Dworek pod Malwami. Tajemnica stawuTekst

Z serii: Dworek pod Malwami #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Tajemnica stawu
Dworek pod Malwami. Tajemnica stawu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Tajemnica stawu
Dworek pod Malwami. Tajemnica stawu
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 5 - Tajemnica stawu

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

Saga

Dworek pod Malwami 5 - Tajemnica stawu

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801965

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Tom 5.

TAJEMNICE STAWU

NATALIA

Natalia Wudkiewicz do tego stopnia przejęła się losem Franciszki, do niedawna Lulewicz, że zapragnęła powtórzyć go w podobny sposób. Postanowiła zakręcić się koło Ignasia Kalinowskiego, a następnie wyjść za niego za mąż. Oczywiście nie wyjawiła przyjaciółce swoich planów, starała się jednak często z nią w Kalinówce spotykać, najlepiej obok dworu lub w samym domu.

– Chcesz, żebym ci pomogła w gospodarstwie? Może w kuchni? Albo i na pokojach? Znam się trochę na tym.

Franciszka odpowiadała niemrawo, dobrze wiedząc, że decyzje o tym, kto i w jakim miejscu dworu ma przebywać i co robić, nie należą do niej. Bardzo jednak pragnęła mieć przy sobie bratnią duszę, a za taką Natalię uważała.

– To nie jest dobry pomysł biegać z byle przeróbką do krawca – znalazła sobie wreszcie zajęcie młynarzówna. – Przecież ja sama mam maszynę do szycia i potrafię wcale niemało. Mogę ci przerobić, co tylko zechcesz!

Franciszka, która przyznała się przyjaciółce do konieczności przystosowania na swój rozmiar części garderoby po pani Annie, była jej wdzięczna za uczynność i gotowość natychmiastowej pomocy, ale nie wiedziała, jak miałaby za nią zapłacić.

– To naprawdę nie będzie dla mnie kłopot – przekonywała Natalia. – Mogę przyjść jutro czy pojutrze, jak tylko ojciec poczuje się lepiej. Na miejscu pokażesz mi, co trzeba zrobić. I mówię ci, nie wezmę tyle, ile musiałabyś zapłacić za robotę u krawca w mieście.

Franciszka nie bardzo umiała odmówić. Wspomniała o pomysłach Natalii Michałowi, a pan Kalinowski wzruszył tylko ramionami.

– Możesz robić, jak chcesz – przypomniał. – Dać do Zabłudowa do Żydów albo skorzystać z pomocy młynarzówny. Ważne, żeby to jakoś wyglądało. A jeśli weźmie niedrogo, tym lepiej.

Uznał też, że jeżdżenie do miasta w niepewną pogodę nie jest najlepszym rozwiązaniem i pochwalił pomysł Franciszki, żeby część roboty odbyła się na miejscu.

***

Natalia Wudkiewicz po rozmowie z Franciszką nie ociągała się z następną wizytą. Miała tym razem ze sobą koszyczek, a w nim wszystkie potrzebne krawieckie przybory.

Ignaś Kalinowski, jak każdej zimy, przeważnie przebywał w domu, w obawie przed zaziębieniem się i złapaniem dodatkowej choroby. Natalia wiedziała o tym i nie liczyła na spotkanie starszego syna pana Michała Kalinowskiego. Jej plan zakładał działania obliczone na dłuższy czas. Była zwolenniczką małych kroków, stawianych jednak na tej samej ścieżce, tak by zakończyły się zaplanowanym przez nią rezultatem.

Panna Wudkiewicz ukłoniła się starszej pani Kalinowskiej, spotkanej na podwórzu. Była dobrze ubrana, skromnie i nieco uroczyście.

– Będę pomagała France przy strojach – oznajmiła, wskazując swój koszyczek.

Pani Katarzyna wzruszyła tylko ramionami i nic nie odpowiedziała. Nie zrażona tym Natalia poszła do kuchni, gdzie było gorąco od ognia na piecu, i tam czekała na Franciszkę.

W kuchni przebywała tylko kucharka Serafina, nazywana Finą, tego dnia milcząca i ponura, z głową owiniętą chustką, ponieważ bolały ją zęby. Co jakiś czas brała z szafki butelkę wódki, polewała nią szmatkę, a tę wkładała sobie do ust i zaciskała zęby.

– Pomaga? – zaciekawiła się Natalia. – Bo gdyby nie pomagało, to radziłabym zimny okład zrobić. Wody trzeba prosto ze studin wzrąc, albo nawet i śniegu...

