Dworek pod Malwami 61 - Jagoda

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #61
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 61 - Jagoda

Saga

Dworek pod Malwami 61 - Jagoda

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801408

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

SAD W ZŁOTNIKACH

Krótki intensywny deszcz zaskoczył ich zaraz po wyjeździe z miasta i starszy aspirant Tomasiewicz przemókł do suchej nitki, kierowca przez kilka minut bezskutecznie usiłował podnieść składany dach służbowego auta. Zrezygnował dopiero na wyraźny rozkaz oficera.

– Zostaw to! Jedźmy wreszcie!

Deszcz ustał, zanim dotarli na miejsce, pokazało się słońce i powietrze wypełniło się ciężkim zapachem wilgotnej bujnej roślinności.

Tomasiewicz jednak tak bardzo się spieszył i tak był przejęty, że nie zwracał uwagi ani na pogodę, ani na to, że wysiadając z samochodu głęboko wdepnął w kałużę. Przed dworem w Złotnikach powstało ich kilka, ale w tej sytuacji nie warto było omijać następne.

Michał Kalinowski stał na skraju ogrodu i dawał znaki niecierpliwym wymachiwaniem ramion. Miał na sobie płaszcz i kapelusz o szerokim rondzie, krople wody jeszcze z niego kapały.

– Tutaj, tutaj!

Wykop przezornie nakryto kawałkiem brezentu, więc po odsunięciu płachty policjant zobaczył prawie suche wnętrze.

Leżeli tam, dokładnie tak jak opowiadał świadek zbrodni – dwaj ludzie pochowani pospiesznie, niczym nie osłonięci, prawdopodobnie z pośpiechu rzuceni byle jak do prowizorycznego grobu, trzy kroki od miejsca, gdzie niedawno policyjna ekipa szukała ciał, a znalazła skrzynię.

Słońce stało wysoko, owocowe krzewy rosły dopiero o kilka kroków, więc wnętrze wykopu było wyraźnie widoczne.

– Dwóch – powiedział Kalinowski. – Najwyraźniej dwóch, ale nie wiemy, czy nie ma ich tu więcej.

– Gdzie gospodarz?

– Uspokaja żonę. Dostała histerii.

– A pan kim jest?

– Sąsiadem. Nazywam się Michał Kalinowski.

– Tomasiewicz – policjant nie zdradził nawet mrugnięciem oka, że nazwisko rozmówcy nie jest mu obce. – Starszy aspirant.

– Miło poznać – rzucił pan Michał. – Choć okoliczności nie wskazują...

Też był zdenerwowany i poruszony. Zobaczył, że Tomasiewicz rozgląda się wokół, patrzy po licznych śladach świeżej ziemi w różnych miejscach trawnika i od razu zaczął tłumaczyć przyjaciela.

– Andrej chciał sprawdzić, czy nie ma tu innych skrzyń i oto co znalazł...

Aspirant kucnął na brzegu wykopu i przez chwilę przyglądał się kłębowisku na dole. Nie był to przyjemny widok, ale on patrzył na to z zupełnie innego punktu widzenia – znalazł wreszcie dowód, którego szukał.

Tomasiewicz wstał, odruchowo usiłował poprawić pogniecione i upaprane ziemią i gliną ubranie.

Od dworu nadchodził Andrej Horoszko w płaszczem narzuconym na ramiona i butelką w ręku.

– Dobrze, że pan tak szybko przyjechał! – zawołał na widok policjanta.

Przejęty okolicznościami przyspieszył kroku. Przedmiot, który trzymał w rękach, okazał się małą butelką w skórzanym futerale. Kilka blaszanych kieliszków w specjalnej kieszonce stanowiło komplet myśliwski.

– Z Klarą już w porządku – rzucił do Kalinowskiego. – To ona kazała mi zabrać ten sprzęt. Zobaczyła przez okno, że pan aspirant jest zupełnie przemoczony...

Ręce mu drżały, gdy otwierał butelkę, wyjmował kieliszek i napełniał go alkoholem.

– Lekarstwo – oznajmił, podając policjantowi.

Tomasiewicz zawahał się, ale przyjął poczęstunek. Wreszcie miał konkretny ślad, teraz nie mógł w żadnym wypadku zachorować. W żadnym wypadku.

Wypił jednym haustem i strzepnął naczyniem, zanim je zwrócił.

– Uprzedzałem, że można tu znaleźć coś, co się państwu nie spodoba – przypomniał.

Obszedł wykop wokoło, zaglądając do środka i sprawdzając ślady na zewnątrz.

– Dobra – powiedział. – Reszta to już nasza sprawa.

