Saga rodu z Lipowej: TęsknotaTekst

Z serii: Saga rodu z Lipowej #18
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 18: Tęsknota

Saga

Saga rodu z Lipowej 18: TęsknotaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166989

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

POWRÓT JORDANA

Jesień 1397

Hedwiga zwlekała z wyjazdem z Krakowa, licząc, że po pierwszych wiadomościach o rychłym zwolnieniu jeńców nadejdą inne, dokładniejsze. Czas jednak płynął i nie było żadnych nowych wieści. Nadeszło jedynie potwierdzenie, że turecki sułtan Bajazyt zgodził się poczekać na resztę okupu, a ludzi pojmanych uwolnić. Dowódcy nieudanej wyprawy krzyżowej, na których leżał obowiązek dostarczenia pozostałej części zapłaty, podęli podróże po miastach i dworach w poszukiwaniu pieniędzy.

– Natychmiast cię zawiadomię, gdy nasi rycerze powrócą – obiecała królowa Jadwiga. – Możesz jechać do domu i przygotować się na powitanie męża.

– Więc i wy wierzycie w powrót Mikołaja, miłościwa pani?

Królowa Jadwiga nie udzieliła bezpośredniej odpowiedzi.

– Bóg jest miłosierny – westchnęła tylko. – Nie jest chyba możliwe, żeby za nic miał tyle próśb i modlitw.

W sierpniu Hedwiga wróciła do Doliny. W Lipowej czekało ją wiele pracy nad przygotowaniem dworu na powrót Mikołaja. Jechała z wrażeniem, że wiele rzeczy zostało przez nią zaniedbanych i spodziewała się uładzić je wszystkie, żeby Mikołaj był w pełni zadowolony. Przejęta zaś tym, że mąż może wrócić szybciej, niż się ona spodziewa i pojechać od razu do domu, pchnęła przodem posłańca z wiadomością dla Roksany, żeby natychmiast zaczęła przygotowania na powitanie tak wytęsknionego gościa.

Odebrawszy wiadomość o rychłym powrocie Hedwigi i możliwym zjawieniu się Mikołaja, pani Roksana udała się do Potoka, gdzie została przyjęta z pewnym zdziwieniem. Marina nie mogła uwierzyć w jej dobrą wolę i w to, że pani Roksana przyjecha¬ła się pogodzić.

– Wybaczcie – powiedziała Roksana. – Bardzo źle postępowałam wobec was. Przecież wy jesteście rodzoną siostrą Hedwigi, mojej przyjaciółki, powiernicy i można by rzec opiekunki. Wobec jej nieszczęścia obie, wy, jej siostra, i ja, jej przyjaciółka, powinnyśmy się wspierać i pomagać, jak tylko umiemy najlepiej. Obie powinnyśmy dbać jak najbardziej o jej synów. To nasz obowiązek.

– Prawda – przyznała Marina, zadziwiona pokorą Roksany.

– Więc się nie gniewajmy między sobą, a razem weźmy się do pomocy naszej kochanej Hedwidze.

– Prawda – zgodziła się Marina. – Hedwiga mówiła, że jesteście dobrą kobietą i kochaną przyjaciółką, a ja nie chciałam tego zobaczyć.

– Obie nie jesteśmy bez winy – łagodziła Roksana. – Zapomnijmy, co było złego między nami.

– Zapomnijmy.

– Możecie przyjeżdżać, kiedy tylko zechcecie – zapewniła Roksana. – Sama albo z Dominikiem, kiedy tylko zechcecie. W jakimś sensie jesteśmy przecież rodziną.

Marina dziękowała uradowana i uściskała nową przyjaciółkę.

– Zawsze chciałam tylko zgody – wyznała.

Pani Roksana złagodziła także swoje rozkazy zarówno do chłopców, jak i do służby.

– Czegoś się przecież nauczyliście pod moją ręką – powiedziała tylko w ramach wyjaśnienia.

Kiedy więc później Hedwiga wypytywała wszystkich, jak im się żyło podczas jej nieobecności, odpowiadali, że pani Roksana była bardzo surowa, ale jakiś czas temu złagodniała.

