Dworek pod Malwami. Na paryskim bruku

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #52
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 52 - Na paryskim bruku

Saga

Dworek pod Malwami 52 - Na paryskim bruku

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801491

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

WYSTRZAŁ

Styczeń 1928

Wystrzał, który rozległ się w Kalinówce w wieczór Trzech Króli, postawił na nogi wszystkich mieszkańców dworu.

Pan Michał pierwszy zlokalizował miejsce, gdzie nastąpił wybuch i błyskawicznie wpadł do właściwego pomieszczenia.

Na krześle ustawionym na środku siedział Józik Kalinowski z pistoletem w ręku, a w suficie dokładnie nad jego głową widniała dziura. Drewniany strop starego domu nie przepuścił po prostu pocisku, ale od uderzenia skruszył się i widać było w nim otwór wielki jak pięść.

Po drugiej stronie, na pięterku, służąca Tereska nazywana Bocianiukiem akurat stała w progu służbowego pokoiku, gdy nagle naprzeciwko niej wybuchła podłoga, a znajdująca się obok łóżka szafka, której kula urwała nogę, przechyliła się i zwaliła z łoskotem.

Dziewczyna otworzyła usta i nie mogła wypowiedzieć słowa, patrząc szeroko otwartymi oczami na drzazgi z podłogi latające po pokoju.

Na dole pan Michał wpadł do pokoju syna i wyrwał Józikowi broń z ręki. Chłopak siedział jak skamieniały.

– Sam wystrzelił – oznajmił niedowierzająco. – Wziąłem, a on nagle wystrzelił...

Kalinowski zorientował się, że chłopcu nic się nie stało, z całych sił chwycił go w ramiona, przełożył przez kolano i trzaskał po tyłku otwartą dłonią aż do zmęczenia.

Pan Michał nie zapytał o powody zachowania syna, gdyż stały się one jasne, jak tylko przeczytał list pożegnalny.

– „Umieram z miłości?!” Ty głupi smarkaczu, ja ci dam miłość! – wołał i odpocząwszy nieco kontynuował egzekucję.

Potem zamknął Józika w pustym pokoju, kategorycznie zakazał mu wychodzenia i nawet powrót do szkoły odwlókł prawie o tydzień.

Józik był obolały przez kilka dni, cierpiał też jego ojciec, a czerwoną od uderzeń dłoń moczył w wodzie.

– Co za dureń! – powtarzał. – Co za dureń! Niechby i sobie odstrzelił ten głupi łeb! Ale mógł przecież poważnie zranić kogoś innego.

Ojciec nie wiedział, kto jest przyczyną sercowych kłopotów chłopca. Podejrzewał, że chodzi o jakaś koleżankę z żeńskiego gimnazjum. Listu do Jadwigi Szumskiej, który był powodem zamachu syna na szczęście nie znalazł.

Józik odbył areszt, a po kilku dniach, odebrawszy nauki rodziców, odjechał z Janem do miasta na swoją kwaterę u pani Ostaszewskiej.

Franciszka dowiedziała się o przyczynach wystrzału, bo odgłosów lania nie można było ukryć, podobnie jak wykrzykiwań ojca, który powody zachowania syna zanalizował i poddał surowej krytyce.

– Miłości ci się zachciało? Ty głupi smarkaczu! Jak będzie trzeba codziennie będziesz dostawał baty, a w sobotę podwójne!

Franciszka próbowała poznać szczegóły, ale Józik nabrał wody w usta, obrażony na ojca i na cały świat. Matka nie nalegała, dała chłopakowi spokój i zadowoliła się ogólnikami, a przed innymi utrzymywano, że broń wypaliła przypadkiem. Wersja oficjalna głosiła: Józik czyścił rewolwer ojca i omal nie postrzelił się na poważnie.

***

Miłość przeszła Józikowi Kalinowskiemu zupełnie. Bez śladu.

