Dworek pod Malwami 60 - Pod prąd

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #60
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 60 - Pod prąd

Saga

Dworek pod Malwami 60 - Pod prąd

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801415

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

ZEZNANIE

Maj 1930

Dobra – powiedział starszy aspirant Tomasiewicz. – Co ciekawego masz do powiedzenia?

Józef Kurpik przestąpił z nogi na nogę.

– O Nowackiej i o Kalinowskim. Nie wiedziałem, jak to zrobić, ale w końcu chcę się przyznać i opowiedzieć po porządku.

– To znaczy o czym?

– O wszystkim. Jak mnie pan wtedy zamknął, co to niby ukradłem różne rzeczy, a wcale nie były kradzione. Ona mi dała. Niejeden raz dawała. Bo to zapłata była...

– Za co zapłata?

– Żebym nikomu nie mówił, co widziałem.

– To znaczy?

– No, jak tych mężczyzn zabili...

Tomasiewicz pokręcił głową.

– Zaraz, zaraz. Po kolei, dobra? Kto zabił i kogo?

– Kalinowski. A ona mu pomagała.

– Dziedziczka Nowacka?

– Tak, Nowacka.

Aspirant wzruszył ramionami.

– Czemu szkalujesz panią Nowacką? Pracowałeś dla niej, a teraz oskarżasz?

– Robiłem u niej, ale teraz chciałem prawdę wyznać jak na spowiedzi.

– A czemu? Zrobiła ci coś? Pokłóciliście się?

– Oszukała mnie. Zawsze oszukiwała.

– Więc mówisz to z zemsty, tak? Chcesz jej zaszkodzić?

– Mówię, bo to prawda.

– Co jest prawdą?

– On to jej kochanek. Kiedyś miała za niego wyjść, ale on wtedy sobie inną wziął. Każdy wie.

– Kalinowski miał się z nią żenić? Coś pleciesz. Przecież on jest dużo młodszy.

Kurpik wzruszył ramionami.

– Jak młodszy? On starszy przecież.

Tomasiewicz zmarszczył brwi.

– Czekaj... O kim ty mówisz?

– Jak to o kim? Jasne, że o dziedzicu.

– O dziedzicu? Nie o Ignacym Kalinowskim?

Kurpik był opanowany. Kiedy już zaczął składać zeznania, robił to spokojnie. Był gotów odpowiadać na wszystkie pytania i wszystko dokładnie wytłumaczyć i wyjaśnić.

– Ignacy to jego syn. Dziedzic to Michał Kalinowski.

Tomasiewicz wziął kartkę papieru i zaczął notować na niej rewelacje Kurpika. Na razie wstępnie wyglądało na to, że szybko nie skończą tej rozmowy.

– Dobra. Jeszcze raz – zarządził. – Twierdzisz, że Michał Kalinowski jest kochankiem Nowackiej. I razem dokonali zbrodni, tak?

– Razem.

– Dobra. Kto stracił życie?

– Dwaj mężczyźni, co przyjechali w interesach.

– Kiedy to było?

– Dawno. Ale nie ma przedawnienia przecież...

– Na zabójstwo nie ma – zgodził się policjant. – O ile to prawda.

– Najświętsza – Kurpik podniósł rękę jak do przysięgi.

– Tak? – w głosie aspiranta nadal było wiele powątpiewania. – I tak ci o tym powiedzieli?

– Nie powiedzieli. Sam widziałem.

– Jak to widziałeś?

– A widziałem. W nocy to było. Zabili ich w domu, a potem zakopali w ogrodzie.

– I co dalej?

– Trawa tam rośnie. Jakby nigdy nic.

– Gdzie?

– No, w Złotnikach.

Aspirant Tomasiewicz patrzył na chłopa z niedowierzaniem.

– I ty to wszystko widziałeś? – zapytał po chwili.

– Wszystko.

– A oni co? Tak ci pozwolili patrzeć?

– Nie wiedzieli, że mieli świadka. Widziałem wszystko, a potem kazałem sobie płacić. Ona, znaczy wielmożna pani, dawała mi takie tam błyskotki. Sprzedawałem potem, pan wie.

Tomasiewicz słuchał opowieści Kurpika z wielką rezerwą. Miał wiele pytań i wątpliwości, ale musiał zagrać w taki sposób, żeby nie spłoszyć Kurpika i nie zniechęcić go do składania dalszych zeznań.

– Dobra – powiedział. – Dawała ci kosztowności.

– I pracę – dopowiedział Kurpik. – Zrobiła mnie ekonomem i w ogóle różności obiecała, żebym tylko nie mówił nikomu.

