Dworek pod Malwami. Sztuka pisania

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #59
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 59 - Sztuka pisania

Saga

Dworek pod Malwami 59 - Sztuka pisania

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801422

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

NA SOŚNIE

Kurpik siedział na sośnie kilka metrów nad ziemią i gorączkowo rozmyślał, jak wydostać się z pułapki.

To niby tylko kilka metrów, ale jakiego sposobu by nie użyć, grozi upadek i połamanie gnatów. Mógłby zawisnąć rękami na konarze, wtedy odległość stóp do ziemi znaczenie by się zmniejszyła, ale to jednak nadal dobrych parę metrów. Kominiarz z Zabłudowa umarł spadłszy z dachu położonego niżej niż gałąź tej sosny.

Zmarzł, zesztywniał. Czas płynął nieubłaganie, a on nie wymyślił sposobu na zejście. Siedział na gałęzi, zerkał ku ziemi i po raz kolejny obliczał, co sobie złamie, jeśli zeskoczy.

***

Wczesnym rankiem Michał Kalinowski w towarzystwie Andreja Horoszki pędem wjechali do Nowosadów i zatrzymali się przy zagrodzie Kurpika. Pan Michał wyskoczył z pojazdu, wpadł na podwórze, załomotał do drzwi.

– Kurpik, gdzie jesteś, do diabła? Wyłaź zaraz, chamie, bo pożałujesz!

Drzwi uchyliły się po chwili, ale stanęła w nich tylko kobieta.

– Dzień dobry, panie dziedzicu – żona gospodarza była przestraszona gwałtownym zachowaniem gościa. – O co chodzi?

– Gdzie jest ten szczur?! – krzyczał Kalinowski. – Niech zaraz wyjdzie, bo nie ręczę za siebie!

Wiesia otworzyła szerzej.

– Nie ma go – powiedziała. – Niechaj pan dziedzic sam sprawdzi.

– To gdzie się podział?

– Wyszedł rano i jeszcze nie wrócił.

Kalinowski zrobił krok w kierunku drzwi, ale się zatrzymał. Wylękniona ale spokojna twarz Kurpikowej przekonała go, że kobieta mówi prawdę, a on traci czas.

– Ważna sprawa – wyjaśnił nieco już uspokojony. – Ważna dla Kurpika i dla was wszystkich. Niech mu pani powie, żeby przyszedł do mnie i się wytłumaczył. I to jak najszybciej.

Wiesia miała białe wargi.

– Czy znowu coś zrobił nie tak, panie dziedzicu? On ma dobre chęci, bo to w gruncie rzeczy poczciwy człowiek, tylko jakoś nie wszystko mu się układa...

– Niech przyjdzie! – zasapał Kalinowski jakby nie usłyszał tłumaczeń. – To jego jedyna szansa! Jedyna i ostatnia! Niech przyniesie to, co ukradł. Czekam tylko do wieczora. Potem idę na policję i będzie z nim koniec. Raz na zawsze!

– Ale o co chodzi? – bezskutecznie dopytywała się Wiesia . – Co ukradł panu dziedzicowi?

– To łobuz! – warczał pan Michał. – Wprost bandyta! Ostatnia szansa, mówię. Ostatnia!

Wrócił na drogę, gdzie podpułkownik Horoszko niecierpliwie czekał na wiadomości.

– Nie ma go? – zapytał domyślnie. – Jakbym był na jego miejscu, też bym się w domu nie chował, a znalazł lepsze miejsce.

Kalinowski ujął wodze.

– Popytajmy – zaproponował przez zaciśnięte zęby. – Może ktoś z miejscowych go widział.

I rzeczywiście, jakieś dzieci bawiące się na skraju wsi udzieliły im wskazówki.

– Tam chodzi. I wczoraj też poszedł.

– W stronę lasu? Na pewno to był on?

– Na pewno, wielmożny panie. Kulawy trochę.

Pan Michał dał im kilka drobnych monet, a kiedy odeszły, sięgnął po leżącą przy nodze strzelbę.

– Nie pierwszy raz o tym słyszę – powiedział sprawdzając, czy oba naboje tkwią w lufach. – Musi tu mieć jakąś kryjówkę. I to gdzie?! W moim lesie!

***

Po kilkunastu godzinach siedzenia na sośnie nie widząc innego sposobu Kurpik prawie zdecydował się skoczyć. No trudno, może będzie miał szczęście, może ta reszta zeszłorocznego mchu pod drzewem na coś się przyda.

