Dworek pod Malwami 50 - Matki

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #50
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 50 - Matki

Piotr Kukliński

Saga

Dworek pod Malwami 50 - Matki

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801514

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PAN BARON

Styczeń 1926

Pod koniec stycznia Michał Kalinowski utknął w Białymstoku na cały tydzień. W hotelu Ritz spotykał się ze znajomymi, załatwiał sprawy finansowe, grał w karty.

Z sumy wynagrodzenia, jaka należała mu się za administrowanie Złotnikami, otrzymał tylko część i zastanawiał się nad wynajęciem prawnika, który byłby w stanie wyegzekwować resztę należności.

Sytuacja w kraju po chwilowej poprawie w związku z wprowadzeniem nowej waluty znowu się pogarszała, zaś adwokat Wizner upierał się, by wypłacić honorarium w złotówkach, co dla Kalinowskiego oznaczało stratę.

– Trzeba go zmusić do respektowania kontraktu – żądał pan Michał od swojego pełnomocnika.

Pewnego popołudnia czekał właśnie na adwokata, gdy pojawił się boy hotelowy i podał kartę wizytową.

– Pan baron Bisping pragnie odwiedzić pana dziedzica.

Gdyby Pan Michał spojrzał na kartonik przeczytałby: Jan Kamil Antoni Bisping von Gallen, ordynat na Massalanach. Nie musiał tego robić, znał barona osobiście.

– Poproś.

Tuż za bojem pokazał się ubrany na czarno mężczyzna w średnim wieku.

– Panie Michale, witam. Wybacz, że cię nachodzę, ale usłyszałem właśnie, że stoisz w tym samym hotelu...

– Cieszę się, widząc pana barona. Zechce pan wstąpić?

Kalinowski zaprosił gościa do pokoju, gestem zatrzymując chłopca hotelowego i wręczając mu banknot.

– Przynieś koniak, z łaski swojej.

– W tej chwili, panie dziedzicu.

Baron znalazł się w pokoju, zajął miejsce na krześle, założył nogę na nogę. Był ubrany nadzwyczaj starannie i całkowicie na czarno. Miał bladą cerę, która silnie kontrastowała z jego ubraniem.

Jan IV Bisping, bogacz i sportowiec, spokrewniony z najznakomitszymi rodzinami polskimi, należał niegdyś do najbardziej znanych przedstawicieli arystokracji. Zamiłowania sportowe realizował na lądzie, w wodzie i w powietrzu, ścigał się konno, latał balonem, a podczas wyścigów samochodowych doznał poważnego urazu ręki. Od lat jednak nie uczestniczył w szerokim życiu publicznym czy nawet towarzyskim, gdyż na jego biografii kładła się cieniem sprawa sprzed kilkunastu lat – został oskarżony i skazany za zabójstwo innego przedstawiciela polskiej arystokracji, księcia Druckiego-Lubeckiego.

– Jadę właśnie, uważasz pan, do Warszawy... – odezwał się Bisping nieco nerwowym tonem. – Sąd Apelacyjny nareszcie zajmie się moją sprawą...

– Ach, tak – skinął pan Michał. – Pamiętam naturalnie, ale sąd wezwał mnie jako świadka dopiero za trzy tygodnie. Sprawa zaczyna się trzeciego lutego, ja mam zeznawać dwudziestego czwartego. Wnoszę z tego, że proces będzie toczył się długo, zatem miejmy nadzieję, że dostatecznie szczegółowo, by pan baron został wreszcie oczyszczony z zarzutów, czego serdecznie życzę.

Baron uśmiechnął się słabo.

– Noszę ten gorset podejrzeń już tyle lat, że, uważasz pan, mało kto widzi we mnie normalnego człowieka. Jak zbawienia oczekuję, by nareszcie sprawa została zakończona.

Wyrok skazujący Jana Bispinga wydał jeszcze sąd carski, opinia publiczna jednak nie była jednoznacznie przychylna baronowi, nie brakowało takich, którzy uważali proces za sprawiedliwy, a wyrok za słuszny.

Tamto postępowanie, zakończone krótko przed wybuchem wojny światowej, w opinii wielu obserwatorów urągało podstawowym zasadom prawa i sprawiedliwości, podsądny został ukarany z bardziej z powodów politycznych niż dlatego, że udowodniono mu winę.