– A nie chciała cię usunąć jako świadka? Albo Kalinowski?

– Parę razy próbowali – powiedział Kurpik spokojnie. – Ale miałem na nich papiery. Dobrze schowane. Powiedziałem, że jak mi się co niedobrego stanie, ktoś zaniesie dokumenty na policję i wszystko się wtedy wyda.

– I co?

– Więcej nie próbowali.

– Dobra, rozumiem.

Tomasiewicz dał znak, żeby przesłuchiwany przez chwilę się nie odzywał, a sam podszedł do okna. To, co usłyszał, wydawało mu się więcej niż nieprawdopodobne. Ale było możliwe. Trzeba się po prostu o tym przekonać.

– A może pomagałeś przy tym wszystkim? – zapytał, celując w siedzącego wskazującym palcem. – Pomagałeś, a teraz boisz się, że wszystko się wyda i też będziesz odpowiadał.

Kurpik zupełnie nie był zdenerwowany, panował nad swoim głosem i nad swoim ciałem. Wiedział, że śledczego może przekonać tylko w jeden sposób – podawać mu wiadomości, które są prawdopodobne i łatwe do sprawdzenia.

– On, to znaczy Kalinowski, pomógł jej uciec za granicę. Spotkali się w kilku, na krótko przed tym, jak wyjechała. Ona powiedziała, że chce się pożegnać z sąsiadami. Ułożyli wszystko miedzy sobą, a potem ona uciekła. Ale to Kalinowski wszystko ułożył. Tylko on.

– Dobra, czekaj. Twierdzisz, że zabili dwóch mężczyzn. Z jakiego powodu? Dla rabunku?

– Dla pieniędzy. Jakieś podejrzane interesy robili. Bo oni się z dawna znali, jeszcze jak Nowacka w Topolanach mieszkała. Miała się za niego wydać, mówiłem. Potem za innego wyszła, wyjechała, ale jak wróciła, to znowu się zeszli. Jak znowu wyjechała, dziedzic Kalinowski opiekował się majątkiem w Złotnikach. Niby po sąsiedzku, a naprawdę z całkiem innego powodu...

– A teraz go sprzedała.

– To też podejrzane jest.... Ale niech pan aspirant najpierw zbada, czy mówię prawdę, czy nie.

– Niby jak? Mam do niej iść i spytać. Przecież wyjechała. Wiesz, gdzie ona teraz jest?

– Za granicą pewnie. Wcześniej mieszkała we Wiedniu. Często tam jeździła. To może i teraz tam siedzi.

Tomasiewicz pokiwał głową.

– Łatwo ci oskarżać swoją dawną chlebodawczynię, kiedy jest nieobecna i nie może się bronić.

– Ale on został – zauważył Kurpik. – Kalinowski. Starczy jego zapytać.

Tomasiewicz pokręcił głową.

– Dobra, dobra, do niego też masz złość.

– To nie ma nic do rzeczy.

– Tak? – podniósł brwi Tomasiewicz. – Mam uwierzyć we wszystkie te brednie tylko dlatego, że ty tak mówisz? Masz dowody?

– Ze sobą nie mam – potwierdził Kurpik. – Ale wiem, gdzie są.

– Gdzie?

– W Złotnikach.

– W Złotnikach mieszka teraz nowy właściciel – przypomniał Tomasiewicz. – On też jest w to wszystko zamieszany?

– To jedna banda – zgodził się Kurpik. – To znaczy w różnych ciemnych sprawkach. W tamtym zabójstwie nie, tylko w tych różnych późniejszych machlojkach...

– Ale pan Horoszko ma dowody na zbrodnię?

– Nie, nie on. Dowody tam leżą.

– Gdzie leżą?

– No, już mówiłem. W ziemi są zakopane.

– Aha. Co to za dowody?

Kurpik wzruszył ramionami.

– Tamtych dwóch. Ubitych. Kalinowski zakopał w ogrodzie, mówiłem. Do tej pory tam gniją.

– A skąd to wiesz? Nie przenieśli gdzie indziej?

– Nie przenieśli, bo pilnowałem, żeby na miejscu były.

***

– Dobra – powiedział starszy aspirant Tomasiewicz. – Siadaj tam, bierz pióro i wszystko po kolei opisz. Kto, co, kiedy, gdzie i za ile.

Kurpik wzruszył ramionami.

– Nie umiem pisać.

– A, prawda – zreflektował się policjant. – Zapomniałem. To sobie na razie tylko pogadamy, a zapiszemy wszystko później.

Kurpik nie był zachwycony takim pomysłem.

– A bez zapisywania nie da rady?