Marina borykała się z codziennymi kłopotami z wielkim trudem. Nie miała czasu zajmować się gospodarstwem, bo i dawniej nie przywiązywała do niego zbyt wielkiej wagi. Robiła wszystko, jak potrafi¬ła najlepiej, ale widać nie umiała zbyt wiele, bo mimo upływu lat nadal nie udawało się jej tak jak jej ojcu, który niegdyś był panem na Potoku.

Ale najbardziej dokuczał Marinie brak Jordana. Wyruszył na wyprawę krzyżową i przepadł, jak Mikołaj i tylu pięknych, młodych, wspaniałych rycerzy. Marina płakała, tęskniła po nocach, budziła się czasem z krzykiem, z bólu za kochankiem, który może nigdy już nie powróci.

Kiedy więc któregoś dnia przyjechał posłaniec z Krakowa, Marina wprost oszalała ze szczęścia. Posłaniec przywiózł krótki list od jej siostry. Hedwiga pisała, że starania królewskie u władcy węgierskiego powiodły się. Wiadomo już, jacy rycerze trafili do niewoli sułtana Bajazyta, a na liście znajduje się też nazwisko pana Jordana. Niedługo jeńcy, za których zbierany jest okup, zostaną zwolnieni i będą mogli powrócić.

Marina oszalała ze szczęścia. Wybiegła z dworu na podwórze, odszukała Dominika.

– Ojciec! – krzyczała. – Twój ojciec się odnalazł i lada chwila tu zjedzie!

Dziesięcioletni Dominik oderwał się od swojej zabawy. Jego oczy były szeroko otwarte i patrzyły niedowierzająco.

– Żyje? – zapytał niepewnie. – To nie zginął w tej wielkiej bitwie?

– Żyje! – wykrzykiwała Marina. – Żyje! Posłaniec przywiózł wła¬śnie list od twojej ciotki. Jest w grupie jeńców, których sułtan zwolni za okupem. Może nawet już zwolnił. Słyszysz, wkrótce do nas powróci!

Zastanowił ją wyraz twarzy syna. Dominik był poważny i skupiony.

– Co ty? – zapytała zdziwiona. – Nie cieszysz się?

– Bardzo się cieszę, matko – odpowiedział. – Ale...

– Jakie ale? – zdziwiła się. – Żyje i powróci.

– A wuj Mikołaj? – zapytał cicho Dominik. – Czy on też się odnalazł? Czy Marcin z Mateuszem też mogą się cieszyć?

Marina zatrzymała się nagle w swojej radości. Rozwinęła pogięty w garści list siostry i jeszcze raz przeczytała go uważnie.

– Nie – odpowiedziała. – Hedwiga nic nie pisze o swoim mężu. Chyba jeszcze nic o nim nie wie...

Dominik potarł dłonią czoło.

– Czy to znaczy, że nie ma wuja Mikołaja na tym... na tym spisie jeńców? – zapytał niepewnie. – A czy to znaczy, że on... że on...

– Milcz! – syknęła Marina z przerażeniem. – Nie wolno tak mówić. To nic nie znaczy, że nie ma go na liście. To przecież nie jest jedna tylko lista. Bardzo wielu panów pojechało na wyprawę.

– Ale prawie wszyscy zginęli – przypomniał cicho Dominik. – Jeśli go nie ma wśród jeńców, to pewnie... to chyba...

Marina wyprostowała się i łzy rzuciły się jej do oczu. Nie ma Mikołaja. Więc Hedwiga nic nie wie o swoim mężu. I pewnie bardzo cierpi z tego powodu. Jak bardzo musi cierpieć!

– Jutro jedziemy do Lipowej – postanowiła. – Trzeba pocieszyć chłopców. Kiedy usłyszą o powrocie pana Jordana, może pomyślą, że i ich ojciec...

Dominik zamachał rękami nerwowo.

– Nie pojadę – oświadczył.

– Nie pojedziesz? – zdziwiła się Marina. – Jak to nie pojedziesz? Nie chcesz podzielić się radością ze swoimi ciotecznymi braćmi?

