Dworek pod Malwami. Sposoby i spiski

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #9
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Sposoby i spiski
Dworek pod Malwami. Sposoby i spiski
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Sposoby i spiski
Dworek pod Malwami. Sposoby i spiski
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99  10,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 9 - Sposoby i spiski

Saga

Dworek pod Malwami 9 - Sposoby i spiski

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801927

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SIEROTA

Sierpień 1911, Kalinówka

Witold Sidorowicz został sierotą. Stało się to nieoczekiwanie, bez żadnych znaków czy zapowiedzi.

Michał Kalinowski wrócił z Rafałówki szary na twarzy.

– Spalili się – powiedział do matki. – Pani Anna i pan Rafał. Nie ma wątpliwości, że byli w domu, gdy wybuchł ogień.

Witia Sidorowicz miał dziewięć lat i nikogo bliskiego na świecie. Istnieli wprawdzie jacyś krewni, ale daleko, w Królestwie Polskim, i nigdy nie bywali w Rafałówce. Pan Michał, który przyjaźnił się z panem Sidorowiczem i wiedział, że niezamężna siostra jego żony mieszka w Częstochowie, wysłał depeszę, w której donosił o wszystkim. Szczęśliwie znał nazwisko ciotki chłopca i pamiętał nazwę ulicy, przy której mieszkała. Liczył, że poczta dostarczy wiadomość, a ciotka chłopca się nim zajmie.

Planował na razie wziąć Witię do Kalinówki i posłał po niego do Białegostoku z listem do dyrektora Zakładu Wychowawczego dla Chłopców. Pani Katarzyna uważała, że trzeba sierotę jak najspieszniej powiadomić o śmierci rodziców. Ale posłaniec powrócił bez Witii. Okazało się, że po raz kolejny uciekł spod opieki doktora Meierbachera. Miało to miejsce jeszcze w sobotę, w dzień przed pożarem. Mówiono, że w ową tragiczną noc widziano chłopca w pobliżu Rafałówki.

– Co z nim teraz będzie? – biadoliła pani Katarzyna. – Jak będzie żyć z taką tragedią?

Pocieszała się myślą, że Sidorowiczowie, wskutek nieszczęśliwego wypadku, zmarli we śnie, bez cierpienia.

Pan Michał patrzył ponurym wzrokiem, szarpał nerwowo wąsy.

Rozgłosił wszędzie, by w przypadku spotkania Witii Sidorowicza skierować go do Kalinówki.

– To syn mojego przyjaciela – tłumaczył. – Póki nie zaopiekuje się nim ktoś z rodziny, zostanie pod moim dachem.

Żandarmi śledztwo przeprowadzili niezwykle sprawnie, zamykając je konkluzją o nieszczęśliwym wypadku. Na podstawie zeznań świadków ustalono, że ogień został zaprószony nieumyślnie przez samego gospodarza.

Wydano zgodę na pochówek ofiar pożaru, a przygotowaniami do ceremonii zajął się pan Michał we współpracy z kilkoma sąsiadami.

Najtrudniejsze do zniesienia dla przyjaciół Sidorowiczów było ustalenie śledczych, że Witię rzeczywiście widziano niedaleko dworu w poniedziałek nad ranem. Nasuwała się bowiem myśl, że chłopiec nie tylko wiedział już o śmierci rodziców w strasznych męczarniach, ale może także na własne oczy widział ich zwęglone ciała.

Pan Michał długo wahał się, jak opowiedzieć o tym matce i innym domownikom. Ale krążyły już różne plotki i Kalinowski musiał przedstawić jakąś wersję wypadków. Ale nawet jej złagodzona wersja okazała się trudna do zaakceptowania.

– Najpewniej mały Witia sam wszystko widział – wyjaśnił pan Michał mieszkańcom Kalinówki. – Ze szkoły uciekł, gdyż zapewne chciał prosić, aby go tam więcej nie odsyłano. Uciekł i przyszedł do domu, a tu taka tragedia. Prawdopodobnie dlatego ukrył się gdzieś, nie wiadomo gdzie, płacze i szlocha. To musiał być wielki wstrząs dla dzieciaka, choćby i tak niesfornego jak Witia. Boję się, czy w ogóle go odnajdziemy...