Kucharka wolała jednak okłady z alkoholu, które – w miarę jak przedłużał się pobyt Natalii – zmieniała coraz częściej. W końcu Fina zaczęła chwiać się na nogach, a pokrywki wylatywały jej z rąk. Franciszka nie była w stanie jej zastąpić, bo za słabo rozeznawała się w gotowaniu dla domowników Kalinówki. W rodzinnej chałupie pomagała Antoninie, ale we dworze wszystko robiono inaczej. Do wszystkiego były oddzielne garnki, kociołki, rondle i patelnie, a potem talerze, szklanki, kieliszki, kubki, sztućce. Od tej ilości, ważności, kolejności Franciszce po prostu kręciło się w głowie.

– Nauczysz się – pocieszyła Natalia. – Ja ci pomogę i szybko się wszystkiego nauczysz.

Była w ogóle bardzo skora do pomocy. Obejrzała ubrania Franciszki, te które dostała po pierwszej żonie gospodarza, szybko też postanowiła, co i jak trzeba zrobić.

– Tu przyciąć, to można przedłużyć, jest spory zakład. Tu mankiety dorobimy. A z tego nic nie będzie.

Dobierała od razu nici, planowała guziki i haftki, notując na skrawku papieru, czego jeszcze potrzeba.

– I to wszystko potrafisz sama zrobić? – spytała Franciszka z podziwem.

– Pewnie – uśmiechała się Wudkiewiczówna. – Uczyłam się, to się nauczyłam. To wcale łatwe, jak już umiesz.

Franciszka potrafiła utrzymać igłę w ręce, sama przygotowała ręczniki z wyprawy, ale umiejętności Natalii wzbudziły w niej wielki podziw.

– Bardzo ci jestem wdzięczna – zapewniała co chwila.

Natalia śmiała się zadowolona.

– Wszystko zrobię, jak się patrzy – zapewniała. – Tylko co do guzików, to nie wiem. Chyba macie jakieś we dworze, może coś by się wybrało. Bo jak nie, to trzeba kupić w mieście. W przyszłym tygodniu pójdę do Zabłudowa, to kupię takie, jak należy. Można byłoby posłać kogoś, ale kto się na tym zna? Jak to wytłumaczyć? Lepiej, żebym to sama załatwiła...

– Ale to przecież kłopot – nieśmiało oponowała Franciszka.

– Jaki tam kłopot! – śmiała się Natalia. – Jak będę szła na próbę chóru do kościoła, wejdę do sklepu i kupię.

I tak Franciszka znalazła powierniczkę swoich niektórych sekretów, pomocnicę w gospodarstwie i najważniejszą doradczynię.

Nad garderobą Franciszki Natalia wygłosiła wiele pochwał. Podobały się jej suknie, okrycia, trzewiki, chustki, rękawiczki. Najwięcej zaś zadziwienia wywołały kapelusze.

– Będziesz je nosić? – pytała z niedowierzaniem.

Kapelusze były obszerne, kolorowe, z woalkami, piórami i rozmaitymi ozdobami. Franciszka przymierzyła kilka, ale nie była zadowolona. Jej zdaniem, żaden nie pasował do jej okrągłych, rumianych policzków. Świętej pamięci pani Anna, pierwsza żona Michała Kalinowskiego, była znacznie drobniejszej budowy, głowę też miała mniejszą. Jej kapelusze wchodziły na głowę Franciszki płytko, ledwie ledwie, wyglądała więc w nich zabawnie i Natalia odradzała ich zakładanie.

– Chyba nie chcesz, żeby się wszyscy śmiali.

Franciszce było żal kapeluszy, uważała je za szczyt elegancji, ale i ona musiała przyznać, że nie wygląda w nich najlepiej. Natalia wątpiła, czy nakrycia głowy da się przerobić.

– Trzeba byłoby zawieźć do modystki, a taka to jest dopiero w Białymstoku – powiedziała. – Kosztowałoby krocie.

Franciszka nie miała własnych pieniędzy i po namyśle zrezygnowała z kapeluszy Owszem, futrzana czapka na zimę to co innego, taką można nosić latami, ale kapelusze nie są konieczne. Może poza jednym słomkowym, z niebieską wstążką.

– Weź je sobie – powiedziała do Natalii w odruchu wdzięczności za życzliwość przyjaciółki i jej dobre rady. – Ja nie będę potrzebowała.

Natalia początkowo nie mogła uwierzyć. A kiedy dotarło do niej, że Franciszka nie żartuje, nie posiadała się z radości. Zaraz też zabrała cztery pudła, żeby je zanieść do domu.

Nie chciała przyznać, że obawia się, aby Franciszka się nie rozmyśliła.

– Takie piękne i eleganckie. Może jednak dasz do modystki...