– To dla nich wcale nie będzie radosna wieść – powiedział Dominik bardzo poważnie. – Oni będą się martwić, że na tej liście nie ma ich ojca. Będą mi zazdrościć i będą o to źli. Nie jest dla nich dobra nowina. Może jeszcze Marcin uwierzy, że wuj Mikołaj powróci. Ale Mateusz na pewno nie. Mateusz będzie płakał i będzie żałował. A ja bardzo nie lubię, jak on płacze. Nie lubię i nie pojadę.

Marina pojechała do Lipowej zaraz następnego dnia. Przyjechała i z przykrością przekonała się, że Dominik miał rację. Wiadomość, jaką przyniosła, mówiła o panu Jordanie, a nie o panu Mikołaju, czego się tutaj spodziewano. Wszyscy, którzy o tym usłyszeli, odpowiedzieli ponurymi minami.

– Przepadł nasz pan z kretesem! – powtarzano.

– Biedna pani!

– Daj jej Bóg pocieszenie.

Młodszy z bliźniaków płakał w kącie, Marcin chodził nachmurzony. Pani Roksana miała poważną minę.

– Cieszę się, że znalazł się wasz... wasz krewniak – powiedziała, wymyśliwszy wreszcie określenie dla kochanka sąsiadki. – Razem z wami się cieszę. Ale się boję, że wasz syn może mieć rację. Skoro pana Mikołaja nie ma na tej liście... Skoro na prośbę króla sporządzono ten spis, nie mogło na nim zabraknąć pana Mikołaja...

– Biedna Hedwiga! – miała ochotę rozpłakać się Marina, niezadowolona, że tutaj, gdzie chciała się z innymi radować, stała się przyczyną smutku.

– Może jeszcze nie wszystko stracone – pocieszała Roksana. – Podobno wróciło wielu, których na żadnej liście nie było. Zapewne i tak będzie w przypadku pana Mikołaja.

– Prawda – podchwyciła Marina. – Prawda, że tak bywało. Żeby tak i tym razem. Oby Bóg dał siostrze mojej pocieszenie.

– Na pewno tak się stanie – potwierdziła Roksana z przekonaniem. – Czy będziecie pisać do swojej siostry?

– Tak. Zaraz jutro poślę kogoś do Krakowa.

– Tedy powinniśmy jej dobrze poradzić. Moim zdaniem trzeba Hedwidze radzić, żeby jeszcze została na dworze. Niech jeszcze nie wraca. Tam najprędzej będzie mogła się dowiedzieć o męża. Może to niedobry pomysł, bo ona pewnie tęskni do dzieci...

Marina natychmiast przystała na to.

– Przeciwnie! – zawołała. – To dobra myśl. Na królewskim dworze najprędzej dowie się czegoś o losie Mikołaja. Nie musi się przecież spieszyć do domu, tu nie płaczą małe dzieci. Może się trochę martwić, jak sobie radzą bliźniaki, ale napiszę jej, że mają się jak najlepiej.

Pani Roksana uśmiechnęła się.

– Napiszcie do niej tak, żeby ją pocieszyć i uspokoić. To nie są maluchy. A o ich interesy i interes całego majątku, przy waszej pomocy i radzie, zadbam jak najlepiej. Hedwiga zupełnie nie musi się o nic obawiać.

 

– Słusznie – przyznała Marina.

Trzy tygodnie później pana Jordana witano w Potoku jak bohatera. Nadjechał samotnie, wychudzony, z twarzą ściągniętą i obwisłymi wąsami, a już wołano na dziedzińcu i wieść błyskawicznie rozeszła się po dworze.

– Pan Jordan! Pan Jordan!

– Żywy! Żywy! Chwała niech będzie Bogu!

– Wychudzony trochę, ale nadal piękny!

Był wieczór i Marina siedziała w świetlicy, gdy wbiegła służebna, z pośpiechu potykając się o próg.

– Pani! Pani! Wrócił! Pan Jordan wrócił! Idźcie szybko! Wrócił! Pan Jordan wrócił z krucjaty!

Marina zerwała się z miejsca, wołała o lustro, krzyczała na służbę, żeby poprawiły na niej szaty. Pan Jordan przyjechał bez zapowiedzi, ona zaś nieprzygotowana była na to spotkanie. Czekała na niego od miesięcy, a teraz, kiedy się wreszcie pojawił, stała bez sukni, w koszuli tylko niby jaka sługa.

