Saga rodu z Lipowej 15: Roksana

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu z Lipowej 15: Roksana
Saga rodu z Lipowej 15: Roksana
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 20,98  16,78 
Saga rodu z Lipowej 15: Roksana
Audio
Saga rodu z Lipowej 15: Roksana
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
12,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Saga rodu z Lipowej 15: Roksana

Saga

Saga rodu z Lipowej 15: RoksanaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2002, 2020 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726166958

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

NASTKA

Lato 1394

Kobieta w kapturze pędziła konno przez pola i zwolniła dopiero na brzegu bukowego lasu, gdzie trzeba było jechać wąskimi, niewidocznymi prawie ścieżkami, pomiędzy drzewami i białymi odłamkami skał, po dołach, po stromych zboczach pagórków skrytych w zaro¬ślach.

Wyglądało na to, że dobrze zna te okolice, bo bez żadnego wahania wybierała drogę, wspinając się coraz wyżej, coraz wolniej jednak, jako że skalnych odłamków było tu więcej i koń niezbyt pewnie stawiał nogi. Wreszcie zatrzymała się, przywiązała wierzchowca do pnia, a sama poszła dalej, obiema dłońmi przytrzymując suknię.

Pięła się po kamieniach, po kępach trawy, czasem z trudem pokonując przeszkody. Smyrgnęła jej spod nóg wiewiórka, przeleciały nad głową krzykliwe ptaki, zaniepokojone pojawieniem się w tej głuszy ludzkiej istoty.

Wreszcie stanęła u ciemnego otworu do jaskini. Wejście było niewysokie, prawie okrągłe, w części zasłonięte krzakami. Na ziemi, u wlotu do pieczary widniał ślad małego ogniska, obok leżał stos niedawno ogryzionych kostek.

Zajrzała do mrocznego wnętrza, zawołała półgłosem. Niedługo trwało, a z otworu wypełzła na czworakach kobieta w łachmanach.

– Nie bój się, Nastka – powiedziała przybyła. – To tylko ja.

Wezwana zerwała się z ziemi, na jej usmolonej twarzy, błyszczącej od tłuszczu, pojawił się uśmiech zadowolenia. Nie odpowiedziała słowami, ale potaknęła ruchem dłoni i kiwaniem głowy.

Przybyła odrzuciła kaptur na plecy, rozchyliła okrycie i sięgnꬳa do jałmużniczki. Czyniła to wolno, żeby Nastka mogła zobaczyć, co robi. Ta zaś zaczęła się ślinić z pożądania i ciekawości, mamrocząc coś i gruchając niby gołąb.

Nieznajoma wydobyła grubą, złotą monetę.

– Poświęcona – powiedziała zachęcająco. – Będzie ci dobrze słu¬żyła przy twoich bólach głowy.

Nastka zachichotała, wyciągnęła rękę, jednak pani nie podała monety.

– Będzie twoja – obiecała. – Ale nie za darmo. Teraz nie mogę tak często wychodzić, bo mąż mnie pilnuje. Tedy ty zrobisz, co ci powiem, i pójdziesz, gdzie rozkażę.

Czarownica kiwała głową i śmiała się cicho.

– Tak, tak! – powtarzała.

Pani rzuciła monetę, Nastka chwyciła ją zgrabnie i schowała w zanadrze. Klaskała w ręce, próbowała tańczyć, podrygując i rozsiewając wokół siebie woń brudu i zjełczałego jadła.

Pani gestem przywołała ją do siebie.

– Teraz zrobisz, co rozkażę – zażądała.

Pochyliła się i wypowiedziała szeptem kilka zdań.

– Zrozumiałaś? – zapytała.

– Tak, tak! – wykrzykiwała Nastka.

Chwyciła rękę pani i spojrzała do góry z błaganiem w oczach.

– Pierścień będzie twój, gdy zobaczę, jak wypełniłaś zadanie – obiecała pani, ale nie cofnęła dłoni. – Słyszysz? Dopiero po wykonaniu zadania.

Nastka zachichotała radośnie i znowu biegała wokoło, wymachiwała ramionami, przyglądała się swojej ręce, na której wkrótce miał się znaleźć złoty pierścień.

Pani zmieniła nagle zdanie.

– No, dobrze – zgodziła się. – Mogę ci go dać już teraz.

– Tak, tak! – cieszyła się Nastka.

Pani zsunęła pierścień z palca. Nastka padła na ziemię, na czworakach podpełzła do stojącej i uchwyciwszy jej trzewik, zaczęła go całować. Pani stała chwilę, pozwalając obśliniać swoje obuwie, a potem cofnęła się.

– Już dobrze – powiedziała. – Tylko postaraj się wypełnić wszystko jak należy, to nie będę musiała odbierać ci tak pięknego pierścienia.

