrzyli za nim ze współczuciem, ktoś uderzył go lekko w ramię, dodając odwagi.

Arnulf z Kentu przyglądał się Marcinowi, mając na twarzy uśmiech, który chyba jednak nie był oznaką wrogości.

– Panie Marcinie – odezwał się król, gdy pan z Lipowej stanął przed tronem i złożył ukłon. – Nasz gość, poseł prześwietnego króla angielskiego, pragnie porozmawiać z wami.

Marcin z Lipowej zaczerwienił się, bo usłyszał, jak cichną głosy na sali. Widać jego towarzysze zdążyli już opowiedzieć, co się wydarzyło i czekali teraz na rozstrzygnięcie. Marcinowi było wstyd, że nie popisał się akurat przy tak świetnej okazji, w obecności tylu wspaniałych panów i najchętniej zapadłby się pod ziemię. A najbardziej zawstydził się, kiedy tuż przed sobą zobaczył spojrzenie czarnych oczu Anny de Berg. Starał się o jej względy od tygodni, a teraz mógł stracić wszystko, jeśli król publicznie zgani go za niestosowne zachowanie. Miał ochotę uciec z sali, ale tego w żaden sposób nie wolno mu było zrobić.

Pochylił się w ukłonie.

– Na wasze rozkazy, najjaśniejszy panie.

Poseł zagadał coś, kierując swoje słowa wprost do Marcina, ale widać zwierzył się z własnych wątpliwości wcześniej, bo tłumacz dokładnie wiedział o wszystkim, podobnie jak wiedział już król.

– Dostojny poseł powiedział nam, że gdy jego władca, król angielski Henryk uczestniczył niegdyś w wyprawie przeciw Litwie, napotkał rycerza ozdobionego herbem Dwie Podkowy. Zapytuje was uprzejmie, czy może należycie do rodziny owego rycerza.

Marcin drgnął zaskoczony. Spodziewał się gniewnych uwag monarchy, może nawet publicznego zbesztania. Tymczasem chodziło zupełnie o coś innego.

– Jestem Marcin z Lipowej – odrzekł głośno, patrząc na Anglika. – To mojego ojca, Mikołaja z Lipowej, spotkał zapewne wasz król, szlachetny pośle. Ojciec był przed laty wśród obrońców Wilna podczas oblężenia przez rycerzy Zakonu.

Poseł ucieszył się wyraźnie i zadał następne pytanie.

– Czy coś wiecie o owym spotkaniu?

Marcin z Lipowej nic więcej nie wiedział i zastanawiał się właśnie, co ma odpowiedzieć, kiedy do rozmowy włączył się Klemens z Moskorzowa.

 

– Ja coś o tym mogę rzec, miłościwy panie.

– Zechciejcie nam opowiedzieć – zgodził się król. – Byliście przecież w tamten czas w Wilnie.

– Z waszego rozkazu dowodziłem podczas oblężenia – przypomniał pan Klemens. – I zapewne wiem, o co może chodzić naszemu dostojnemu gościowi. Czy pozwolicie zadać panu Arnulfowi kilka pytań?

– Doprawdy? – zaciekawił się król. – Tedy tym bardziej chcemy tego wszystkiego posłuchać.

Pan Klemens odbył z rycerzem angielskim krótką rozmowę przez tłumacza, a potem przedstawił sprawę królowi, mówiąc jednak na tyle głośno, żeby słyszeli wszyscy zebrani w sali.

– Byłem dowódcą obrony oblężonego przez Krzyżaków Wilna – zaczął pan Klemens. – Krzyżaków wspomagali liczni rycerze zachodni, w tym także Anglicy, Francuzi, Burgundowie. Którejś nocy pan Mikołaj z Lipowej poprowadził zbrojny wypad do obozu wroga. Gdy powrócił, opowiadał, że spotkał się w boju z dowódcą angielskich posiłków. Nazywał się on Henryk hrabia Derby, a dziś jest królem w Anglii.