***

Przesłuchania trwały kilka dni. Aspirant Tomasiewicz słuchał opowieści Kurpika, zadawał dodatkowe pytania, kazał powtarzać, usiłował przyłapać zeznającego na niekonsekwencjach lub kłamstwie. Ale Kurpik odpowiadał tak samo, pewnie i z przekonaniem. Tomasiewicz robił notatki, sprawdzał niektóre dane w pamięci i w swoich dokumentach, jakie zgromadził na biurku.

Wszystko wskazywało na to, że Kurpik nie kłamie, jego opowiadanie wydawało się prawdziwe a przynajmniej prawdopodobne.

***

– Dobra. Twierdzisz, że w ogrodzie w Złotnikach są zakopane zwłoki?

– Dwa trupy. Mężczyźni.

– Jak długo tam leżą?

– Długo. Od siedemnastego roku.

– Jak to dokładnie było?

– Pani powiedziała, że goście przyjadą. Mnie zwolniła, że nie będę potrzebny, bo wtedy tylko trochę tam pracowałem, przy drobnych sprawach... Najpierw przyjechał Kalinowski. Rozmawiali.

– Skąd wiesz, skoro cię nie było?

– Wróciłem po coś, nieważne co. I wszystko widziałem. Najpierw rozmawiali, potem się pokłócili. Moim zdaniem wszystko było z góry przygotowane. Bo okazało się, jak ich on wynosił, że grób już jest uszykowany w sadzie. Wiem dobrze, bo przy drzewach pracowałem. Rano dołu nie było, a jak wróciłem wieczorem, to był wykopany. Kalinowski ich wynosił po jednym i wrzucał do dołu, potem zasypał. Wszystko widziałem.

 

– Nie bałeś się, że cię nakryje?

– Strach był, ale co było robić, jak już zobaczyłem. Przestraszyłem się, potem dopiero się uspokoiłem, jak się upewniłem, że mnie nie widział.

– Dobra. Więc to było zaplanowane?

– Na pewno.

– I czym ich zabito?

– Dziedzic to zrobił laską. To znaczy nie laską tylko takim szpikulcem, co go miał schowany w lasce.

– Tak?

– Widziałem.

– I co dalej?

– Wyniósł ich i zakopał.

– Sam?

– To bardzo silny mężczyzna. Ona posprzątała ślady.

***

– Co to znowu za historia z tym Kurpikiem? – komendant Sobociński był bardzo niezadowolony. – Mało z nim było kłopotów?

– Sam się zgłosił, panie komendancie. Twierdzi, że był świadkiem zbrodni. Poprosił o ochronę. Chciał, żeby go zamknąć, ponieważ ludzie, na których doniósł, mogą zagrażać jego życiu.

Komendant Sobociński wzruszył ramionami.

– Kapuś, tak? Jak go pan zamkniesz, niewiele będzie wart.

– Pozwolę sobie nie zgodzić się z panem komendantem. Mówi bardzo dużo i bardzo chętnie. Zamierzam, za zgodą pana komendanta, wycisnąć z niego ile się tylko da. I jeszcze więcej.

– Rozumiem, ale co z tą ochroną? Mam mu dać obstawę policyjną? Tu nie Ameryka.

– Nie, panie komendancie. To nie będzie potrzebne. Umieszczę go w areszcie, przesłucham raz i drugi, a potem niech idzie, gdzie chce. Bo rzecz w tym, panie komendancie, że mam powody przypuszczać, że on niekoniecznie mówi od razu całą prawdę. Moim zdaniem coś chce zatrzymać przy sobie.

– A co ciekawego już zeznał?

– O tej biżuterii, pamięta pan komendant? Niejaka Nowacka awanturowała się o jej zwrot. Tymczasem okazuje się, że to nie on ukradł, tylko ona mu po prostu płaciła za milczenie.

– O czym miał nie mówić?

– O zbrodni, panie komendancie. Możliwe, że ona i jeszcze jeden człowiek zabili dwóch mężczyzn dla zysku. To właśnie zamierzam sprawdzić. Jeśli okaże się to prawdą, uwiarygodnią się także inne zeznania Kurpika. A tych jest bardzo wiele i wydają mi się niezmiernie obiecujące....

– Rozumiem. Zatem działaj pan, aspirancie. Tylko żeby z tego jakich kłopotów nie było!

– Pan komendant zezwoli na wzięcie ludzi do roboty? Bo chodzi o to, żeby wykopać tamtych dwóch nieboszczyków.

– Wykopać?

– Zostali zabici i pogrzebani na terenie majątku Złotniki. Zamierzam to sprawdzić, a jest to możliwe tylko poprzez odnalezienie zwłok.