Kobiety ocierały łzy, mężczyźni patrzyli ponurym wzrokiem. Poszukiwania chłopca nie przyniosły żadnych rezultatów

***

Pogrzeb zgromadził tłumy. Ksiądz Miodyński miał strasznie smutne kazanie, szlochano powszechnie. Proboszcz niezwykle barwnie opisał piekło, po czym zapewnił, że Anna i Rafał Sidorowiczowie przeważnie przeszli już ogniową próbę i cieszą się rozkoszami raju. Organy nie grały podczas żałobnego nabożeństwa, tylko na koniec odezwały się rozdzierająco i cały kościół zapłakał. A gdy na wyprowadzenie zwłok ponuro uderzył kościelny dzwon, nawet twardzi mężczyźni nie mogli powstrzymać łez.

Zaraz po pochówku pani Katarzyna z Ignasiem i Wacią Potocką pojechali do domu, pan Michał został, ponieważ był wyznaczony na wykonawcę testamentu pana Rafała i musiał się rozmówić z krewnymi zmarłych. Ci przyjechali do Zabłudowa w ostatniej chwili, wpadając do kościoła już podczas mszy. Była to siostra pani Anny, wysoka, koścista kobieta około czterdziestki o nadmiernie wytrzeszczonych oczach oraz dalecy kuzyni pana Sidorowicza, państwo Rucińscy, małżeństwo w średnim wieku.

Pan Michał złożył rodzinie wyrazy współczucia i zadeklarował gotowość pomocy, ale potraktowano go chłodno. Janina Wiklińska, siostra zmarłej pani Anny, która cały czas patrzyła kosym okiem, robiąc wrażenie zagniewanej i cierpiącej na jakąś wewnętrzną dolegliwość, nie zdobyła się nawet na podziękowania.

Rozmowa podczas konsolacji ograniczyła się do krótkiej wymiany najpotrzebniejszych informacji i sprawiła, że pan Michał stał się rozdrażniony i pochmurny.

– Już nad grobem chcieli dzielić spadek! – oznajmił z pogardą. – Pan Rafał jeszcze nie ostygł, a oni ręce nadstawiają! – mówił, wracając do bryczki.

Franciszka przesunęła się, robiąc mężowi miejsce koło siebie. Usiadł, gestem dając znak, żeby powoziła. Większość drogi odbyli w milczeniu. Mężczyzna siedział ponury i prawie się nie odzywał. Dopiero za kalinowskim lasem, gdy byli już niedaleko domu, ujawnił, co wywołało ponurą minę.

– Wiesz, czemu się spóźnili do kościoła? – Bo poszli się umówić u notariusza. A o Witię o nawet nie spytali!

Franciszka pociągnęła nosem.

– Biedny ten mały – zauważyła ze współczuciem. – W nikim nie ma teraz oparcia. Jak jaki dobry człowiek nie pomoże, całkiem na zatracenie pójdzie...

Michał Kalinowski przytaknął z rozdrażnieniem. Pan Rafał Sidorowicz folwark w Rafałówce jedynie dzierżawił, po jego śmierci wracał on w ręce pułkownika Kawelina. Jeśli we dworze było cokolwiek cennego, co należało do Sidorowiczów, spłonęło do cna i Witia zostawał goły i bosy. Jego los był wysoce niepewny.

– Gdzie ten piekielny chłopak? – mruczał pan Michał. – Teraz trzeba postanowić o jego przyszłości, a smarka nie ma.

Gdy dojechali do dworu, Kalinowski wyjaśnił matce, że otwarcie testamentu Sidorowicza wyznaczono na dzień następny.

Pani Katarzyna kiwała głową w milczeniu.

– A Witia? – spytał. – Znalazł się może?

Starsza pani pokręciła głową.

– Nikt nie widział. A może ty coś słyszałeś?

– Nie ma śladu, proszę mamy. Jeśli lata po polach, to niedługo zupełnie zamarznie. Noce już chłodne.