– Prawda – potwierdził poseł. – Kiedy mój pan, król angielski Henryk, wyprawiał mnie z poselstwem na dwór waszej królewskiej wysokości, powierzył mi także i inne zadanie. Myślałem, że zejdzie mi na nie wiele czasu i wysiłku, a widzę, że okazało się dość łatwe. Polecił mi odszukać rycerza, z którym pojedynkował się tamtej nocy. Tej, o której mówi ów starszy rycerz. W noc wycieczki zbrojnej oblężonych mój pan spotkał się sam na sam z rycerzem, noszącym na piersi Dwie Podkowy. Nie znał jego imienia, ale zapamiętał herb. Prosił mnie, jeśli będzie to możliwe, żebym go odszukał. Jeśli zaś możliwe nie będzie, żebym dotarł do jego krewnych lub powinowatych....

Król Jagiełło, podobnie jak i stojący obok dworzanie, był wyraźnie poruszony. Dziesięć lat minęło od czasu, gdy dawny hrabia Derby uczestniczył w wyprawie, a jednak ją pamiętał. Cóż tak istotnego wydarzyło się wówczas, że król angielski nie zapomniał o tym przez tyle czasu?

– Wyście syn owego pana Mikołaja? – upewnił się poseł.

– Tak, dostojny pośle – potwierdził zapytany. – Jestem Marcin z Lipowej, syn i dziedzic pana Mikołaja.

– A pan Mikołaj?

– Zginął pod Nicopolis w wielkiej bitwie z Turkami.

Poseł przeżegnał się, pochylił głowę i odmówił krótką modlitwę. Za jego przykładem poszli i inni, dwór z beztroski przeszedł nagle w ton poważny, jaki narzuciło zachowanie posła – skupione, nieskore do żartów.

– Niechaj mu Bóg odpuści grzechy – powiedział poseł, a obecni zaszemrali chórem:

– Amen. Amen.

– Cóż takiego zdarzyło się owej nocy pod murami Wilna? – zapytał król przez tłumacza.

– Znam tę opowieść od mojego pana – odpowiedział Arnulf z Kentu. – Mówił mi o niej kilkakrotnie, bo poczuwał się do długu wobec pana Mikołaja, wówczas nieznanego sobie rycerza. Otóż było tak, że podczas nocnego wypadu stanęli naprzeciw siebie mój pan i pan Mikołaj. Potykali się długo i mężnie i nie wiadomo, któremu z nich dałby Bóg zwycięstwo. Mój pan myślał, że ma do czynienia z rycerzem pogańskim, ale skoro wyzywa do walki, zawsze zachowuje wszelkie rycerskie przykazania. Owóż, kiedy się potykali, jeden z rycerzy stojących przy hrabim Derby niespodziewanie wtrącił się do pojedynku i wbrew wszelkim prawom i zwyczajom uderzył pana Mikołaja włócznią w pierś...

Zebrani wydali okrzyk zdziwienia, a tylko pan Klemens z Moskorzowa szepnął zdumiony:

– Pektorał!

Teraz i on przypomniał sobie, co mówił wówczas Mikołaj z Lipowej, a czemu nie do końca dawał wiarę.

Mikołaj opowiadał po powrocie ze zbrojnej wycieczki, że walczył z dowódcą rycerzy angielskich i że zawieszony na piersi pektorał, zawierający szczątki świętego, uratował mu życie.

– Cóż to znaczy? – zapytał król, a wysłuchawszy odpowiedzi pana Klemensa, zwrócił się z dalszymi pytaniami do posła.

– Tak właśnie było – potwierdził pan Arnulf. – Sam Bóg sprawił, że cios zadany przez owego żołnierza trafił na pektorał, który ocalił życie pana Mikołaja. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby w tak haniebny sposób został zakończony ten pojedynek – tak mi mówił mój pan. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby się okaza¬ło, że mój człowiek zabił zacnego chrześcijańskiego rycerza. Ale pektorał go ocalił.

