Dworek pod Malwami. Julka

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #67
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 67 - Julka

Saga

Dworek pod Malwami 67 - Julka

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801347

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PO OBŁAWIE

Lato 1937

Obława w lesie prowadzona przez ludzi leśniczego Kowalewskiego doprowadziła do zatrzymania kilku złodziei drewna. Ku zaskoczeniu zainteresowanych sprawcami kradzieży okazali się mieszkańcy wsi Zajezierce a nie Stankiewicz z synami. Leśniczy odzyskał łup, zabrał wozy z drewnem i kazał je zawieść do Majówki pułkownika Kawelina.

– Tam odbierzecie konie i wozy.

Złodzieje byli z tego niezadowoleni, ale nie pozostawiono im wyboru. Ludzie leśniczego zagarnęli wszystko pod pretekstem, że nie poniosą przecież drewna na plecach. Pułkownik dowiedziawszy się o efektach obławy zatelefonował na komendę policji w Białymstoku i jeszcze tego dnia funkcjonariusz upoważniony do przeprowadzenia śledztwa stawił się w Majówce.

– Już on z nich wyciągnie wszystko, gdzie i kiedy rabowali – stwierdził Kowalewski z satysfakcją.

Rozglądał się za swoim pomocnikiem, ale Franio nie wchodził mu w oczy. Pomylił się co do nazwiska sprawców, choć winowajców schwytano i zleceniodawca był zadowolony z roboty.

– Niechaj zostaną przykładnie ukarani. Może to na innych podziała i przestaną rabować po moich lasach.

Wypłacił leśniczemu nagrodę z przykazaniem, by podzielił się nią z ludźmi, którzy uczestniczyli w obławie. Tym sposobem Franio zarobił osiemdziesiąt złotych.

Młody Kalinowski wyprowadził się z leśniczówki, a pan Mieczysław obiecał, że jeśli tylko zdarzy się podobna okoliczność, natychmiast go powiadomi, a tymczasem ustalili sposób dalszej współpracy. Franio raz w tygodniu będzie się stawiał do dyspozycji leśniczego, by prewencyjnie przeczesywać las i odstraszać ewentualnych następców schwytanych złodziei.

– Pułkownik jest z ciebie bardzo rad – powiedział pan Michał, gdy w Kalinówce omawiano ostatnie efekty pracy Frania. – Tamci dwaj wreszcie dostaną za swoje, a podobno podejrzewano kogo innego. Tego Stankiewicza z Zajmy co ma silnych synów, ale okazało się, że niewinny.

Franio ledwo odpowiadał na ojcowskie pytania, udając, że leśniczy nie wtajemniczał go w swoje przypuszczenia co do tożsamości złodziei.

– Działaliście sprawnie i skutecznie, to bardzo chwalebne. – ocenił pan Michal Kalinowski. – Leśniczy bardzo z ciebie kontent. „Frania zasługa” powiada.

– Gdzie tam moja – mruknął niewyraźnie Franio. – Ja tylko pomagałem.

Był dziwnie osowiały i wcale nie cieszył się z dobrego zakończenia obławy. Nie ujawnił jednak rodzicom powodu złego humoru.

– Zawsze był trochę dziki, to nie nowina – powiedziała Franciszka. – Będzie chciał co sam opowiedzieć, to powie. Inaczej i wołami z niego nie wyciągniesz.

Chłopak nikomu nie wspomniał o znalezionej w lesie wstążce. Trzymał ją w kieszeni kurtki, a czasem w ukryciu wyjmował i oglądał. Plama na wstążce zbrązowiała i zrudziała.

Pilnie nasłuchiwał plotek o ostatnich wydarzeniach, ale nie dotarło do niego, żeby w lesie ktokolwiek został ranny, więc odetchnął z ulgą. Pewnie osoba, którą postrzelił wtedy grubym śrutem, odniosła powierzchowne obrażenia nie zagrażające zdrowiu. Nie ma powodu do niepokoju.

***

Franio Kalinowski przystanął przed sklepikiem w Zabłudowie, w którym sprzedawano wyroby pasmanteryjne.