– A ty co? – zapytał Kazio Kapusta, najbliższy przyjaciel. – Całkiem zapomniałeś?

– Zapomniałem.

Książkę z wierszami, którą dostał od pani Jadwigi Szumskiej, zwrócił zaraz na pierwszej lekcji języka polskiego.

Miał niewyraźną minę, gdy spytała, czy wiersze pomogły mu zrozumieć, co miała na myśli, mówiąc, że chce pomóc mu przygotować się do wystąpienia podczas szkolnej uroczystości.

– Sam nie wiem... – bąknął tylko nie patrząc jej w oczy i ukłonił się.

***

Podczas uroczystości karnawałowej w szkole Józik Kalinowski był oczywiście obecny, mówił wesołe wierszyki na temat pożytków z nauki i charakteru nauczycieli. Napisali je profesorowie, nie szczędząc złośliwości sobie wzajemnie, ale nie przekraczając granicy dobrego smaku.

Zaraz potem zachorował, skarżył się nie tylko na bóle brzucha ale i zawroty głowy. W tej sytuacji nie było wskazane, aby zostawał na zabawie tanecznej. Wychowawca klasy, Konstanty Kosiński, chciał dać mu obstawę i poczekać, aż uczeń poczuje się lepiej, ale Józik prosił, by tego nie robić.

– Właściwie to czuję się niezdrowy już od przedwczoraj – powiedział. – Jakoś się trzymałem, ponieważ nie chciałem zawieść pana profesora i kolegów i musiałem wystąpić. Ale teraz taki jestem osłabiony, chyba byłoby najlepiej, żeby mnie pan profesor zwolnił do domu...

Kosiński ubolewał, że chłopak nie będzie miał rozrywki, ale wyraził zgodę na zaproponowane rozwiązanie.

– Zabawa ma być przecież przyjemnością, nie umartwieniem – oznajmił.

Nie mógł puścić chorego Józika samego, by ten nie zasłabł po drodze, chciał mu przydzielić kolegę, ale Kalinowski stanowczo zaprotestował.

– Nie mogę kolegom psuć zabawy – odpowiedział poważnie. – Może woźny mógłby mnie kawałek odprowadzić?

Profesor Kosiński zgodził się po namyśle na takie rozwiązanie, więc po chwili Józik założył okrycie i w towarzystwie siwowłosego Macieja wyszedł z gmachu szkoły na zimowy, śnieżny świat. Tu odetchnął głęboko, ale pamiętał, by mieć minę odpowiednio zbolałą jak na cierpiącego przystało.

Nie chciał robić przykrości woźnemu. Zatroskany Maciej szedł obok wolnym krokiem i przez całą drogę ubolewał nad chłopcem, którego ominie karnawałowa przyjemność.

Przed bramą domu Józik ukłonił się opiekunowi.

– To już wystarczy, dziękuję Maciejowi.

– Na pewno? – dopytywał się woźny, uważnie patrząc w twarz ucznia. – Żeby mi Józik nie upadł gdzie na samym progu...

– Dam sobie radę. Niech się Maciej nie martwi. Przykro mi, że musiał z mojego powodu wychodzić na mróz. Niech wraca, posiedzi przy piecu, posłucha muzyki...

– Mnie mróz nie straszny – odparł woźny, poprawiając kołnierz kożucha. – Nie takie mrozy doświadczałem w Rosji.

– W Rosji? – zaciekawił się chłopak. – Musi mi Maciej kiedy o tym opowiedzieć. Mój przyrodni brat też był na zesłaniu.

Woźny pokręcił głową.

– Na zesłaniu nie byłem, ja pod Moskwą rodzony.

Spytał raz jeszcze, czy uczeń na pewno da sobie radę, po czym uchylił czapki i odszedł, szeroko stawiając nogi na śliskich od udeptanego śniegu chodnikach.

Józik patrzył za nim, a gdy zorientował się, że nie jest już widoczny, pchnięty nagłym impulsem minął bramę swojej kamienicy i poszedł dalej.