– Wielka jest moc świętych relikwii – zauważył stojący przy królu biskup Piotr Wysz.

– Rankiem po owej nocy sługa znalazł na miejscu pojedynku resztki tego pektorału. Ocalało szklane oczko zawierające święte szczątki i przypięta do nich kartka. Mówiła zaś ona, że są to doczesne szczątki świętego Dunstana, który w naszym królestwie zażywa wielkiej czci...

– Prawda – odważnie odezwał się Marcin z Lipowej. – Dwa były takie pektorały. Jeden nosił mój ojciec, drugi zaś jego ojciec, a mój dziadek. Dziadek do dziś nie odniósł większej rany.

– A pan Mikołaj zginął – przypomniał biskup. – Nie miał pektorału i zginął.

Poseł ukłonił się przed Marcinem z Lipowej.

– W imieniu mojego króla mam was zapytać, panie, czy w zastępstwie waszego szlachetnego ojca zgodzicie się przyjąć nowy pektorał ze szczątkami świętego Dunstana, który król kazał wykonać na wieczną pamiątkę tego wydarzenia i dla uszanowania świętych relikwii?

Marcin z Lipowej był poruszony. Spodziewał się bury, spotkała go nagroda i wywyższenie. On – synem tak wspaniałego rycerza!

Kłaniał się dwornie monarchom, angielskiemu posłowi, pannie Annie de Berg i wszystkim obecnym damom i rycerzom, podnosząc w górę pektorał zawieszony na końcu srebrnego łańcuszka.

– Podziękujcie panu królowi angielskiemu – powiedział posłowi, wieszając pektorał na szyi. – Będę miał ten święty znak zawsze ze sobą.

Marcin z Lipowej był bohaterem tej uczty. Wyznaczono mu znacznie lepsze miejsce, niż to bywało dotychczas, wszyscy mu gratulowali tak wspaniałego ojca. Wypytywali o inne przygody pana Mikołaja i interesowali się nim samym. Król zagadywał uprzejmie, poseł siedział tuż bok i świadczył grzeczności. Marcin pęczniał z dumy i radości. Anna de Berg popatrywała na niego swoimi wielkim czarnymi oczami i uśmiechała się tak pięknie. Chwile tryumfu, zadowolenia i radości. Marcin żałował, że jego matka, brat, ksiądz Franciszek, Dominik z Potoka i inni nie mogą go teraz zobaczyć otoczonego powszechnym poważaniem i szacunkiem. Grzał się w sławie ojca jak we własnej. Angielski poseł sam mu nalewał wino do puchara i wypytywał o rodzinę.

Gratulowali Marcinowi i młodzi rycerze, zazdrośnie patrząc na jego powodzenie. I tylko Hieronim Lis z Bechcic odważył się wypowiedzieć złośliwą uwagę. – To nie twoje zasługi, Marcinie – zauważył, pochylając się ku niemu. – Nie twoje, ale ojca. Więc bacz, żeby ci się w głowie nie przewróciło.

Marcin był ambitny i uwaga przyjaciela bardzo go zabolała. Wiedział, że to sława jego ojca, a nie jego samego, bo był jeszcze zbyt młody i zbyt mało doświadczony, żeby dokonać bohaterskich czynów. Tymczasem przy stole wspominano Mikołaja z Lipowej. Jak potykał się z Krzyżakami w litewskich lasach. Jak wojował przeciw kniaziowi Andrzejowi Garbatemu. Jak sprawował się na łowach, jak wspaniale posłował do wielkiego mistrza Krzyżaków. Jak ocalił świętej pamięci królową Jadwigę, kiedy próbowali dokonać na nią zamachu książę Opolczyk i Wilhelm Habsburg...

Marcin słuchał przejęty, znał te opowieści, ale usłyszeć je z ust innych ludzi wysoko postawionych, to zupełnie coś innego niż domowe gadki, bliższe bajkom, jakie się opowiada dzieciakom.