Rzuciła klejnot na ziemię, a obie dłonie wsparła delikatnie na brzuchu.

– I daj mi ziele na mój kłopot.

MIODOWY MIESIĄC

Wrzesień 1394

Pani Roksany nikt nie zobaczył aż do jej ślubu z Lutkiem z Dębowca, a że jej nie widywano, tym bardziej opowiadano niestworzone rzeczy. Niestworzone, bo mało było wiadomo o niej, nie pokazywała się nigdzie, wymawiając się skromnością i niechęcią do narzucania się komukolwiek.

Powtarzano tylko, że piękna to niewiasta, dobrego rodu, kniaziowskiej nawet krwi, a Lutek z Dębowca przywiózł ją sobie z Rusi. Oczywiście, byli tacy, którzy spotkali panią Roksanę w Staropolu, gdzie została umieszczona do czasu zaślubin, ale niewiele mogli wyjaśnić, bo spotykali niewiastę starannie zasłoniętą welonem czy chustą i nikt nie mógł powiedzieć, że dobrze się jej przyjrzał.

Do Lutka szybko dotarły rozmaite plotki i jeszcze przed ślubem próbował namówić narzeczoną, żeby się pokazała, choćby dla ukrócenia złośliwych gadek, ale Roksana nie chciała tego uczynić.

– Na pokaz mam się wystawiać? – pytała łagodnie. – Albom to ja lalka z jarmarku, żeby mnie wszystkie dzieciaki oglądały?

Pani Anna ze Staropola, która się nią opiekowała, w całej rozciągłości poparła zachowanie Roksany. Lutek wprawdzie nadal tłumaczył, że wypada pojawić się pomiędzy szlachetnymi sąsiadami, ale Roksana odmawiała delikatnie, w czym jej opiekunka mocno ją wspierała.

– Gdy zostanę waszą żoną, będzie inaczej – tłumaczyła Roksana. – Teraz byłoby mi wstyd, będąc ubogą i biedną, pokazywać się między nimi wszystkimi w swoich skromnych strojach.

– Strojów ci przecież nie brakuje – dziwował się Lutek, bo całkiem niedawno wydał na nie wiele pieniędzy. – A kupię jeszcze więcej.

– Za to bardzo ci jestem wdzięczna – uśmiechała się. – Ale jak wcześniej już powiedziałam, nie włożę żadnych, póki kapłan nas nie pobłogosławi i nie powie, żeśmy mężem i żoną. Wtedy będziesz mnie mógł odziewać i stroić do woli, a ja nie będę się sprzeciwiać. Póki jednak tak się nie stało, pozwól czekać skromnie do uroczystości. To już przecież niedaleko. Nie chciałabym świecić oczami za swoją biedę, bo i tobie byłoby to niemiłe, a ciebie zawstydzać nie wolno mi w żadnym razie, za tyle dobroci i wspaniałomyślności.

Dawała przy tym przykład niedawnego jarmarku, kiedy to oboje pojechali do Częstochowy, a potem okazało się, że zabrakło dla nich miejsca w zajeździe U Brodu, zajętym już przez innych, pono dostojniejszych gości. Po tej próbie skosztowania świata Roksana wróciła do Staropola roztrzęsiona, a pani Anna skrzyczała porządnie Lutka, że wcześniej nie pomyślał o wygodach dla narzeczonej.

– Niby tak o nią dbacie – mówiła. – Niby tak chuchacie, a o tak prostej sprawie nie pomyśleliście. Przecież to biedna dziewczyna, piękna, owszem, ale skromna i wodzić ją pomiędzy jakichś pijanych rycerzy w zajeździe to po prostu grzech. Uszanujcie teraz jej wolę, skoro nie chce jeździć po dworach, póki nie zostanie waszą żoną. To bardzo dobrze o niej świadczy, rzadko dziś spotkać taką skromność. Pomyślcie lepiej o odpowiednim przygotowaniu ślubu i wesela. Gdy zaś zostanie waszą żoną, wszyscy będą się jej mogli napatrzeć do woli i zazdrościć wam takiej niewiasty. Nie tylko pięknej, ale skromnej i pobożnej.

– Ale sam nie wiem, czy to tak wypada... – bronił się Lutek. – Bo z jednej strony na wesele zaprosiłem zacnych gości, a z drugiej wielką robię tajemnicę z osoby narzeczonej. Gotowi się obrazić.

Pani ze Staropola miała na ten temat zdanie akurat przeciwne.

– Słuchajcie moich rad, a źle na tym nie wyjdziecie – zapewnia¬ła. – Czy nie mówiliście, że chcecie, żeby dopisali goście weselni, żeby wasz ślub zauważono i mówiono o nim? Czy nie tak chcieliście?