W pierwszym procesie pan Michał nie zeznawał, zgodził się złożyć zeznania przed Sadem Apelacyjnym, którego zadaniem było rozpoznanie sprawy od początku i wydanie orzeczenia już w imieniu wolnej niepodległej Rzeczpospolitej.

– Pan, drogi panie Michale, należysz do tych, co nie zwątpili we mnie, za co byłem i jestem niezmiernie wdzięczny – oświadczył Bisping. – Prawdę mówi stare przysłowie – prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

– To mój obowiązek jako Polaka i patrioty – odparł Kalinowski. – Miałem też przecież osobisty powód, by nie wierzyć w te absurdalne oskarżenia.

***

21 kwietnia 1913 roku książę Władysław Drucki-Lubecki w swoim pałacu w Teresinie pod Warszawą podejmował gościa. Zgodnie ze swoim zwyczajem, zabrał go na przejażdżkę po parku małym, lekkim pojazdem, którym sam powoził. Pod wieczór pewien służący przechodził przez park i odkrył porzucony powóz, z końmi uwiązanymi do drzewa. Powóz był pusty, znajdowało się w nim tylko futro księcia. Miało to miejsce już po zmroku, zaniepokojona służba ruszyła natychmiast na poszukiwania księcia. To wielki park, liczył ponad czterysta morgów, niełatwo go obejść.

Książę Drucki-Lubecki został w końcu znaleziony – martwy. Stwierdzono dwie rany postrzałowe, zadane z tyłu, najpewniej z bliskiej odległości. Jedna kula weszła z prawej strony kręgosłupa, druga za uchem, przebijając czaszkę i wysadzając oko. Nadto lekarz odnotował na głowie denata wiele ran cięto-tłuczonych, jak gdyby książę stoczył bójkę, ale nie miały one skutku śmiertelnego.

Przybyła na miejsce zdarzenia policja uznała, że motyw rabunkowy jest mało prawdopodobny – w pobliżu ofiary znaleziono nie tylko kosztowną laskę, ale także złoty zegarek i takiż łańcuszek.

Przesłuchania służby nie doprowadziły do ustalenia przebiegu wydarzeń – nikt nie słyszał strzałów, nikt też nie widział zbrodni. Bo że doszło do zabójstwa nie ulegało wątpliwości. Na miejscu znaleziono liczne ślady krwi, a charakter obrażeń denata wskazywał, że przed śmiercią stoczył on walkę w obronie życia.

Śledztwo podjęto nadzwyczaj energicznie, przyjmując kilka hipotez mających wyjaśnić wszystkie okoliczności tragicznego zdarzenia. Jedna z nich zakładała, że sprawcy należy szukać wśród osób z najbliższego otoczenia księcia.

Na pierwszy ogień wzięto mężczyznę, który feralnego dnia gościł w pałacu i był jednym z ostatnich, który widział księcia żywego.

Stał się też od razu podejrzanym numer jeden, ponieważ tego właśnie dnia wyjechał z Teresina, a jeden ze świadków zeznał przed policją, że widział w jego ręku rewolwer.

Gościem księcia, znanym i zaprzyjaźnionym, był baron Jan Bisping, ordynat na Massalanch. Widziano go, gdy wraz z gospodarzem wyjeżdżał powozem na spacer po parku, a potem nagle zniknął. Wiadomo było jednakże, że wybierał się do swego majątku położonego pod Grodnem.

W tej sytuacji policja posłała za nim depeszą wzywającą do powrotu, co też Jan Bisping uczynił bez ociągania. Przyjechał do Warszawy następnego ranka, gdzie został natychmiast aresztowany pod zarzutem zabójstwa.

Jan Bisping zaprzeczył podejrzeniom i zeznał, że rozstał się z księciem w jak najbardziej pokojowych stosunkach, a opuścił park, ponieważ spieszył się na pociąg do Grodna. Prokuratura nie dała wiary tym wyjaśnieniom i postawiła ordynata w stan oskarżenia. Baron ponad rok spędził w areszcie, czekając na proces, z godną podziwu odpornością znosząc szykany rosyjskiej administracji i ataki rosyjskojęzycznych gazet.

Władze carskie usiłowały wykorzystać okoliczności zbrodni do rzucania oskarżeń na całą polską klasę ziemiańską.