Nie miał zegarka, ale obliczał, że jest najwyżej szósta, miał więc nieco czasu dla siebie. Pani Ostaszewska spodziewała się jego powrotu na kwaterę najwcześniej o dziesiątej, więc postanowił zrobić niewielki spacer. Po tych przeżyciach jakaś przyjemność mu się przecież należy.

Pomysł był co prawda nieco ryzykowny, bo okoliczne zaułki były zupełnie nieoświetlone, toteż mogły się tam czaić przykre niespodzianki. Ale z drugiej strony – samotna wędrówka po zmroku, bez żadnej kontroli i bez towarzystwa dawała poczucie wolności i swobody. Józik nie zastanawiając się dłużej ruszył przed siebie.

JÓZIK SKŁADA WIZYTĘ

Józik został zaproszony w odwiedziny do przyrodniego brata na sobotę.

– Przyjdź koniecznie – powiedziała Krysia Ochman. – Będziemy z Ignasiem obchodzić mały jubileusz.

– Nie chciałbym przeszkadzać...

– Co ty mówisz? – zawołała oburzona. – Nigdy nie przeszkadzasz. Twoje odwiedziny sprawią nam przyjemność. Wiesz, Ignaś bardzo tęskni do Kalinówki. On się nie lubi do tego przyznawać, ale ja wiem, że tak jest. Porozmawiacie sobie, będzie zadowolony, zobaczysz.

Józik po krótkim namyśle wyraził zgodę.

– Przyjdę, ale nie na długo. Muszę się uczyć.

Mówił prawdę, bo rzeczywiście spędzał nad książkami wiele czasu, ale konieczność nauki stanowiła także znakomitą wymówkę w rozmaitych niewygodnych sytuacjach. Wizyty w mieszkaniu przy ulicy Kolejowej właśnie do takich należały. Józik czuł się tam nieco niezręcznie, bo docierała do niego niezbyt dobra atmosfera panującą pomiędzy bratem a Ochmanówną.

– Czasami nie mam już sił – powiedziała podczas jego drugiej wizyty.

Pierwsze spotkanie było dość przyjemne, bracia poznawali się dopiero i Ignaś zachowywał wstrzemięźliwość. Zadbała o to Krysia, która z niemałym wysiłkiem postarała się o suto zastawiony stół, na którym znalazła się tylko jedna butelka wódki.

Koniec następnej wizyty Józika okazał się znacznie mniej udany. Ignaś upił się, zasnął przy stole, a śpiąc burczał pod nosem albo zrywał się i groźnie pokrzykiwał. Józik stracił ochotę na kolejne odwiedziny.

***

Dopiero później Józik przypomniał sobie, że zgodził się na odwiedziny u brata dokładnie w ten wieczór, gdy w szkole odbywała się zabawa karnawałowa. Nie miał kiedy uprzedzić Krysi, że nie przyjdzie, potem o tym zapomniał. Ale gdy woźny odprowadził go pod dom, Kalinowski przypomniał sobie o zaproszeniu.

 

Teraz szedł przez miasto, pełne wieczornego gwaru i pośpiechu. Światła odbijały się w białym śniegu, rzęsiście oświetlono restauracje i wystawy sklepowe. Wszędzie panował karnawałowy nastrój. Jeździły dorożki i taksówki przybrane kolorowymi balonami, przechodnie w dziwnych i fantazyjnych przebraniach zapewne udawali się na bale maskowe.

Na Rynku Kościuszki przed dużym domem handlowym gromada dzieciaków uczyniła sobie ślizgawkę i Józik dłuższą chwilę się zastanawiał, czy nie przyłączyć się do zabawy. Ale w końcu machnął ręką i poszedł dalej.