– Przecież powiedziałaś, że źle w nich wyglądam. I powiedziałaś, że pańskie kapelusze trzeba umieć nosić.

– Pewnie, że trzeba. One służą do ozdoby.

– Nauczę się – uśmiechnęła się z nadzieją Franciszka. – Wtedy kupię sobie nowe.

Młynarzówna przytaknęła z zadowoleniem, ale zaraz zmarszczyła nos.

– Tylko jak ja zabiorę te pudła? Przecież nie dam rady ze wszystkimi.

Franciszka miała w planie robotę w kuchni i wahała się, czy powinna odprowadzać przyjaciółkę. Zobaczyła przez okno Wacię i wyszła przed dom, żeby poprosić ją o pomoc, a tymczasem Wacia gdzieś odeszła. Pojawił się natomiast Ignaś Kalinowski.

– Co Franciszka potrzebuje?

Usłyszawszy nieśmiałą prośbę, zgodził się bez wahania.

– Chętnie pójdę – powiedział. – Właśnie miałem zrobić krótki spacer.

Franciszka wróciła do kuchni, gdzie Natalia Wudkiewicz próbowała, czy da rady nieść wszystkie pudełka. Miały specjalne uchwyty z tasiemek na rękę, aby łatwiej było je przenosić, ale młynarzówna nie dała rady wziąć więcej niż trzy.

– Ignaś pomoże – powiadomiła Franciszka, co młynarzówna przyjęła z ogromnym zadowoleniem.

Ignaś przyszedł zaraz, ukłonił się na powitanie i wesoło zagadał. Uwagi Franciszki nie umknął nagły rumieniec na twarzy Natalii, ale nic nie powiedziała.

Ignaś wybrał dla Wudkiewiczówny dwa najmniejsze pudełka, najlżejsze, pozostałe przeznaczając dla siebie.

 

– Na pani rozkazy, panno Natalio – czarował uśmiechem.

***

Dzień był nadzwyczaj rześki, przyjemnie szło się wydeptaną ścieżką. Ignacy Kalinowski z zadowoleniem brał głębokie oddechy.

Poprzedniego dnia zakończono młócenie zboża i przed większą stodołą dwaj parobkowie ładowali na wóz worki, które następnego dnia miały trafić do młyna.

– Ojciec Natalii podobno czuje się już dobrze? – zagadnął mężczyzna. – Bo duża robota się szykuje.

Panna Wudkiewicz zapewniła, że młynarz jest gotowy przyjąć zlecenie z dworu.

– Pan Staś naprawił co trzeba i młyn chodzi jak złoto.

Kalinowski przyjął to z zadowoleniem.

– Niezgorszy zarobek będzie – obiecał. – Plony były bardzo dobre tego roku.

Natalia potwierdziła skinieniem głowy.

– A pan Ignaś to nie jest niespokojny? – zapytała. – Mówią, że jak Franka, to znaczy macocha pana Ignasia, urodzi dziecko, to cały spadek będzie na nią...

Pytanie było postawione wprost, ale Kalinowski nie uznał go za natarczywe.

– Tak mówią? – uśmiechnął się. – Wcale się nie obawiam. Czemu miałoby tak być? Przecież jestem pierworodnym synem i coś mi się należy.

Natalia miała poważną minę.

– Rozmaicie to bywa w rodzinach.

Szli przez chwilę w milczeniu.

– A właściwie – zapytał Ignaś – po co pannie Natalii tyle kapeluszy? Za mąż może będzie wychodzić?

Młynarzówna zaśmiała się wesoło, machając trzymanymi w rękach pudełkami.

Może i będę. Pan Ignaś myśli, że nie mam chetnych.

Pytanie zostało zadane po to, aby odpowiadający zaprzeczył i Kalinowski zrobił to natychmiast.

– Na pewno wielu! Panna Natalia przecież...

Przerwał i mimo nalegań dziewczyny nie chciał powiedzieć nic więcej.

– Co przecież? – pytała. – Czemu pan Ignaś nie mówi? Oj, jak tak można?!

Próbował wytłumaczyć swoje intencje.

– Niech panna Natalia wybaczy, że taki jestem niegrzeczny. Nie chciałem wtrącać się w cudze sprawy

– Nie gniewam się – zapewniła. – Ale pan Ignaś niech powie, co myśli, bardzo proszę.

– Miałem na myśli, że pewnie starających się jest cała gromada – wyjaśnił. – Ale coś mi się wydaje, że panna Natalia nikogo jeszcze nie wybrała...

– Tak? A jak to pan Ignaś poznał?

– Pewnie coś byśmy już słyszeli, gdyby wybrała. Wiadomości szybko się rozchodzą.