Wtedy usłyszał głosy. Ktoś szedł przez lasek od strony Nowosadów, zapewne nie sam, bo powietrze niosło echo rozmowy.

Ucieszył się, że jednak nadchodzi pomoc. Kto by to nie był i jak bardzo by się nie zdziwił tym, co robi Kurpik tak wysoko i w jaki sposób tam się wdrapał, nie odmówi przecież pomocy. Niewiele trzeba, wystarczy przysunąć drzewko do pnia, z resztą już sobie poradzi.

Po chwili pomiędzy bezlistnymi gałęziami zobaczył dwie sylwetki. Szły w jego stronę, niezbyt szybko. Dwaj mężczyźni. Przystawali, rozglądali się.

Nie zawołał, bo najpierw lepiej się upewnić, kim są. I dobrze zrobił. Gdy podeszli bliżej, z niezadowoleniem stwierdził, że pierwszy to dziedzic Kalinówki. Drugim był ten nowy pan, który zamieszkiwał w Rafałówce. Od nich nie mógł spodziewać się pomocy. Nawet lepiej by było, żeby go nie zobaczyli...

Byli bardzo blisko, ledwo kilkadziesiąt kroków, już słyszał ich rozmowę.

– Gdzieś tu musi być – odezwał się Kalinowski półgłosem. – Ślady są wyraźne.

Zaczęli się kręcić wokoło i zaraz potem podeszli w pobliże kapliczki. Znaleźli ślady wyrąbanego drzewka i je samo leżące tuż obok.

– Świeże – oznajmił pan Horoszko. – Ciekawe, na co to komu było...

Kurpik wiedział, że zaraz go odkryją i widział też, że obaj niosą strzelby. To nie była dobra pora na polowanie, więc łatwo domyślił się, że to jego szukają. Zrozumiał, że znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Oni na pewni nie uwierzą w pierwsze lepsze wykręty, będą chcieli znać prawdę.

Pan Michał podniósł głowę, oglądał pnie drzew, sprawdzał, czy nie widać na nich jakich śladów. Horoszko podszedł do kapliczki i palcem wskazywał tropy na miękkim gruncie.

– Był tu niedawno – stwierdził z przekonaniem.

– Nie tylko był, ale chyba nadal jest... – Kalinowski położył palec na ustach.

Cofnął się o kilka kroków, żeby lepiej obejrzeć starą sosnę. Kurpik próbował się schować, ale nie było możliwe, by go nie zobaczył ktoś, kto wie, czego szuka.

– Jest! – zawołał pan Michał. – Udaje, że go nie ma.

Pan Horoszko ruszył, by na własne oczy zobaczyć człowieka na sośnie.

– Złaź zaraz! – krzyknął Kalinowski. – Wiemy, jak chciałeś oszukać panią Nowacką. Złaź, bo inaczej zestrzelę!

Kurpik zadziałał odruchowo. Nie chciał ani się tłumaczyć, ani ich prosić. Miał tylko jedną szansę i postanowił z niej natychmiast skorzystać. Przesunął się w stronę konaru, chwycił go ramionami i zsunął się całym ciałem tak, by jego stopy znalazły jak najbliżej ziemi.

Puścił ręce i spadł.

Wylądował na plecach pana Horoszki. Gdy niespodziewanie coś ciężkiego walnęło podpułkownika w plecy, rozległ się głośny okrzyk wraz z łomotem, jaki wywołały padające na ziemię ciała.

Horoszko wrzasnął, bo uderzył twarzą o ziemię. Nie była to jedyna przyczyna bólu – jego lewa ręka pękła w przedramieniu jak suchy patyk.

– Uj!

Kurpik miał więcej szczęścia. Boleśnie uderzył się nosem o kark mężczyzny, ale nic złego mu się nie stało, bo ciało Horoszki zamortyzowało upadek. Chłop przeturlał się na bok, oparł na kolanach i rękach, sam zaskoczony, że chyba jest cały.

Przykucnął, rozprostował się gwałtownie jak na sprężynie, odskoczył w bok i nieco utykając popędził pomiędzy drzewa. Z rozbitego nosa ciekła mu obficie krew.

– Stój! – krzyknął za nim pan Michał i odruchowo wymierzył z dubeltówki. – Stój, bo zastrzelę jak zająca! Wszystko i tak wiemy!