– Zgoda – powiedział Sobociński. – Rób pan, co uważasz za konieczne.

– Dziękuję, panie komendancie.

– Proszę mnie zawiadomić, czy znajdą się te ciała. Jeśli się potwierdzi, zastanowię się, co trzeba zrobić dalej. Jeśli się nie znajdą... też się zastanowię... co zrobić z panem.

– Dziękuję, panie komendancie.

WIOSENNE ZMIANY

Bronia Lulewicz wprowadziła się do małego służbowego domku w Złotnikach bezpośrednio po ślubie z Lucjanem Omulewiczem. Narzeczeństwo trwało pięć lat, wreszcie ku zadowoleniu obojga zakończyło się cichym ślubem, a młodzi małżonkowie popatrywali po sobie z niedowierzaniem.

– Czy to na pewno prawda? – spytała Bronia, gdy Lucjan przeniósł ją na rękach przez próg domu w Złotnikach, który od tej chwili stawał się ich wspólnym mieszkaniem.

– To sen – śmiał się Lucjan. – Ale nikt nas z niego nie obudzi.

– Chyba, że nasz nowy pryncypał!

Pan Andrej Horoszko wyznaczył dawnemu ogrodnikowi w Jeronimowie zadanie polegające przede wszystkim na odrestaurowaniu zapuszczonego ogrodu w Złotnikach. Ziemia uprawna wokół dworu była obsiana tylko w małej części, ale nowy właściciel majątku nie planował powiększenia areału.

– Może w przyszłym roku – oznajmił Kalinowskiemu. – Ziemia odpocznie, plony będą lepsze. A może sytuacja się poprawi i ceny wzrosną.

Pan Michał też miał taką nadzieję, ale według wszelkich znaków na rynku, było to mało prawdopodobne.

– Nie bierz bydła – ostrzegał sąsiada. – Niechaj ten rok posłuży ci na urządzenie domu. O gospodarstwie pomyślisz później. Kryzys nie może przecież trwać wiecznie.

Znał dobrze Złotniki, wydajność poszczególnych pól, więc mógł doradzić najlepiej. A radził nie inwestować zbyt wiele, jeśli Horoszko nie chce stracić.

– Nie wiadomo, czy nakłady się zwrócą. A co dopiero zarobek, o tym możesz na razie zupełnie zapomnieć. Prawie każdy z sąsiadów jest stratny na zasiewach, bo nie ma ani gdzie przechowywać nadwyżek zboża, ani gdzie go sprzedawać. Część została w spichrzach, część pójdzie na pasze, ale to w żaden sposob nie poprawi naszej sytuacji. Jedyna dobra rada to czekać na zmiłowanie i polepszenie koniunktury.

Po zakupie majątku pan Horoszko i tak prawie nie miał pieniędzy na cokolwiek więcej, więc ambicję dołączenia do grona bogatych ziemian musiał odłożyć na później. Zresztą jego plany też rysowały się bardzo ogólnie.

– Najchętniej sprzedałbym jeszcze trochę z tego, co jest przy dworze – zastanawiał się głośno. – Nam wystarczyłby dom i ogród. No i może jeszcze kawałek warzywniaka, gdzie mógłbym uprawiać warzywa dla miasta.

Kupca na ziemię orną próżno było jednak wypatrywać, wszędzie wokół zdecydowanie przeważali chętni do sprzedaży.

– Niejednego ten kryzys wypędzi do miasta – przewidywał Michał Kalinowski. – Będą tam klepać biedę jeszcze gorszą od wiejskiej. Ale my zostaniemy, bo kiedyś musi nastąpić poprawa. Na pewno przyjdą lepsze czasy, trzeba tylko okazać trochę cierpliwości.

***

Podobnego zdania na temat gospodarki był pułkownik Mikołaj Kawelin. Zapotrzebowanie na drewno z jego lasów spadło o połowę, ale właściciel Majówki jak zawsze demonstrował wszystkim uśmiechniętą twarz.

– Poczekać trzeba, Michaił. Po prostu poczekać.

Tego dnia jeździł bryczką po lesie w towarzystwie Kalinowskiego, oglądał swoje ogromne włości i starał się nie okazywać zmartwienia.

– Musiałem zwolnić paru ludzi – oznajmił. – Dla kilku znalazłem inne zajęcie, ale robotników leśnych aż tylu teraz nie potrzebuję, gdy pracy znacznie ubyło.

Z własnej kieszeni wspomagał dawnych pracowników i łudził się nadzieją, że podjęte przez niego intensywne poszukiwania nowych rynków zbytu na drewno przyniosą jakieś efekty.