– Zaprawdę, odżałować nie mogę tak wspaniałego rycerza – mówił król Jagiełło. – Pamiętam go, gdy był jeszcze niemal dzieckiem. Trzymał go do chrztu król Kazimierz. To on nadał później specjalny przywilej jego ojcu, z którym niegdyś polowali wspólnie na srebrnorogiego jelenia. Przywilej ten przeszedł na pana Mikołaja i znano go w litewskich puszczach, tropiącego takiego jelenia. Teraz przywilej ten potwierdzam wobec wszystkich dla pana Marcina i spodziewam się, że zechce podjąć to wyzwanie...

Klaskali przy stołach z ukontentowania i uciechy, ale Marcin nie radował się tak jak wszyscy, bo jego duszę coraz bardziej dręczyło przekonanie, że powinien dokonać natychmiast jakiegoś wielkiego, bohaterskiego czynu, żeby choć część tej sławy i pamięci zawdzięczać sobie, a nie tylko dziadkowi i ojcu.

Miał już nieźle w czubie, kiedy się zwrócił do posła angielskiego z propozycją. Tłumacz początkowo zdziwił się i powtórzył pytanie dopiero na naleganie Marcina.

– Pan z Lipowej zapytuje was, dostojny panie Arnulfie, czy nie uważacie, że powinien być dokończony ów pojedynek sprzed lat?

Poseł nie od razu zrozumiał.

– Jak to dokończony?

– Jego ojciec i wasz król potykali się między sobą po rycersku. Ale pojedynek pozostał nierozstrzygnięty, bo wtrącił się rycerz, którego imię niechaj przepadnie w hańbie. Ale może zechcecie podjąć wyzwanie, które wtedy rzucił ojcu pana Marcina wasz król i w jego imieniu wystąpić na udeptaną ziemię?

Poseł był zdziwiony, choć też niemało miał już wina w sobie. Zastanawiał się nad odpowiedzią. Widział obok zaciekawione spojrzenia innych biesiadników i tak wprost postawionego pytania nie mógł zlekceważyć.

– Być może tamten pojedynek powinien zostać rozstrzygnięty – odpowiedział ostrożnie. – Obawiam się tylko, czy mnie jako posłowi wypada stawać w imieniu mojego króla. Wprawdzie wysłał mnie tutaj ze swoimi pełnomocnictwami, ale przecież chciał, bym powrócił z poselstwem. A gdyby ten młody pan zechciał mnie naprawdę pokonać, zranił mnie, może nawet zabił, czy nie zawiódłbym mojego władcy?

W jego głosie pobrzmiewała drwina. Był sławnym angielskim rycerzem, a Marcin ledwie młodzikiem.

– Chyba się nie boicie? – zapytał Marcin, któremu wino i niedawne powodzenie dodawały sił. – Wasz król nie będzie przecież miał żalu, jeśli mnie pokonacie w pojedynku. Jednakże, jeśli się obawiacie o swoją skórę...

Pan Arnulf natychmiast zaprzeczył, jakoby się bał i zgodził się spróbować z polskim rycerzem.

Następnego ranka, kiedy wszystkim wywietrzały z głowy resztki podawanych podczas uczty trunków, nie brakowało na Wawelu takich, którym sytuacja wydała się bardzo niezręczna.

– Z posłem będzie się potykał? – burczał niezadowolony kasztelan krakowski, Jan Tęczyński. – A jeśli, nie daj Boże, zdarzy się jaki wypadek i pan Arnulf poniesie jaką szkodę? Jakże będzie wtedy wyglądała gościnność polskiego króla i co o niej powiedzą w świecie? Że pozwala, aby pod jego okiem poturbowano posłów?

Inni pocieszali, że może poseł nie da się pokonać, co tym bardziej martwiło kasztelana.

– Sam już nie wiem, co gorsze – ubolewał. – Jeśli ten młokos odniesie poważną ranę albo polegnie, na nas dojrzałych mężczyzn spadnie wina i wstyd za dopuszczenie do tego pojedynku.