Poszli do domu, gdzie pan Michał opowiedział o swoim spotkaniu z krewnymi Witii i o tym, że nie kwapią się do opieki nad chłopcem.

– Wcale o niego nie spytali – powtórzył z oburzeniem. – Jakby nie istniał. A tylko prosili, żebym się nie spóźnił do rejenta, bo chcą jak najszybciej wracać.

Pani Katarzyna westchnęła smutno.

– Szkoda – powiedziała niespodziewanie łagodnym tonem. – Dziwne to dziecko, doprawdy, nie spotkać takiego. Ale teraz, gdy rodziców nie ma, niewiele można zrobić. Albo krewni go przygarną, albo musi wracać do Białegostoku.

Pan Michał był bardzo rozdrażniony postawą ciotki chłopca i jego dalszych krewnych.

– Mówiłem im o Witii, ale wcale się nim nie przejęli. Gdyby jaka suma była zapisana dla opiekuna, może by i co z tego było, ale to tylko dwieście rubli. Może źle, że im to ujawniłem.

– I tak dowiedzieliby się najpóźniej jutro – pocieszyła syna starsza pani. – Trudno i darmo, tobie mój drogi nie godzi się zostawić syna przyjaciela na łasce losu. Trzeba chłopca odstawić do zakładu, gdzie będzie miał utrzymanie i naukę.

Kalinowski westchnął.

– Tam tylko na pół roku opłacone – zauważył. – Jak zobaczyłem tych krewnych, to myślałem, że wezmą Witię bez żadnych dyskusji. Ale oni tylko o majątku. Mówię, że pan Rafał za pół roku szkoły Witii dziewięćdziesiąt rubli dał, więc niedługo trzeba następnych dziewięćdziesiąt. A oni na to, że jeszcze nie pora.

– Zatem ja zapłacę za kolejne pół – ofiarowała się niespodziewanie pani Katarzyna. – Może taka ofiara przemówi im do sumienia.

***

Najbliżsi krewni Witii Sidorowicza nie spóźnili się na spotkanie do notariusza. Z powodu ulewnego deszczu spóźnili się Michał Kalinowski i pan Zdzisław Skórnicki ze Złotnik, a obaj byli świadkami sporządzenia testamentu i notariusz czekał na ich przybycie. Siostra zmarłej, a zwłaszcza państwo Rucińscy, byli z tego powodu bardzo zdenerwowani i czynili panom wymówki.

Testament zmarłego Rafała Sidorowicza był długi i skomplikowany. Notariusz, upewniwszy się, że wszyscy zainteresowani są obecni, zaczął go odczytywać monotonnym głosem, nie pomijając żadnych zawiłych prawnych sformułowań. Później dopiero własnymi słowami wytłumaczył szczegółowo, jak należy rozumieć poszczególne zapisy.

Spadkobiercy nie kryli niezadowolenia. Rozczarowanie było bowiem bardzo duże. Majątek pana Sidorowicza nie należał do wielkich. Dzierżawa Rafałówki dawała ledwie siedemset rubli rocznie, a wszelki majątek ruchomy przepadł w pożarze. Dokument opisywał szczegółowo meble i cenniejsze przedmioty, których próżno było szukać w pogorzelisku.

 

– Obawiam się, że spaliło się wszystko, co mam na tej liście – oznajmił notariusz, pokazując papier. – Kto z państwa sobie życzy, może listę obejrzeć. A także protokół policyjny do niej załączony, wyliczający odnalezione w popiele przedmioty. Filiżanka porcelanowa, sztuk jeden. Filiżanka porcelanowa z utraconym uchem, sztuk jeden... Jedenaście punktów, najważniejsze przeczytałem, więc chyba nie ma potrzeby...

Kolejnym zapisem testamentu była niewielka suma w banku, niecałe czterysta rubli, należąca się Witii Sidorowiczowi, ale złożona na procent i do podjęcia dopiero po osiągnięciu przez chłopca pełnoletności. Ten legat kwestionowali spadkobiercy, argumentując że trzeba postanowić o losie Witii już teraz, gdy zabrakło jego naturalnych opiekunów. Zaprzestali dyskusji na wyjaśnienie notariusza, że sumy tej nie można wydobyć w żaden sposób prawny, chyba że poprzez napad na instytucję bankową.