Wezwał policjanta, kazał mu zaciągnąć brezent nad dołem i zostać na straży.

– Nikomu nie wolno się zbliżać – rozkazał. – Rozumiesz? Dokładnie nikomu!

– Tak jest.

– Nawet panom, których tu widzisz – uzupełnił aspirant. – Od tej chwili jest to wyłącznie sprawa policji. Wkrótce zjawią się lekarz, technik kryminalny i wezmą się do swojej roboty.

Funkcjonariusz wyprostował się, jakby mu kazano stać na baczność, a aspirant gestem poprosił obecnych, by odsunęli się o kilkanaście kroków.

– Może wejdziemy do domu? – zaproponował Horoszko, ale Tomasiewicz pokręcił głową przecząco.

– Dziękuję, ale nie ma na to czasu. Teraz muszę wezwać ekipę, bo jeśli znowu zacznie padać, może zmyć wszystkie ślady...

– Ślady? – wzruszył ramionami Kalinowski. – To przecież stara mogiła. Ma z dziesięć albo i dwanaście lat.

Tomasiewicz drgnął zaskoczony.

– Tak? Dziesięć? Dwanaście? – powtórzył z namysłem. – Skąd pan to wie tak dokładnie, panie Kalinowski?

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Tak mi się widzi... Lekarz powie to panu dokładniej, ja mogę tylko zgadywać.

– Ciekawe, jak to pan robi? – policjant przenikliwie spojrzał na Kalinowskiego. – Że akurat tyle, nawet ja bym nie poznał tak od razu, mimo lat doświadczeń.

Uśmiechnął się przyjaźnie.

– Zostanie pan trochę? Może będę miał pytanie także do pana. W takich sprawach liczy się każda pomoc...

Pan Michał skinął głową.

– Miałem jechać do siebie, ale skoro tak pan stawia sprawę...

– Zostań – poprosił Horoszko. – Będzie mi raźniej. Poślemy kogoś do Kalinówki.

Czuł się niezręcznie wobec policjanta za ich ostatnie rozmowy po znalezieniu skrzyni. Teraz dowiedział się, czego wówczas szukał aspirant.

– Nie mam nic przeciw temu, by pan zabrał takie „znalezisko” – oświadczył z bladym uśmiechem. – I to im prędzej, tym lepiej.

Tomasiewicz nie odpowiedział uśmiechem, bo naturalnie także bardzo dobrze pamiętał ich poprzednie spotkanie i kłótnie o skarb.

– Muszę zawiadomić ekipę techniczną – odezwał się z zafrasowaną miną. – Gdzie tu jest telefon?

– W Zabłudowie – podrzucił pan Michał. – Choćby w aptece.

– Dobra – skinął Tomasiewicz. – Proszę panów o pozostanie na miejscu. Odbiorę zeznania zaraz po powrocie.

– Ode mnie też? – podniósł brwi pan Michał. – Ja przyjechałem już pod odkopaniu tych...

– Przepraszam, ale szczegóły są ważne – uśmiechnął się Tomasiewicz półgębkiem. – To przecież mało znana, niejasna sprawa, więc sam pan rozumie...

Andrej Horoszko przyjął wyjaśnienia policjanta z nieukrywanym zaskoczeniem.

– Mało znana? – powtórzył. – Przecież pan od początku wiedział, czego szuka.

Tomasiewicz nawet nie mrugnął okiem.

– Tylko przypuszczałem – poprawił. – To zupełnie nie to samo, co wiedzieć albo choćby jedynie podejrzewać.

Skinął policjantowi, chcąc mu przypomnieć wydany poprzednio rozkaz.

– Nikogo nie dopuszczać, pamiętaj!

***

Aspirant Tomasiewicz znalazł telefon w aptece Kamińskiego przy rynku w Zabłudowie.

– Proszę o połączenie z panem komendantem – powiedział do słuchawki. – Sprawa najwyższej wagi.

Łączność uzyskał po kilku minutach.

– Melduję, panie komendancie, że potwierdza się wszystko, o czym raportowałem w ostatnich meldunkach. Odnalazłem ciała zgodnie z doniesieniem Józefa Kurpika zakopane na terenie ogrodu dworu w Złotnikach. Wezwałem ekipę techniczną do przeprowadzenia badań na miejscu, ale nie ma najmniejszych wątpliwości, że mam to, za czym się uganiałem.

– Doprawdy? – spytał komendant Sobociński. – Masz pan jakieś potwierdzenie tej teorii?

– Byłem właśnie przy wykopie, w którym leżą ciała. W miejscu, wskazanym przez naszego informatora. Nie odkryłem ich poprzednio dlatego, bo albo Kurpik źle podał odległość, albo ja źle ją odmierzyłem.