– Chyba, żeby go prosić, aby młodego zastąpił ktoś bardziej doświadczony... – podpowiadano.

– A jeśli się nie zgodzi? Został obrażony przez rycerza najjaśniejszego pana, choć młodego, i to z nim będzie chciał mieć teraz sprawę.

– Może ich skłonić do zgody? – spieszył z pomysłem ktoś inny.

Za tym rozwiązaniem opowiedział się i sam król, któremu opowiedziano dokładnie przebieg rozmowy Marcina z panem Arnulfem.

– Tak – potwierdził. – To dobry pomysł. Trzeba namówić Lipowskiego do takiego rozwiązania.

Marcin z Lipowej otrzeźwiał jak inni, a otrzeźwiawszy, w pierwszej chwili wpadł w popłoch. Wyzwał starszego, doświadczonego rycerza i w dodatku posła? Okazał nie tylko niewdzięczność wobec angielskiego króla, który tak uszanował jego ojca, ale przede wszystkim zachował się jak zwyczajny głupiec wobec swojego monarchy. Poza tym obcy rycerz był od niego znacznie starszy, daleko bardziej doświadczony.

W pierwszej chwili chciał po prostu uciec z dworu, ale szybko się powstrzymał przed tak hańbiącym rozwiązaniem. Wyzwał Anglika przy wszystkich, więc sprawa domagała się publicznego rozwiązania.

– A gdyby go tak przeprosić? – zastanawiał się. – Powiedzieć, że byłem pijany, że nie wszystko dokładnie zrozumiałem, albo że tłumacz powtórzył nie tak jak należało...

Ale to rozwiązanie odrzucił z niezadowoleniem jako niehonorowe.

Równie niezadowolony był Arnulf z Kentu. Nie obawiał się wprawdzie przegrania pojedynku z młodzikiem, ale bał się dalszych komplikacji. Jakże mógł dać się sprowokować przez młodzieńca i to podczas wykonywania poselstwa? I cóż to za sława pokonać takiego młokosa?

– A może to jakoś załagodzić? – zastanawiał się.

Marcin z Lipowej stanął przed kasztelanem, potwierdził to, co ten już wiedział, ale zaprzeczył stanowczo, jakoby działał pod wpływem wina.

 

– Byłem zupełnie trzeźwy – upierał się. – Nic nie zamąciło mojego umysłu.

Kasztelan nie był jednak o tym przekonany i dwa razy pytał, czy Marcin zdaje sobie sprawę z tego, że królowi nie jest na rękę ten pojedynek.

Nie tłumaczył, dlaczego tak powiedział i już, a Marcin nie dopytywał się, bo nie czuł się winny. Przeciwnie, uznał nawet, że to próba jego rycerskiego honoru, przeświadczony, że tylko walka może rozstrzygnąć sprawę.

– Co za nieodpowiedzialny smarkacz! – warknął król z niezadowoleniem, gdy Jan Tęczyński przedstawił mu wyniki mediacji.

Wrócił z kwatery angielskiego posła w ponurym nastroju.

– Sam nie wiem – mówił zasępiony. – Pan Arnulf nie odpowiedział ani tak, ani owak. On też jest w trudnym położeniu. Zdaje się, miłościwy panie, że przydałby się nam ktoś taki jak król Salomon, żeby ten spór rozsądzić...

Jagiełło zmarszczył brwi.

– Salomon? – zapytał niezadowolony. – Czyż w tym kraju nie ma króla i władcy?

– Wybaczcie, najjaśniejszy panie – tłumaczył się z niezręczności kasztelan. – Chciałem tylko wyrazić zdanie, że to sprawa bardzo trudna...

– Ale nie za trudna dla waszego króla – rzucił Jagiełło i polecił wezwać Lipowskiego.