– Panicz czegoś życzy? – zapytał kupiec.

Stał w progu malutkiego sldepiku, czekał na klientów i nie chciał stracić żadnego, wiadomo, nawet najmniejszy zarobek się liczy. Kłaniał się i gestem ręki wskazywał na swój sklep.

– U mnie towar pierwsza klasa, każdy wie. Najpierwsza klasa.

Franio nigdy nie robił podobnych zakupów i teraz wstydził się przed kupcem, bo nie wiedział, jak ma się zachować.

– Wstążkę chciałem – powiedział.

Kupiec spojrzał z zaciekawieniem.

– A jaką? Mam tu wybór z najlepszych produktów. Niech tylko panicz się rozejrzy.

– Nie wiem – bąknął chłopak.

Kupiec podniósł brwi.

– Dla dziewczyny może? – domyślił się.

– Nie! – Franio gwałtownie zaprzeczył. – Dla siostry. To znaczy dla dwóch sióstr.

– Aaaa, panicz wejdzie, pani się rozejrzy... Ja chętnie pomogę wybrać. Jakiego koloru ma być?

– Niebieska, nie, to znaczy... czerwona.

– Niebieski i czerwona? – upewnił się kupiec. – Panicz dwie chyba siostry ma, to dla każdej taka sama ma być czy inna?

Kalinowski zmarszczył brwi, bo nie wiedział, jak powinien postąpić. Jeśli ma kupić dla Jadzi i Marysi to dla obu najlepiej jednakowe.

– Dwie niebieskie, na dwa warkocze dla każdej – zdecydował. – I jedną czerwoną, też na dwa.

Kupiec znowu się zdziwił.

– To dla jednej siostry dwie będą? Ona starsza pewnie.

– Właśnie – chłopak potaknął bez namysłu. – Jedna jest starsza.

Kupiec zręcznie zmierzył wstążki, odwijając je z drewnianej szpulki, odciął nożyczkami, zapakował w papier.

– Trzydzieści groszy. Za jedną parę.

Franiowi wydało się drogo, ale bez dalszych dyskusji zapłacił żądaną kwotę. Chciał jak najspieszniej opuścić sklepik i wyjść na ulicę. Tu dopiero odetchnął z ulgą.

Gdy wrócił do domu i wręczył wstążki siostrom, wzbudził podarunkiem wielkie zdziwienie. Dziewczynki były zaskoczone i natychmiast pobiegły pochwalić się matce.

– Z jakiej okazji te prezenty? – zdumiała się Franciszka.

– A tak, bez okazji – burknął Franio. – Zarobiłem przecież.

– O, jak ładnie, że pomyślałeś o siostrach – ucieszyła się matka. – Sobie też coś kupiłeś?

– Jeszcze nie.

***

Dwa dni później Frania Kalinowskiego posłano po naftę do Zabłudowa. Wychodził właśnie z pięciolitrową bańką ze sklepiku, gdy spostrzegł rudą Julkę Stankiewicz. Wrzucił bagaż do bryczki i pospieszył za dziewczyną. Chciał z nią koniecznie pogadać, dotąd nie trafiła się okazja, a nie pasowało mu specjalnie jechać do Zajmy.

W sklepie żelaznym Silbersteina Julka Stankiewicz kupowała hufnale do podków. Oglądała je uważnie, podnosząc każdy pod światło.

– A panienka co tak ogląda i deliberuje? – niepokoił się kupiec. – U mnie towar najprzyd... najprzed... najlepszy.

– Właśnie patrzę, czy najlepszy – mruknęła, wpatrując się w kolejny gwóźdź.

Miała na sobie chustę z szarej wełny, spod której wystawał gors białej bluzki, bryczesy i wysokie buty. Rude włosy zebrane nad karkiem były spięte długą stalową szpilką.

Oglądała towar, niektóre gwoździe odrzucając jako nieprzydatne.

– A czemu to panienka tak wybrzydza? – zmarszczył się kupiec.

Stankiewiczówna nie podnosząc wzroku szybko sortowała hufnale.