– Pan to źle wymierzyłeś – stwierdził z przyganą Sobociński. – Co dalej?

– Ofiary to najprawdopodobniej dwaj mężczyźni, zabici podobno na tle rabunkowym. Podejrzani – Justyna Nowacka, była właścicielka Złotnik i Michał Kalinowski, dziedzic Kalinówki. Czy pan komendant da rozkaz, abym prowadził dochodzenie w tej sprawie?

– Zezwalam – zdecydował natychmiast Sobociński. – Sam udzielę wskazówek ekipie technicznej, żeby nie było fuszerki. Wiesz pan, gdzie znajdują się podejrzani?

– Nowacka podobno wyjechała z Polski, ale z posterunków nie potwierdzono, by ktoś taki przekraczał granicę. Kalinowskiego mam, że tak powiem, pod ręką i natychmiast go przesłucham.

– Niech pan to prowadzi – powtórzył Sobociński. – Skoro mamy ciała, może wreszcie dojdziemy do jakiegoś wyjaśnienia tych dziwacznych wydarzeń. Tylko działaj pan z głową, nie wystrasz podejrzanych, nie zadeptaj śladów. Nie bądź pan jak słoń w składzie porcelany. Czy to jasne?

– Tak, panie komendancie. Chodzi mi jeszcze o naszego informatora. Jak pan komendant pamięta, pogoniłem go, a teraz bardzo by się nam przydał. Czy pan komendant mógłby spowodować, aby go odszukano i sprowadzono na komendę? Zaoszczędzilibyśmy dużo czasu... Przepraszam, panie komendancie, czy pan mnie słyszy? Halo? Panie komendancie! Halo!

 

Połączenie zostało przerwane, w słuchawce zaległa głucha cisza. Tomasiewicz bezskutecznie naciskał widełki, odpowiadał mu tylko suchy trzask. Awaria.

– A niech to wszyscy diabli!

Nie był pewny, czy udało mu się przekazać wszystkie niezbędne informacje.

NA TROPIE

Ekipa policyjna, która nadjechała służbowym samochodem, składała się z lekarza, technika od kryminalistyki i dwóch policjantów w mundurach.

Przodownik wyskoczył z auta, rozejrzał się spod daszka czapki i machnął dłonią w kierunku ogrodu, gdzie stał na straży ich poprzednik.

Ale nieoczekiwanie cała ekipa napotkała przeszkodę.

– Nie wolno podchodzić! – zawołał wartownik.

– Ślepy jesteś?! – warknął na niego przodownik. – Jesteśmy ekipą techniczną z komendy wojewódzkiej.

– Nie wolno! – powtórzył ostro policjant, sięgając dłonią do pasa, gdzie miał pistolet w kaburze.

Przodownik aż kipiał z gniewu.

– Ty baranie! Ślepiów nie masz?! Masz się słuchać, kiedy starszy stopniem do ciebie mówi!

Wartownik wyjął broń i skierował w stronę nadchodzących.

– Stój! Bo będę strzelał!

Dwaj funkcjonariusze przepisowo niosący karabiny na ramieniu zdezorientowani spojrzeli na przełożonego.

– Rozkaz starszego aspiranta! – wykrzyknął wartownik nie opuszczając lufy. – Nikogo nie dopuszczać! Cofnąć się natychmiast, bo ślady zadepczecie!

– Ale przyjechaliśmy właśnie w sprawie zbadania śladów.

– Ani kroku! – wartownik nie zamierzał ustępować.

Stojący opodal Michał Kalinowski i Andrej Horoszko patrzyli na jego zachowanie nie mniej zaskoczeni od przybyłych.

– Prawda – potwierdził Kalinowski. – Przy nas aspirant Tomasiewicz kazał temu kapralowi pilnować miejsca i nikogo nie dopuszczać.

– Pasy będę z ciebie darł, Maksymiuk! – obiecał strażnikowi zwierzchnik czerwony na twarzy z irytacji i złości.

– Rozkaz to rozkaz, panie przodowniku.

Przodownik zdjął czapkę i rękawem otarł spocone czoło. Jego autorytet podoficera ucierpiał od przesadnej służbistości wartownika, ale nic nie mógł poradzić.

– Cofnąć się – nakazał swoim. – Zaczekamy.

Obaj cywile zaciekawili się zdarzeniem.

– Rozkaz to rozkaz – zauważył Horoszko, emerytowany podpułkownik carskiej armii. – Wartownik nie może przyjąć polecenia od niższego stopniem niż tego, który kazał mu tu stać i pilnować.