Sprawca całego tego zamieszania mało martwił się oczekującym go pojedynkiem. Nie spodziewał się wygrać ze sławnym Arnulfem z Kentu, ale po wizycie kasztelana, który pofatygował się osobiście, nabrał pewności, że jest uczestnikiem ważnego wydarzenia. Tym bardziej chciał przedłużyć to przyjemne uczucie, jakiego zasmakował poprzedniego dnia.

Otrzymawszy wezwanie do króla, pobiegł z przekonaniem, że monarcha, zatroskany o sławę polskiego rycerstwa, jaką Marcin miał sobą reprezentować, udzieli mu może jakiej ważnej rady.

Król czekał w małej komnacie, która była jego prywatną sypialnią i gdzie nikt prawie nie miał wstępu. Nie nosił na sobie wierzchnich szat, jakby nikogo się tu nie spodziewał. Zniecierpliwiony bębnił palcami o brzeg stojącej na stole dużej cynowej misy, przykrytej płótnem.

– Wasza królewska mość... – ukłonił się Marcin.

Monarcha podniósł wzrok i oderwał dłoń od misy.

– Zamknij za sobą drzwi – polecił. – To będzie jak rozmowa kochającego ojca z posłusznym synem.

Kiedy zaś młody rycerz wypełnił polecenie, monarcha wycelował w niego palcem.

– Chyba możesz mnie uważać za swojego ojca i opiekuna? – zapytał. – Utrzymuję cię na swoim dworze, karmię, odziewam, uczę i nawet dostarczam rozrywek. Chyba nie narzekasz?

– W żadnym wypadku, najjaśniejszy panie – zapewnił Marcin.

– Doskonale. Zatem jesteś pod moją opieką, z czego wynikałoby, że powinieneś okazywać mi posłuszeństwo i szacunek, tak jakbym był rodzonym ojcem, przez pamięć którego cię tutaj trzymam?

– Oczywiście, najjaśniejszy panie. I przecież ja...

Król podniósł rękę.

– Jeszcze nie skończyłem. Do ojca należy prostowanie błędów młodych ludzi, jeśli takie robią. Popełniłeś błąd, mój chłopcze. Nieważne, z jakiego powodu. Popełniłeś i twój ojciec musi cię nauczyć, jak w podobne tarapaty więcej nie popadać, bo to szkodzi nie tylko tobie, twojemu ojcu, ale i całemu domowi. Rozumiesz?

– Tak, miłościwy panie. Chociaż...

– Ta rozmowa oczywiście zostanie między nami. Obaj wiemy, co to jest honor i obaj zgadzamy się, że tylko nieliczni mają prawo pouczać w sprawie honoru. Jednym jest... no, kto?

– Ojciec – szepnął Marcin pobladłymi wargami.

– Bardzo dobrze – pochwalił król.

Podszedł do stołu i zdjął płótno z misy. Moczyło się w niej kilka solidnych rózeg. Monarcha wziął jedną i machnął nią przed sobą, rozpryskując w powietrzu drobinki wody.

– Jednym jest ojciec – powtórzył. – A drugim? Nie wiesz? Drugim jest rózga, mój chłopcze. Zatem zostaniesz pouczony dubeltowo. Ściągaj portki!

Angielskie poselstwo wyjechało z zamku trzy dni później, żegnane uroczyście przez licznych panów i dworzan na wawelskim dziedzińcu.

Arnulf z Kentu bardzo żałował, że nie ma wśród nich młodego rycerza, który podczas pierwszej uczty wyzwał go na pojedynek.

– Kazał się wam kłaniać i pożegnać – uprzejmie wyjaśnił Jan Tęczyński. – I przeprosić, że sam nie może tego uczynić, ale popadł w chorobę.

– Chyba nie ciężką? – zaniepokoił się Anglik.

– Nie, panie – uspokajająco uśmiechnął się kasztelan. – Ta dolegliwość minie za kilka dni. Medyk zapewnia, że niedługo chłopak znów będzie mógł siedzieć w siodle.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?