Dworek pod Malwami 48 - Swary i kłótnie

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #48
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 48 - Swary i kłótnie

Saga

Dworek pod Malwami 48 - Swary i kłótnie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801538

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

WACIA

Wiosna 1923

Przez kilka pierwszych dni po śmierci pani Katarzyny Wacia Potocka chodziła niby we śnie.

Na cmentarzu trzeba ją było prowadzić za rękę, bo wydawała się zupełnie zagubiona, co i raz przystawała nagle, nie wiedziała, dokąd ma iść i co robić. Gdy rodzina zgromadziła się przy grobie do pamiątkowego zdjęcia, Wacia stała się nagle niezwykle ruchliwa, wierciła się na miejscu, przestępowała z nogi na nogę. Staś, który miał wykonać fotografię, kilka razy prosił, żeby znieruchomiała choć na chwilę. Panna Potocka stała w pierwszym rzędzie, miała na głowie kapelusz z czarnym piórem i stale zasłaniała nim twarze tych, którzy stali za nią.

– Niechaj Wacia przesunie się nieco w lewo z łaski swojej. Albo lepiej nie, może trochę w prawo.

W końcu Staś sam podszedł, wyznaczył pannie Waci miejsce, a obecnych ustawił wokół niej. Drugą fotografię, na której widać także jego, wykonał pan Mieczysław Kowalewski.

– Właściwie nie znałem starszej pani – powiedział. – Słyszałem jednak o szacownej nieboszczce tak wiele dobrego, że nie tylko z sąsiedzkiego obowiązku przyszedłem na pogrzeb.

W ceremonii uczestniczyło wiele osób, przybyłych, podobnie jak nowy leśniczy, dla oddania czci znanej i zasłużonej starszej pani.

Staś oddał pannę Wacię pod opiekę żonie, która zajęła się dawną pokojową zdecydowanie, ale serdecznie. Wszyscy rozumieli, że dla panny Potockiej śmierć seniorki rodu Kalinowskich jest odejściem nie tylko chlebodawczyni, ale przede wszystkim końcem wieloletniej szczerej przyjaźni.

W domu, gdy uczestnicy uroczystości zasiedli do obiadu poprzedzonego wspólnymi modlitwami za duszę zmarłej, Wacia Potocka sztywno tkwiła na swoim miejscu, zupełnie bez słowa, nic nie jadła i niczego nie piła. Miała czerwony nos i zapuchnięte oczy.

– Gotowa się nam Wacia rozchorować – mruknął pan Michał do żony.

Gdy po stypie, późnym wieczorem pogrzebowi goście rozjechali się do domów, a wszyscy mieszkańcy kalinowskiego dworu zgromadzili się w salonie, Wacia nie pojawiła się wśród nich.

Siedzieli wszyscy przy stole, dojadali z półmisków resztki pogrzebowego obiadu, pili herbatę, a mężczyźni także wódkę.

– Czyżby się położyła? – spytała Franciszka, a w końcu zaniepokojona poszła sprawdzić do pokoju panny Waci.

Wróciła z wiadomością, że jednak jej tam nie ma, więc wszyscy zaczęli się za nią rozglądać, a ktoś nawet wyszedł szukać na podwórze.

– Biedna – zauważyła Irina. – Strasznie przeżywa.

W tej chwili panna Potocka stanęła w drzwiach. Miała niezwykle zaczerwienione policzki, szeroki uśmiech i niepewny chód.

– Co tak siedzicie? zapytała. – Co się stało, to się nie odstanie.

Postąpiła krok do przodu, zachwiała się i runęła z hukiem na podłogę.

– Boże Święty! – krzyknął Kalinowski. – Ona jest pijana!

Panna Potocka podniosła głowę i spojrzała na niego karcąco zamglonym wzrokiem.

– Ja? – spytała z podłogi. – Ja?! Nigdy w życiu nie byłam pijana!

Niezdarnie zaczęła się gramolić, czepiając rękami fałd dywanu, ale nie była w stanie podnieść się samodzielnie. Dopiero pomoc Franciszki i Iriny okazały się skuteczne, a i też nie od razu.