Przodownik, według wojskowej miary sierżant, przestał już się pieklić, zwłaszcza że nadszedł Lucjan Omulewicz niosąc naręcze butelek z podpiwkiem. Napój był chłodny i na panujący skwar doskonale się nadawał.

– Poczekamy – oznajmił skwapliwie przodownik i z ochotą otworzył butelkę.

Pomyślał, że właściwie nie ma potrzeby się spieszyć. Całkiem tu przyjemnie i spokojnie. Odetchnie się trochu...

Kiedy wkrótce potem nadjechał aspirant Tomasiewicz, gromada mężczyzn skryta pod jabłonią raczyła się podpiwkiem, paląc papierosy i gawędząc przyjaźnie, a jedynie stojący na straży kapral patrzył na to zazdrosnym wzrokiem.

– Co to za piknik? – krzyczał z dala Tomasiewicz.

Przodownik skoczył na równe nogi. Założył czapkę i zasalutował wyprężony jak struna.

– Panie starszy aspirancie, przodownik Struś melduje się posłusznie!

– Co to za majówka? – warczał przybyły. – Zamiast do roboty się wziąć, popijacie sobie? Ja was...

– Bo wartownik nie dopuszcza, panie aspirancie – tłumaczył się przodownik. – rozkazem się głupi zasłania i nie dopuszcza.

– To tylko podpiwek – uzupełnił Horoszko.

Tomasiewicz podszedł do wartownika, zrugał go co prawda za przesadną służbistość, ale nie groził wyciągnięciem sankcji służbowych. Kapral zachował się regulaminowo – wartownik nie powinien przyjmować rozkazów od pierwszego lepszego tylko dlatego, że ten jest starszy stopniem.

Obecni porzucili towarzystwo i natychmiast zabrali się do roboty. Podobnie jak podczas poprzedniej wizyty Tomasiewicz formalnie poprosił gospodarza o udostępnienie narzędzi do kopania, które znajdowały się obok wykopu.

Wyrobisko pogłębiono tak, by można było dostać się do środka i lekarz wszedł tam wraz z Tomasiewiczem.

– Kilka lat tu leżą, widać na pierwszy rzut oka – skonstatował pochylając się nad zwłokami.

Po krótkim badaniu potwierdził inne przypuszczenia.

– Mężczyźni, w średnim wieku.

Nie chciał się wypowiadać na temat przyczyny śmierci, ale naciskany przez niecierpliwego oficera orzekł z wahaniem w głosie:

– Obaj zginęli gwałtowną śmiercią. Zapewne zamordowani, raczej bez użycia broni palnej. Ale zastrzegam, że to tylko wstępna diagnoza.

Po pobieżnych oględzinach ciała wydobyto i położono na płachcie rozciągniętej na trawie obok grobu. Lekarz nie chciał powiedzieć nic więcej poza tym, co już stwierdził, przezornie zasłaniając się koniecznością przeprowadzenia dokładniejszych badań.

***

Zwłoki ułożono na tylnym siedzeniu samochodu, przykryto i przygotowano do odesłania do Zakładu Medycyny Sądowej. Miał z nimi jechać lekarz i jeden z policjantów. Pozostali poszli na podwórze, gdzie pod studnią myli ręce i twarze, czyścili mundury i buty uwalane ziemią.

Andrej Horoszko udał się do domu, by wrócić po chwili z wiadomością, że żona czuje się dobrze. Niepokoił się jej stanem, bo odkrycie w ogrodzie było dla niej szokiem.

– Diabeł mnie podkusił, żeby grzebać w tym sadzie... – mruczał. – Skarbów mi się zachciało...

Tomasiewicz krótko i zdawkowo przesłuchał oboje gospodarzy, ustalając tylko podstawowe fakty. Podobnie postąpił z Lucjanem Omulewiczem i jednym z robotników rolnych, który na polecenie Horoszki brał udział w przekopywaniu sadu.

– To wstępne przesłuchanie – zapowiedział. – Nie ma teraz czasu na drobiazgi.

Więcej uwagi poświecił Michałowi Kalinowskiemu.

– W jakim celu przyjechał pan do Złotnik? – zapytał.

Pan Michał wzruszył ramionami.

– Z powodów towarzyskich. Państwo Horoszkowie to moi dobrzy znajomi.

– Dobra... A czemu akurat dzisiaj?

– A czemu nie? Nie spodziewałem się, że zdarzy się coś takiego, ale nawet gdybym przypuszczał, też pewnie bym tu dzisiaj był.

– Dlaczego?

– Bo planowałem przyjazd dużo wcześniej.