– Napisałem do znajomych za granicą, tu i tam – opowiadał, gdy zatrzymali się na popas na dużej leśnej polanie i wysiedli, by rozprostować nogi. – Obniżam ceny, tłumaczę, jaki to dobry interes. Do tego doszło, że muszę prosić o przysługę.

Po kilku łykach z płaskiej butelki, Kawelin zauważył, że i Kalinowski nie ma zadowolonej miny.

– No, ja tylko o sobie i o sobie – zauważył przymrużając oko. – I prawie nie zauważył ja, że ciebie coś gryzie, drug. Nie gospodarka tylko, bo z tym i ja i ty jakoś sobie w końcu poradzimy. No, co tam jeszcze za robak ciebie toczy, Michaił? Mnie możesz przecież wszystko powiedzieć.

– Chodzi o Justynę Nowacką – odparł po chwili Kalinowski. – Bo widzisz, pułkowniku, czuję się trochę winny wobec tej kobiety.

– Tak? – podniósł brwi Kawelin. – Na pewno chcesz mi o tym opowiedzieć? Jesteśmy wprawdzie przyjaciółmi, ale to nie znaczy, że nie możesz mieć swoich sekretów...

Kalinowski pokręcił głową.

– Sekretów tu nie ma – oznajmił. – Ale przez lata nazbierało się niemało skomplikowanych i delikatnych kwestii. Najpierw, w wyniku splotu okoliczności, Justyna Nowacka uwierzyła, że ją poślubię...

– Doskonale to pamiętam – uśmiechnął się Kawelin. – Przypominam sobie, że to Nowacki wyzwał cię wtedy na pojedynek, nie ty jego. Bo córka pana Jacka wmówiła sobie twoje zainteresowanie, każdy to wie. Ty nie jesteś winny.

Pan Michał pokręcił głową.

– To jeszcze nic – oznajmił smutnym głosem. – Chodzi o wydarzenia, jakie miały miejsce znacznie później. Byłem przy śmierci jej ojca. Tylko ja i Zdzisław Skórnicki...

– O to chyba nie masz do siebie pretensji? – zdumiał się Kawelin. – Nowacki zawsze był trochę dziwny. A że popełnił samobójstwo? To był przecież jego wybór. Nie pomyślał o zabezpieczeniu córki, tobie do tego nic.

Kalinowski westchnął głośno. Spacerowali po polanie, gotowi rozmawiać tak długo, jak będzie trzeba. Konie spokojnie pasły się w pobliżu.

– Radziłem się w tych sprawach lekarza specjalisty – odezwał się po chwili pan Michał. – Stwierdził, że zarówno tama historia z niedoszłym ślubem, jak i śmierć ojca mogły mieć wpływ na osobowość Nowackiej. Nie chodzi więc o moją winę umyślną, ale o to, do czego się przyczyniłem niejako przy okazji choć niechcący...

Pułkownik był zdziwiony wyznaniami Kalinowskiego.

– Ktoś cię oskarża o Nowackiego? Chyba naprawdę nie jesteś w najlepszym stanie, Michaił. Czemu zajmujesz się tą kobietą? No cóż, pomagałeś jej, pilnowałeś majątku nawet ze stratą dla siebie, udzielałeś pomocy w innych wcale nie łatwych sprawach. I wszystko to z poczucia winy za historie z przeszłości? Jeśli czułeś się winny, to moim zdaniem już spłaciłeś ten dług i to z nawiązką. Nie możesz się nadal dręczyć. A już najmniej o przyczynianie się do jej choroby. Na chorobach głowy ja się nie znam, ale wydaje mi się, że one jakby same się rozwijają. Ty nie jesteś lekarzem, nie możesz więc choroby ani pogłębić, ani jej zmniejszyć, ani tym bardziej wyleczyć...

– Ostatnio wiele o tym myślę – przyznał się pan Michał. – To chyba moje poczucie winy powodowało, że patrzyłem przez palce na postępowanie Justyny. Usprawiedliwiałem je, tłumaczyłem. Ona taka biedna – sierota bez matki, ojciec samobójca, samotna, opuszczona przez wszystkich kobieta, którą życie ciężko doświadczyło. Więc nawet wbrew sobie i wbrew faktom pomagałem jej i nie odmawiałem, gdy się zwracała się do mnie o pomoc i wsparcie. A powinienem był odmówić. Od razu odmówić, nie dać się omamić, bo potem tylko grzęzłem bardziej w zobowiązania, bo jedno rodziło następne i kolejne. Może niektórych kłopotów udałoby się wówczas uniknąć. Ta kobieta w niezwykły sposob sprowadza kłopoty na wszystkich, którzy znajdą się w jej pobliżu...