– Tak mówiłem – potwierdził. – Myślałem przy tym, że uprzejmością i może jakimi podarkami...

– Podarki zostawcie na pożegnanie gości, wedle zwyczaju – przerwała pani Anna. – Wam użyć podstępu trzeba, jeśli chcecie cel swój osiągnąć, skoro nie możecie liczyć na swoje pochodzenie. Nie ma dnia, żeby mnie kto nie pytał o panią Roksanę. Nie ma dnia. I to wszyscy. I pani Alena, i Marina z Potoka, a i służbę rozpytują i pachołków, kiedy ich wyślę poza dom.

– Rozpytują?

– A jakże! I czemu to tak? Bo są bardzo ciekawi naszej Roksany. Ona dobrze wie, co robi. Wszyscy są bardzo ciekawi, zżera ich wprost ta ciekawość i przylecą na ślub, nikogo nie zabraknie. Czy nie tego wła¬śnie chcieliście? Żeby przyjechali do kościoła wszyscy, którzy coś znaczą? Będziecie to mieli dzięki przemyślności i sprytowi waszej Roksany!

Ślub i wesele Lutka oraz pani Roksany, w połowie października, okazały się osobliwymi wydarzeniami, o jakich jeszcze nie słyszano w Dolinie. Lutek zażyczył sobie, żeby w uroczystościach wzięło udział jak najmniej osób, ślub wyznaczono na powszedni dzień tygodnia, kiedy większość mieszkańców zajęta była przy swoich sprawach i nie mogła przyjść, aby przyjrzeć się ceremonii.

Pan Lutek przeznaczył trochę grosza na ugoszczenie okolicy, nie można powiedzieć, ale jego gościnność była ograniczona, bo wbrew zwyczajowi nie urządzono ślubnego przyjęcia w Dębowcu dla ludzi sproszonych zewsząd, jedynie ucztę dla garstki wybranych gości, a i ta skończyła się zaraz po tym, jak tylko się zaczęła.

Do wsi zawieziono piwo w beczkach, pieczony drób i całego prosiaka, a także weselne kołacze, ale cóż to za zabawa bez państwa młodych.

 

Sąsiedzi, szlachetni i pospolici, sarkali więc na takie weselisko, wyśmiewali się w najlepszym razie, a tylko ksiądz Hubert był zadowolony.

– Skromność – powtarzał. – Przede wszystkim skromność. Pochwalić raczej trzeba takie zachowanie. Bo mało to nieprzystojnych rzeczy wyprawia się, gdy wesele trwa trzy dni albo i dłużej? A małżeństwo to przecież sakrament, do którego trzeba podejść godnie i przystojnie.

Kościelna ceremonia trwała odpowiednio długo i uroczyście, a uczestniczyły w niej rzeczywiście niemal wszystkie zacne rody z Doliny.

Lutek z Dębowca wystąpił dość skromnie, podobnie jak i pani jego serca, i powszechnie mówiono, że zasługa to księdza Huberta, który młodym udzielał przedślubnych nauk i przekonywał, żeby nosili się skromnie i godnie. Lutek wystąpił więc w granatowym stroju bez ozdób, a pani Roksana w jasnoróżowej sukni, z welonem na twarzy, tak gęstym, że wcale nie było widać jej miny i zgadywano tylko, czy się śmieje czy płacze.

– Co za dziwaczne widowisko – mówiono.

Pani Roksana okazała się piękną dziewczyną, o czym mogli przekonać się później wszyscy, ale widziano ją ledwie przez mgnienie oka, bo tylko na chwilę odsłoniła twarz, uśmiechając się z podziękowaniem do gości w kościele.

Welon miała na sobie także i w swoim nowym domu w Dębowcu, gdzie na ucztę stawili się tylko specjalnie zaproszeni goście, łącznie nie więcej niż dwanaście osób, w tym Hedwiga z Lipowej oraz pan Jeno z żoną Aleną.

Lutek pochylał się nisko przed panem Jeno i na ręce starosty składał podziękowania dla wszystkich.

– Wielki to dla mnie zaszczyt, wielki zaszczyt – powtarzał, nieustannie się kłaniając.

Jego żona siedziała nieco sztywno, prawie się nie odzywała przy stole. Hedwiga, która zajmowała miejsce obok i sądziła, że żona Lutka czuje się niepewnie i obco w tym towarzystwie, próbowała ją rozruszać, ale bez większego skutku.

– Dziwna to jakaś kobieta – mówiła później pani Alena. – Odpowiada jak z łaski, ledwo półsłówkami, a głowę nosi niczym jaka księżniczka.