On wszedł do izby, zanim podano pani lustro i zanim zdążyła przybrać się odświętnie.

Wszedł i stanął w progu. Był chudy, na twarzy rysowały się wyraźnie dwie bruzdy od tej chudości, w oczach palił się ogień, jakby miał gorączkę. Ale był taki piękny, choć tylko w zwykłym podróżnym stroju.

Marina nie podbiegła, nie skoczyła mu na szyję, schyliła tylko głowę, przestraszona nagle, że jest stara, że wygląda niedobrze, nieodpowiednio.

Podszedł, ukłonił się nisko, całując rąbek koszulki.

– Bóg mi pozwolił powrócić – powiedział cicho.

Schyliła się, obejmując ramionami jego głowę.

– Wiedziałam – szepnęła. – Wiedziałam, że tak się stanie. Nie mogło być inaczej.

* * *

Kiedy Hedwiga wróciła z Krakowa, najbardziej zaskoczyła ją wyraźna zmiana w zachowaniu chłopców. Byli jakby spokojniejsi, bardziej uprzejmi, mniej hałaśliwi. A i służba chodziła cicho i sprawnie, choć Hedwiga, przejęta swoim bólem, nie zwracała uwagi na szczegóły.

– Trudno mi było upilnować porządku – skarżyła się Roksana. – Nie mam tyle doświadczenia co ty i musiałam sięgnąć do surowych metod, żeby jakoś utrzymać to w ryzach. Chyba jednak nie będziesz mi miała nic do wyrzucenia.

Hedwiga nie miała pretensji, zajęta głównie swoimi myślami. Była tylko niezadowolona z zakazu, jaki Roksana wydała w związku z chęcią bliźniaków widywania ich babki Aleny.

– Jak mogłaś im tego zabronić?

– Nie zabroniłam – wyjaśniała Roksana spokojnie. – Chodziło mi tylko o utrzymanie porządku. Chłopcy rozbrykali się nadto i musia¬łam to zachowanie przykrócić. Są chyba jeszcze za mali, żeby jeździć samodzielnie daleko od domu. A pani Alena tak właśnie wyobrażała sobie te sprawy.

Było to kłamstwo, które potem, gdy się wydało, Roksana próbowała obrócić w nieporozumienie. Zresztą krótko przed powrotem Hedwigi sama zawiozła bliźniaki do Krasawy, choć ograniczyła się tylko do ich odprowadzenia, nie wchodząc do dworu.

Chłopcy wyszli naprzeciw matki, wybiegli na pierwszą wieść, że wraca, ale szybko spostrzegli, że jest bez ojca. Rozpłakali się obaj, a Mateusz pobiegł do stodoły, gdzie go Hedwiga odnalazła dopiero do dłuższej chwili.

– Więc jesteśmy sierotami? – zapytał Marcin.

– Nie – zaprzeczyła. – Nikt nie potwierdził, że wasz ojciec zginął.

– Ale nie wrócił z wami, choć są już wszyscy. Zatem nie wróci może wcale. A ja... ja będę panem na Lipowej.

Hedwiga spojrzała na syna badawczo. Marcinowi było spieszno do władzy nad majątkiem, choć nie miał jeszcze dziesięciu lat. I tak mało myślał o ojcu. Tak mało.

– Kiedyś zostaniesz – odpowiedziała nieuważnie. – Ale nie czas jeszcze o tym myśleć, synu. Teraz trzeba myśleć o ojcu i prosić Boga, żeby mu wskazał drogę do domu.

Mateusz płakał oparty o belkę i uciekał przed ręką matki.

– Cóż to? – zapytała. – Nawet przywitać się nie chcesz ze mną?

Podbiegł i zarzucił jej ręce na szyję.

– Żal mi, że nie przywieźliście ojca – powiedział szlochając.

Hedwiga zmarszczyła brwi.

– Nie pojechałam, żeby go przywieźć – wyjaśniła. – Bo przywieźć mogłabym tylko martwego. Pojechałam, żeby dowiedzieć się, gdzie jest. Jeszcze tego nie wiem, ale mam nadzieję, że wkrótce sam przyjedzie.

* * *

Siódmego dnia pan Jordan z Wojcieszowa powiedział do Mariny:

– Trzeba nam rozmówić się poważnie.