Ale nie zdążył wystrzelić, bo Kurpik zniknął już w rzadkich zaroślach.

– Auuu!... – Horoszko skręcał się na ziemi, zdrową ręką przytrzymując kontuzjowane ramię.

Kalinowski odłożył strzelbę i pochylił się nad rannym.

– Złamana – powiedział od razu, widząc dłoń podpułkownika sterczącą pod bardzo nienaturalnym katem.

– Oj, oj, oj! Boli! – zajęczał Horoszko. – A co z nim?

– Uciekł, ale coś chyba zgubił...

Schylił się i podniósł z ziemi małe zawiniątko. Musiało wypaść Kurpikowi z kieszeni. Gdy je otworzył, aż zagwizdał z podziwu. Miał w ręku całą garść biżuterii.

– No proszę, oto i rozwiązana tajemnica jego bogactwa – mruknął, chowając wszystko do kieszeni.

Andrej Horoszko wstał, ale z bólu zaciskał usta. Twarz miał umazaną ziemią, igliwie w brwiach i wąsach.

– Chyba lekarz będzie potrzebny – zauważył.

Kalinowski przyniósł dwa patyki, umieścił pomiędzy nimi przedramię przyjaciela i zawiązał na nich skórzany pasek, który zwinnie zdjął Andrejowi.

– Spodnie będziesz musiał trzymać drugą ręką.

– Jakoś będzie – skrzywił się podpułkownik. – Same się trzymają...

Miał w zanadrzu małą blaszaną buteleczkę z wódką, z trudem wyjął ją zdrową ręką i pociągnął dwa łyki, po czym przekazał Kalinowskiemu.

– Cierp – powiedział pan Michał, częstując się tylko odrobiną. – Nie ma rady. Trzeba wrócić do drogi, gdzie zostawiliśmy konie i galopem po pomoc medyczną.

– Uff, uff! – prychał Horoszko. – Puchnie.

Zanim zawrócili, przeszukali ziemię w pobliżu drzewa, ale nic więcej nie znaleźli. Ruszyli z powrotem.

Pan Michał, choć zły i zdenerwowany, nie ukrywał podziwu dla zmyślności chłopa.

– Posłużył się tobą jak kopą siana – zauważył. – Gdyby skoczył na ziemię, połamałby się jak amen w pacierzu.

 

Horoszko zgrzytnął zębami.

– Ubiję gada!

Tylko kilka minut zajęło im odszukanie bryczki.

– Zawiozę cię do Zabłudowa – oznajmił Kalinowski asekurując przyjaciela, gdy ten wsiadał do pojazdu. – Niechaj aptekarz Kamiński to zobaczy. I da coś na ból. Stamtąd pojedziemy do Białegostoku, bo nie wydaje mi się, żeby obyło się bez specjalisty.

Horoszko zaciskał zęby, a chorą rękę trzymał na kolanach, starając się ochronić ją przed wstrząsami.

– Najgorzej, że Klara się zmartwi – zauważył. – Jak w tych okolicznościach myśleć o przeprowadzce?

– Przeprowadzka poczeka – pocieszył go przyjaciel. – Zdrowie ważniejsze. Twoja żona na pewno też tak pomyśli.

***

Kurpik uciekał jak mógł najszybciej. Ból zranionej twarzy mocno mu doskwierał. Szybko zorientował się, że podczas skoku poniósł też inną stratę, ale w tej chwili myślał tylko o tym, by znaleźć bezpieczne schronienie.

Wiedział, że nie może wracać do domu, bo to pierwsze miejsce, gdzie będą go szukać. Musiał znaleźć pomoc gdzie indziej.

Pobiegł do Zabłudowa.

APTEKARKA

Michał Kalinowski zatrzymał bryczkę na rynku, uwiązał konia do słupka przed gospodą i pomógł wysiąść Horoszce. Do apteki mieli tylko kilka kroków.

W środku nie było nikogo, o wejściu klienta powiadamiał brzęk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. Po chwili z zaplecza wyszła młoda kobieta w białym fartuchu.

– Złamanie – powiadomił pan Michał.

Kobieta skinęła głową, choć robiła wrażenie zagubionej.

– Nie potrafię pomóc – uprzedziła. – To sprawa dla lekarza.

– Wiem. Prosimy tylko o coś przeciwbólowego.

Kalinowski doprowadził przyjaciela do krzesła stojącego przy oknie.