– Sama podkuwam, to wiem, które są co warte – zauważyła.

Żyd zdziwił się na takie oświadczenie, ale już zobaczył nowego gościa i zachęcająco giął się w jego kierunku.

– Uszanowanie paniczowi.

– Dzień dobry, Silberstein – mruknął Franio, a w kierunku znajomej klientki skłonił się zdawkowo.

Dziewczyna zerknęła spod oka, ale widząc Kalinowskiego szybko odwróciła się, rezygnując z przeglądania kolejnych hufnali.

– Tych już wystarczy – powiedziała, dając gestem znak, że bierze towar.

Położyła na ladzie pięciozłotowy banknot. Franio zbliżył się i przystanął obok niej tak blisko, że poczuł zapach jej włosów – ziołowy czy kwiatowy. Przyjemny... – pomyślał.

– Dzień dobry, Julka.

Burknęła coś w odpowiedzi, pospiesznie wzięła resztę i zawróciła szybko do drzwi.

– Zaczekaj! – zawołał za nią.

Dogonił ją dopiero na ulicy.

– Czemu uciekasz? – spytał.

– Ja? - wzruszyła ramionami.

– Nie pędź tak, poczekaj...

– Na co?

Szła szybko naprzód, on tuż obok, ledwo nadążając, bo prawie biegła. Na skraju rynku znajdował się umocowany pół metra nad ziemią długi drąg, do którego wiązano konie, pojedyncze i zaprzężone przy wozach. Stał tu także wierzchowiec Stankiewiczówny.

Franio przyspieszył i dzięki temu w ostatniej chwili znalazł się między dziewczyną a jej koniem.

– Zaczekaj – poprosił. – Przecież musimy pogadać.

– Niby o czym?

– O lesie – Franio uśmiechnął się z poczuciem przewagi. – I o jednej takiej pannie, która zostawiła coś na krzaku.

Stankiewiczówna wzruszyła ramionami, jej wyraz twarzy wskazywał, że nie ma ochoty na rozmowę.

– Znalazłem twoją wstążkę – powiedzial Kalinowski, dotykając kieszeni na piersi.

Popatrzyła nieprzyjaźnie.

– Mnie żadnej nie brakuje – oświadczyła. - Coś ci się pomyliło.

– Przecież widziałem, jak wtedy rąbałaś drewno i wiem, że to twoja.

Wyjął wstążkę z kieszeni, ale dziewczyna nie wykazała zainteresowania.

 

– To nie moja.

– Skąd wiesz, skoro nawet nie popatrzyłaś.

– Widziałam. Po za tym mnie tam nie było, to i wstążka nie moja!

Chłopak rozejrzał się bezradnie. Julka nie zamierzała się przyznać, że to ją tropił w lesie i prawdopodobnie postrzelił. Mogła mieć żal, chciał się wytłumaczyć.

– Nie chciałem strzelić – gorączkowo próbował się usprawiedliwiać. – Skąd mogłem wiedzieć, że tam siedzisz? Jakbyś krzyknęła, to na pewno bym nie...

Wzruszyła ramionami. Odrzuciła kosmyk włosów, który zsunął się jej na czoło i spojrzała zimno.

– Nie wiem, o czym mówisz – stwierdziła dobitnie, odwiązując konia. – A teraz muszę iść. Do widzenia.

Ale Franio nie dał się łatwo odpędzić. Nie zastanawiając się chwycił jej lewą rękę. Przy przegubie zobaczył świeże zadrapanie. A nawet coś więcej. Wprawne oko Kalinowskiego dostrzegło pod skórą czarną wypukłość.

– To przecież śrut – powiedział. – Mój?

– Nie pozwalaj sobie! – szarpnęła się.

Puścił ją, ale nie przeprosił. Założył kciuki za pasek spodni. Tuś mi, rudy ptaszku - pomyślał z radością.

– Kiedy się spróbujemy? – spytał prowokująco. – No, wiesz, na rękę.

Nie wydawała się zainteresowana. Zerknęła z wysokości siodła i zamierzała odjechać.

– Boisz się! – rzucił w desperacji.