Aspirant Tomasiewicz spoglądał surowo i poważnie jak człowiek, który wie wszystko o tajemniczym grobie, ale nie chce zdradzić ani części wiedzy mimo pytań tak gospodarza, jak i jego gościa.

– No, owszem, są pewne poszlaki – powiedział tylko. – Ale na razie nic więcej nie mogę ujawnić. Śledztwo trwa.

– Więc nawet nie dowiem się, co to za ludzie? – denerwował się Horoszko. – Może jeszcze jacy inni też gdzieś tu leżą pogrzebani... Zamiast sadu cmentarz bezimiennych kupiłem?

– Nie sądzę – uspokoił go policjant. – Szukaliśmy właśnie tych dwóch.

– Znaczy, że pan wie, co to za jedni? – podchwycił Horoszko, ale Tomasiewicz nie udzielił odpowiedzi.

– To na razie tajemnica śledztwa – oświadczył wykrętnie. – Dowie się pan we właściwym czasie wszystkiego, co będzie mogło być wyjawione.

Najpóźniej przyjechał policyjny fotograf, który utyskiwał i narzekał, że światło jest za słabe i zdjęcia na pewno dobrze nie wyjdą, choć sam sobie był winny. No, ale jeśli musiał długo się żegnać z rudowłosą kochanką...

Tomasiewicz był w doskonałym nastroju. Nie krzyczał, nie złościł się, promieniał wprost radością. Nikt oczywiście nie znał przyczyny jego dobrego samopoczucia. Oficer cieszył się z rozwoju wypadków, które oznaczały, że jego teorie budowane przez ostatnie tygodnie potwierdzają się teraz krok po kroku. Tego właśnie się spodziewał. Jak tylko trafi na prawdziwy dowód, wszystkie kolejne odnajdzie po kolei jak po sznurku.

– Z panem chciałbym porozmawiać u nas na komendzie – zwrócił się do Kalinowskiego, biorąc go delikatnie pod ramię.

– Czemu ze mną ? – pan Michał odsunął się i spojrzał zdziwiony na policjanta.

Aspirant uśmiechnął się przepraszająco.

– Proszę wybaczyć, że jestem taki niekonkretny, ale nie wszystko mogę ujawnić. Rzecz w tym, panie dziedzicu, że według mnie prawdopodobnie sporo pan wie na temat tamtych osobników...

– Ja?!

Kalinowski nie ukrywał zaskoczenia. Aspirant jednak nie żartował, a jego ściągnięta i nachmurzona twarz wyrażała powagę.

– Mam podstawy, by tak sądzić. Ba, jestem nawet przekonany – zauważył oględnie. – A dziwi się pan dlatego, że, jak przypuszczam, części spraw może pan być nieświadomy...

– Proszę?

– Wszystko wyjaśnię jutro, jeśli pan pozwoli – uśmiechnął się Tomasiewicz. – Czy odpowiada panu godzina dziesiąta?

Pan Michał spojrzał na aspiranta i pokręcił głową.

– Nie rozumiem tego pośpiechu – zauważył. – Zwłaszcza wobec mojej osoby. Ale na pewno ma pan swoje powody... Do domu mogę już chyba pojechać?

– Naturalnie – skinął głową Tomasiewicz. – Proszę tylko nie zapomnieć o naszym jutrzejszym spotkaniu.

***

Aspirant Tomasiewicz został w Złotnikach do późnego wieczora, rozpytując domowników o szczegóły tego dnia, a zwłaszcza ranka i co wydarzyło się w dniach poprzedzających odkrycie zwłok.

– Wszystkie okoliczności mogą być ważne dla dokładnego wyjaśnienia tej sprawy – powtarzał służbowym tonem.

Przepytał już gospodarzy i służbę, wstępnie rozmawiał z panem Michałem.

Rozmawiał z każdą z osób indywidualnie, ale postronnym nie bronił przysłuchiwać się rozmowie.

– Państwo nie odpowiadają za to „wykopalisko” w żaden sposób – oświadczył. – Przykro mi tylko, że nieco zepsuliśmy ogród szanownej pani.

– Zadeptaliście go z kretesem – martwiła się pani Klara. – Wątpię, czy cokolwiek uda się uratować. Zwłaszcza jeśli za tydzień znowu pan przyjdzie z kopaczami i zacznie grzebać w innym miejscu.

Starszy aspirant udał, że nie dostrzega ironii w głosie gospodyni.

TĘSKNOTY

Michał Kalinowski niespodziewanie spostrzegł jakąś sylwetkę na skraju lasu, za którym leżał Zabłudów. Nagle na drogę wyskoczyła młoda kobieta.