– Jest jeszcze zapisana niewielka kwota na imię obecnego tu pana Michała Kalinowskiego – zakończył notariusz – a przeznaczona na załatwienie wszelkich spraw formalnych związanych z rozliczeniem majątku, jaki dzierżawił świętej pamięci pan Sidorowicz. Gdyby okazało się, że w rozliczeniu należy dopłacić, różnica obciąża pana Kalinowskiego, w przypadku nadpłaty, co jest raczej wątpliwe, będzie mu wypłacona.

Po wyjściu z kancelarii udano się do pobliskiej restauracji, aby – jak to określił pan Skórnicki – spróbować wyjaśnić sytuację małoletniego Witii.

– Lepiej będzie dla chłopca, gdy wezmą go Rucińscy – oznajmił Skórnicki. – Wprawdzie to dalsi krewni, ale lepiej sytuowani, no i rodzina w komplecie. Łątwiej będzie im zapanować nad Witią.

Kalinowski zgadzał się, że samotna ciotka zapewne nie da sobie rady z niesfornym chłopcem.

Ale w trakcie rozmów okazało się, ze sprawa nie jest prosta. Małżeństwo Rucińskich nie wyrażało zainteresowania przejęciem opieki nad sierotą. Siostra zmarłej, która rozdzierająco płakała na pogrzebie, oświadczyła, że nie posiada odpowiednich warunków do wychowania dziecka, zwłaszcza chłopca. Argumentowano, że Witia znajduje się w zakładzie wychowawczym, jest więc zapewne chłopcem trudnym do prowadzenia, w dodatku zupełnie niezaopatrzonym, więc objęcie nad nim opieki prawnej oznaczałoby utrzymywanie go na swój koszt.

Na sugestię Michała Kalinowskiego, by wziąć pod rozwagę możliwość umieszczenia dziecka kolejno w jednej i drugiej rodzinie, spadkobiercy poprosili o czas do zastanowienia się nad takim rozwiązaniem i ustalenia, kto i na jakich warunkach będzie się nim opiekował.

– Musimy to dokładnie rozważyć tylko we własnym gronie – powiedział pan Ruciński. – Najdalej jutro powiadomimy o naszym postanowieniu.

Spadkobiercy, zaopatrzeni w odpowiednie dokumenty, udali się zaraz do banku, żeby zadysponować otrzymaną sumą, świadkowie zawrócili do domów.

***

Trzeciego dnia Michał Kalinowski dowiedział się, że krewni Sidorowiczów wyjechali. Poszedł do Hotelu Polskiego zapytać, czy podjęli już jakąś decyzję w sprawie Witii, ponieważ w umówionym terminie nie dostał od nich żadnej wiadomości. Tu dowiedział się, że zarówno państwo Rucińscy, jak i panna Janina Wiklińska opuścili hotel po jednej nocy.

Pan Michał zaklął głośno, gdyż zrozumiał, że został oszukany. Spadkobiercy pana Rafała i pani Anny tylko go zwodzili, nie zamierzali niczego postanawiać, może nawet od razu byli umówieni co do takiego działania. Odebrali swoją część spadku i ulotnili się.

Kalinowski był zły, ale rozumiał, że nic nie może wskórać.

– Testament nie nakazywał nikomu opieki nad synem pana Rafała Sidorowicza i jego żony Anny – wyjaśnił notariusz. – Z prawnego punktu widzenia trudno mu cokolwiek zarzucić. A co do chłopca, no cóż, istnieją ochronki, domy sierot i tak dalej. Nie on pierwszy, nie on ostatni...

MASZA

Sierpień 1911, Sankt Petersburg

Maria Fiodorowna Gołowina siedziała w swoim ogromnym pokoju w pałacyku ojca przy ulicy Wasyla Szujskiego w Petersburgu. Oczy miała skierowane ku oknu, ale wzrok zupełnie nieobecny. Jej myśli krążyły wokół wydarzeń i ludzi, z jakimi miała do czynienia w ostatnich miesiącach, a którzy upewnili ją co do tego, że nic nie dzieje się bez woli Opatrzności.