Sposób okazał się skuteczny. Płomień oblał jej policzki. Podniosła dumnie głowę.

– Jutro w południe – rzuciła przez ramię. – Koło Diabelskiego Kamienia.

Uderzyła konia piętami i odjechała na ukos przez rynek. Franio Kalinowski uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Już ja znajdę na ciebie klatkę!

OCZEKIWANIA

Wbrew spodziewaniem rodziców Józik nie przyjechał do domu zaraz po zakończeniu roku szkolnego. Napisał list, że wróci dopiero po załatwieniu wszystkich spraw szkolnych, więc zapewne pod koniec lipca.

Franciszka przyjęła wiadomość z westchnieniem zawodu.

– Dziwne ma jakieś podejście. Przecież do ślubu zostało niewiele czasu, a tyle jeszcze trzeba uszykować. Wcale do Józika nie pasuje, żeby tak zwlekał i opóźniał.

– A po co ma jechać, gdy wszystko przygotowane? – wzruszył ramionami pan Michał. – Już tam Elżunia i jej ojczulek pomyśleli o najdrobniejszym szczególe.

Ale Franciszka niezadowolona kręciła głową.

– Przecież gości trzeba prosić – zauważyła. – Wypada, żeby oboje osobiście odwiedzili rodzinę i krewnych. U nas wszędzie ludzie honorowi, gotowi na ślub nie przyjść, jak ich się należycie nie zaprosi.

Z niecierpliwością czekała na następny list Józika, a jeszcze bardziej na jego przyjazd, spodziewając się, że gdy się tylko pojawi, natychmiast rzuci się w wir przedweselnych przygotowań.

***

Józik Kalinowski nie złożył w szkole w Kobryniu formalnego podania o zwolnienie z pracy, co powinien zrobić z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy wspomniał o swoich planach dyrektorowi, Julian Gintowski zasugerował, żeby się nie spieszył. Bardzo liczył, że nauczyciel się rozmyśli i jednak zostanie na następny rok.

– Uznajemy, że powiadomił mnie pan ustnie, więc ja wiem, a pan ma czas na zastanowienie się.

Józik nie powiedział o swoich planach także pani Mierzejewskiej. Gdy wynajmował mieszkanie z nią również umawiał się, że w przypadku rezygnacji z lokum powiadomi ją wcześniej, by miała możliwość poszukania nowego lokatora.

Czuł się bardzo niekomfortowo. Najbardziej nie lubił improwizowania, wszystko powinno być zaplanowane i poukładane, więc stan, w którym nie wiedział, co zdarzy się za kilka tygodni, był dla niego bardzo dokuczliwy.

– Nie mogę spokojnie spać – przyznał się Krzysi Wolff.

Kończyli właśnie przygotowania do wyjazdu na obóz harcerski i nauczycielka spytała, co zdecydował uczynić po zakończeniu wakacji. Wspominał o chęci odejścia z pracy w Kobryniu, a tymczasem nic nie zrobił, aby rzeczywiście zrealizować swoje zamierzenia.

– To dla ciebie nietypowe – oceniła. –Wszystko zawsze drobiazgowo planujesz, a teraz okazuje się, że nie wiesz, czym będziesz zajmował się od jesieni. Chyba, że po ślubie popadniesz w słodkie nieróbstwo. Plotka mówi, że jesteś z bogatej rodziny a na dodatek dostaniesz bardzo duży posag.

– Wcale nie z bogatej – zaprzeczył, ale tematu posagu nie podjął.

Był niezadowolony.

– Chyba zawodzę wszystkich – powiedział. – Elżunię, jej ojca, moich rodziców...

Wolffówna bezbłędnie oceniała, że główną przeszkodą w realizacji planów jest narzeczona.

– Wszystko inne wydaje się mało istotne – powiedziała z poważną miną. – Gdybyś był przekonany, że ją kochasz i właśnie z nią zamierzasz spędzić całe życie, nie pozwoliłbyś, aby jakiekolwiek przeszkody stanęły ci na drodze.

Kalinowski westchnął ciężko.