– Unieruchomiłem rękę, właśnie jedziemy do lekarza, ale może mogłaby pani coś zrobić, żeby zmniejszyć cierpienie.

– Mogę dać zastrzyk.

– Poproszę.

Poszła za ladę, za którą stały szafy z półkami wypełnionymi buteleczkami, torebeczkami i flakonikami. Pachniało silnie jakimś środkiem chemicznym.

Po chwili wróciła pod okno ze strzykawką w ręce, w drugiej niosła flaszeczkę ze spirytusem i kawałek waty.

Kalinowski domyślił się, że jest to córka aptekarza Kamińskiego, zapewne ta sama, która niedawno została solistką w kościelnym chórze.

Była drobna, ale jej głos wydawał się dziwnie wysoki i jakby drżący.

– Proszę podwinąć rękaw – poleciła.

Pan Michał zrobił to, powoli i ostrożnie, żeby nie urazić rannego. Horoszko widząc przygotowania odwrócił wzrok.

– Czy to naprawdę konieczne?

Kobieta, która właśnie podniosła strzykawkę, by sprawdzić czy nie zostało w niej powietrze, skinęła uspokajająco.

– Proszę się nie bać, nie pierwszy raz to robię.

Kalinowski, który nie tak dawno miał podobne problemy ze złamaną kończyną, dobrze wiedział, że to dopiero początek nieprzyjemnych zabiegów, ale nie chciał dokuczać przyjacielowi. Pan Andrej i tak był blady i osłabiony.

Rzeczywiście, poszło nadzwyczaj sprawnie i szybko. Horoszko cały czas głowę trzymał odwróconą, a usta zagryzione.

– No, już – oznajmiła pogodnym głosem i umoczonym w spirytusie wacikiem przejechała po miejscu ukłucia.

Pan Michał sięgnął do wewnętrznej kieszeni.

– Nie trzeba – powiedziała. – Raczej spodziewałabym się, że panowie tu wkrótce wrócą po lekarstwa.

– Dziękujemy – uśmiechnął się Kalinowski. – O, widzi pani, on chyba czuje się lepiej.

Horoszko skinął głową.

– A jeśli chodzi o leki... – zwrócił się pan Michał do Kamińskiej – Mam pytanie. Gdybyśmy potrzebowali jakichś silnych środków, wie pani, przeciwbólowych, czy wszystkie tutaj dostaniemy?

– Mamy sporo – zapewniła. – Praktycznie wszystkie. Jeśli lekarz zapisze coś szczególnego, także to sprowadzimy.

Pan Michał zerknął za siebie.

– A gdybyśmy potrzebowali bez recepty?

Aptekarka spojrzała zaskoczona.

– To znaczy?

– No, coś szczególnego, użytecznego w takich przypadkach jak ten, który pani widzi... Morfina na przykład albo...

– Wyłącznie na receptę – przypomniała.

– A bez? Koszta oczywiście zostałyby pokryte.

Spojrzenie Kamińskiej na małą chwilę uciekło w bok.

– Kto jest aż tak chory? – spytała. – Temu panu zapewne wystarczy to, co przepisze lekarz w Białymstoku.

– A gdybym to ja potrzebował?

– Dla siebie?

– Niekoniecznie. Wiem, że to nie jest do końca legalne, ale czasami bywają specjalne okoliczności...

Wzrok kobiety stał się badawczy i podejrzliwy.

– Pan wydaje mi się całkiem zdrowy – zauważyła.

– Nie siebie miałem na myśli – powtórzył. – Słyszałem od pewnej osoby, że można tu kupić lekarstwa szczególnego rodzaju...

Kobieta pokręciła głową.

– Nic o tym nie wiem.

– Zatem może pani ojciec...

Kobieta nastroszyła się.

– Co „mój ojciec”?

– Czy jest obecny? Chciałbym z nim porozmawiać.

Przyjęła postawę obronną.

– Nie ma go – oświadczyła. – Dlatego ja pełnię dyżur. Mam konieczne uprawnienia.

Kalinowski ukłonił się przepraszająco.

– Nie podważam pani kwalifikacji – zapewnił. – I raz jeszcze dziękuję.

– A ja dziękuję dubeltowo – uśmiechnął się Horoszko.

Gdy szli do bryczki, pan Andrej zainteresował się medykamentami, o które pytał przyjaciel.