– Panie Kalinowski!

Gwałtownie powstrzymał konia. Zmierzchało już, więc dopiero po chwili rozpoznał w nieznajomej Jagodę Kamińską, córkę aptekarza.

– Co pani tutaj robi?

– Przybiegłam z ostrzeżeniem. Policja chce pana zaaresztować!

– Słucham?

– Chce aresztować. Słyszałam w aptece. Wyraźnie powiedzieli, że Nowacka i Kalinowski. Dziedzic Kalinowski.

Pan Michał, choć nie zrozumiał wiadomości, po wyglądzie kobiety domyślił się, że jest zdenerwowana i przestraszona. Wysiadł z bryczki, uwiązał konia do najbliższego krzaka.

Podszedł blisko i chwycił Jagodę za rękę.

– Proszę się uspokoić – poprosił. – I opowiedzieć mi wszystko po kolei.

– Przepraszam – bąknęła. – To ze zdenerwowania... Byłam w aptece, gdy przyszedł policjant i zapytał, czy może zatelefonować. Poprosił o połączenie z komendą policji w Białymstoku. Nie podsłuchiwałam, ale mówił tak głośno... Że znaleziono trupy i że jest dwoje podejrzanych. Pani Nowacka i pan. Podobno ten Kurpik tak zeznał.

Kalinowski pokręcił głową.

– Nie mam z tym nic wspólnego – odparł uspokajająco. – Z pewnością niezbyt dokładnie coś pani zrozumiała.

– Dobrze wszystko usłyszałam, proszę mi wierzyć. I zaraz pomyślałam, że trzeba pana ostrzec, dlatego pobiegłam, żeby ich wyprzedzić...

Kalinowski uścisnął dłoń kobiety.

– Zaraz pani wyjaśnię – oparł z łagodnym uśmiechem. – Rzeczywiście, policja odkryła stary grób na terenie ogrodu w Złotnikach. Szukali go wcześniej, ale znaleźli dopiero dzisiaj . Byłem akurat w Złotnikach gdy przyjechał policjant, rozmawiałem z nim, słowem nie wspomniał, że mnie o cokolwiek podejrzewa. Niejaki aspirant Tomasiewicz.

– To ten sam! – zawołała z przejęciem. – Tak powiedział do telefonu. Tomasiewicz.

– Policja podejrzewa, że popełniono tam zbrodnię. Dawno, przed laty. Ja nie mam z tym nic wspólnego. Policjant już ze mną rozmawiał. A pani zapewne usłyszała, jak mówił o świadkach do przesłuchania. Mnie już przesłuchiwał, a pani Nowacka mieszkała tam przecież od lat, więc może aspirant uważa, że coś widziała albo słyszała...

Jagoda Kamińska westchnęła z ulgą.

– Uff! – uśmiechnęła się. – Przepraszam, ale taka jest w ostatnim czasie rozdygotana i nerwowa nad miarę...

 

– Nic się nie stało – odpowiedział uśmiechem Kalinowski. – Jestem pod wrażeniem, że pani zechciała pobiec prawie do Kalinówki, by mnie uprzedzić o tym telefonie.

– Chciałam pomóc, z uwagi na... Z uwagi na niedawną pomoc, jakiej pan mi udzielił...

Pan Michał skinął ręką w kierunku powozu.

– Odwiozę panią do domu. Po drodze porozmawiamy. Ale raz jeszcze zapewniam, że nie ma powodu do obaw. I raz jeszcze dziękuję za troskę.

Tuż przed wjazdem do Zabłudowa Jagoda Kamińska zapadła w milczenie, zbladła i skuliła się lękliwie, jakby powróciło jej niedawne zdenerwowanie.

– Musi być pani ciężko bez matki – zauważył Kalinowski.

Jagoda westchnęła.

– To prawda. Wstydzę się wychodzić z domu. Wydaje mi się, że wszyscy na mnie patrzą i obmawiają za plecami...

– Pani nie zrobiła niczego złego – przypomniał spokojnym głosem. – Nie ma powodu do chowania się w domu.

– Ale to wstyd – szepnęła. – Oczywiście, tylko niektórzy odważyli się powiedzieć coś głośno, czy choćby dać do zrozumienia, ale i tak jest to bardzo przykre...

Zapadło milczenie.

– Pani oczekuje, że ona wróci? – zapytał pan Michał.

Jagoda nie odpowiedziała od razu.

– Nie wiem – odparła wreszcie, podnosząc głowę. – I nie wiem, czy bym tego chciała. To niby nie moja sprawa, to ich życie, moich rodziców, ale nie wiem...

– A ojciec? Co on o tym myśli?