– Co mi robicie?! Zostawcie mnie! – wymachiwała ramionami panna Wacia. – Dosyć już tego popychania!

Kobiety skutecznie opanowały jednak mocno nieskoordynowane ruchy panny Potockiej i odstawiły ją do jej pokoju.

Kucharka Serafina nie poczuwała się do winy i reprymenda pana Kalinowskiego nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia.

– Żadnej nalewki jej nie dawałam – oznajmiła stanowczym tonem. – Wacia sama wzięła.

– Ale Fina mogła zabronić! Nie dopuścić, żeby wypiła aż tyle. Przecież ona w sztok się zalała!

Kucharka wzruszyła ramionami.

– Złapała karafkę i wypiła cztery kieliszki jeden po drugim – wyjaśniła. – Co jej zresztą miałam żąłować w taki dzień. Ale wiadomo, jak kto niezwyczajny, to czasem przesadzi.

– Dobrze, że nie przy ludziach – westchnęła Franciszka.

***

Następnego ranka panna Potocka nie pokazała się, ponownie wzbudzając niepokój domowników. Nie przyszła na śniadanie, drzwi zamknęła na klucz i nikogo nie chciała widzieć. Narzekała na bóle głowy i twierdziła, że za chwilę sama też umrze podobnie jak starsza pani.

– Chyba zwariowała – przeraziła się Franciszka. – Może posłać po doktora Bogdanowicza?

- Zaraz tam! Tu nie doktór potrzebny, ale co innego – Fina wzruszyła ramionami i wytarła ręce w fartuch. – Jak skończę robotę, to się nią zajmę.

Jak było do przewidzenia, kucharka Serafina postawiła szybką i trafną diagnozę. Poszła do pokoju panny Potockiej z karafką wódki w ręce i po chwili wróciła z wiadomością, że wszystko jest w porządku.

– Potrzebowała klina – wyjaśniła z wyższością w głosie. – Mówiłam, że to najlepsze lekarstwo. Po nim wszystko przechodzi jak ręką odjął.

Nie było jednak po problemie. Przez cały dzień i wieczór z pokoju panny Potockiej dochodziły dziwne odgłosy – szuranie, stukanie, przestawianie mebli.

– Co się tam wyprawia? – pytała Franciszka zza zamkniętych drzwi, za każdym razem uzyskując taką samą odpowiedź.

– Jestem zajęta.

– Ale czy wszystko w porządku?

– W porządku.

– Dobrze się Wacia czuje? Może wezwiemy doktora?

– Wszystko dobrze, niczego nie trzeba.

Nie przyszła na kolację, a światło w jej pokoju zgasło najpóźniej w całym dworze.

Wcześnie rano, gdy Franciszka wstała i przyszła do kuchni wydać zarządzenia dotyczące dnia, zaskoczona zastała tam Wacię całkowicie ubraną i gotową do drogi.

Panna Potocka siedziała na krześle w płaszczu i kapeluszu, z wielką torbą podróżną u boku.

– Co to znaczy? – zdziwiła się Kalinowska. – Wacia gdzieś się wybiera?

– Czekałam tylko, żeby się pożegnać.

– Jak to „pożegnać”? – nie zrozumiała gospodyni. – Dokąd to Wacia się wybiera o tak wczesnej porze?

Panna Potocka wzruszyła ramionami.

– Wszystko jedno.

W drzwiach pokazała się kucharka Serafina, która od razu wzięła się do udzielania wyjaśnień.

– Nie wiadomo, jak długo tu siedzi. Chce jechać nie wiadomo gdzie. Nie ma do kogo, nie ma pieniedzy. Co za pomysł!

Za plecami panny Waci pokazała kółko na skroni, sugerując, że pokojowa starszej pani dostała pomieszania zmysłów.

Franciszka usiadła przy stole naprzeciw Potockiej.

– Niech Fina zrobi nam herbaty – poprosiła. – Musimy z Wacią pomówić poważnie.