– Nie bądźmy dla niej zbyt surowi – napominała Hedwiga. – Powiedziała mi, że jest trochę przestraszona i prawdę mówiąc, wcale się temu nie dziwię. Tylu obcych ludzi, a ona sierota, nie ma tu nikogo, to i nic dziwnego, że trzyma się Lutka niczym szyszka sosny. Boi się, że najmniejszy powiew ją zdmuchnie. Ładna to niewiasta, skromna, spokojna i podobno pracowita. Będzie miał Lutek z niej pociechę.

Podobnego przekonania nabrała i świekra Hedwigi. Pani Alena również podkreślała skromność dziewczyny i chwaliła nawet niewystawność weselnej uczty, która właściwie nawet na to miano nie zasługiwała. Bo spotkanie przy stole skończyło się szybko, zaraz z nastaniem wieczoru. Państwo młodzi otrzymali nieco podarunków od przybyłych. Roksana dziękowała powściągliwie, ale serdecznie, co zostało zauwa¬żone i bardzo dobrze przyjęte.

– Szczera to niewiasta – powiadano.

Przy uczcie najważniejszy był ksiądz Hubert. Mówił długo o pomyślności, jakiej młodym nie poskąpi Bóg, jeśli dokładnie będą wypełniać jego przykazania, a potem pobłogosławił dary boże na stole i nie czekając, aż zrobi to gospodarz, sam wziął się za pieczyste. Sposób, w jaki ksiądz Hubert jadł, zasługuje zresztą na oddzielną opowieść, bo rzadko można spotkać człowieka, któremu tak bardzo smakowałyby specjały stołu i który umiałby je z takim przejęciem i smakiem spożywać. Nieważne, czy był to kapłon, jaja czy pieczyste, ryby, pasztet czy warzywa nawet, albo tylko polewka, słychać było, jak jedzenie smakuje księdzu i jak wielką radość sprawia mu zaspokajanie głodu. A jaki to wspaniały przykład dla innych. Choćbyś miał na stole coś, czego nie lubisz, co ci nie smakuje, wystarczyło popatrzeć na księdza Huberta, aby natychmiast nabrać ochoty do jedzenia.

Goście pojechali do siebie przed wieczorem i była to kolejna dziwna sprawa w całej weselnej ceremonii, bo zwykle po zmierzchu dopiero rozpoczynała się zabawa. Tymczasem w przypadku Lutka i Roksany ślub odprawiono wcześnie rano, w dzień trwało przyjęcie weselne, a wieczorem goście już opuszczali Dębowiec.

Wyjeżdżających żegnał Lutek podarkami, każdemu wręczając a to kubek srebrny, a to pas skórzany, szal z jedwabiu albo sztukę cennej materii.

– Dziwna to rachuba – zauważył potem pan Jeno, któremu podarowano zamorski dzban na wino. – Uczta weselna nad wyraz skromna, że nie widziałem jeszcze takiej. Ale prezenty znakomite i cenne. Za dwa czy trzy z nich można byłoby wyprawić weselisko i na setkę osób.

– Chciał w ten sposób okazać nam szacunek – tłumaczyła dawnego pachołka Alena.

Lutek z Dębowca drżał z niecierpliwości, bo oto nadchodziła chwila, na którą czekał od wielu miesięcy. Stali oboje przed dworem, żegnając ostatnich odjeżdżających. Komnata na noc poślubną była już przygotowana, łoże pokropione wodą święconą, kwiaty pachniały wokoło.

Służba zrobiła swoje i mogła się oddalić, bo państwo młodzi życzyli sobie zostać sami.

Kiedy więc Lutek mógł wreszcie zamknąć drzwi dworu, rzeczywiście byli tylko we dwoje, reszta mieszkańców Dębowca poszła na spoczynek do szop i stajni, w ukryciu spożywając resztki z niedawnej uczty i racząc się obficie ze sporej beczułki, bo dla miejscowych wesele wcale nie było takie skromne, jakby się postronnym osobom mogło wydawać.

– Co robisz? – dziwowała się Roksana, gdy Lutek dębowym kołkiem podpierał drzwi do dworu.

– Jakże co?

Miał minę cwanego pachołka, jakim nie przestał być od młodości. Znał sposoby, umiał przewidywać.

– Jak to co? Przed owym dziwadłem się zabezpieczam. Wszyscy drzwi zamykają, żeby nie wleciała przez nie Wiedźma z Biskupic, więc i ja chronię swój skarb i dbam, żeby go nikt nie porwał.

Roksana pokiwała głową, bo łatwo przystawała na wszystko, co jej mówił.

– A co z kominem? – zapytała tylko. – Przecież powiadają, że tędy najłatwiej wleci nieczysta siła.