– Tylko Bóg wyznacza ścieżki człowiekowi. Jeśli jesteś zadowolony ze swojej drogi, bacz, abyś tego szczęścia nie utracił. Wystarczy jedna chwila, jedno mrugniecie okiem.

Maria Gołowina wzdrygnęła się na to wspomnienie. Jedna sekunda, jedna kula wystrzelona z rewolweru nieznanego człowieka, mogła pozbawić ją wszystkiego na zawsze. Mogła sprawić, że odejdzie z tego świata, przestanie istnieć – właśnie w mgnieniu oka, w jednej chwili i bez żadnego śladu. Nikt by jej nie wspominał, ojciec może nawet by się ucieszył, że przestała przysparzać mu zmartwień. Nie, nie, oczywiście, że tak nie myślała. Wszystko zawdzięczała ojcu i była mu nieskończenie wdzięczna. To przecież dzięki niemu jej życie było spokojne, dostatnie, wygodne.

Długo rozważała tragiczne wydarzenia z wiosny. Aż wreszcie zrozumiała, że w tamtej chwili, gdy stała na wąskiej granicy między życiem i śmiercią przed budynkiem dworca kolejowego w Białymstoku, dano jej znak, znak z samej góry. Jakaś nieznana siła pouczyła ją, aby zastanowiła się nad swoim dotychczasowym życiem. Przecież ja niczego nie dokonałam! – stwierdziła z przerażeniem. Niczego, zupełnie niczego. Inni mają rodziny, malują obrazy albo piszą książki, cieszą się przyjaźnią, prowadzą akcje dobroczynne na rzecz osieroconych dzieci albo upadłych kobiet, angażują się po stronie Kościoła albo monarchii. Ja tylko korzystam z tego, że mój ojciec jest bogatym i ważnym człowiekiem.

To co się wtedy wydarzyło, miało swój głęboki, ukryty sens. Przeczuwała to już wtedy, gdy tylko otrząsnęła się z pierwszego szoku, choć nie od razu umiała to dostrzec i zrozumieć niezwykłość zdarzenia i jego prawdziwe znaczenie. Trzeba było niejednej rozmowy w cerkwi, żeby dotarło do niej Boże ostrzeżenie.

– To znak, córko – powiedział batiuszka Grigorij. – Ostrzeżenie. Pamiętaj, że w każdej chwili możesz odejść z tego świata. Więc się zastanów i policz, co dobrego zrobiłaś dla innych. Zastanów się, jakim jesteś człowiekiem, co po sobie pozostawiasz.

Masza myślała podobnie. Wprost nie mogła uwierzyć, że tylko przypadkowo nieznajomy człowiek uchronił od śmierci ją i ojca. Czemu akurat on? Bóg oczywiście może posłużyć się każdym. A czy to, że wybrał akurat tego człowieka, także nie jest znakiem?

Masza nie od razu uwierzyła w szczególną rolę Bożego posłańca. Ojciec przepytał wtedy konwojujących go żołnierzy i dowiedział się, że życie zawdzięczają politycznemu skazańcowi.

– Bóg zsyła takie znaki, jakie chce – wyjaśnił Maszy batiuszka Grigorij. – Potrafi przemówić przez innego człowieka, potrafi przemówić przez zwierzę albo kamień.

– Ale to katolik – zgłosiła swoje wątpliwości.

Batiuszka wzruszył ramionami.

– Cóż z tego, że katolik? Pan Bóg mówi przez osła, może mówić i przez katolika. Bóg mówi przez krzew gorejący, może mówić przez katolika. Zresztą, mało to ludzi katolickiej wiary przeszło na prawosławie? Kto wie, córko, czy to nie jest zadanie dla ciebie. Przeciągnąć tego człowieka do naszego Kościoła. Kto wie, może kiedyś odda on jakieś ważne usługi religii prawosławnej...