– Podejrzewałem, że jest chora – zauważył Kawelin. – W młodości ojciec chyba trochę więcej dbał o jej głowę, wysyłał na kurację, sprowadzał lekarzy.

– Mówią też, że pewne skłonności można odziedziczyć, jak się dziedziczy kolor włosów czy oczu. Jej ojciec też chorował. Nie było cię wtedy, pułkowniku, jak dostał ataku, który zdarzył się w specyficznych okolicznościach i w efekcie zakończył się samobójstwem. Powiem ci jednak, że wiem o tym wszystkim znacznie więcej... Ciąży mi to od lat, zwłaszcza, że z nikim nie mogę podzielić się szczegółami, to sprawa honoru, rozumiesz...

– Honor to honor – przytaknął poważnie Kawelin i klepnął Kalinowskiego w plecy. – Ale najlepiej zapomnij o tym wszystkim, Michaił. Patrz, mam tu małą pocieszycielkę. Pociągnij porządny łyk, od razu świat zobaczysz w lepszych kolorach...

KŁOPOTLIWA PACJENTKA

Doktor Adonis Skowroński nie krył zadowolenia podczas wypisywania pacjentki ze szpitala.

– Pani najlepiej wie, że ze strony naszej lecznicy, pana ordynatora i mojej osobiście zostało zrobione znacznie więcej, niż mogła pani oczekiwać. Jednakże nie ma powodu, aby przedłużać pobyt pani u nas. Nie wiemy nic o powodach, dla których zapragnęła pani schronić się przed światem i nie chcemy się o nich dowiadywać. Przebywała tu pani z rozpoznaniem lekkiej schizofrenii i taka diagnoza znajduje się w pani karcie chorób. Jest to jednak stan, nad którym panujemy, jak pani wie, bo sama pani jest tego w pełni świadoma. Chroniliśmy panią przed dociekliwością policji...

– Czy teraz pan ich powiadomi?

– To mój obowiązek. Pewien starszy aspirant często się o panią dopytuje. Wymusił na mnie obietnicę, że natychmiast dam mu znać, kiedy można będzie panią przesłuchać. Z lekarskiego punktu widzenia nie ma przeszkód, ale wolelibyśmy, aby miało to miejsce poza terenem szpitala.

– I co pan zrobi?

– Jakoś się wyłgam. Częściowo przynajmniej. Wyślę mu wiadomość, ale najpierw się upewnię, że przebywa pani już poza szpitalem.

– Dlaczego pan to robi?

– Mam swoje powody.

Lekarz nie podał przyczyn takiego zachowania, ale nie ukrywał zadowolenia, że wreszcie pozbędzie się kłopotu.

***

Pacjentka stanowiła bowiem pewien problem i to wcale nie błahy. Doktor Skowroński był przekonany, że ma do czynienia z przypadkiem, o jaki dociekliwie wypytywał go policyjny śledczy.

 

Justyna Nowacka umiała wykorzystać swoje szpitalne doświadczenie dla celów, jakie trudno mu było odgadnąć. Może poza tym jednym – z pewnością szpital stanowił zasłonę dla jej planów czy też pozwalał usprawiedliwić postępowanie. Pacjentka nie była w pełni zdrowa, to nie ulegało wątpliwości, ale okresy choroby przeplatały się u niej ze stanami zupełnej świadomości. Prowadziła jakąś grę, której celów i zasad nie znał, ona zaś nie zamierzała w żaden sposób mu ich ujawnić.

Czuł się niekomfortowo, gdyż był przekonany, że został wykorzystany – kobieta schroniła się na jego oddziale przed osobami, których nie chciała widzieć, a byli wśród nich również przedstawiciele prawa. Wystarczająco kontrolowała swoje zachowanie, aby można ją wypisać ze szpitala, a jeśli będzie przyjmować leki, stany depresyjne czy zaburzenia świadomości wystąpią znacznie rzadziej. Skowroński podejrzewał, że Nowacka nauczyła się rozpoznawać zbliżające się objawy kryzysu i umiała się do nich przygotować.

Jedno było zupełnie pewne.

– Ona całkowicie się kontroluje, gdy tego chce – mówił do ordynatora. – Dociekałem, czemu zaatakowała pacjentkę Andrzejewską. Zupełnie spokojnie odpowiedziała mi, że tamta podobno źle się o niej wyraziła. Absolutnie w to nie wierzę. Moim zdaniem chciała po prostu uwiarygodnić swój niepewny stan psychiczny.