– Mam sposób i na taką możliwość – chwalił się Lutek. – Przygotowałem ostrych narzędzi dość, żeby diabeł nadział się na nie, gdyby w ciemności chciał wejść pod nasz dach. Czymkolwiek by próbował. Drzwiami, oknem albo choćby kominem. Nie musisz się obawiać.

– Przy tobie nie boję się niczego – ufnie oparła się o jego ramię.

– Teraz jesteś naprawdę moja – szepnął rozgorączkowany, prowadząc żonę do alkowy. – Tak długo czekałem na tę chwilę.

– I nie będziesz żałował – wyszeptała.

W alkowie, gdzie przygotowano łoże, pachniało mocno kwiatami. Roksana sama nalewała wina do kubków, uśmiechała się, szeptała, odpowiadając na Lutkowe zaklęcia i przysięgi. Lutek z Dębowca zaś klęczał przed swoją żoną i pytał:

– I co? Czy o to ci chodziło, Roksano? Żeby ich przyjąć uprzejmie, ale bez szczególnej uległości?

– Tak właśnie – odparła cicho. – Bałam się, że jeśli damy im okazję, będą się wywyższać w naszym własnym domu.

– Mamy to już za sobą – pocieszał zadowolony. – Pojechali, a my zostaliśmy wreszcie sami. Miłuję cię nad życie, a ty będziesz miała wszystko. Wszystko, czegokolwiek zapragniesz, o czymkolwiek tylko zamarzysz, rzucę ci do stóp. Tak obiecałem i dotrzymam słowa. Czy ty dotrzymasz swojego?

– Dotrzymam – obiecała Roksana. – Będę ci dobrą żoną, choć nie możesz spodziewać się po mnie prawdziwej miłości. Ale nie zabronię ci wstępu do swojego łoża, jeśli tylko będziesz chciał.

– Nie musisz mnie kochać – zapewniał żarliwie. – Moja miłość wystarczy na dwoje. Tylko mi pozwól, żebym cię miłował.

To był zaiste miodowy miesiąc. Lutek z Dębowca przeżywał czas pełen słońca, radości i szczęścia. Dni płynęły jeden za drugim pełne zadowolenia i Lutek cieszył się, że posłuchał żony. Miała rację, kiedy mówiła, że nie powinni ze swoim szczęściem się spieszyć, bo wyczekiwany chleb lepiej będzie smakował. Mógł ją przecież mieć już dawniej, ale czekał do ślubu, marząc o szczęśliwych, rozkosznych chwilach, które potem nastąpią.

Wziął ją do siebie, sierotę bez rodziny i bez przyszłości, odchował, odchuchał, aż rozkwitła niczym rajski kwiat. Śmiała się, cieszy¬ła, radowała, a przede wszystkim miłowała go i bez przerwy dawa¬ła temu wyraz. Każdego wieczora zostawali sami w alkowie i kochali się zapamiętale, i nie było szczęśliwszego człowieka niż Lutek z Dębowca.

Martwił się wprawdzie tym, czym martwili się i inni mieszkańcy Doliny, nieszczęściami, jakie na nich spadły, i zapowiedziami kolejnych klęsk, ale jakoś się tak układało, że Lutek należał do nielicznych, którzy nie odnieśli żadnej szkody na majątku. Nie padły mu zwierzęta w oborach, nie spłonęły szopy, nie zgniło zboże na polach.

Lutek uznawał to za dobry znak i za szczególną boską opiekę.

– To ty przyniosłaś mi to niezwykłe powodzenie – mówił do żony. – Wszędzie wokół same straty, a moje zboże rośnie prosto i bujnie. Przyjdą do mnie, gdy głód ich przyciśnie. Przyjdą i będą prosić o łaskę. A ja im tej łaski udzielę wedle mojego rozeznania, jednym mniej, drugim więcej. Taką cenę wyznaczę, jaką będę chciał, oni zaś wszyscy taką właśnie będą musieli zapłacić bez szemrania.

Czasem i on miał obawy, czy aby na pewno Dębowiec uchroni się przed klęską głodu i nieurodzaju, ale wystarczyło, że spojrzał na Roksanę, a wszelki lęk mijał niczym sen.

Zajmowała go przede wszystkim żona i to, jak bardzo go miłuje, czemu dawała wyraz każdego wieczora i każdej nocy, kiedy zostawali sami w alkowie.

Lutkowi, który miał słabą głowę, trochę przeszkadzało, że te piękne, upojne wieczory kończył zwykle pijany, zapadając w głęboki sen, ale Roksanie, lubiącej wino, wcale to nie przeszkadzało. Sama piła dość dużo i stale go do picia zachęcała.