***

Okultyzm, astrologia, wywoływanie duchów i podobne nauki cieszyły się w Petersburgu wielkim powodzeniem. Patronowała im sama carowa Aleksandra Fiodorowna, z horoskopów, wróżb i przepowiedni korzystał cały dwór, a pilnie naśladowały go najbogatsze i najbardziej wpływowe sfery stolicy rosyjskiego imperium.

Największe wzięcie miało atelier Madame Lebiediewej przy Bulwarze Smoleńskim. Odwiedzały je najwybitniejsze osobistości świata polityki, finansjery, sfer dworskich, a to że tam wracały, mogło znaczyć, że wróżby i przepowiednie podawano w nim szczególnie trafnie. Rozmaite gabinety przewidujące przyszłość istniały w Petersburgu od dawna, ale żaden nie cieszył się taką sławą jak ten, w którym bywali książęta i hrabiowie i do którego dostać się można było dopiero po zapisaniu na specjalna listę, tę zaś otwierała wyłącznie wysoka protekcja.

Madame Agrafia Ignatiewna Lebiediewa, wdowa po urzędniku wysokiej rangi z ministerstwa spraw zagranicznych, więc osoba ustosunkowana, pierwszych klientów zdobyła przed laty, jeszcze za czasów sławnego doktora Philippe’a, który protegował ją samemu carowi Mikołajowi II. Teraz miała ich w notesie kilkuset, a przyjmowała niczym najlepszy lekarz, dyskretnie i z wielką rewerencją.

Atelier mieściło się na pierwszym piętrze kamienicy, w kilku pokojach położonych w amfiladzie, wypełnionych drogimi meblami, dywanami i niezliczonymi bibelotami o dziwacznych kształtach i jeszcze dziwniejszym przeznaczeniu, przywiezionymi z najodleglejszych zakątków świata, ponieważ baron Lebiediew przez całe życie piastował funkcje ambasadorskie i konsularne. Mieszkał między innymi w Brazylii, Japonii i Turcji, przede wszystkim zaś w Egipcie oraz emiracie Buchary. Baron Lebiediew umarł tam po ukąszeniu skorpiona, w nie do końca jasnych okolicznościach, ale jego zasługi doceniał już poprzedni car. Mikołaj II także cenił go wysoko, po śmierci zaś przyjął baronową na specjalnym posłuchaniu, podczas którego zamówił horoskopy dla siebie i całej rodziny.

Wprawdzie w Petersburgu ostatnio więcej uwagi przykładano do wypowiedzi ludzi związanych z religią niż magią, ale przedstawiciele tej ostatniej dziedziny nadal mogli liczyć na zainteresowanie dworu i szerokiego otoczenia monarchy, choć nieco bardziej dyskretne. Ten sposób zainteresowanym odpowiadał, mocniej uprawdopodobniał wszelkie padające tu słowa, zaspokajał potrzebę wtajemniczenia i dopuszczenia do misterium.

W atelier Madame Lebiediewej pierwsze pomieszczenie było poczekalnią, gdzie rejestrowano klientów i przydzielano ich do odpowiedniej kategorii. Tu zostawiali swoje futra i kapelusze, zapisywali się na wizyty, przesuwali ich terminy, ustalali szczegóły spotkań. W oznaczonych porach przechodzili kolejno do drugiego pokoju, który był rodzajem wewnętrznej poczekalni. Tu siedzieli w głębokich skórzanych fotelach, pili herbatę lub cudzoziemskie trunki, albo czytali najświeższe gazety. Dopiero następny pokój był właściwym gabinetem Madame Lebiediewej, gdzie udzielała ona porad i objaśniała znaki i symbole. Te, zwłaszcza staroegipskie, obwieszały ściany i zajmowały wszystkie kąty.

Dokładnie w taki sam sposób oznakowana i urządzona była druga część biura, z wejściem od sąsiedniej klatki schodowej, a przeznaczona wyłącznie dla kobiet.

W cichym gabinecie Madame Lebiediewej można było liczyć na dyskrecję oraz rozwiązanie rozmaitych problemów bez konieczności spotykania się z osobami, których nie chciało się widzieć. Bywali tu dworscy urzędnicy różnych frakcji, wojskowi, finansiści oraz niewiasty różnego stanu i wieku.