– Rozpacza. Chodzi rozżalony, prawie płacze.

– Nie spodziewał się tego? Nie podejrzewał?

– Nikt się nie spodziewał. To dla niego musi być bardzo trudne, dużo trudniejsze niż dla mnie.

Popatrzyła na Kalinowskiego w zamyśleniu.

– A pan? – zapytała. – Jak pan by się zachował w podobnej sytuacji?

Zanim zdążył się odezwać, sama udzieliła odpowiedzi.

– Pan pewnie nie dopuściłby do czegoś tak okropnego. Zapewne od pana żadna kobieta nie miałaby powodu uciekać do innego...

Apteka była zamknięta. Na drzwiach brakowało kartki z wiadomością, jak długo ma trwać przerwa.

– Źle z ojcem – powiedziała Jagoda. – Zupełnie się załamał. Zostałam z tym wszystkim... Nie wiem, co robić...

Niepewnym ruchem głowy wskazała szczyt domu, gdzie znajdowało się wejście do mieszkania.

– Czy mógłby pan...

– Odprowadzić panią? – domyślił się Kalinowski. – To przecież dwa kroki.

– Proszę – szepnęła. – Nie wiem, w jakim stanie go znajdę, a boję się, że...

Poszedł za kobietą do drzwi. Wyjął jej klucz z dłoni i sam otworzył zamek. Poszła przodem, do schodów a potem na górę.

Kiedy znaleźli się w pomieszczeniu znanym Kalinowskiemu, poprosiła by usiadł i chwilę zaczekał. Wyszła szybkim krokiem.

Po chwili usłyszał jej jęk, ale nie ruszył się. Czekał aż wróci i powiadomi go jaki jest stan ojca.

Zjawiła się prawie natychmiast, w dłoni trzymała kartkę.

– Pojechał za nią – powiedziała szeptem. – Zarzekał się, że nigdy tego nie zrobi, ale jednak pojechał.

Wcisnęła list do ręki gościa, a sama usiadła na brzegu kanapy.

Kalinowski przeleciał wzrokiem krótki tekst. „Muszę sprowadzić Mamę z powrotem... To mój obowiązek...”

Odłożył kartkę na stół, podszedł do kredensu, znalazł karafkę, sprawdził, czy jest w niej alkohol, napełnił kieliszek.

– Proszę to wypić.

Posłuchała, machinalnie podniosła do ust i wychyliła jednym haustem. Raptownie skrzywiła się, ramiona się jej zatrzęsły.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie wiedziałam, że on... Zwabiłam tu pana... Chciałam tylko, żeby mnie pan przytulił. Na chwilę. Jak wtedy. Na chwilę...

Wtuliła się w jego ramiona.

– Zawsze była taka szorstka – powiedziała myśląc o matce. – Nie zła, ale właśnie szorstka. Zazdrościłam niektórym koleżankom...

Trzymała dłonie na jego piersi, pochyliła głowę, dotknęła nosem ubrania.

– Dziadek brał mnie na kolana – powiedziała. – Dawno, gdy byłam całkiem mała dziewczynką. Było mi wtedy miło, przyjemnie. I bezpiecznie. Czasem nawet zasypiałam. Zapamiętałam ten zapach. Prześladował mnie, tęskniłam za nim. I nagle poczułam go wtedy, gdy pan... tamtego dnia...

Jej uścisk nasilił się, kostki palców pobielały.

– Proszę mnie trzymać – poprosiła. – Proszę mnie mocno przytulić. Z całej siły...

Spełnił polecenie, ale niepewnie rozejrzał się wokół. Cisza panująca w mieszkaniu, tykanie zegara w kącie i szept młodej kobiety. Co ja tu robię? – pomyślał z lekką paniką.

– To niestosowne – zauważył. – Ktoś mógł widzieć, jak tu wchodzimy...

– Nieważne – odpowiedziała odruchowo. – Proszę mnie nie odtrącać.

– Ktoś mógł nas zobaczyć – powtórzył. – Zaczną się plotki. Dla mojej reputacji to bez znaczenia, ale dla pani...

Usiedli na kanapie, cały czas trzymał ją w objęciach, głaskał po włosach, po ramionach i plecach.

– Jak dobrze – szepnął.

Poprawiła się, wygodniej układając w jego ramionach. Obiema dłońmi trzymała jego rękę, którą ją otaczał, jakby w obawie że wypuści ją z ramion i wyda na pastwę złych myśli.

– Jak dobrze... Jak błogo...

Może zapadli w drzemkę, bo kiedy pan Michał się obudził, wydawało mu się, że jest sam w pokoju. Zaskoczony rozejrzał się po pomieszczeniu. Siedziała w wiklinowym fotelu dwa kroki dalej i przyglądała mu się uważnie.