– Jak poważnie, to chyba herbatę trzeba zakropić? – upewniła się kucharka.

– Niech będzie zakropiona. Rumem.

Siedziały milcząc, pociągały ze szklanek małymi łykami i patrzyły na podwórze. Spadł śnieg, wysoki i ciężki, hulał wiatr, wyglądało na to, że idzie mróz.

– Co też Waci strzeliło do głowy? – spytała Kalinowska. – Dlaczego chce nas zostawić?

Panna Potocka spojrzała z powagą.

– Nic tu po mnie – oznajmiła. – Pokój wysprzątałam. Wszystko, co zostało, można zabrać.

– Ładnie, że wysprzątany – zgodziła się Franciszka. – Poślę dziewczynę, żeby poprawiła jeszcze to i owo.

– Albo wyrzucić – uzupełniła Wacia. – Mnie nie będzie potrzebne.

Franciszka wskazała za okno.

– Wacia nigdzie nie pójdzie na taki mróz – oświadczyła stanowczo.

– Mnie mróz nie straszny – zauważyła panna Potocka.

Franciszka pokręciła głową.

– Wacia nigdzie nie pójdzie, bo jest potrzebna tutaj. W Kalinówce bez Waci nie może być.

– Jak to nie może? Musi być bez starszej pani, może być i bez mnie.

– Bez starszej pani musimy żyć, taki wyrok boski – przytaknęła Franciszka. – Ale bez Waci w żadnym wypadku. Prawda, Fina?

Kucharka skinęła głową.

– Wiadomo!

Kazała Finie podać dwa kieliszki i karafkę z wiśniową nalewką.

– Wypijemy na ten ziąb – zapowiedziała. – Ale u Waci w pokoju. Po tym, co panna przedwczoraj wyprawiała, lepiej, żeby nikt nas nie widział.

– A co było przedwczoraj? – spytała panna Potocka.

Nie pamiętała niczego ani z pogrzebu pani Katarzyny, ani ze stypy. W mroku alkoholowej niepamięci zniknęły także jej poobiednie ekscesy, więc usłyszawszy o swoim zachowaniu z niedowierzaniem przyglądała się Franciszce.

– Upiłam się? Niczego nie pamiętam.

– To i dobrze – uśmiechnęła się Kalinowska. – Miejmy nadzieję, że inni też szybko zapomną, jak to Wacia tarzała się po podłodze.

– Po podłodze? Nie może być!

– Owszem.

– Matko Boska! Naprawdę?

– Słowo daję.

Zniknęły potem obie na długo w pokoju Waci. Gdy prawie przed obiadem Franciszka wreszcie zjawiła się w kuchni, miała nieco zmętniałe spojrzenie i silnie zarumienione policzki.

 

– Zasnęła – powiedziała do Finy i przekazała jej klucz. – Na wszelki wypadek zamknęłam, żeby po cichu nie uciekła.

– A co się jej stało? – zmarszczyła brwi kucharka. – Całkiem zwariowała?

– Jest rozżalona. Ale z czasem przywyknie. Jak my wszyscy...

CIEŃ KATARZYNY

Pani Katarzyna umarła w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat. Jej testament otwarty w następnym tygodniu nie zawierał niespodzianek.

Już wcześniej prawo własności do ziemi i części domu przepisała na syna pod warunkiem dożywocia, więc do rozdysponowania została tylko ruchoma część majątku starszej pani.

Adwokat z Białegostoku, który przyjechał do Kalinówki w tej sprawie, najpierw poprosił o herbatę, czekając ze stoickim spokojem, aż zgromadzą się wszyscy potencjalni spadkobiercy.

– Zwykle tak robię, nauczony wieloletnim doświadczeniem – powiedział do Michała Kalinowskiego. – Zdarza się bowiem, że po odczytaniu testamentu rodzina bierze się za łby, a o biednym spragnionym prawniku nikt nie pamięta.