Madame Lebiediewa udzielała porad w bardzo szerokim zakresie spraw życiowych, a specjalizowała się w zagadnieniach życia prywatnego. Tu zasięgano rady na temat planowanych małżeństw, problemów zdrowotnych, w sprawach miłosnych, ale także i finansowych. Niejeden bankier, zanim podjął rozmowy w interesach, najpierw udawał się na Smoleński Bulwar, aby spytać Madame, czy powinien podpisać umowę lub podżyrować weksel, albo prosił o sprawdzenie wiarygodności kandydata do wspólnych interesów czy też do ręki córki.

Madame miała lat niespełna pięćdziesiąt, dumną postawę żony barona i ambasadora, patrzyła wprost, mówiła wolno, z namysłem i głębokim przekonaniem, któremu ulegali najwięksi niedowiarkowie i sceptycy. Wiele razy bowiem dobre rady Madame ostrzegły klientów przed finansowym krachem, nieudanym małżeństwem czy interesem. Nie brakowało takich, co sparzywszy się na wyśmiewaniu jej sposobu rozumowania i argumentacji, czasem zaś wróżb i przepowiedni, wracali do gabinetu, by na kolanach błagać o przebaczenie i prosić o kolejne rady, do których już z całą pewnością się zastosują.

W prowadzeniu tego niezwykłego interesu pomagały Madame cztery panny, wykształcone i piękne, uprzejme i dyskretne, których zadaniem było prowadzenie kalendarza spotkań, bawienie klientów miłą rozmową oraz prowadzenie buchalterii. Nie trzeba dodawać, że usługi Madame Lebiediewej były drogie i nie dla każdego dostępne.

– Kochany panie Gołowin – mówiła Madame Lebiediewa. – Możesz oszczędzać na zdrowiu i szczęściu twojej córki. Ale sam pomyśl, czy twoja dusza będzie wówczas spokojna?

***

Fiodor Aleksiejewicz Gołowin, wiceprezes Petersbursko-Moskiewskiego Towarzystwa Kredytowego i kandydat na prezesa centralnego banku rosyjskiego imperium, nie od razu podzielił zdanie córki o Bożym przesłaniu. Początkowo, gdy nieco już otrząsnął się po napadzie, uspokoił Maszę i uporządkował własne myśli, skłonny był traktować rzecz zwyczajnie. No, owszem, miał wielkiego stracha i myślał, że to koniec życia, a wszystko, co się stało później, przypisywał przypadkowi i zbiegowi okoliczności. Od porucznika, który dowodził konwojem i jechał tym samym pociągiem, dowiedział się, że wybawca Gołowinów nazywa się Stanisław Kalinowski i oczywiście, jak to Polak, został skazany za bunt. Czemu nagle stanął w obronie Rosjanina i jego córki? A kto ich tam wie, Polaków!

 

Później, gdy Masza zupełnie doszła już do siebie, otworzyła ojcu oczy na Boże znaki. Znaki Boże nie są bowiem wcale takie jasne, że patrzysz i od razu wiesz. Czasem trzeba je odszukać i odgadnąć ukryte znaczenie. I jeszcze zapytać kogoś znającego się na rzeczy, czy dobrze odczytałeś wszystko, co ci zostało przekazane.

Fiodor Gołowin, trzeźwy finansista i człowiek interesu, ocalenia na dworcu w Białymstoku nie potrafił wyjaśnić inaczej jak cudownym działaniem Opatrzności. Sekunda dzieliła ich oboje od śmierci. Czy to przypadek, że na drodze śmiercionośnych kul stanął nieznajomy człowiek? Nie, nie ma takich przypadków. Gdyby jeszcze tylko stał. Ale on nie stał, on rzucił się w obronie Gołowinów. Nikt mu nie kazał, zrobił to sam, z własnej woli. I to kto? Zesłaniec jakiś, bandyta, pospolitak! Sam to wymyślił? Nie, nie sam. Coś mu kazało tak postąpić. A co mogło ruszyć sumieniem takiego człowieka, jeśli nie wola Boża, rozkaz z samej góry? Nic innego, nic.