– Prawda – zgodziła się. – Chyba że ktoś chce ukryć swoje zamiary jak... jak...

Przerwała nagle zawstydzona.

– Jak mój ojciec? – domyślił się Kalinowski. – Owszem, to była dla wszystkich wielka niespodzianka. Ale to wszystko dlatego, że ojciec nie chciał rozgłosu. Bo to raz, że on wdowiec, a dwa, że Franciszka niby z innej klasy...

– Panu się to nie podoba?

Ignaś wzruszył ramionami.

– Co mam tu do powiedzenia? Ojciec postanowił, jak postanowił. Mnie o zdanie nie pytał.

– Może z miłowania tak zrobił? – odezwała się Natalia po chwili. – Chyba tylko z miłowania, skoro o wszystkich innych sprawach zapomniał. Nie pomyślał, że to komplikuje stosunki we dworze i może obu paniczom utrudnić życie.

– Proszę nie nazywać mnie paniczem – poprosił Ignaś. – I niech panna Natalia w bok nie skręca, bo nie o moim ojcu mówiliśmy, tylko o niej. Byli już jacy chętni u pani ojca? Proszę się przyznać. Nie powiem nikomu, obiecuję.

Natalia Wudkiewicz nie odpowiedziała. Szli dalej obok siebie, wolno, ponieważ do młyna i domu Wudkiewiczów było już blisko. Tylko minąć dworskie stogi ze słomą, a potem mały kawałek dobrze wydeptaną ścieżką.

– Byli – przyznała się Natalia. – Pewnie, że byli. Tylko że ja nie dla każdego.

Ignaś przytaknął. Natalia Wudkiewicz był ładną dziewczyną, pięknie śpiewała w kościele, a zapewne i posag miała niemały.

– Nie podobali się pannie Natalii? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Nie o podobanie tu chodzi – oznajmiła poważnym tonem. – Ja jestem dość ładna za dwoje, chyba pan Ignaś nie zaprzeczy. A że mam posag, to nie muszę zaraz za pierwszego lepszego iść. No, nie powiem, dobrzy to gospodarze, zamożni. Ale ja nie bardzo bym chciała w polu robić...

– No, jest przecież młyn – zauważył Ignaś.

– Oni to by chcieli mnie od ojca zabrać. Do tych swoich wiosek, żebym tam robiła na roli. Ale ja to bym wolała inaczej...

Nie chciała zdradzić, co ma na myśli. Dopiero po dłuższym namawianiu panna Wudkiewicz przyznała się do swoich marzeń.

– Jeśli pan Ignaś tak szczerze pyta... Ja to bym chciała jak Franka Lulewicz. Żeby do jakiego dworu iść, a nie w ziemi się grzebać. Dość mam posagu, żeby panią zostać. A po śmierci ojca to nawet i więcej jeszcze dostanę, bo jestem jedyną córką...

Przerwała, jakby przestraszona tym, że tak nagle ujawniła swoje marzenia przed młodym obcym mężczyzną.

– Pan Ignaś nie będzie się ze mnie śmiał, prawda? – spytała z nadzieją. – Powiedziałam szczerze, bo bardzo pana Ignasia szanuję i mam do niego zaufanie.

– Nikomu nie powiem – przypomniał Kalinowski. – Już to przecież obiecałem.

Natalia odstawiła pudła na śnieg.

– Pan Ignaś szczerze odpowie? – spytała.

Kalinowski zerknął niepewnie. Niedawno odpowiadał szczerze na pytania zadawane przez inną młodą kobietę. Panna Justyna Nowacka z Topolan pytała go o coś podobnego.

Młynarzówna zakręciła się w miejscu, kożuch zafurkotał.

– Jestem gorsza od Franki? – spytała.

Zaskoczony Ignaś pokręcił głową.

– Nie – potwierdził. – Na pewno nie.

Natalia odsłoniła włosy i obróciła się jeszcze raz.

– Mówią, że Franka to ma diabła za skórą – oświadczyła, jakby rozmawiała nie z kawalerem, a z koleżanką. – Ja może nie jestem taka śmiała, ale też mi niczego nie brakuje. No, niech pan Ignaś sam powie. No, niech powie.

– Niczego – zgodził się Kalinowski.

Patrzył na obracającą się dziewczynę i czuł, jak krew w nim się burzy.

– Narzeczony to będzie miał... zachwycenie...

Natalia, zadowolona z komplementu, założyła chustkę ponownie i wzięła pudełka do rąk. Wspinali się na skarpę, śnieg był tu dość wysoki, ścieżka wąska, Natalia szła przodem. Dopiero po chwili Ignaś zrównał się z nią i znowu szedł obok.