Wypił herbatę w gabinecie pana domu, następnie przeszedł do salonu, by dopełnić formalności. Monotonnym głosem przeczytał zebranym długi dokument, w którym pani Katarzyna zaklinając, by wszyscy dołożyli wszelkich starań nad zachowaniem rodziny zgodzie i całości, drobiazgowo opisała przedmioty, które powinny trafić w ręce konkretnych spadkobierców. Były tam drobne legaty dla służby, aktualnej i dawniejszej, kosztowności stanowiące jej osobisty majątek, niektóre meble i książki, garść pamiątek rodzinnych – obraz, laska, a nawet duża skórzana torba podróżna. Przedmioty te, poza torbą, która trafiła do Malwiny Mirończuk, zostały przekazane domownikom, bo testatorka nie chciała, by uległy rozproszeniu, inni dostali drobne sumy, zlecone do wypłacenia Michałowi Kalinowskiemu jako wykonawcy ostatniej woli matki.

– Nigdy już nie będzie tak jak dawniej– westchnął pan Michał.

Pieniądze, jakie z tytułu spadku miał do darowania służbie, nie były wysokie. Ponadto rozszerzała się inflacja i to, co było warte sześćdziesiąt tysięcy marek jeszcze pół roku wcześniej, teraz kosztowało sto. Domownicy przyjmując legaty, wzruszali ramionami i traktowali je symbolicznie, ot, jako dowód pamięci, a tylko dzieci, którym przypadły drobne kwoty, okazywały zadowolenie, nie zdając sobie sprawy z wartości pieniądza.

Ponieważ plony poprzedniego roku były bardzo wysokie, a ceny zbóż też pozostawały na niezłym poziomie, pan Michał zdecydował wypłacić legaty w walucie mocniejszej od marki polskiej i specjalnie w tym celu pojechał do miasta. Odłożył wyjazd o dwa tygodnie i nie był zachwycony, gdyż inflacja szła w górę bardzo szybko. Jeszcze w grudniu dolar kosztował 18 tysięcy marek, teraz cena sięgała trzydziestu tysięcy.

W mieście pozbywano się waluty polskiej, cenione były mocne pieniądze zagraniczne, zwłaszcza amerykańskie dolary.

***

Osobne miejsce w testamencie starszej pani zajmowała jej troska o los Waci Potockiej. Pani Katarzyna nie zapomniała o wieloletniej pokojowej, niestrudzonej opiekunce i wiernej przyjaciółce. Wyraziła nadzieję, że będzie mogła zostać w Kalinówce, by pomagać tak jak dotąd rodzinie pana Michała, a dla umożliwienia Waci godziwej egzystencji zapisała jej okrągłą sumę w markach.

Dzień po dniu osowiała panna Potocka siadywała bezczynnie na krześle w swoim pokoju, przygnębiona odmianą trybu życia i zupełnie oszołomiona nową sytuacją. Choć pani Katarzyna latami opowiadała o swojej zbliżającej się śmierci, nikt w to nie wierzył, a Wacia najmniej ze wszystkich. Traktowała starszą panią prawie jak część własnej osoby i nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłyby się rozstać. Teraz została sama, nie widząc, gdzie się obrócić i co robić. Od lat miała ustalony rytm dnia, a teraz nie było pani Katarzyny, wokół której te zajęcia się ogniskowały.

– Co ja pocznę? – sama siebie spytała pierwszego wieczora w rzadkiej chwili kontaktu z rzeczywistością. – Przecież ja nie mam żadnego celu dalszego życia. Ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej.

***

Pani Katarzyna przeznaczyła równe kwoty dla syna Michała, wnuka Stasia i jego żony Iriny. Nie zapisała niczego wnukowi Ignasiowi, któremu przebaczyła bezpośrednio przed śmiercią, ale nie zdążyła zmienić testamentu.

– Nie powinniśmy go pomijać – powiedział Staś do ojca. – Skoro babunia mu przebaczyła, powinien otrzymać swoją część spadku.

Pan Michał wzruszył ramionami.

-W testamencie nic o tym nie ma.

– Słyszeliśmy wszyscy, jakie były intencje babuni – zauważył syn.

Kalinowski pokręcił głową.