– Przepraszam – bąknął zmieszany.

Pokręciła głową.

– Spał pan tylko chwilę – wyjaśniła. – Nie zdążyłam nawet zdecydować, czy mam pana przykryć kocem.

Czuł się bardzo niezręcznie. Wstał energicznie, poprawił ubranie.

– Muszę iść – oznajmił. – Mam nadzieję, że czuje się pani lepiej.

– O, tak – zapewniła z uśmiechem. – Jest pan jak lekarstwo. Wiem, co mówię, jestem farmaceutką.

Siedziała naprzeciw, z dłońmi na kolanach. W prawej ręce trzymała przedmiot, który teraz mu pokazała.

– To klucze do domu. Proszę je wziąć. Nie śmiem prosić, żeby został pan już teraz, ale gdyby zaszła taka potrzeba, niechaj pan przyjdzie. Tu nikt pana nie znajdzie, nikt nawet nie będzie szukał. Na jakiś czas pan się schroni, zanim wyjaśni się ta okropna sprawa...

Pokręcił głową.

– Bardzo dziękuję. To uprzejmie z pani strony i bardzo wspaniałomyślnie, ale chyba nie mogę skorzystać z tej propozycji...

– Może pan. Słyszałam wyraźnie, że zamierzają pana aresztować. Nie chcę wiedzieć, czy jest pan winny i czego ta wina dotyczy. To zresztą nie ma żadnego znaczenia. Ten dom jest duży, duży i pusty. Nikt pana tu nie znajdzie. Zostanie pan, jak długo zechce.

– Nie mogę – powtórzył. – To nie byłoby w porządku. Zresztą, nie potrzebuję kryjówki ani schronienia. Mówiłem przecież – nie mam niczego takiego na sumieniu, żebym musiał się ukrywać. Proszę się nie gniewać, ale jednak nie skorzystam z tej propozycji. Jest zachęcająca, ale niestety, po pierwsze – nie muszę, po drugie – nie mogę, po trzecie – nie wolno mi. Jak by to wyglądało, gdyby sprawa się wydała?...

Kiedy się zbliżyła, delikatnie objął ją ramionami, lekko, prawie zdawkowo.

– Jestem jak pani dziadek – uśmiechnął się z lekkim smętkiem. – Zapewne nawet starszy niż on wówczas. Jestem jednak mężczyzną. To dla plotek dość. A dla mnie, dla mojej męskiej dumy... no cóż, jestem dziadkiem. Mój wnuk ma niewiele lat mniej niż pani...

Kobieta westchnęła i przytuliła się mocniej do pana Michała.

– Nie obchodzi mnie – podniosła głowę i patrzyła na niego z determinacją w oczach. – Widziałam pańską córeczkę, jest całkiem mała.

Delikatnie odsunął ją na odległość ramienia. – Moja droga. Jestem znacznie starszy od twojego ojca.

Pokręciła głową.

– To nic – próbowała go objąć za szyję. – To bez znaczenia. Zostań... pan musi zostać. Zrobię wszystko, co zechcesz. Chcesz? Zostań. Zatrzymam cię. Chciałabym. Wiem, co robię. Nie jestem dzieckiem.

– Jesteś – uwolnił się od jej rąk. – Jesteś. Masz dwadzieścia lat i widzisz we mnie swojego dziadka.

– Nie – zaprzeczyła. – Tamto to tylko wspomnienie. Tu chodzi o co innego. O to, że gdy jesteś tak blisko, to omdlewam prawie, nie mogę przestać o tobie myśleć, nie mogę spać, nie mogę jeść...

Chwyciła go za przedramię.

– Ja nic nie chcę. Niczego nie chcę, słyszy pan? Tylko żeby pan był i czasem, na chwilę, choć na krótką chwilę zechciał mnie przytulić. O nic więcej nie proszę, niczego nie oczekuję. A pan, pan może mieć wszystko...

Pokręcił głową.

– Tak nie może być – zauważył pochmurniejąc. – Nie powinna pani mnie kusić. Starszego pana, którego łatwo zwabić takimi słowami, takimi wyznaniami. Tak nie wolno pani robić, dla pani własnego bezpieczeństwa. Żaden mężczyzna nie odrzuciłby takiej propozycji. Dlatego pani nie powinna tak do mnie mówić. Zwłaszcza pani. Ustalmy, że nie było tych słów, dobrze? Nie słyszałem ich, nic nie pamiętam. To dla naszego dobra. Dla pani, ale i dla mnie...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?