Jej urok, a i wino, szybko sprawiły, że Lutek z Dębowca całkowicie znalazł się we władzy żony. Całe tygodnie nie miał czasu i głowy na doglądanie spraw gospodarskich, bo już od rana przygotowywał się na wieczór, gdy służba pójdzie spać poza dwór, a oni zostaną sami. Wodził za żoną oczami, gotów na każde jej skinienie spełniać wszelkie rozkazy. Zapomniał o własnych potrzebach, nastawiony na to, żeby usłużyć ukochanej, i bez sprzeciwu znosił wszystkie jej pomysły i kaprysy.

Kiedy rankiem po poślubnej nocy obudził się i nie zastał w łożu Roksany, przeląkł się, że jego szczęście to tylko sen i mara. Bo jakże mogło go spotkać coś równie wspaniałego? Jego, który niegdyś był pachołkiem, potem mężem starej i brzydkiej niewiasty, a teraz miał w łożu księżniczkę?

Leżał w ciemnościach i zastanawiał się, czy jeszcze śpi, czy się już obudził. Ale dobiegły go z oddali głosy służby i Lutek zrozumiał, że po prostu spał długo, co było wynikiem nocnych igraszek i mocnego wina.

Podniósł się, otworzył drzwi i przywołał służącego. Pachołek z ciekawością patrzył na zmęczoną twarz pana Lutka. Od razu widać było, że mało spał w nocy. Oczy podkrążone, usta wykrzywione.

– Gdzie pani?

– Pani pojechała konno.

– Dawno?

– Niedawno. Ale powiedziała, że zaraz wróci. Czekała, czy się obudzicie, a w końcu pojechała.

Lutek zdziwiony obejrzał się wokoło.

– Tak długo spałem? Południe chyba minęło.

– Minęło. Wiadomo, po nocy poślubnej dobrze wypocząć... – mrugnął porozumiewawczo pachołek.

Lutkowi szumiało w głowie i niewiele pamiętał, tylko cichy śmiech Roksany i jej białe rączki nalewające wino. Chyba przesadził trochę z napitkiem, a zawsze miał słabą głowę.

– Co jeszcze mówiła pani? – zapytał.

– Tylko tyle, żeby was nie budzić.

Lutek ubrał się i czekał na żonę, a ta pojawiła się rzeczywiście niebawem. Nadjechała uśmiechnięta, zadowolona, z rozgrzanymi wiatrem policzkami. Stał nieco niepewny i czekał, co powie po ich pierwszej nocy. Kiedy zsiadła, podbiegła do niego, witając radośnie i zarzucając mu ręce na szyję.

– Przestraszyłem się – odetchnął z ulgą. – Chyba śniło mi się coś strasznego, bo sen miałem ciężki i bałem się w nim o ciebie. Nie powinnaś jeździć zupełnie sama. Łatwo o wypadek, a i Wiedźmie z Biskupic można podpaść.

– Niepotrzebnie się obawiasz, mój mężu – uspokajała. – Wszystko jest w porządku. Zostawiłam cię samego i pojechałam, to prawda. Ale rano, gdy wstałam z łoża, pomyślałam, że nareszcie znalazłam swoje miejsce i tak mnie to ucieszyło, że jeździłam po polach i wprost krzyczałam z radości. Że nareszcie nie jestem tu obca.

– Jesteś na swoim – zapewnił Lutek.

Dni płynęły i nic nie mąciło szczęścia Lutka z Dębowca. Roksana, która od razu, kiedy tylko odważył się poprosić o jej rękę, powiedzia¬ła, żeby nie liczył na jej miłość, była jednak dobrą żoną.

Od początku postawiła warunki. Wydawały mu się niezrozumia¬łe i trudne do przyjęcia, ale bardzo szybko przekonał się, że i tym razem Roksana miała rację. Może i go nie kochała, ale była uległą i wierną, czekającą na niego każdej nocy i każdej nocy dającą mu niewypowiedzianą rozkosz.

 

Godził się na jej warunki, na to, że ta spokojna, cicha niewiasta, gdy zostawali sami w alkowie, wprost nie znosiła sprzeciwu i stawa¬ła się wymagającą panią, a on był wtedy jej poddanym. To wszystko sprawiało mu radość i szczęście, i jeśli o cokolwiek modlił się Lutek w pierwszych tygodniach swojego małżeństwa, to tylko o to, żeby jego szczęście trwało jak najdłużej.

Godził się więc na wszystko, nawet na wino, które Roksana uwa¬żała za napój miłosny i którego sporo musiał wypić przed każdym wejściem do łożnicy. Lutek miał nietęgą głowę i upijał się szybko, ale tego nie miała mu za złe, bo była zacną niewiastą, którą kochał i która pozwalała się uwielbiać.