13 czerwca 1914 roku Sąd Okręgowy w Warszawie ogłosił wyrok w trwającym kilka tygodni procesie. Baron Jan Bisping został uznany za winnego śmierci księcia Władysława Druckiego –Lubeckiego. Za zabójstwo, dokonane zapewne w uniesieniu, oraz za sfałszowanie weksli skazano go na utratę szlachectwa i karę 4 lat pozbawienia wolności, którą miał odbywać w rotach aresztanckich. Odebranie tytułów honorowych oznaczało, że stracił on także tytuł szambelana Jego Świątobliwości Ojca Świętego.

Ordynat złożył odwołanie, a prawnicy uzyskali zwolnienie z aresztu za kaucją. Wyniosła ona nieprawdopodobnie wysoką wówczas sumę stu tysięcy rubli – równowartość jednej czwartej wszystkich dochodów barona i jego majętności.

Do rozpatrzenia sprawy w sądzie wyższej instancji jednakże nie doszło, wkrótce wybuchła wojna światowa. Dopiero po odzyskaniu niepodległości i po zakończeniu wojny z bolszewikami, którzy splądrowali także Massalany, starania Jana Bispinga o zmazanie winy na swoim honorze i nazwisku zaczęły przynosić skutek i wreszcie udało mu się doprowadzić do wznowienia procesu.

Okoliczności zbrodni w Teresinie budziły niebywale wiele wątpliwości. Proces przed sądem rosyjskim był procesem poszlakowym – wśród blisko siedmiuset świadków nie znaleziono żadnego, który bezpośrednio widział moment zabójstwa. Z jednej strony powodowało to wiele rozmaitych domysłów i powstawanie różnych wersji wydarzeń, z drugiej dawało przekonanie oskarżającej prokuraturze, że może postępować swobodnie, lekceważąc zebrane w sprawie dowody lub też interpretując je według woli, swobodnie odrzucając jedne, a przyjmując inne. Przed sądem przesłuchano kilkuset świadków w sprawie, ale ich zeznania ani nie potwierdziły winy barona, ani też nie dały mu alibi.

 

Ordynat twierdził, że po rozmowie i przejażdżce z księciem, udał się na stację kolejową – pieszo, 12 kilometrów. Dla tych, którzy znali barona i jego sportowe pasje, jak na przykład Michała Kalinowskiego, nie było w tym nic dziwnego. Sąd nie dał wiary takim zeznaniom, sam nie chodził na takich dystansach, na dodatek z walizką. Nieszczęśliwie dla Bispinga, nie zgłosił się nikt, kto w godzinie zbrodni widziałby barona w innym miejscu. Pan Michał zobaczył go dopiero wieczorem w pociągu jadącym do Grodna. Na tym właśnie opierał przekonanie o niewinności arystokraty.

– Tego dnia, gdy zginął książę, spotkałem barona w pociągu i doskonale pamiętam naszą wspólną podróż. Gdyby miał zbrodnię na sumieniu, nie byłby taki spokojny. Zauważyłbym jego nietypowe zachowanie, które w zestawieniu z późniejszymi wydarzeniami wzbudziłoby moje zainteresowanie. Baron żartował swobodnie i opowiadał mi o sprawach sportowych! Tak się nie zachowuje morderca tuż po zabiciu swojej ofiary.

Ordynat konsekwentnie, od samego początku zaprzeczał, żeby miał coś wspólnego ze zbrodnią w parku w Teresinie. Ale w procesie poszlakowym liczą się nie tyle dowody, co poszlaki. Książę Drucki – Lubecki zginął od strzałów z broni palnej, a baron miał pistolet.

Dziesięciostrzałowy mauser, numer fabryczny 30527, został wprawdzie znaleziony w pałacu Bispinga, kilkaset kilometrów od miejsca zdarzenia, ale dla oskarżenia nie miało to znaczenia. Oskarżony dysponował pistoletem, broń w jego ręku miał wcześniej widzieć jeden z pracowników księcia – zatem mógł zabić.

Swobodnie żonglowano innymi hipotezami i wątkami – nie badano na przykład wątku zwolnionego z pracy gajowego, którego widziano w pałacu w przeddzień zbrodni. Łatwiej było uwierzyć w wersję, że arystokraci pobili się o kobietę albo o pieniądze. Przy baronie znaleziono kilka weksli z podpisem ofiary i orzeczono, że są sfałszowane, choć ekspertyza grafologiczna nie wskazywała na to bezsprzecznie. Nie wzięto też pod uwagę, że majątek ordynata znajdował się wówczas w kwitnącym stanie i nie musiał on szukać pieniędzy w tak haniebny sposób.