Kino Modern, w którym pracowała Krysia Ochman od dwóch tygodni było zamknięte na podstawie decyzji inspektora nadzoru budowlanego. Stało się tak z powodu anonimowego doniesienia o przeciekającym dachu stanowiącym potencjalne zagrożenie dla widzów. Specjalna komisja miała to zbadać, ale nie spieszyła się z wydaniem ostatecznej opinii, a wszystko to razem, zdaniem Ochmanówny, wskazywało na złośliwe działania konkurencji.

Józik doszedł do placu przed wzgórzem św. Rocha i skręcił w ulicę nazwaną imieniem patrona nowego kościoła wiodącą do dworca kolejowego.

– Dorożka dla panicza? Dorożka! – zachwalał człowiek na koźle pierwszego z kilku pojazdów.

– Nie, dziekuję – spłoszył się Józik.

Liczył, że przejdzie przez miasto nie spotykając nikogo. Wszyscy nauczyciele znajdowali się w szkole, innych znajomych w mieście praktycznie nie miał.

Ojciec wyraźnie ostrzegał, aby się nie włóczył.

– Żebym niczego takiego nie usłyszał! Masz jeszcze czas na nocne spacery po mieście!

Józikowi zależało, aby być po prostu anonimowym przechodniem, a nie kimś, kto rozbija się dorożkami i może zostać zauważony i zapamiętany.

– Specjalna okazja! – kusił dorożkarz. – Za dwadzieścia groszy zawiozę panicza, gdzie tylko zechce.

Kalinowski miał przy sobie akurat tyle, więc propozycję uznał za szczęśliwy traf. Nigdy wcześniej nie jeździł sam dorożką, poczuł się bardzo ważny i dorosły.

– To niech będzie – zgodził się.

Wsiadł do pojazdu, rozparł na siedzeniu. Dorożkarz puścił do niego oko spod czapki nisko nasuniętej na czoło.

– Gdzie pan hrabia rozkaże?

– Kolejowa jedenaście.

Dorożkarz strzelił z bata.

– Może być i Kolejowa – zgodził się. – Ale to objechać trzeba, bo moja Mania po wiaduktach nad torami nie umie biegać.

W linii prostej, przez most nad koleją i dworzec byłoby Józikowi najkrócej i nawet się zastanawiał, czy nie zrezygnować z kursu, ale w porę przypomniał sobie, co kiedyś mówił ojciec. Pewnego dnia przyjechał opłaconym kursem z miasta, co matka skwitowała cierpką uwagą.

– Aż tyle pieniędzy masz do wyrzucenia? – spytała kwaśno.

Pan Kalinowski wzruszył ramionami.

– Dorożkarz nie znajduje się na ulicy dla przyjemności. To jego praca. Jeśli nie ma pasażerów, nie ma zarobku. Może akurat ten, co mnie przywiózł, obarczony jest liczną rodziną, chorymi dziećmi, matką staruszką? Dałem człowiekowi zarobić parę groszy.

Franciszka zamilkła, a Józik zapamiętał sobie wywód ojca. Pewnie miał rację, bo jeśli mimo karnawałowej soboty na placu stało kilka wolnych pojazdów, zarobek ich właścicieli nie był pewnie wielki.

Teraz rozsiadł się w pojeździe, z góry popatrzył na przechodniów.

Spróbował wczuć się w rolę Stasia Kalinowskiego, który codziennie jeździ po Paryżu. Dorożką, a może nawet samochodem. Józik przymknął oczy. Znikło zaśnieżone, ciemnawe miasto. Jechał słonecznymi bulwarami stolicy Francji.

Dorożka szarpnęła nagle i zatrzymała się.

– Ty dokąd, Maryna? – zawołał woźnica, wybijając pasażera z marzeń.

Przy krawężniku pod latarnią stała młoda kobieta w niedopiętym palcie z futrzanym kołnierzem.

– Na Kolejową mam interes – odkrzyknęła. – Pod siódmy.

Dorożkarz odwrócił się.

– Panicz pozwoli, że przy okazji podrzucimy damę?