Martwił się jednak, że zbyt szybko zapada w twardy sen, z którego budził się dopiero późnym rankiem. Tak bardzo kochał Roksanę, tak bardzo chciał być jej świadomym mężem i kochankiem, na jawie przeżywać wszystkie te chwile upojenia i radości, że koniecznie musiał zrobić coś, co pozwoliłoby mu nie zasnąć, ale smakować miód swojego szczęścia do samego końca.

Któregoś dnia, a raczej którejś nocy, poszedł po rozum do głowy i postanowił ją przechytrzyć. Nie chciał urazić Roksany, która nakazywała mu pić wino, więc umyślił tak rzecz urządzić, żeby niczego nie odgadła.

Wszystko wyglądało jak zwykle. W dzień, zajęci codziennymi czynnościami, mieli dla siebie niezbyt wiele czasu, przez chwilę tylko wymieniając spojrzenia lub ukradkowe uściski, tym gorętsze, im bardziej zbliżał się wieczór.

Jak każdego wieczora służba przygotowała posłanie, postawiła dzbany z winem przy łożu, wymieniła świece w lichtarzach, bo Roksana lubiła być wtedy oglądana, a w takim świetle wyglądała najpiękniej.

Gdy nadeszła, on już czekał na nią, ale inaczej niż w poprzednie dni. Czekał już w otwartych drzwiach izby i patrzył, jak nadchodzi ze świecą w ręku, smukła, gibka, piękna, z długimi, rozpuszczonymi, jasnymi włosami, błyskającymi w świetle niczym miód.

– Jesteś najpiękniejsza na świecie – wyszeptał zachwycony. – I nie wiem, jak się to stało, że dostał mi się taki skarb.

Wszystko było jak zwykle. Przekomarzali się chwilę, jedli wieczerzę i popijali wino. Lutek całował usta, oczy i szyję żony, szeptał czu¬łe słowa, ale nie powiedział o tym, co zrobił. Nie powiedział, że wylał połowę wina ze swojego dzbanka, a naczynie uzupełnił wodą. Kiedy go więc poiła, była przekonana, że pije jak zwykle. A on pił jak zwykle, tylko trunek nie był taki sam. Szumiało mu trochę w głowie, ale nie na tyle, żeby zaraz miał zasnąć i obudzić się dopiero rano.

Trochę więc udawał. Udawał bardziej pijanego, niż był w istocie, a potem trochę bardziej sennego. Wtedy dopiero przekonał się, jaki naprawdę wielki skarb mu się dostał, i wyrzucał sobie, że dawał się namawiać dotąd na tyle trunku, bo ten tłumił w nim wszystkie te przyjemności, jakich doświadczał teraz, a jakich zwykle rano po pro-stu nie pamiętał.

Czuł się niezręcznie, jakby ją oszukiwał, ale tłumaczył sobie, że robi to właściwie dla jej dobra, bo w takim stanie jest mu łatwiej ją docenić, jej piękno, serdeczność, miłosną sztukę, ją całą.

Wino, choć rozcieńczone wodą, było jednak winem, a sztuka mi¬łosna męczyła nieco, choć zmęczenie było bardzo przyjemne. Udając pijanego i sennego, położył się Lutek na posłaniu. Miało to być tylko dla żartu – i dla sposobu. Żeby myślała, że jest jak zwykle. Sam nie wiedział, kiedy jednak zasnął.

Lutka obudziła burza. Grzmot przetaczał się po niebie i gdzieś całkiem niedaleko uderzył piorun.

Obudził się z przeświadczeniem, że spał tylko króciutką chwilę, ale było chyba inaczej. Widocznie spał dłużej, bo Roksana zdążyła opuścić łoże i wyjść z alkowy. Zdarzało się to i wcześniej. Miłość powodowała nie tylko pragnienie, ale i wzmagała apetyt. I choć zwykle kazali służbie zawczasu przygotować całą misę rozmaitych przysmaków, Roksana wstawała niekiedy i sama szła do sąsiedniej izby, gdzie mogła znaleźć coś do jedzenia. W nocy nie było we dworze nikogo, służba spała w innych budynkach i jeśli jemu czy jej przyszła na coś ochota, musieli obsłużyć się sami.

Zagrzmiało znowu, dość blisko, i Lutek z niepokojem pomyślał o swoim Dębowcu, w duchu polecając go Bogu i spodziewając się, że i tym razem będzie on oszczędzony.

Nieco odurzony winem, wonią kwiatów, ale przede wszystkim miłością, Lutek wstał i wyszedł z alkowy śladem swojej żony. Zarzucił tylko prześcieradło i skierował się do sieni, a stamtąd do spiżarni, gdzie spodziewał się zastać Roksanę.