Inne punkty oskarżenia dotyczyły zatrutej herbaty. Jakiś czas przed śmiercią książę Drucki – Lubecki dwukrotnie stwierdził, że herbata, którą mu podano, ma dziwny smak, a badania potwierdziły, że napój zawierał strychninę. W obu przypadkach baron Bisping znajdował się przy boku księcia, co sąd skonstatował, ale nie udzielił odpowiedzi na pytanie o powód, dla którego jeden arystokrata miałby zabijać drugiego.

Sąd nie znalazł też odpowiedział na to, co właściwie wydarzyło się w parku w Teresinie owego fatalnego wiosennego dnia. Posłużył się prostym rozumowaniem, które stanowiło uzasadnienie skazującego wyroku: książę został znaleziony pobity i zastrzelony – Jan Bisping był obecny tego dnia w pałacu i w parku – zatem to baron dokonał zabójstwa.

Kalinowski i Bisping ostatnio widzieli się przed kilku laty, jeszcze przed wojną z bolszewikami. Teraz baron wypytywał o stan Kalinówki i sam z ożywieniem opowiadał o odbudowie ordynacji. Założona w połowie XIX wieku składała się z kilku wsi, których centrum były Massalany pod Grodnem. Bolszewicy splądrowali je, ale on sam uciekł przed nimi na czas, zabierając obrazy, srebra i co cenniejsze meble. Odbudowa miała trwać jeszcze długo i niemało kosztować, bo czerwoni Rosjanie poważnie nadwerężyli piękny niegdyś majatek.

– Musisz do mnie przyjechać, panie Michale – naciskał Bisping. – Jak tylko uzyskam ten wyrok.

– Dziękuję, panie baronie. Może i pan także zacznie więcej bywać.

Baron tłumaczył się, że zaszył się w majątku powodowany z jednej strony koniecznością obudowy wiosek i pałacu, kościoła i kaplicy, z drugiej zaś wyczuwalną niechęcią części towarzystwa.

– Zobaczymy, co teraz powiedzą – mówił z ogniem w oczach. – Zobaczymy, uważasz pan, jakie będą mieli miny.

Deklarował, że nie zamierza przyjmować przeprosin krewnych czy dawnych przyjaciół, którzy uwierzyli w jego winę.

Długo rozmawiali o najbliższych planach. Baron, znany sportowiec, planował nowe ekspedycje i zawody, Kalinowski nieco się od takich pomysłów dystansował, przypominając, że jest od ordynata dziesięć lat starszy.

– To wcale nie jest, uważasz pan, sprawa metryki – upierał się ordynat. – Znam staruszków dużo ode mnie młodszych i bardzo rześkich młodych sześćdziesięciolatków.

– Pan baron bardzo dla mnie łaskawy – śmiał się pan Michał. – Owszem, chętnie spróbuję się przy jakiejś okazji. O ćwiczeniach gimnastycznych i potrzebie uprawiania sportów stale mówi pułkownik Kawelin, nadal nienasycony w zawodach sportowych i myśliwskich, choć ode mnie starszy.

Jan Bisping ucieszył się i zaproponował:

– To może by tak na rowerach, co? Stanę, uważasz pan, do zakładu, że obu was prześcignę na każdym dystansie!

ZIMOWY WYŚCIG

Luty 1926

Ignaś Kalinowski siedział w knajpie Pod Kieliszkiem przy ulicy Pałacowej w towarzystwie dwóch kompanów, jak on żyjących z wynajmowania się do różnych dorywczych zajęć. Połowę dnia pracowali przy przeprowadzce pewnej rodziny do innego mieszkania, teraz pili piwo i odpoczywali.

Ignaś czytał kolegom artykuł z gazety zostawionej przez jakiegoś klienta przy talerzu z resztkami golonki. „Dziennik Białostocki” odnotował wizytę w mieście Edmunda Caradeca – podróżnika i sportowca z Francji, który przed blisko rokiem rozpoczął podróż naokoło Europy.

Caradec, weteran wojny światowej, w marcu minionego roku wyruszył z Angers niedaleko Paryża, zamierzając pokonać ponad 25 tysięcy kilometrów tylko w towarzystwie wiernego psa imieniem Cyrano.