Serce w niej zmartwiało, bo z poważnego tonu, jakim to wyrzekł, od razu wywnioskowała, że nie będą to dobre nowiny.

– Tak bardzo czekałam – westchnęła. – Setki razy widziałam cię we śnie i setki razy modliłam się o twoje zdrowie i twój powrót.

Pochylił się i pocałował ją.

– Strasznie się bałam – mówiła szybko. – Najpierw, że zginiesz. A potem, kiedy wiedziałam, że ocalałeś, że nie zechcesz do mnie wrócić. Że zobaczysz, jaka jestem już stara, jaka brzydka.

– Nie jesteś brzydka – zapewnił. – Wcale nie jesteś brzydka.

– Bałam się, że nie będziesz chciał do mnie wrócić. Że pojedziesz do swojego Wojcieszowa i...

Chrząknął, a w niej na powrót zamarło serce.

– O tym właśnie chciałem z tobą mówić.

– O Wojcieszowie? – upewniła się. – I o Hannie?

– Byłem w Wojcieszowie – przyznał się. – Byłem, zanim tutaj przyjechałem.

Marinie rozczarowanie i złość ścisnęły serce.

– Byłeś w Wojcieszowie? – powtórzyła przez zaciśnięte zęby. – Byłeś, zanim przyjechałeś tutaj?

– Tak.

– Po co tam pojechałeś? – natarła na niego. – Przecież obiecywałeś...

Chwycił jej obie ręce i nie puścił, choć się wyrywała i odwraca¬ła głowę.

– Wysłuchaj mnie – zażądał. – Wysłuchaj, bo chcę to wszystko jakoś wyjaśnić.

– Jesteś zdrajcą i oszustem! – krzyczała.

– Wcale nie – próbował się bronić.

– Miałeś tam nie jeździć.

– To moja ojcowizna.

– I jeszcze powiesz, że to twoja żona?

– I żona – przyznał spokojnie. – Poślubiona przed ołtarzem. Niewiasta, z którą żyłem bez grzechu. Inaczej niż z tobą.

– Sam wybrałeś to życie w grzechu.

– Ale chciałem to naprawić. Po to przecież pojechałem na krucjatę, żeby odkupić winy. Nasze winy. I moje, i twoje. Bo nie mogę być w pełni spokojny, gdy oboje pozostajemy w grzechu.

– Po co tam pojechałeś? – szarpała się. – Po co pojechałeś, skoro obiecałeś, że nie pojedziesz. Dość było krucjaty, żeby odkupić winy. Po co pojechałeś do Wojcieszowa?

– Byłem na krucjacie i tylko bożej opatrzności zawdzięczam, że udało mi się wrócić. Pojechałem, żeby o tym powiedzieć żonie. Żeby wiedziała, że żyję. I żeby zobaczyły to moje dzieci.

– I tutaj jest twoje dziecko – upierała się Marina. – Jemu też obiecałeś, że zostaniesz.

– Może i zostanę – westchnął Jordan.

Marina była zła, że nie przyjechał od razu do niej. Jak śmiał tak postąpić? Jak śmiał skazać ją na tak długie czekanie? Czy nie wiedział, że ona tutaj szaleje z niepokoju?

Uspokoiła się, gdy ją przytulił i pocałował.

A potem radowała się, bo Jordan został w Potoku. Podobnie jak poprzedniego lata pokazywał się u boku pani Mariny, a ta pęcznia¬ła z dumy, że towarzyszy jej mężczyzna tak piękny i strojny, i za nic miała ludzkie języki.

Bywało, że odjeżdżał niespodziewanie, by po jakimś czasie się pojawić. Kiedy wracał, długo kręcił i zwodził, ale zawsze się przyznawał, gdzie bawił. A bawił w swoim Wojcieszowie, u boku żony.

– I ona potrzebuje pocieszenia – burczał pytany o cel tych wyjazdów.

– Kiedy przestaniesz tam jeździć? – naciskała rozeźlona.

– Gdy postanowię, co dalej.

– A kiedy postanowisz?