– Podzielam zdanie pana kolegi co do potrzeby ochrony naszych chorych przed interwencją ze świata – oświadczył ordynator. – To przecież zapewnia nam konieczną swobodę prowadzenia badań. Policja nie będzie decydować, kiedy i kogo spośród chorych mamy zwolnić, to nasza prerogatywa.

Bez sprzeciwu podpisał zwolnienie ze szpitala Justyny Nowackiej.

***

Na wychodzącą ze szpitala Justynę Nowacką czekał samochód. Za kierownicą siedział mężczyzna w średnim wieku, krótko ostrzyżony, o posiwiałych skroniach. Wyskoczył z auta, gdy tylko kobieta pokazała się w drzwiach lecznicy, podbiegł, wziął z jej ręki torbę i zaniósł do auta. Otworzył drzwiczki, a gdy wsiadła, zamknął je delikatnie i wrócił na swoje miejsce. Wszystko odbyło się bez jednego słowa.

Samochód odjechał.

***

Gdy Adonis Skowroński upewnił się, że pacjentka Nowacka opuściła szpital, zatelefonował na numer podany na wizytówce aspiranta policji. Była sobota po południu, więc telefon nie zastał Tomasiewicza w jego biurze.

– Proszę o przekazanie wiadomości panu aspirantowi – poprosił lekarz dyżurnego policjanta. – Mówi doktor Skowroński. Zechce ją pan zapisać?

– Oczywiście – odpowiedział dyżurny przodownik. – Słucham i notuję.

– Pani Nowacka została wypisana ze szpitala.

– Tak jest – powiedział dyżurny. – Zapisałem.

– Dziękuję bardzo.

Przodownik był zmęczony, zapisał wiadomość dla aspiranta na skrawku gazety, a nie w książce służbowej jak należało.

– W książce służbowej zapisujemy zdarzenia – tłumaczył się później. – Napady, doniesienia albo podobne informacje. To jest książka zgłoszeń. Zgodnie z regulaminem służby wiadomości o charakterze prywatnym nie są zapisywane do książki.

Tak właśnie ocenił wiadomość przekazaną telefonicznie przez doktora Skowrońskiego. Cóż to bowiem za wydarzenie, że ktoś wyszedł ze szpitala? Co innego, gdyby tam trafił, jako ofiara napadu czy wypadku.

***

Tego wieczora doktor Skowroński z wyraźną ulgą rozmawiał ze swoją żoną o byłej pacjentce Nowackiej.

– Więcej niczego podobnego nie zrobię. Nawet nie masz pojęcia, ile mnie to kosztowało nerwów i zdrowia – zastrzegał się.

Pani Maryla zapewniła, że nigdy więcej nie postawi męża w podobnie trudnej sytuacji.

– Zrozum i mnie, mój drogi. Poproszono mnie o przysługę. Żadną miarą nie mogłam odmówić – tłumaczyła się. – Podobnie jak ty sądziłam, że to drobiazg, sprawa kilku dni, a nie będzie z tego żadnych konsekwencji. Przykro mi, pomyliłam się, wybacz. Nie przypuszczałem, że z powodu tej kobiety możesz mieć jakiekolwiek przykrości.

– Szczęśliwie to wszystko za nami. Nowackiej w szpitalu nie ma, policja jest powiadomiona. Teraz niech oni się martwią, co z nią zrobić.

***

Gazeta z notatką dla starszego aspiranta Tomasiewicza leżała do rana na biurku dyżurnego oficera komendy. Rankiem stawił się na zmianę starszy przodownik Pastusiak. Potrzebował czegoś, czym mógłby zmniejszyć obwód służbowej czapki. W magazynie nie mieli odpowiednich rozmiarów i dostał o dwa numery za wielką. Musiał złożyć gazetę i wsunąć ją za skórzany pasek wewnątrz czapki, by zmniejszyć jej obwód. Gdyby tego nie zrobił, opadałaby mu na uszy, a to wyglądałoby bardzo nieodpowiednio – ucierpiałby wizerunek policjanta, poważnego człowieka na poważnej posadzie. Gazeta z poprzedniego dnia, którą zostawił w dyżurce poprzednik Pastusiaka pasowała idealnie. Przodownik stwierdził to stając przed lustrem i podziwiając swój profil.

***

Zwolnienie Justyny Nowackiej ze szpitala zbiegło się z ukończeniem artykułu naukowego, który doktor Adonis Skowroński przygotowywał na czerwcowy kongres psychiatryczny w Berlinie. Przedmiotem pracy była Rozalia Andrzejewska, chora zaatakowana przez Nowacką.