– Ja nic nie słyszałem – oznajmił z zachmurzona twarzą. – A jako wykonawca ostatniej woli mojej matki muszę trzymać się konkretnych zapisów.

Staś próbował pojednania, ale nie osiągnąwszy go, pertraktował z innymi domownikami, uzyskując ich poparcie. Nie zdecydował się jednak wystąpić przeciw ojcu, ponieważ formalnie nie mógł postawić żądań, w sensie prawnym obowiązywał zapis na papierze.

– Wobec tego podzielę się z Ignasiem tym, co babka mi zapisała – oznajmił Irinie po namyśle. – O ile się nie sprzeciwisz.

– Oczywiście, masz rację – uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – To zresztą twoje pieniądze. A ponieważ popieram twoje postępowanie, weź taką samą kwotę także z mojej części.

Staś był bardzo zadowolony z takiego rozwiązania.

– My nie zbiedniejemy – zauważył. – Nam i tak powodzi się nieźle w porównaniu do tych wszystkich ludzi z miasta. Tam ceny rośną z dnia na dzień.

***

Franciszka najłatwiej i najszybciej przywykła do nowej sytuacji w Kalinówce – do nieobecności teściowej, a co za tym idzie – ważniejszej roli w domu i gospodarstwie, jaka jej z natury rzeczy przypadła.

Nie zastanawiała się, jak będą teraz żyć na co dzień, co się zmieni, a co zostanie po staremu. Trzeba było rano wstać, iść do kuchni, zająć się dziesiątkami spraw. Od lat pani Katarzyna nie spełniała tej roli w domu. Franciszka nagle zdała sobie sprawę, jak wiele zmieniło się w ciągu prawie dwunastu lat jej pobytu w Kalinówce. Początkowo niczego nie wiedziała, mało co umiała, o wszystko musiała pytać, a wszelakie decyzje nawet w drobnych sprawach należały do pani Kalinowskiej albo do męża. W miarę upływu czasu, w miarę, jak się uczyła, a teściowa była coraz starsza, Franciszka stopniowo, prawie niedostrzegalnie przejmowała na siebie te wszystkie drobne sprawy. Teraz stwierdziła ze zdumieniem, że większość tego, co dotyczyło domu, dzieci, służby, spraw w kuchni i gospodarstwie na zewnątrz zależy od niej. I to już od dość dawna. W niedostrzegalny sposób kierowanie domem przeszło w jej ręce i prawie nie ma takich spraw, które by choć w części nie zależały od jej postanowień albo choćby tylko opinii.

Mężowi pozostawały sprawy majątkowe, to oczywiste, ale to ona miała wpływ na dobór służby w domu i najmowanie do roboty na polach, na sposób przyjmowania gości. Od dawna zajmowała się gromadzeniem zapasów i ustalaniem prac porządkowych. Była tu u siebie.

Inaczej bywało, kiedy mieli gdzieś pojechać. Wtedy nie istniała, jej rola ograniczała się do opieki nad dziećmi, niby jakiej służącej albo niani. Michał zawsze jeździł w towarzystwie matki. To ona była panią na Kalinówce i ona zajmowała poczesne reprezentacyjne miejsce przy boku syna. W odwiedzinach u sąsiadów, rodziny, w kościele. Franciszka nigdy nie jeździła do Zabłudowa w poniedziałki, było to od zawsze zarezerwowane dla matki pana Michała. Gzy teraz tak będzie? – zastanawiała się. Powiedział, że wiele się zmieni w codziennym życiu. Czy przestanie w te poniedziałki jeździć do gospody Joska, czy może zacznie zabierać ją ze sobą, tak jak kiedyś matkę?

Nie była pewna, co by wolała. Zająć miejsce pani Katarzyny? Dawno już je zajmowała, choć przecież nie przed ludźmi. Ale czy zależy jej na uznaniu wszystkich, których spotyka, czy tylko niektórych? Tych, których zdanie sama ceni i uważa?

– Czy pojedziesz w poniedziałek do Zabłudowa? – spytała męża.