W niektórych miastach, przez które przechodził, Francuz rzucał wyzwania miejscowym sportowcom. Konkurencją, w której osiągnął mistrzostwo, był chód na 150 kilometrów, więc zwykle wygrywał, zdobywając w ten sposób fundusze potrzebne na kontynuowanie, podróży. Współzawodników zgłaszało się zwykle wielu, ponieważ Caradec nie wydawał się groźnym konkurentem. Było powszechnie wiadome, że wojskowe komisje lekarskie orzekły o jego pięćdziesięcioprocentowym inwalidztwie. Podczas wojny był kilka razy ranny i jedną nogę miał sztywną w kolanie.

– To jak on chodzi? – dziwił się kolega Ignasia, rudowłosy Anatol Fura.

– Pewnie skacze jak kaczka – zauważył Izydor Śmiałowski, drugi z siedzących przy stoliku.

Kalinowski pokręcił głową.

– Tu nic nie ma, jakiego sposobu używa, ale piszą, że niedawno wygrał wyścig w Warszawie.

– Coś takiego! – dziwował się Anatol.

Ignaś przeczytał artykuł do końca i wyjaśnił kompanom, że Francuz rzucił wyzwanie mieszkańcom Białegostoku.

– Wyścig na 150 kilometrów – dodał. – Tu jest odezwa do członków naszych klubów sportowców. Można wygrać dwieście złotych i statuetkę z brązu.

– Statuetkę? – spytał Śmiałowski.

Był duży i bardzo silny, latem pracował jako pomocnik brukarza na miejskich ulicach. Nigdy nie chodził do szkoły.

– No, taką figurkę.

– Ty, a ile jest warta?

Ignaś wzruszył ramionami.

– Bo ja wiem? Może pięć złotych. Ale to się tak nie liczy. Ona jest jak puchar, zwycięski wieniec albo coś w tym rodzaju. Taki znak, że się wygrało.

– To razem będzie dwieście pięć złotych – policzył Izydor. – Kupa!

– Nie dla ciebie! – burknął Anatol. – Nie jesteś sportowcem.

– Zapisy są dla wszystkich chętnych – uściślił Kalinowski. – Bieg odbędzie się na placu Wyzwolenia, koło nowej cerkwi.

– To ruina nie cerkiew – zauważył Fura.

– Wszystko jedno. Trasa będzie wyznaczona naokoło placu, a sędziowie mają pilnować, żeby nikt nie oszukiwał. Zwycięży ten, kto szybciej przejdzie cały dystans.

– Sto pięćdziesiąt kilometrów?

– Tak.

– To do Wilna chyba bliżej!

– A ile czasu będą tak latać? – zaciekawił się Fura.

– Nie latać, tylko chodzić. Bo to są zawody na chodzenie. Kto szybciej przejdzie wyznaczony dystans, ten wygra pieniądze i statuetkę. Cała trasa musi być pokonana w ciągu 24 godzin.

– Coś ty! – powątpiewał Śmiałowski. – Jak moja ciotka jednego razu poszła z pielgrzymką do Ostrej Bramy, to sześć dni szli. A Ostra Brama przecież we Wilnie.

Fura skrzywił się komicznie.

– Twoja ciotka jest sportowcem? – spytał pogardliwie. – Chyba nie ta garbata?

– Pewnie, że nie jest. Ale była w Wilnie, to wie, jak to daleko.

Zaczął opowiadać, co wiedział od ciotki na temat podróży, ale nie dali mu skończyć.

– Wyznaczyli tylko jeden dzień – przypomniał Ignaś.

Wypili po kolejnym piwie.

– Ładny kawałek grosza – zauważył Anatol Fura.

Izydor Śmiałowski mocno powątpiewał, czy oni też mogliby pojąć się takiego wyczynu.

– No chyba, żebyśmy we trzech poszli – rzucił żartem. – Każdy po kawałku albo na zmianę, czy jak...

Kalinowski skinął głową.

– Każdy może się zgłosić. Ja w każdym razie zamierzam.

– Zgłupiałeś?!

– To będzie w niedzielę – potwierdził Ignaś. – Czternastego lutego. Masz co lepszego do roboty? Start o godzinie drugiej po południu.

– Naprawdę zgłupiałeś – kręcił głową Fura. – Nie zgłosisz się.

– Oczywiście, że się zgłoszę. Założymy się?

– Dobra! Flaszka na głowę. Przecinaj, Izydor.

Podali sobie ręce, a Śmiałowski rozdzielił je kantem dłoni, zatwierdzając zakład.