Do spiżarni trzeba było przejść przez sień i świetlicę. Pomstując, że nie zapalił świecy i teraz może się o coś potknąć, Lutek wszedł do świetlicy. Drzwi do spiżarni wyraźnie skrzypnęły i Lutek pewniejszym krokiem ruszył w ich stronę. Znowu błysnęło, jaskrawe światło wpadło przez małe okienka, oświetlając pomieszczenie.

Przestraszony nagłym błyskiem, Lutek odruchowo spojrzał w kierunku okna.

Spojrzał i zmartwiał.

Przez pole biegła czarownica. Biegła wprost ku dworowi.

Nie mogło być pomyłki. Smukła postać, czarna, w obcisłej sukni, z płaszczem powiewającym u ramion. Niewiasta z długimi czarnymi włosami.

Wiedźma z Biskupic!

Nie bacząc na to, że nie ma ze sobą świecy, potykając się o sprzęty, Lutek rzucił się ku spiżarni.

– Roksana! – wołał przerażony do najwyższych granic. – Roksana! Chowaj się! Chowaj! Czarownica tu leci!

Dobiegł, szarpnął drzwiami i zdziwił się, że siedzi tutaj w ciemno¬ści. Jak mogła cokolwiek znaleźć po ciemku? A może tylko zdmuchnęła świecę, kiedy krzyknął? Wyciągnął ręce, szukając żony, ale otwarte dłonie trafiły w próżnię i mrok.

Roksany nie było.

Niczym dźgnięty szydłem, rzucił się z powrotem do alkowy, przebiegł sień, wołając jej imię, powtarzał je w alkowie, ale i tutaj jej nie znalazł. Trzęsącymi się rękami skrzesał ognia, zapalił świecę i trzymając ją przed sobą, sprawdzał po kątach, za skrzynią, za ławami, gdzie się schowała.

I wtedy usłyszał skrzypienie drzwi wejściowych. Ktoś otworzył drzwi, a przecież sam je zamykał i jak każdego wieczora podparł kołkiem.

Czując, że skóra mu cierpnie na grzbiecie, i włosy stają dęba, Lutek z Dębowca cofnął się aż do łoża i gwałtownie usiadł na pościeli, bo krawędź posłania podcięła mu nogi.

Roksana weszła szybko, jakby w biegu, i stanęła jak wryta na widok Lutka, który wcale nie spał. Siedział na łożu, ze świecą w ręku, zdziwiony, zaskoczony, niepojmujący, co się dzieje.

Kobieta była Roksaną i jednocześnie nią nie była. Jego Roksana miała piękne jasne włosy i lubiła jasne, żywe kolory ubrań. Ta tutaj miała włosy długie, ale kruczoczarne, na sobie zaś ubranie czarne jak sama noc.

– Roksana? – zapytał niepewnie. – Więc ty jesteś Roksaną? Nie wiem, czy mi się śni tylko, czy może zwariowałem. Jesteś tak podobna do Roksany. I drzwi wiedziałaś, jak otworzyć. A przecież nie jesteś Roksaną, moją żoną, moją ukochaną, która ma jasne włosy...

– Ależ oczywiście, że jestem Roksaną – powiedziała, zbliżając się o kilka kroków. – Oczywiście, że to ja. Tylko mi się przyjrzyj. To ja, twoja żona. Choć nie nazywam się Roksana i nie wiem, czy w ogóle byłam kiedykolwiek ochrzczona...

Zbliżyła się, delikatnie wyjęła z jego ręki świecę, postawiła ją obok łoża, a sama pochyliła się i zaczęła całować Lutka chłodnymi, zimnymi wargami.

– Teraz cię poznaję – powiedział zadziwiony. – Ale czemu jesteś mokra? I włosy masz mokre. Wychodziłaś? Wychodziłaś.

– Oczywiście, że wychodziłam, głuptasie. Nie wiedziałam, że się obudzisz.

– Obudziłem się, bo wiesz, to wino, które mi dałaś, dziś nie było takie mocne jak zawsze. Więcej w nim było wody.

– Ach tak? – uśmiechała się i nadal całowała go po twarzy. – Ale czemu to zrobiłeś, mój mężu? Czemu to zrobiłeś? Nie ufasz mi? Chciałeś mnie sprawdzić? Chciałeś się dowiedzieć, kim jestem naprawdę, dokąd udaję się każdej nocy?

– Nie – zaprzeczył. – Chciałem tylko pamiętać, jak cudowne są nasze noce, jaki jestem szczęśliwy. Chciałem to czuć, a nie zasypiać. Nie za bardzo lubię wino, zbyt szybko pozbawia mnie sił, więc pomyślałem, że wypiję mniej, żeby cię kochać więcej. Bo to jest jedyna rzecz na świecie, jakiej pragnę. Kochać ciebie, Roksano, aż do samej śmierci.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?