– O paniczach z Kalinówki to mówią... – odezwała się Natalia.

– Tak? – zaciekawił się Ignaś. – Co mówią?

– Że jeden buja w obłokach jak dziecko, a drugi jest praktyczny. Czy pan jest bardzo praktyczny, panie Ignaś?

– Chyba tak – odpowiedział po namyśle Kalinowski. – Gdyby mnie porównać z bratem, to jestem zupełnie nieromantyczny...

Otwartość panny Natalii mu odpowiadała i nie miał oporów przed szczerą rozmową.

– Ja lubię pracować – oznajmił. – Staś nos trzyma w książkach, mnie interesuje gospodarka. Jestem praktyczny.

Odpowiedź spodobała się Natalii.

– Więc w czas wyboru żony nie będzie pan patrzył na porywy serca, a raczej na sprawy innego rodzaju?

– Och, nie aż tak praktyczny! – roześmiał się Ignaś. – Owszem, przyznaję, że ważne jest dla mnie, aby dziewczyna wywodziła się z porządnego domu i żeby miała jaką okrągłą sumkę w posagu. Ale nie wyobrażam sobie, żebym miał się żenić z kimś, kto zupełnie by mi się nie podobał...

Natalia Wudkiewicz ponownie postawiła pudełka na śniegu i obróciła się wokół siebie, tanecznie przytupując trzewikami.

– A ja się panu Ignasiowi podobam? – zapytała z uśmiechem. – Choć troszeczkę?

– Więcej niż troszeczkę – odpowiedział zapytany, ale nie odstawił trzymanych w rękach pudełek.

– I ożeniłby się pan ze mną? – dociekała Natalia.

Przystanęła naprzeciw Ignasia i wpatrywała się w niego z natężeniem. Kalinowski potwierdził niepewnym ruchem głowy.

– Panna Natalia żartuje...

– Nie – zaprzeczyła. – Pytam całkiem poważnie. Czy gdybym obiecała, że będę dobrą żoną, a panu dostałby się godny posag, czy pan Ignaś wybrałby mnie?

– Poważnie? – upewnił się po raz kolejny Ignaś.

Natalia wzruszyła ramionami.

– Nie wierzę w te wszystkie historie o wielkim kochaniu – oznajmiła. – Moim zdaniem, kochanie przychodzi z wiekiem, jak ludzie już ze sobą żyją, poznają, polubią...

– Ja Natalię już lubię – wtrącił Ignaś.

Zaśmiała się zadowolona.

– Ja Ignasia też lubię – przyznała się. – Wiem, że jest porządny człowiek, spokojny i pracowity. Przy nim żona będzie miała jak pączek w maśle. Gdyby to o mnie chodziło, to bym się nawet pracy nie bała. Pan Ignaś taki zapobiegliwy, że pewnie i niewiele miałabym w jego domu roboty. Nająłby służącą i parobka...

– Na pewno – potwierdził. – Nie musiałaby panna Natalia pracować więcej, niż by sama sobie wyznaczyła.

Klasnęła w dłonie.

– Byłam tego pewna – oznajmiła. – Pan Ignaś nadałby mi się na męża. Przy nim nie zaznałabym biedy. Mam u ojca własne pieniądze, po matce, a pan Ignaś umiałby tak nimi zarządzić, że nic byśmy nie stracili, a ułożyli sobie życie jak najwygodniej.

– Ile? – spytał Kalinowski.

Panna Natalia wyciągnęła dłoń i zaczęła wyliczać na palcach.

– Posagu dwa tysiące rubli. To chyba niemało, co? Mam gotową wyprawę i nieco grosza w gotówce, ale mało, nie warto wspominać. Jednak po śmierci ojca suma ta będzie dużo większa, bo po jego bracie na mnie przechodzi. To kapitał, co mój ojciec, jak mówi, chowa na czarną godzinę.

Ignaś Kalinowski pokiwał głową.

– Moja część na Kalinówce duża – wyjaśnił. – Głównie w ziemi. Tylko nie wiem, gdzie by Natalia chciała mieszkać...

Pokręciła głową.

– Gdzie indziej. Pan Ignaś już by co odpowiedniego znalazł. Na pewno nie u ojca, a pod własnym dachem.

Szli dalej, w milczeniu zastanawiając się nad zgłoszonymi propozycjami. Weszli na podwórze domu przy młynie. Natalia nie chciała, żeby Ignaś wchodził do środka. Swoje pudła postawiła na śniegu i sięgnęła po te, które przyniósł Kalinowski.