Krysia Ochman, dowiedziawszy się o zamiarach Ignasia, popukała się w głowę.

– Pijesz za dużo – powiedziała. – A potem masz zwariowane pomysły. Kiedyś źle skończysz.

– Zarobić dwieście złotych to głupi pomysł? – nastroszył się.

Pogardliwie wskazała na lusterko stojące na kredensie.

– Popatrz na siebie, jak ty wyglądasz. Chcesz wygrać z nimi wszystkimi?

Ignaś nie był typem sportowca, sam o tym wiedział najlepiej. Nie musiał niczego sprawdzać w lusterku.

– Jeszcze zobaczysz! – burknął zuchowato i wygrzebał z kieszeni ostatni zarobek.

Krysia westchnęła ciężko.

– Idź spać. Niech ci te głupoty wywietrzeją z głowy.

***

W niedzielę 14 lutego na plac Wyzwolenia przybyło wielu mieszkańców miasta, nawet marna pogoda nie zniechęciła ich do osobistego obejrzenia wyścigu.

Trasę wytyczono wokół prawosławnego soboru, budowanej przez wiele lat świątyni prawosławnej porzuconej wraz z odejściem Rosjan: W mieście mówiło się o rozebraniu ruiny, na razie jednak brakowało na to funduszy.

Oznakowana ścieżka liczyło pięćset metrów, co oznaczało, że zawodnicy muszą ją pokonać trzysta razy, by osiągnąć dystans stu pięćdziesięciu kilometrów.

Francuz stał już w gotowości przy rozpiętym na patykach kawałku płótna z napisem: Start – Meta. Niewysoki, z podkręconym wąsikiem, zupełnie spokojny nieco kpiącym wzrokiem przyglądał się konkurentom. Był ubrany w gruby sweter, wąskie spodnie, na głowie nosił nauszniki, a na piersi płócienną planszę z numerem 1.

Polscy zawodnicy zakładali numery, kolejno odbierane z rąk trzech sędziów siedzących za stolikiem. Mimo apeli do stowarzyszeń i klubów sportowych, Sokoła i straży ogniowej do zawodów zgłosiło się niewielu chętnych, więc do ostatniej chwili przed startem zwracano się do licznych gapiów, zachęcając, by zapisali się na listę zawodników.

– Jeszcze można się zapisać!

– Co to, nie ma odważnych? Pokażmy Francuzom, na co nas stać!

– Ostatnia okazja!

Zgłosił się jeszcze tylko Ignaś.

– Kalinowski. Numer trzynaście.

Nowy zawodnik skrzywił się, bo numer nie zapowiadał powodzenia.

Dwaj jego kompani byli podobnego zdania, ale miny mieli dziarskie.

– Pokaż żabojadowi, gdzie jego miejsce!

Izydor Śmiałowski klepał Ignasia po ramieniu, Anatol Fura cichaczem podsuwał butelkę.

–Dla kurażu!

Kalinowski pokręcił głową.

– Może później. Jak zgłodnieję.

Redakcja gazety „Dziennik Białostocki”, która była sponsorem zawodów, przygotowała dla chodziarzy tabliczki czekolady, by nadrobili stracone w zmaganiach kalorie i nie tracąc czasu na posiłki mogli się pożywiać w trakcie konkurencji. Pomyślano także o gorącej herbacie, kociołek z nią parował zachęcająco obok stanowiska sędziowskiego.

Listę uczestników zamknięto i o godzinie wpół do trzeciej po południu dano wreszcie sygnał do startu. Regulamin przewidywał krótkie przerwy na odpoczynek po każdych dziesięciu kilometrach, a po pięćdziesięciu przerwę nieco dłuższą.

 

Ruszyli kilkunastoosobową grupą, Ignaś gdzieś w połowie stawki.

Trasa zawodów nie była jakoś specjalnie przygotowana, tylko jako tako ubito śnieg na wyznaczonych liniach i początkowo idący ślizgali się na nierównościach, póki nie zapamiętali, gdzie stawiać nogi, by utrzymać się w pionie.

Ku zdumieniu zawodników, a jeszcze bardziej publiczności, od samego startu Edmund Caradec narzucił bardzo ostre tempo i znacznie wysforował się do przodu. Kilka konkurentów rzuciło się za nim, inni posuwali się własnym tempem, starając się jak najmniej tracić siły.