Zaskoczony Kalinowski nie oponował. Kobieta już wskoczyła na stopień i usadowiła się naprzeciw niego. Nagle zapachniało czymś dziwnym, fiołkami może, aż Józikowi zakręciło się w głowie.

– Wio, Mania! – strzelił z bata woźnica.

Nieznajoma wydawała się niewiele starsza od pasażera. Miała mocno wymalowane usta, z których nie schodził uśmiech.

– O, jaki pan uprzejmy!

Józik skromnie opuścił wzrok, bo strój współpasażerki wydawał mu się dziwny – widoczna spod palta sukienka ledwo zakrywała kolana. Dziewczyna przyglądała mu się natarczywie i z ciekawością.

– A kawaler dokąd? – spytała bezceremonialnie.

– Do brata – wyjaśnił. – Na Kolejową.

Kobieta zachichotała.

– Mam dziś fart! Ja też na Kolejową. Jakby mnie kawaler nie zabrał, chyba piechotą musiałabym drałować. A w tych butach...

Podniosła nogę i oparła ją o siedzenie dorożki tuż obok Józika.

– Ładne, nie? – spytała. – Tylko podeszwa cienka i szybko mi palce marzną.

Trzewiki zakrywały kostkę, powyżej widać było jasną pończoszkę.

– Ładne – odparł Józik.

Kobieta zaśmiała się półgłosem.

– Noga też niczego sobie, nie? – zauważyła.

Józik zawstydził się, chciał odsunąć w bok, ale nagle obok jego uda pojawiła się druga noga.

– Nie podobają się? – spytała żartobliwym tonem. – E, tam! Nie wierzę.

Chłopak spłoszonym wzrokiem spojrzał na dorożkarza, szukając u niego ratunku, ale woźnica ani drgnął, widać było tylko jego plecy.

– A czego kawaler tak wystraszył się? – spytała nieznajoma. – No, kto by pomyślał! A taki zdaje się dorosły!

Przysunęła obie nogi do jego bioder i zaraz je zabrała, opuszczając na podłogę pojazdu.

– Nie ma się czego bać – oznajmiła.

Józik był tak zaskoczony i tak bardzo nie wiedział, jak powinien się zachować, że na wszelki wypadek nie robił nic, ani drgnął.

– A długo kawaler będzie u tego brata? – zapytała.

– Nie, nie wiem... – wymamrotał.

– Bo jakby nie za długo, to może później się spotkamy? – zaproponowała.

Nie odpowiedział, dotknął dłonią rozpalonego policzka. Nie patrzył na kobietę. Gdyby kazano mu ją opisać, pewnie by nie potrafił, ale dobrze zapamiętał, jak wiosennie pachniała.

– Prrr! – dorożka zatrzymała się.

Kobieta wstała z miejsca i wychodząc z pojazdu przesunęła się bardzo blisko siedzącego chłopca.

– To do zobaczenia, kawalerze.

Miał ochotę wyskoczyć, żeby podać wysiadającej rękę, ale spóźnił się z decyzją, już była na chodniku.

– Dziękuję za podwiezienie.

Patrzył za nią, jak brodzi w śniegu, najwyraźniej od kilku dni nieuprzątniętym przez dozorców kamienic i niespiesznie wchodzi do bramy.

– To w takim razie i ja... – zdecydował się nagle i podał woźnicy monety, które od pewnego czasu trzymał w dłoni.

– Już? – zdziwił się tamten, a potem uśmiechnął. – Aha, rozumiem...

– Nic nie rozumiecie – zaprzeczył Józik. – Tylko nie chcę, żeby brat widział, jak podjeżdżam.

Dorożkarz chuchnął na zapłatę.

– Nie moja sprawa – odparł, chowając pieniądze. – No, Mania, dawaj z powrotem!