– Bardzo dziękuję panu Ignasiowi za odprowadzenie. I za tak interesującą rozmowę też pięknie dziękuję.

– Proszę bardzo – uśmiechnął się Ignaś. – To była bardzo przyjemna pogawędka. I pouczająca.

Natalia odebrała pudła, ale nie wchodziła z nimi do domu.

– Gdyby to było naprawdę... – uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – Gdyby naprawdę, to musiałby się pan Ignaś pospieszyć. Teraz dostałby od ojca ziemię i pewnie niemało gotówki. Kto wie, jak będzie, gdy Franka urodzi dziecko. Wtedy część pana Ignasia od razu zrobi się mniejsza...

Ignacy Kalinowski pokiwał głową.

– Prawda – stwierdził nie bez zaskoczenia. – Panna Natalia ma zupełną rację.

Pochylił się i ujął dłoń dziewczyny, aby złożyć na niej pocałunek. Rączka była wypielęgnowana i gładka.

– Przyjemne żarty – powiedział.

Natalia Wudkiewicz uśmiechnęła się zachęcająco.

– Może żarty, a może nie żarty – wyjaśniła, zaglądając mu w oczy. – Niech pan Ignaś pomyśli. Mam jeszcze trochę czasu i mogę poczekać.

PYTANIA BEZ ODPOWIEDZI

Dowiedziawszy się o sprzedaży ziemi, pan Michał Kalinowski natychmiast pobiegł z pytaniami do matki.

– Jak mama mogła tak postąpić?! – pytał zdenerwowany. – Odsprzedać taki szmat Kalinówki! I to bez żadnego uprzedzenia! To nie do wiary!

Pani Katarzyna siedziała w fotelu z niewzruszoną miną.

– Sprzedałam, ponieważ ziemia należała do mnie – oznajmiła spokojnym głosem. – Chyba tego nie zakwestionujesz.

– Oczywiście, tego nie podważam. Pozwoli sobie jednak mama powiedzieć, że nie rozumiem powodów...

Pani Kalinowska wzruszyła ramionami.

– Kiedyś byliśmy zgodną rodziną. Teraz każdy robi, co mu przyjdzie do głowy, nikogo o zdanie nie pytając. To i ja nie pytałam.

Michał Kalinowski wiedział, że matka ma na myśli jego związek z Franciszką. Czuł się w tej sprawie trochę winny, więc zamilkł.

– Poza tym potrzebowałam pieniędzy – uzupełniła starsza pani.

To oświadczenie bardzo pana Michała zdumiało.

– Pieniędzy? – zapytał z niedowierzaniem. – Po co mamie ich aż tyle? Starsza pani wzruszyła ramionami.

– Po co? Mam różne potrzeby. Na początek chcę, żebyś mi wystawił pomnik...

– Pomnik?! – wykrzyknął pan Michał. – Jaki pomnik, na miłość boską?!

– Nagrobek – uściśliła pani Katarzyna. – Niedługo już pociągnę, chciałabym załatwić to sama.

Pan Michał wykrzywił usta.

– Nagrobek? – powtórzył, siadając na krześle zrezygnowany. – Za sześć tysięcy rubli może mama kupić cały cmentarz!

 

***

Synowie pana Michała podeszli do wszystkiego znacznie spokojniej. Staś mało się interesował majątkiem, a i Ignaś – po pierwszym szoku wywołanym widokiem obcych ludzi na polach – pogodził się z sytuacją.

– No trudno – powiedział do brata. – Jakoś damy sobie radę. Babunia miała w tym zapewne jakiś cel. Sprzedała, to sprzedała.

Staś wydawał się tym wcale nie przejmować.

– Ja i tak tu nie zostanę – przypomniał. – Tobie będzie musiało wystarczyć pozostałych sto dwadzieścia dziesięcin.

Ignaś martwił się oczekiwanym spadkiem dochodów majątku, ale od razu zaczął zastanawiać się nad zaradzeniem sytuacji, bo w głowie miał zawsze wiele planów dotyczących Kalinówki.

– Będziemy musieli zagospodarować nieużytki – oznajmił ojcu, mówiąc tonem człowieka, który przemyślał już wszystko i ma gotowy projekt. – To przecież kilka dobrych dziesięcin, coś da się z nimi zrobić.

Michał Kalinowski wzruszył ramionami, ponieważ nie znajdował w sobie podobnego entuzjazmu.

– Mrzonki – mruknął w odpowiedzi. – Brakuje nam środków na potrzebniejsze rzeczy.

***

Pani Katarzyna miała pretensje do Joska, że wprowadził ją błąd, gdy okazało się, że krewny, który kupił ziemię, był jedynie pośrednikiem, grunty zaś objął pan Jacek Nowacki. Josek przepraszał, zaklinał się, przypominał, że ostrzegał.