Ignaś szedł ostro, usiłując trzymać się nie za daleko od prowadzącego. Wymyślił sobie, że podczas konkurencji powinien myśleć o czymś innym niż to, w czym bierze udział. Nie liczyć okrążeń, ani upływającego czasu, nie zastanawiać się nad swoimi szansami. Zupełnie o czym innym, na przykład o Kalinówce albo może o Krysi...

Pierwsze okrążenia były łatwe, szybko zorientował się, gdzie znajdują się łachy lodowe, których należało unikać, bo łatwo było nie tylko upaść, ale też zrobić sobie krzywdę.

Tłum gapiów dodawał zawodnikom animuszu, wznosząc okrzyki i udzielając rad.

– Więcej ramionami! Ramionami!

– Oszczędzaj siły Przyspieszysz potem, jak się żabojad zmęczy.

– Wiadomo, że się zmęczy! Widziałeś, jak ślepia wybałuszył?!

– Nie daj się Francuzowi!

Wielu było takich, którzy powątpiewali w inwalidztwo Cadareca.

– Leci jak całkiem zdrowy!

– Gdzie się tak spieszysz?

– To oszustwo jakieś musi być! Żeby zdrowych prześcigał!

– Naprzód, chłopaki, naprzód!

– Portki mu zdjąć i sprawdzić kolano!

Okrążenie za okrążeniem Edmund Cadarec nie dawał sobie odebrać prowadzenia.

Po kilkunastu Ignaś Kalinowski zaczął odczuwać ból w łydkach i udach, a dalej było jeszcze gorzej. Bolały już wszystkie mięśnie, nogi zdawały się opuchnięte.

Pierwszy zawodnik nie wytrzymał po 43 okrążeniach. Ignaś obliczał, że mieli za sobą ponad dwadzieścia kilometrów. Bolało, ale czuł się na siłach walczyć dalej. Przecież legioniści rzymscy szli trzydzieści, czterdzieści kilometrów dziennie, a każdy niósł wiele ważące uzbrojenie – zbroję, tarczę, oszczepy, a także namioty, pale na budowę palisad, zapasy żywności. Legiony Cezara z takim obciążeniem przebywały dziennie nawet i siedemdziesiąt kilometrów. Był to oczywiście skrajny wysiłek, ale bez obciążenia można liczyć na przejście większego dystansu, zwłaszcza, że to nie droga przez góry czy puszczę.

Ale się mylił. Na czterdziestym kilometrze przyszedł kryzys. Nic już nie pomagało myślenie o domu, o możliwościach zakupu czegoś miłego za dwieście wygranych złotych. Wielkim wysiłkiem woli Ignaś Kalinowski przebył jeszcze kilka okrążeń. Szedł coraz wolniej, starał się odpoczywać, odzyskiwać siły. Liczył, że zwolnienie tempa teraz, wkrótce pozwoli wykrzesać z siebie więcej energii, dogoni tamtych, którzy w tym czasie się już zmęczą.

Caradec prowadził niezmiennie, jego przewaga wynosiła już kilka okrążeń nad większością zawodników i sprawiał wrażenie, że dysponuje jeszcze sporym zapasem sił.

Kilku kolejnych Polaków poddało się, zatrzymywali się, schodzili z toru. Zaczęło też ubywać publiczności. Znudziło się jej obserwowanie drepczących zawodników, zwłaszcza, że trasę słabo oświetlono i w wieczornych ciemnościach niewiele można było zobaczyć.

Sędziowie i sponsorzy trzymali fason, choć i oni marznąc zabijali ręce, ale przynajmniej mogli się pokrzepiać herbatą wzmocnioną alkoholem.

Na dziewięćdziesiątym okrążeniu Ignaś zrozumiał, żę już osiągnął kres swoich możliwości. Koledzy też to dostrzegli i gestami dawali znaki, żeby dał sobie spokój.

Ignaś udawał, że tego nie widzi, z największym wysiłkiem przeszedł jedno, a potem jeszcze kolejne okrążenie. Zatrzymał się i zasygnalizował sędziom, że rezygnuje.

– Kalinowski, dziewięćdziesiąt dwa okrążenia! – oznajmił sędzia swoim kolegom, by wynik zapisano w protokole.

Anatol Fura i Izydor Śmiałowski mieli na twarzy wyraz ulgi, że zabawa wreszcie dobiegła końca.

– Chodźmy się rozgrzać – zaproponował Fura, podając koledze palto.