Ta część miasta nie była tak dobrze oświetlona jak główne ulice i nawet śnieg wydawał się tu inny, twardszy i brudniejszy. Latarnia stała daleko od domu Ignasia i Józik musiał uważać, żeby nie wpaść w zaspę, ale z okien domu padało nieco światła. Na szczęście miał do przejścia tylko kilkadziesiąt kroków, a gdy znalazł się w bramie, odetchnął z ulgą. Po chwili jednak zmartwiał – nie pomyślał o tym, że będzie musiał wrócić, a nie miał już na dorożkę. Trudno, coś się zaradzi – pocieszył się i ruszył przed siebie.

W bramie wiodącej na obszerne podwórze przy wejściu do prawej oficyny paliła się słaba żarówka. Tędy wchodziło się do mieszkań położonych od frontu. Józik musiał iść dalej, Ignaś mieszkał w głębi, z wejściem na końcu podwórza.

Powinien się tam skierować, ale tego wieczora albo prześladował go pech, albo zuchwała fantazja podsuwała dziwaczne pokusy. Gdy bowiem znalazł się już przy drzwiach do oficyny, zatrzymały go niespodziewane i osobliwe dźwięki. Dwuskrzydłowe wysokie drzwi z kolorowymi szybkami na górze były niedomknięte, dochodził zza nich regularny szum, jakieś szmery, stukanie i przytłumione głosy ludzkie.

Być może innego wieczora minąłby to miejsce i poszedł dalej. Ale teraz, gdy gdzieś tam bawili się jego koledzy, a pewna kobieta omal go nie uwiodła, Józika zaintrygowało, co mogą oznaczać dochodzące jego uszu odgłosy i nagle zapragnął się tego dowiedzieć.

Cicho podszedł, przysunął głowę, próbował zajrzeć przez szparę. Na klatce schodowej było ciemnawo, ludzie, których słyszał, znajdowali się poza zasięgiem jego wzroku. Kobieta śmiała się cicho albo przemawiała zachęcająco, mężczyzna półgłosem powtarzał rytmicznie jedną tylko samogłoskę.

– O! O! O!

Kalinowski pomyślał o dziewczynie pachnącej fiołkami, którą podwiózł dorożką. To chyba nie była ona, wysiadła przecież wcześniej, ale może...

Znowu przyłożył oko do szpary w drzwiach. Rękę oparł na klamce i zastanawiał się, czy zdoła otworzyć je bez hałasu.

Nie zdążył podjąć decyzji. Drzwi otworzyły się nagle, a on wpadł do środka, zatoczył się i omal nie przewrócił.

– Co to, u diabła?! – warknął męski głos.

Kalinowski nie zdążył zobaczyć, jak wygląda nieznajomy. Zanim się wyprostował, zarobił cios pięścią w twarz. Wygięło go solidnie w tył, z nosa pociekła krew.

– Tfu! To jakiś szczeniak! – powiedział mężczyzna, wyminął go i wyszedł, nie troszcząc się o zamykanie drzwi.

Oszołomiony Józik, z dłonią przy twarzy, odruchowo sprawdzał, gdzie jest kobieta, którą tu dopiero słyszał, ale na pierwszy rzut oka nie zauważył nikogo. Drugiego rzutu nie było, nos bolał tak bardzo, że instynktownie wybiegł z powrotem do sieni, a stamtąd na podwórze, gdzie chwycił garść śniegu i przyłożył sobie do twarzy.

***

Krysia Ochman czekała i ledwie zastukał, natychmiast otworzyła drzwi.

– Józik! Jak dobrze, że jednak przyszedłeś!

Miała na sobie szarą sukienkę z czarnymi aplikacjami na ramionach i rękawach. Wyglądała uroczyście i elegancko, zwłaszcza, że i fryzura najwyraźniej dopiero co wyszła spod ręki fachowca.

– Co się stało? – spytała przerażona, patrząc na jego nos. – Przecież ty krwawisz!

Widocznie nie wytarł się tak dokładnie, jak mu się wydawało.