– Zdrętwiałem, gdy usłyszałem o nich. Mówisz z doświadczenia, tak? Chyba zaczynam się bać, nie przymierzając, niczym baba...

– Niezupełnie – pan Michał obejrzał się na aptekę. – Coś mi tutaj nie pasuje...

Podeszli do pojazdu, Horoszko zajął miejsce, ale Kalinowski poprosił o chwilę cierpliwości.

– Zaczekaj, Andrej. Coś muszę sprawdzić.

– Ale... – protest chorego trafił w próżnię, pana Michała już nie było.

***

Ledwie Jagoda Kamińska odwróciła w stronę ulicy wywieszkę z napisem: „Zamknięte”, przekręciła klucz w zamku i wróciła za ladę, gdy ktoś gwałtownie zastukał do apteki.

Za mleczną szybą widać było sylwetkę mężczyzny. Panna Kamińska zawahała się, ale po namyśle podeszła, aby otworzyć. Uchyliła drzwi.

– Słucham?

Zamiast odpowiedzi Michał Kalinowski wszedł prawie siłą, a ona cofnęła się, lękliwie ustępując przed jego zdecydowaniem.

– Co pan... co... – szepnęła przestraszona.

Mężczyzna miał zaciśnięte usta, mięśnie twarzy drgały nerwowo.

– Był tu, prawda? Gdzie jest?

Na twarzy kobiety pokazał się wyraz zaskoczenia.

– Kto?

– Pani dobrze wie – kto. Ten bandyta Kurpik.

Patrzył wprost w jej oczy. Nie wytrzymała spojrzenia i odwróciła głowę.

– Ja nie wiem, o czym...

Chwycił aptekarkę za prawą rękę, podniósł do góry. Na dłoni, od spodu, widać było małą plamkę świeżej krwi.

– Skaleczyła się pani? – zapytał podejrzliwie. – I zastrzyki przeciwbólowe były gotowe? Zauważyłem, gdy pani sprawdzała strzykawkę, ale nie skojarzyłem od razu... Wiem, że został ranny i pewnie tutaj trafił... Więc pytam jeszcze raz – był tu czy jeszcze jest?

Niepewnie obejrzała się za siebie.

– Był – odpowiedziała. – Jak panowie przyszli, myślałam, że jeszcze jest, ale uciekł przez okno od tyłu.

Pan Michał wszedł za ladę i rozglądając się po zakamarkach szukał śladów Kurpika. Nie sprzeciwiała się, gdy wtargnął na zaplecze. Okno zabezpieczone drucianą siatką ogrodzeniową teraz było otwarte na oścież.

– Zaskoczył mnie – powiedziała kobieta. – Byłam sama, wszedł nagle zakrwawiony i poprosił o pomoc.

Pan Michał przysiadł na brzegu stolika zastawionego miseczkami i moździerzami, w których przygotowywano jakieś mikstury. Patrzył na aptekarkę ze zmarszczonym czołem.

– Założyłam opatrunek – wyjaśniła, wskazując na podbródek. – Powiedziałam, że jest potrzebne założenie szwów na ranę, ale nie chciał.

Stała naprzeciw, niepewna co się stanie. Pan Michał uświadomił sobie, że powinien wyjaśnić powody swojego postępowania.

– Przepraszam, że panią przestraszyłem. Zapomniałem się przedstawić.

– Nie szkodzi – spróbowała się uśmiechnąć. – Znam pana.

– A tamtego? Wie pani, kim jest?

– Oczywiście. Józef Kurpik. Wszyscy go znają. Co takiego zrobił, że pan za nim biega?

– Zeskoczył z drzewa.

– Proszę?

– Zeskoczył z drzewa. Stąd te obrażenia u obu. Kurpik skoczył z dużej wysokości na plecy pana Horoszki. Sprytnie, gdyby nie to, już byśmy go mieli. Na pewno by się połamał, a tak tylko uszkodził rękę mojemu przyjacielowi.

Jagoda Kamińska wskazała wieszak w kącie.

– Zostawił to – powiedziała. – Nie chciał, żeby ktoś go zobaczył w aptece, więc opatrywałam go tutaj.

Na wieszaku wisiała kapota uciekiniera. Kalinowski podszedł, wziął ją do ręki. Wydawała mu się dziwnie ciężka. Zaczął przeglądać kieszenie. Ich zawartość wykładał na blat stolika.

– Co pan robi? – zdziwiła się.