Pacjentka została w szpitalu. Jej stan wydawał się stabilny, ale nie skierowano jej ponownie do pracy w gospodarstwie, gdzie była zatrudniona od dłuższego czasu.

– Artykuł jest właściwie gotowy – opowiadał Skowroński żonie. – Mam dobrze udokumentowane wszystkie eksperymenty, okoliczności i ustalenia. Spodziewam się pozytywnej oceny za mój wkład nad badaniami o możliwościach przybierania przez chorych cudzej tożsamości. Ale nigdy nie zapomnę, kochana Marylko, że gdyby nie twoja pomoc, pewnie bym sobie tego nie ułożył po porządku.

Artykuł rozwijał i uzasadniał postawioną w jego incipicie hipotezę, że po wypadku ambulansu, w którym zginęła jedna z chorych nazwiskiem Lulewicz, druga – Rozalia Andrzejewska – przejęła na siebie wiele elementów z jej tożsamości.

Pani doktor Maryla Skowrońska uśmiechała się pobłażliwie.

– Ja ci tylko podpowiedziałam rozwiązanie – przypomniała. – Sam sobie wszystko ustaliłeś. Nie ma w tym mojej wielkiej zasługi.

– To dzięki tobie upewniłem się, że ocalona Rozalia chwilami uważa się za zmarłą Sabinę.

Tezę o przejęciu tożsamości doktor Skowroński postawił już dawniej, ale dzięki pomocy żony odnalazł wiadomości o wypadku ambulansu, zapoznał się z jego okolicznościami, wreszcie zweryfikował niektóre dane. Przed laty doktor Maryla Bogdanowicz miała okazję spotkać przelotnie zmarłą Sabinę Lulewicz, wiedziała też o niej co nieco od krewnych nieboszczki.

– Wszystko zaczęło się od szoku po porodzie, dokładniej po poronieniu – relacjonował swoje ustalenia doktor Skowroński ordynatorowi oddziału. – Wedle tego, co słyszałem, a co obaj pamiętamy, czasy były ciężkie, wysoka śmiertelność wśród chorych, do tego trudne warunki życia. W szpitalu Sabina przeszła silne zatrucie, co pogłębiło ogólny stan chorobowy. Czysty przypadek zadecydował, że nie zmarła już wówczas. Została przekazana do szpitala klinicznego w Wilnie. Podczas transportu ambulans miał wypadek. Sabina Lulewicz zginęła. Szok, jaki wypadek spowodował u drugiej chorej, okazał się dla niej dodatkowym wstrząsem. Przejęła na siebie część tożsamości zmarłej kobiety. Zaczęła twierdzić, że nosi imię Sabina, opowiadała dziwne rzeczy o ludziach, którzy jakoby mieli być jej rodziną. W rzeczywistości mówiła o rodzinie tragicznie zmarłej Lulewiczówny. Dzięki pomocy mojej żony, czego nie ukrywam, udało mi się dotrzeć do archiwalnej dokumentacji medycznej i stwierdzić, że obie pacjentki jakiś czas spędziły w tej samej izbie, więc zapewne w chwilach polepszenia się stanu zdrowia zwierzały się sobie, opowiadały o swoich rodzinach, bliskich, mogły także wspominać jakieś wydarzenia z życia przed chorobą. Stąd w podświadomości chorej Andrzejewskiej informacje na temat chorej Lulewicz, które uwolniły się pod wpływem wypadku drogowego i wniknęły do jej świadomości. Wówczas pod wpływem traumatycznych przeżyć Rozalia zarzuciła własną osobowość i stała się Sabiną. Żeby się upewnić w moich założeniach, zwróciłem się do rodziny Rozalii Andrzejewskiej. Wykorzystałem fakt, że pacjentka znajdowała się w szpitalu po tym hm... pobiciu. Rodzony brat Andrzejewskiej rozpoznał ją jako swoją siostrę, ale z uwagi na trudne warunki bytowe i jej nieuleczalną chorobę nie chciał przyjąć jej pod swój dach. Choć stan Rozalii ustabilizował się, jej rodzina zerwała z nią wszelkie kontakty. W związku z zaistniałymi okolicznościami proponuję ponownie skierować chorą do pracy w gospodarstwie rolnym. Przez cały okres leczenia nie było z nią praktycznie żadnych komplikacji, można więc liczyć, że przy regularnym podawaniu leków nadal nie będzie przyczyniać nam kłopotów...

Ordynator Neumann przejrzał brudnopis artykułu na kongres i pochwalił lekarza za czytelny, klarowny styl wypowiedzi.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?