– To nic takiego. Potknąłem się na schodach.

Chwyciła chłopca za rękę i wciągnęła do mieszkania.

– Wejdź, wejdź. Zaraz ci zrobię okład.

Posłuchał, otrzepał buty, ostrożnie zdjął palto, uważnie je oglądając, ale na szczęście śladów krwi nie znalazł.

Krysia pobiegła do kuchni, skąd wróciła z ręcznikiem zmoczonym w zimnej wodzie.

– Przyłóż, bo spuchnie.

– Ja tylko na chwilę – zastrzegł. – Pani Ostaszewska nie lubi, gdy wracam późno wieczorem, a na dodatek skarży ojcu.

Rozejrzał się, nigdzie nie zauważył Ignasia.

– Brata nie ma?

– Pewnie niedługo wróci – tłumaczyła się Krysia. – Już powinien być, ale sam wiesz, że czasem coś wypada...

Weszli do pokoju, gdzie na stole przykrytym ażurową serwetą królowało zapowiedziane ciasto, jego ulubiony sernik, a obok drugie, z czekoladą. Usiedli, Józik nadal z ręcznikiem przy twarzy.

– Posiedź tak jeszcze, może nie będzie siniaka – poradziła. – Zaraz zrobię herbaty.

Ledwie ją przyniosła, rozległo się głośne stukanie do drzwi.

– To Ignaś! – zerwała się gospodyni.

Józik nie zapytał, czemu dobija się do drzwi zamiast otworzyć własnym kluczem.

Poszedł za nią i przekonał się, że przyrodni brat jednak jeszcze nie powrócił.

– Węgla wam przyniosłem – powiedział człowiek na progu. – Waszego chyba nie ma, to pomyślałem...

– Zaraz powinien wrócić – odpowiedziała Ochmanówna.

Odsunęła się jednak od drzwi, by mógł wejść i wnieść kubeł do kuchni.

– Sąsiad zawsze taki uprzejmy, dziękuję.

Mężczyzna przesypał węgiel do drewnianej skrzynki przy piecyku.

– Na dwa dni starczy – powiedział.

Był niewysoki, szeroki w plecach, o grubym karku i szyi. Cerę miał szarą, twarz naznaczoną bliznami po ospie, oczy małe i myszkujące. Kiedy mówił, widać było, że brakuje mu górnego przedniego zęba.

– Już pójdę, bo widzę gościa macie...

– To Ignasia brat – wyjaśniła Krysia. – Nie chcę narzekać, ale można by żarówkę przepaloną na schodach wymienić. Chłopak potknął się po ciemku i nos rozbił.

 

Mężczyzna odchylił głowę w bok, by przyjrzeć się Kalinowskiemu.

– Na schodach? – powtórzył zdziwiony. – Rano przecież wymieniłem...

– Tak? – podniosła brwi Krysia. – To pewnie schody za wysokie. Uważać trzeba.

– Jakoś tak się potknąłem – tłumaczył się Józik. – Moja wina.

Krysia uśmiechnęła się do gościa.

– Raz jeszcze dziękuję sąsiadowi. A może sąsiad kawałek ciasta pozwoli?

Mężczyzna zawahał się, raz jeszcze spojrzał na Józika.

– Inną razą może – uśmiechnął się szczerbato, skinął jej głową i wyszedł zabierając kubeł.

Ochmanówna westchnęła.

– To sąsiad – powiedziała. – Leon Kusiel, szewc. Bardzo uprzejmy człowiek, zawsze chętny do pomocy. Raz mnie zastał, jak niosłam węgiel z piwnicy, bo Ignasia akurat nie było w domu, to aż się zdenerwował, że sama się męczę. Jego zdaniem robota dzieli się na męską i żeńską. A ty, Józiku, co myślisz? Pozwolisz swojej żonie dźwigać węgiel? Czekaj, czekaj, zanim odpowiesz, ciasta ci nałożę...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?