– Rzeczywiście, czasem tak właśnie myślę – przyznał. – Wtedy czuję się jeszcze gorzej. Bo Elżunia tak wierzy we mnie, a ja... Hmm... A ja nie jestem tak zupełnie w porządku wobec niej...

Krzysia Wolff już wcześniej zauważyła rozterki kolegi. Podczas spotkań w szkole czy po zajęciach Kalinowski zupełnie przestał wspominać o narzeczonej. Do niedawna z chęcią o niej napomykał – jaki ma gust, co lubi, jak umeblowała ich dom, a teraz nie mówił zupełnie nic, ani słówka, więc domyśliła się, że podczas ferii wielkanocnych pomiędzy młodymi zaszło coś poważnego.

– Pokłóciliście się? – zapytała. – To się zdarza, przywiązujesz do tego zbyt wielką wagę.

– W pewnym sensie...

Nie miał odwagi zwierzyć się Krzysi czy komukolwiek, by zapytać o zdanie i radę. Był pewny, że opinia będzie dla niego jednoznacznie negatywna.

Józik czuł się jak pułapce, z której nie miał wyjścia. Wspomnienie chwili słabości, jakiej uległ podczas spotkania z Renatą Bartnicką, piekło i doskwierało tym bardziej, że nie mógł o tym z kimkolwiek porozmawiać. Życzliwa Krzysia na pewno zmieniłaby o nim opinię, gdyby opowiedział o nocy z macochą narzeczonej. W dodatku perspektywa nieuniknionego spotkania z panią Renatą wydawała się nie do udźwignięcia. Był wprawdzie pewny, że żona Bartnickiego nie ujawni ich tajemnicy przed nikim, ale niezależnie od wszystkiego miał tak ogromne poczucie winy wobec Elżuni, że odkładał nie tylko spotkanie z narzeczoną, ale nawet i pisanie listu do niej.

***

Niebieskie wstążki od Frania obie jego młodsze siostry założyły przed udaniem się do Zabłudowa na odpust z okazji święta patronów parafii Piotra i Pawła.

Marysia poświeciła wiele czasu swojej nowej fryzurze. Była jasną blondynką i już znudziło jej się czernić je domowymi sposobami, by wyglądać jak Reri z filmu „Czarna perła”. Teraz chciała być podobna do Mae West, więc zastanawiała się, jak doprowadzić włosy do stanu doskonałej białości. Umyła je naftą, co nie spodobało się matce.

– Skończ wreszcie z tymi niemądrymi pomysłami – irytowała się Franciszka. – Chyba nie chcesz zostać całkiem łysa!

Uwagi i przestrogi niewiele jednak pomagały, bo Marysia zafascynowana wiadomościami czerpanymi z prasy filmowej często zmieniała obiekty adoracji, które pragnęła naśladować.

– Bo mamie to trudno dogodzić – mówiła naburmuszona. - Nie podoba się ani jak jestem czarna, ani jak biała. To jaka w końcu mam być?

– Zwyczajna, taka jak jesteś – Franciszka tłumaczyła cierpliwie. – Jesteś najładniejsza, kiedy się nie wygłupiasz za tymi sztuczkami i ubierasz jak ludzie.

W tej kwestii równie często dochodziło do nieporozumień. Marysia z młodszą siostrą często bawiły się w przebieranki, najczęściej czerpiąc wzory z gazetowych fotografii. Używały do tego celu zarówno garderoby matki, która nie była wysoka, wiec sporo jej ubrań pasowało, jak też nieużywanych ubrań z szaf i strychu. Czasem nawet wyciągały z matczynych zapasów tkaniny przeznaczone do innych celów. Łupem dziewczyn padały bielizna pościelowa, obrusy albo materiał na zasłony.

Mania przebierania się i naśladowania bohaterów filmowych była tak silna, że nie pomagały żadne perswazje i pouczenia. Panienki bawiły się w przebieranki przy każdej okazji, czasem strojąc się nawet w części Franiowej garderoby, jak wtedy, gdy obie chciały upodobnić się do Charliego Chaplina.