– Proszę zamknąć drzwi – polecił.

– Ale...

– Proszę – powtórzył z naciskiem.

Poszła, by przekręcić klucz w zamku. Gdy ponownie stanęła przy stoliku, leżał na nim pakiet większy od dłoni, zawinięty w kawałek płótna.

– Co to? – spytała.

– Jego złodziejski łup. Wszystko, co miał – ziemię, dom – kupował za skradzione rzeczy. Był podejrzewany, ale nie było dowodów. Dopiero teraz, gdy wypłoszyliśmy go z kryjówki...

Schował pakiet w zanadrze.

– Zabiera pan? – zdziwiła się. – Chyba trzeba zawiadomić policję...

– Zajmę się tym – obiecał.

Znowu przysiadł na brzegu stołu.

– Pani jest bardzo odważna – zauważył, badawczo przyglądając się twarzy kobiety. – Gdy rozmawialiśmy pierwszy raz, on tam jeszcze był. Może groził. Podziwiam pani opanowanie i zimną krew.

Usta panny Kamińskiej zadrgały.

– Co to znaczy? – spytała. – Czy pan sugeruje, że on... że on mógłby...

Kalinowski nie odpowiedział wprost.

– On tu przyjdzie – uprzedził. – Wróci po te rzeczy.

Wzdrygnęła się ze strachu.

– To proszę tego nie zabierać, żebym mogła oddać.

Pokręcił głową.

– Szukaliśmy go właśnie z powodu tych przedmiotów. Proszę mu przekazać, że jeśli chce cokolwiek odzyskać, musi się zwrócić do mnie. I to osobiście.

– Ale...

Pan Michał wyprostował się i łagodnym spojrzeniem próbował uspokoić rozmówczynię.

– Przepraszam, ale lepiej żeby nie wiedziała pani wszystkiego. Po prostu proszę powtórzyć, co powiedziałem. Żeby się zwrócił do mnie.

Ramiona panny Kamińskiej zadrgały. Teraz zaczęło docierać do niej, że była w niebezpieczeństwie, a może zagrożenie jeszcze nie całkiem minęło.

– Ojca naprawdę nie ma? – zapytał Kalinowski.

– Mówiłam, że wyjechał.

– Wobec tego proszę zamknąć aptekę. Jeśli pojawi się Kurpik, pani mu tylko przekaże, żeby poszedł do mnie. Że pani nic nie wie i nie chce wiedzieć. Udzieliła mu pomocy po chrześcijańsku i tylko tyle. Najlepiej proszę go nie wpuszczać do środka. Gdyby się wpychał, jak ja, przepraszam za to zachowanie, proszę wezwać pomocy.

Kiedy to mówił, kobieta sięgnęła po flakonik, wyjęła z niego tabletkę, połknęła i popiła wodą z karafki stojącej na stole.

– Już mi lepiej – powiedziała po chwili.

Gdy żegnali się przy drzwiach, Kalinowski po raz kolejny przeprosił za swoje zachowanie. Całując jej rękę próbował załagodzić poczucie zagrożenia, którego stał się sprawcą.

– To tylko złodziej – spojrzał jej w oczy i stwierdził, że są wielkie i nadzwyczaj błękitne. – Proszę się nie bać. Nie zrobi pani krzywdy. Proszę zamknąć aptekę i już. Od strony podwórza nie wejdzie, okna z zewnątrz nie da się otworzyć. Będzie pani bezpieczna.

– Dobrze – powiedziała.

– Może poprosi pani, żeby ktoś przyszedł na noc? – zaproponował. – Sąsiadka albo koleżanka. Proszę jej nie opowiadać o całym tym zamieszaniu, ale może będzie lepiej, żeby nie zostawała pani sama...

Zęby panny Kaminskiej znowu zadźwięczały.

– Mówił pan, że Kurpik nie jest niebezpieczny...

Pan Michał jeszcze raz pocałował ją w rękę i pomyślał, że spotkał bardzo interesującą kobietę.

– Nie jest – zapewnił szybko. – Ale w desperacji człowiek zdolny jest do zachowań nieprzewidywalnych... Obym się mylił. Na pewno się mylę. To przecież tchórz. Proszę tupnąć i kazać mu przyjść do mnie.

 

Jagoda Kamińska uśmiechnęła się słabo.

– Dam sobie radę – oznajmiła. – Tylko proszę już iść.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?