Kalinowski drgnął, jakby dopiero teraz dotarło do niego, że już nigdy nie będzie mógł jechać do gospody Joska z panią Katarzyną.

– Czemu miałbym nie jechać? – odpowiedział pytaniem. – Zawsze jeżdżę w poniedziałki.

– Ale teraz... no, nie ma twojej matki...

– To pojadę sam.

Nie zaproponowała, żeby zabrał ją ze sobą. Potem żałowała, że nie poprosiła, aby pozwolił jej zająć miejsce teściowej. Godziła się w ten sposob na to, że część decyzji została przy nim. I że nigdy nie zastąpi pani Katarzyny u jego boku.

***

Inna sprawa dotyczyła nagrobka. Suma, którą pani Katarzyna miała niegdyś odłożoną na ten cel, dawno stopniała. I kamień, który chciała mieć położony na swojej mogile, także nie był tym, który kiedyś wybrała.

Teraz na cmentarzu postawiono solidny dębowy krzyż, ale wszyscy spodziewali się, że to rozwiązanie tymczasowe. Wiadomo, krzyż z czasem rozpadnie się, więc pan Michał powinien pomyśleć o czymś bardziej trwałym.

– Postawisz matce pomnik? – Franciszka była zdania, że na taki wydatek nie należy skąpić.

– Myślę o tym.

– Można zamówić w Zabłudowie – podpowiedziała. – Słyszałam od Owczarkowej, że kosztuje bardzo wiele. Chyba, żeby dać ziarno. Kilka metrów żyta starczyłoby aż nadto.

Spojrzał spod przymrużonych powiek.

– Uważasz, że powinienem postawić?

– Koniecznie. Tak się godzi. – zapewniła. – Twoja matka była dla ciebie zawsze bardzo ważna.

Pokiwał głową, jakby zaskoczony jej stwierdzeniem.

– Zastanowię się, jak to zrobić – powiedział po chwili. – Chciałbym, żeby miała pomnik na cmentarzu. Pojadę do kamieniarza.

Ale nie złożył zamówienia od razu. Za najbliższą wizytą w mieście jeździł nawet pytać o możliwe wzory, czas wykonania i cenę, ale nie zdecydował się. Zapytany, czy podjął w tej kwestii jakieś postanowienie, pokręcił głową.

– To, co tam mają, nie podoba mi się zupełnie. Samo dziadostwo. Jakieś płyty ze starych nagrobków. Żadnego nowego materiału. Majster mówi, że zamierzają dopiero sprowadzić, ale to najwcześniej na wiosnę.

– Wcześniej przecież nie będziesz ruszał grobu – zauważyła. – Ludzie stawiają po pół roku albo i potem, dopiero jak mogiła opadnie nieco...

Pan Michał pociągnął nosem.

– Mało mnie obchodzi, jak robią inni – zauważył.

– To co będzie?

– Sam zbuduję nagrobek.

– Ty? – zdziwiła się Franciszka. – To przecież wymaga nie tylko pracy, ale przede wszystkim materiału, a mówiłeś, że nawet majster nie ma odpowiedniego.

– Jest jeszcze nasz wielki kamień – przypomniał.

Kamień, z którego miał być wykonany nagrobek, tak jak sobie życzyła pani Katarzyna, leżał za stodołami, wielki i ciężki, częściowo zakopany w ziemi.

– Nie wydostaniesz go, nie dasz rady – powątpiewała Franciszka.

– To znajdę inny – burknął pan Michał.

Nie miał ochoty rozmawiać z nią dłużej o swoich planach związanych z budową pomnika na grobie matki.

W nabożeństwie żałobnym, odprawionym w trzydzieści dni po śmierci Katarzyny Kalinowskiej, uczestniczyło wiele osób i kościół w Zabłudowie był wypełniony po brzegi.

W Kalinówce już wcześniej wszystko wróciło do codziennego rytmu. Franciszka w najlepsze rządziła gospodarstwem, a pan Michał jeszcze częściej niż kiedyś wyjeżdżał w swoich sprawach, o których nikomu nie mówił.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?