– Marysiu, co ty wyprawiasz? – biadoliła Franciszka, wycierając córce wąsy narysowane węgielkiem. – Czy ty nigdy nie spoważniejesz? W dodatku Jadzia cię naśladuje, a obie wyglądacie okropnie.

Na odpust wybrały się na szczęście zgodnie ze wskazaniami matki – ubrane w jasne sukienki, białe skarpetki i sandałki, z włosami powiązanymi wstążeczkami od Frania.

Prezentowały się rzeczywiście bardzo ładnie, co zostało utrwalone przed wędrownego fotografa robiącego zdjęcia chętnym zgromadzonym na przykościelnym placu i na rynku. Obie stały roześmiane w odświętnych strojach, ze sznurami obwarzanków w rękach.

Franciszce fotografia tak bardzo przypadła do gustu, że od razu kazała ją oprawić i zdjęcie zajęło stałe miejsce w salonie.

– Tak powinnyście zawsze wyglądać, jak na panienki w waszym wieku przystało – powiedziała z satysfakcją i nadzieją, że zarzucą kostiumowe fanaberie.

Ale wkrótce po powrocie z odpustu Marysia wróciła do swoich pomysłów. Podobnie jak wczesniej ubierała się, a potem biegała po podwórzu i kazała podziwiać, ale tym razem nie nosiła stroju aktorki, ale rzeczywistej osoby spotkanej w Zabłudowie. Franciszka załamała ręce, gdy ją zobaczyła.

– Czyś ty całkiem zwariowała?!

Marysia Kalinowska miała na sobie starą sukienkę matki w kolorze wrzosu, długie zimowe palto, męskie kamasze, szeroki kapelusz z przypiętymi polnymi kwiatkami, rękawiczki różnego koloru a pod pachą dzierżyła czarny parasol babki Katarzyny. Kompletności stroju dopełniał skórzany pasek, przy którym wisiało kilka dziwnych przedmiotów – blaszany kubek, drewniana łyżka i kłąb niebieskiej włóczki.

Marysia chodziła po podwórzu kołysząc się na boki, podśpiewywała coś niewyraźnie i ćwiczyła różne rodzaje chichotania.

– A cóż to za dziwactwo? – Franciszka nie wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać.

Jedenastoletnia Jadzia z podziwem patrzyła na starszą siostrę.

– To Szalona, mama nie wie? Widziałyśmy ją ha odpuście. Jeździ autobusami i wcale nie kupuje biletu. Prawda, że jest ubrana filmowo?

Franciszka przywołała starszą córkę i kazała się jej przebrać.

– Natychmiast! Przecież goście za chwilę się zjadą! Nie daj Boże zobaczą cię w tych szmatach i pomyślą, że ci rozum odjęło!

Ostrzeżenie bardzo przypadło Marysi do gustu. Przebranie było udane, o to właśnie chodziło. Jadzia też tak uważała. Ale matka nie podzieliła oceny obu dziewczynek.

– Skąd pomysł, żeby naśladować jakąś nieszczęśliwą obłąkaną? – spytała z naganą. – Proszę skończyć tę komedię! I żeby mi się to więcej nie powtórzyło!

Wypytała córki o osobę, zdziwiona, że nikogo takiego nie zauważyła. Odpust poza wiernymi gromadził rozmaitych żebraków, proszalnych dziadów, włóczęgów, pewnie i złodziejaszków, ale wśród nich nie spostrzegła podobnie ubranej dziwaczki.

– Bo mama przed kościołem stała, kiedy ona przyjechała – wyjaśniła Marysia. – A my z Jadzią szukałyśmy najlepszych obwarzanków i widziałyśmy, jak przyjechał autobus z Białegostoku. Ona, ta Szalona, wysiadła i tańczyła po rynku. Ludzie mówili, że ma pomieszane w głowie.

Obecność dziwnej kobiety potwierdził także Franio.

– Widziałem ją. Mówią, że ma fioła. Podobno od zakochania w młodości. Mama wie, że biegała po rynku i prosiła mężczyzn do tańca? Śmiechu było co niemiara, mówię mamie!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?