– Wielmożna pani pytała, czy gwarantuję. To ja gwarantowałem. Ale tylko za Baumanna gwarantowałem. Jakże było mi gwarantować za wielmożny pan z Topolan?

Dla Kalinowskich bezpośrednie sąsiedztwo z panem Jackiem stwarzało niewygodną sytuację towarzyską. Pan z Topolan był przecież skłócony z Kalinówką. Wprawdzie starsza pani nie uważała, żeby i ona przyczyniła się do kłopotów, ale jej niegdyś duża sympatia do pana Jacka, osłabiona po wyzwaniu na pojedynek, teraz zanikła zupełnie.

– Co za okropny człowiek! – mruczała. – Mam nadzieję, że nie będzie miał na tyle bezczelności, aby pojawić się tutaj osobiście.

Panu Nowackiemu nie postało to nawet w głowie. Wcale nie zamierzał pokazywać się w Kalinówce, zakupionymi gruntami miał zarządzać wynajęty przez niego człowiek.

Prace podjęto tam natychmiast, rozgraniczenie włości przeprowadzono wyjątkowo wyraźnie, wbijając słupki graniczne, a nawet stawiając tu i ówdzie ogrodzenie z kolczastego drutu.

***

Sam pan Nowacki z Topolan czuł się wmanewrowany w przykrą sytuację i żałował, że postąpił nieostrożnie. Nie kupił bowiem ziemi w Kalinówce ani z przemyślności, ani też powodowany chęcią zaszkodzenia niedoszłemu zięciowi. Z zamiarem powiększenia majątku nosił się bowiem już jakiś czas, a usłyszawszy ofertę pośrednika, uznał ją za bardzo korzystną i długo się nie zastanawiał.

– Biorę!

Początkowo był przekonany, że to Michał Kalinowski sprzedaje ziemię, co bardzo mu odpowiadało. Od czasu nieszczęsnego pojedynku czuł wobec pana Michała niechęć i z radością witał sposobność dokuczenia mu w każdy możliwy sposób. Nabywając jego ziemię, okazyjnie, więc za przystępną cenę, osłabiał pozycję pana z Kalinówki. Utrudniał też życie przez narzucenie sąsiedztwa, którego, jak sądził, Kalinowski sobie nie życzył.

Sytuacja skomplikowała się, gdy pan Nowacki dowiedział się, że ziemię sprzedaje Katarzyna Kalinowska, do starszej pani czuł bowiem sentyment, a miał podejrzenie, że dowiedziawszy się, kto ostatecznie jest kupcem, może się poczuć oszukana. On wprawdzie, przynajmniej we własnym mniemaniu, został oszukany pierwszy, był to jednak dla pana Jacka poważny dyskomfort. Do tego stopnia, że zastanawiał się nawet, czy nie powinien poważnie porozmawiać z panią Kalinowską, wyjaśnić wszystko, a może i zaproponować zwrot ziemi w zamian za zwrot wypłaconej sumy.

Ale pan Jacek Nowacki nigdy nie był szybki w podejmowaniu decyzji, wahał się i zastanawiał, potem zaś zaszły wydarzenia, które próby porozumienia uczyniły niemożliwymi.

***

We wsi oraz w całym powiecie zmianę właściciela na części gruntów Kalinówki przyjęto bez zdziwienia. W okolicy nie brakowało majątków przechodzących z rąk do rąk, zmieniających pana lub dzierżawców.

Najmniej chyba sprawa zabolała Franciszkę. Dla młodej żony pana Michała, wychowanej na skrawku ojcowskiej ziemi w Nowosadach, majątek w Kalinówce był tak wielki, że nie była w stanie ogarnąć go wyobraźnią. Nie czuła się też z kalinowskimi polami związana emocjonalnie i strata nie stanowiła dla niej powodu do bólu, choć rozumiała, jak zawiedziony i rozczarowany może być starszy pasierb.

– Ignasiowi pewnie bardzo przykro? – zapytała. – To ziemia, którą znał i obrabiał od dziecka.

Kalinowski potwierdził z niepewnym uśmiechem.

– Znałem. Ale przecież należała do babuni, więc mogła z nią postąpić, jak uznała za stosowne. Nie rozumiem, czemu tak postanowiła, ale widać był jakiś powód...

Franciszka domyślała się, że jej osoba odegrała w tym jakąś rolę, ale nie miała z kim o tym porozmawiać. Próbowała zapytać męża, zbył ją jednak ogólnikami.

– Czy to z mojego powodu? – spytała teraz. – Starsza pani chciała ukarać Michała za mnie?