Ale Ignaś był tak rozgrzany, że nie chciał założyć okrycia, a tak zmęczony, że nie był w stanie wypowiedzieć słowa.

Wrócili do baru Pod Kieliszkiem, gdzie spędzili znaczną część wieczoru.

– Żeby Kulas był taki szybki! – dziwił się Fura.

– Mały jest, to łatwiej mu się przez powietrze przebijać – oceniał Śmiałowski.

Ignaś początkowo nie brał udziału w rozmowie, walczył ze zmęczeniem mięśni i czarnymi płatami latającymi przed oczami. Jego kompani obliczali kilometry, jakie pokonał, a zakład komisyjnie uznali za nieważny.

– Możemy się napić i bez zakładania – oznajmił Fura, który zgłosił tę propozycję.

Zamówili kilka kolejek. Po pewnym czasie uznali, że powinni wracać do domu.

– A może pójdziemy zobaczyć? – spytał Ignaś. – Ciekawe, czy jeszcze chodzą.

Dochodziła północ, zawody powinny być mniej więcej na półmetku.

Wyszli przed knajpę, zatrzymali dorożkę i kazali się zawieźć na plac Wyzwolenia.

Większość kibiców dawno wróciła już do domu, ale zawody trwały.

I nadal prowadził Edmund Caradec. Ścigali się z nim tylko dwaj znani białostoccy sportowcy – Klimczok i Lul. Francuz nadal forsował szybkie tempo, licząc na zmęczenie konkurentów. Pokonani chodziarze w większości zeszli z toru i opuścili plac boju, najwytrwalsi po pokonaniu prawie ponad stu czterdziestu okrążeń, czyli prawie połowy dystansu.

Tymczasem plac znowu zaczął się zapełniać. Kibice, pokrzepili się w domach lub restauracjach, a potem pieszo i dorożkami zaczęli przybywać na miejsce zawodów, by sprawdzić, co się dzieje.

– Żabojad pewnie leży i kwiczy!

– Co ma nie leżeć? To Francuz, nasz klimat go pokona.

– Pewnie! Jak Napoleon na Moskwę szedł, też miał taki pewny siebie uśmiech.

Przybywająca publiczność przekonywała się, że Caradec jednak prowadzi, więc buczała, gdy ich mijał, rzucała żarty i kpiny. Jego konkurentów traktowano wyraźnie życzliwiej.

– Chłopaki, pogońcie żabojada! Nie przynieście wstydu.

– Jeszcze trochę, panowie. Francuz zaraz spuchnie!

Rzeczywiście, w chodzie Caradeca brakowało już tej swobody, jaka okazywał po starcie. Szedł zdecydowanie wolniej, oddychał mniej równomiernie.

– Kulawy, odpuść wreszcie!

Mimo docinków Francuz nie dawał sobie odebrać prowadzenia i zanosiło się na to, że wygra zawody.

Zawiedziona i zmarznięta publiczność zaczęła ponownie się rozchodzić.

Ignaś, choć było zimno miał ochotę zostać i zobaczyć, jak skończy się rywalizacja, ale koledzy nie zamierzali więcej marznąć.

– Rano może zajrzymy.

Obliczali, że gdy za kilka godzin powrócą, zawody będą zapewne jeszcze trwały. Podobnie myśleli zapewne inni – na placu pozostali jedynie zawodnicy, sędziowie oraz przedstawiciel gazety.

Mało kto był świadkiem dalszych wydarzeń. Około piątej rano, w trwającym od piętnastu godzin wyścigu zaszły nagle istotne zmiany.

Edmund Caradec nadal prowadził, ale czynił to z coraz większym wysiłkiem.

Nagle zatrzymał się, zachwiał i jak długi padł na wydeptany śnieg.

Sędziowie zerwali się od stołu. Chodziarze Klimczok i Lul kontynuowali wyścig.

Francuz leżał bez ruchu, sędziowie skupili się nad nim, szukali pulsu, nasłuchiwali oddechu.

– Matko Boska, chyba nie umarł?!

– Zemdlał.

– Dawać lekarza!

Organizatorom nie zależało jednak na tak dramatycznym przebiegu zdarzeń.

– Po co zaraz lekarza? – spytał ktoś.

–Właśnie.

– Ocućmy go i tyle.

– O, chyba się budzi...

– Dobra. Zawieźmy gościa do hotelu i po sprawie.

– Słusznie. Musimy dokończyć wyścig.

– Właśnie, To nasz obowiązek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?