* * *

Po powrocie Hedwigi z Krakowa jej siostra Marina odwiedziła ją zaraz w majątku. Rozpytywała o wszystko, opowiadała o wszystkim. Marina nie byłaby oczywiście Mariną, gdyby najwięcej uwagi nie poświęciła swoim sprawom, swoim kłopotom i swoim myślom.

– Tak się ucieszyłam, kiedy mój Jordan powrócił zdrowy – mówi¬ła. – Tak czekałam i tak się bałam, że przepadł zupełnie. A wtedy, co ja bym sama zrobiła? Ty jesteś młoda i nadal taka piękna, ale ja mam już swoje lata i kto by mnie zechciał?

Hedwiga nie karciła siostry, bo miała szczere serce, i cieszyła się jej radością.

– Ludzie trochę gadają – przyznawała się Marina. – Ale kto by się tam przejmował ludzkim gadaniem. Był na wyprawie krzyżowej? Walczył za wiarę, cierpiał niewolę i trud? Teraz się mu należy nagroda. Nie tylko w niebie, ale także i na ziemi. Obiecałam sobie, przysięgałam, że jeśli wróci, będzie miał wszystko, co najlepsze.

Czasami mitygowała się i wypytywała siostrę o to, co widziała na dworze. Hedwiga opowiadała niewiele, krótkimi zdaniami, bo wszystko, co miała do powiedzenia, kręciło się wokół jej poszukiwań Mikołaja.

– Poruszyłam wszystkich i wszędzie. Królowie napisali listy, pytali i rozpytywali. Ci, którym udało się powrócić, wszyscy bez wyjątku dobrze mówili o Mikołaju. O jego odwadze, roztropności. Ale nikt nie powiedział mi, jak zginął, jeśli zginął. Nikt tego nie widział, co dla mnie jest znakiem, że może jeszcze żyje...

– Pewnie tak – zgodziła się Marina. – Ale co zrobisz, jeśli Bóg chciał inaczej? Co zrobisz, siostro? Majątek potrzebuje męskiej ręki. I chłopcy takiej ręki potrzebują. Roksana wprawdzie nauczyła ich trochę dyscypliny...

Tym akurat Hedwiga nie była najbardziej zachwycona.

– Może nawet nadto – powiedziała z zastanowieniem. – To szlacheccy synowie, a nie służba, żeby ich popędzać i pomiatać nimi.

– Słusznie – poparła siostrę Marina, która jak zwykle zmienia¬ła zdanie, była nieuważna i niedokładna. – Ale starała się jak mogła. Majątek nie poniósł strat, to pewne. Może też i nie zyskał wiele, ale przecież nie ma strat.

– Sama to ocenię – ucięła Hedwiga.

– Ale co zrobisz? – dopytywała się Marina. – Co zrobisz, jeśli Mikołaj nie wróci?

– Wróci – odparła Hedwiga. – Wróci.

– Ale jeśli się nie doczekasz? Ile zamierzasz czekać, Hedwigo?

– Ile będzie trzeba – powiedziała Hedwiga smętnie. – Czekałam już na niego długo wiele razy. Poczekam i teraz. Wierzę, że żyje. Więcej, wydaje mi się, że gdy tak o nim myślę i mówię, on to słyszy i wie. I powróci któregoś dnia. A kiedy to będzie? To może wiedzieć tylko jeden Bóg. Przecież nie może, nie mógł mnie opuścić.

Tak też odpowiadała na podobne pytania pani Aleny i pana Jeno. Rodzice Mikołaja przyjęli Hedwigę serdecznie, bardzo jej współczuli, pani Alena płakała nad losem syna i nad losem Hedwigi, nad losem bliźniaków. Pan Jeno siedział chmurny, swoim zwyczajem nie odzywał się prawie, a tylko patrzył ponurym wzrokiem wokoło.

Słuchali opowieści Hedwigi o jej oczekiwaniu, o staraniach pani królowej, o listach wysyłanych na Węgry i do Wenecji, o tym, jak Hedwiga zbierała strzępki wiadomości i wszystkie układała tak, żeby znaleźć w nich choćby odrobinę nadziei.

Pan Jeno patrzył na zapłakaną twarz synowej i milczał. W czasie całego wieczora odezwał się tylko jeden raz.

– Może Bóg będzie miłosierny – powiedział.