Ignaś nie wiedział, jak ma odpowiedzieć.

– Nie wiem – przyznał w końcu. – Babunia miewa czasem pomysły, których nikt nie rozumie.

Po czym dodał:

– Franciszka nie powinna robić sobie wyrzutów. Jej winy w tym nie ma. Co innego, gdyby była... – zawahał się – gdyby była kochanką ojca. Bo wie Franciszka, zdarza się, że panowie tracą całe fortuny na swoje kochanki, utrzymanki i tym podobne osoby. Ale żona to żona. Święty sakrament. Babunia może nie jest zachwycona tym co się stało, ale kiedyś będzie musiała się pogodzić i uznać małżeństwo.

Franciszka uśmiechnęła się z nadzieją.

– Spokojniej mi – przyznała się cicho. – Jak mi pan Ignaś tak powiedział. Bo spać nie mogę z niepokoju...

Ignaś uśmiechem dodał jej odwagi.

– Niech Franciszka po prostu zapomni – zaproponował. – Było w Kalinówce ziemi więcej, teraz jest mniej. Jest, jak jest. Trzeba się po prostu wziąć do roboty i nie myśleć już o tym.

On przynajmniej swoją dobrą radę zaraz wcielił w życie. Wiosna była tuż tuż, roboty na polach nie można było odkładać.

***

Temat sprzedaży ziemi wracał w rozmowach syna z matką jeszcze wielokrotnie, ale pani Katarzyna okazywała się zupełnie nieczuła na jakiekolwiek argumenty

– Mama całe życie dbała o to, żeby nie uszczuplić Kalinówki – przypomniał pan Michał. – A nagle zdecydowała, że można ją sprzedać. Jak zrozumieć takie postępowanie?

Pani Katarzyna pokręciła głową.

– Sprzedałam tylko swoją część. Twoja i chłopców jest nienaruszona.

– Ale przecież i po mamie coś by się im należało.

Starsza pani zacisnęła usta. Nawet jeśli żałowała zbyt pochopnych decyzji, nie zamierzała się do tego przyznawać.

– Sprzedałam i już, nie ma o czym mówić – odpowiedziała po chwili. – Ignasiowi starczy, a Staś ma inne plany.

Pana Michała nie zadowoliło takie tłumaczenie.

– A ja, proszę mamy? – zapytał marszcząc brwi.

– Jeśli, dajmy na to, będę miał dzieci z Franciszką?

Pani Katarzyna wykrzywiła wargi.

– Nie pytałeś mnie, gdy się z nią żeniłeś – przypomniała – to i nie pytaj, co masz robić dalej.

Pan Michał zamilkł.

– No dobrze – odezwał się po chwili. – Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Co mama zrobiła z pieniędzmi?

– Już mówiłam – obruszyła się pani Katarzyna.

– Wystawię sobie pomnik. Okazały i z porządnego kamienia. Po mojej śmierci będziesz mógł na nim wyryć, co zechcesz. Choćby to, jak byłam dla ciebie niedobra.

Kalinowski westchnął bezradnie. Na argumenty, jakie przytaczała starsza pani, nie znajdował dobrych odpowiedzi.

– Nigdy nie twierdziłem, że mama była kiedykolwiek wobec mnie niedobra.

– Może i nie mówiłeś – przyznała pani Katarzyna. – Ale kto wie, czy tak nie pomyślałeś, skoro mnie tylko krytykujesz i krytykujesz.

Pan Michał zrezygnował z dalszej rozmowy.

***

Największe dylematy przeżywał jednak ksiądz Miodyński, zabłudowski proboszcz, w ręce którego pani Kalinowska złożyła sumę ze sprzedaży i od którego oczekiwała konkretnych działań.

Zadanie, jakie przed nim postawiła, należało do najtrudniejszych, z jakimi zetknął się w życiu.

– Jeśli przeważnie zastosuję się do życzenia pani Kalinowskiej, wystąpię przeciw świętemu sakramentowi małżeństwa, którego sam przeważnie udzieliłem. Jeśli się nie zastosuję, przeważnie spowoduję gniew uczciwej parafianki, dobrej katoliczki i przeważnie hojnej ofiarodawczyni...

Nie mogąc od razu znaleźć dobrego rozwiązania, ksiądz Miodyński odłożył rozstrzygnięcie dylematu na później. Otrzymane od pani Katarzyny pieniądze postanowił umieścić w banku – na korzystny procent.

– Nie zaszkodzi, jak trochę przeważnie poleżą – tłumaczył sobie. – Podejmę je zaraz potem, jak będę wiedział, co należy zrobić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?