Podzielając przekonanie Maszy o pewnego rodzaju posłannictwie, jakie, zapewne bez swojej wiedzy i świadomości, niósł ze sobą polski skazaniec, Fiodor Gołowin postanowił poradzić się kogoś zaufanego a biegłego w odczytywaniu znaków o podobnym charakterze. W Petersburgu najlepsza w tym była Madame Lebiediewa.

A Madame Lebiediewa powiedziała:

– Wszelkie byty astralne mają wielki wpływ na to, co dzieje się wokół nas i na to, co może się wydarzyć. Przyznają to dziś najwięksi uczeni ze wszystkich krajów. Tylko ostatni ignorant może sobie z tych zjawisk dworować. Pan, Fiodorze Aleksiejewiczu, z pewnością nie należy do takiej kategorii.

Rozmowa odbyła się już po wizycie Marii Gołowiny w atelier pani Lebiediewej, skąd Masza wyszła upewniona w swoich podejrzeniach. Seans, jaki tam odbyła, wpłynął na nią niezwykle ożywczo. Smutny nastrój się ulotnił, a zwrot ku religijności nie był już tak przesadny.

– Więc w tym wydarzeniu należy upatrywać klucza do zachowań mojej córki? – spytał bankier.

– To wysoce prawdopodobne, Fiodorze Aleksiejewiczu. Jako ojciec powinien pan wyciągnąć z tego jakieś wnioski.

Gołowin potwierdził.

– Ależ naturalnie, Madame. Wielce jestem zobowiązany za rady. Mam tylko jedną córkę, a troska o jej przyszłość to moje najważniejsze zadanie. Dla niej gotów jestem na poświęcenia, zapewniam. Miałem wątpliwości co do jej ostatniej manii, ale rozwiała je pani całkowicie. Muszę się tylko zastanowić się, jak to wszystko urządzić...

Madame Lebiediewa uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Wy, ludzie interesu, macie skłonność wszystko racjonalizować i przymykać oczy na to, czego do końca nie rozumiecie. Proszę jednak spróbować odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Jeśli przekonał się pan, że ów skazaniec nieprzypadkowo stanął w tamtej sekundzie na dworcu w Białymstoku i jest narzędziem w Bożej ręce...

Przerwała, czekając aż bankier dokończy myśl.

– Czy taka osoba, niosącą ze sobą owo posłannictwo, nie powinna pozostawać w pobliżu pańskiego dziecka? Prawdopodobnie tak. Czy jest możliwe, aby posłaniec stale był przy niej? Czy jego rola jest już zakończona? Czy ma przed sobą jeszcze jakieś zadania? A może jego zadaniem nie jest stała ochrona Maszy? Znaki wskazują, że los pańskiej córki jest ściśle powiązany z jego losem. Ale, kochany Fiodorze Aleksiejewiczu, czy można to wiedzieć na pewno? A gdybyśmy nawet byli o tym i przekonani, jakie działania należy podjąć, aby nie narażać Maszy na kolejne niebezpieczeństwa?

– A horoskop? – zapytał Gołowin. – Co mówi horoskop tego Polaka?

Madame Lebiediewa kiwnęła głową.

– Postawiłam, zgodnie z pańskim życzeniem. Brak mi niektórych danych, może się więc mylę, ale znaki wskazują, że ten człowiek, twój dobroczyńca, tylko patrzeć jak zostanie wydobyty z ciemnicy sprawiedliwą ręką. Dokąd się wówczas skieruje?

Fiodor Gołowin zadrżał. Jedyną ręką, zdolną wyciągnąć kogokolwiek z lochu twierdzy, była dłoń samego imperatora.

Próbował dowiedzieć się więcej, ale Madame Lebiediewa pokręciła głową.

– Proszę mnie już nie męczyć... I tak powiedziałam panu zbyt dużo. Nie wiem, jak to się stanie. Może wpłynie jakaś apelacja... Zapewne coś w tym rodzaju, bo przecież jako ludzie racjonalni nie spodziewamy się, że nagle otworzy się ziemia i wydobędzie na świat człowieka, który jest panu potrzebny...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?