Dworek pod Malwami 46 - Poraniony anioł

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #46
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 46 - Poraniony anioł

Saga

Dworek pod Malwami 46 - Poraniony anioł

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801552

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

WITTA

Witia Sidorowicz spędził w Kalinówce prawie dwa tygodnie.

Urlop, jakiego udzielił mu dowódca pułku był nagrodą za zasługi dla jednostki. Witia nie napisał, że otrzymał wiadomość od Haneczki Skórnickiej, nie napisał, że zapracował na urlop ani też kiedy przyjedzie. Po prostu pewnego dnia zjawił się przed gankiem, niespodziewanie i znienacka, jak to miał we zwyczaju.

– Ciocia! – zawołał ku Franciszce. – Jestem głodny!

Był w mundurze 4. pułku ułanów, jakby wyższy i bardziej dorosły. Miał pewną siebie minę i łobuzerski uśmiech.

– Witia! – zawołała Franciszka, szeroko otwierając ramiona przed wychowankiem.

Uściskała go i wycałowała, po czym zapytała wesoło:

– A ręce umyłeś?

– Gul, gul – zamruczał Sidorowicz.

Wbiegł do kuchni, skinął kucharce, porywając jej spod ręki kawał wędzonej kiełbasy i już gnał dalej. Pędem obleciał wszystkie pomieszczenia gospodarcze, niczym burza wpadając pomiędzy indyki i kury, spojrzeniem policzył krowy. Nieco dłużej zatrzymał się tylko przy koniach, oglądając ich błyszczącą sierść i okrągłe brzuchy.

– Jan dobrze dba – pochwalił pachołka i pobiegł dalej.

Był poniedziałek, pan Michał ze starszą panią pojechali do kościoła z Zabłudowie.

– Mam czas – oznajmił Witia. – Zaraz do nich pobiegnę.

Nie zapytał o Haneczkę, ale jego oczy rozglądały się wokoło i myszkowały po wszystkich kątach.

– Zaraz tu będzie ojciec i babka – powiadomiła Franciszka. – Nigdzie nie musisz lecieć.

– Muszę – zaprzeczył Sidorowicz. – Do Haneczki.

– Haneczka codziennie przyjeżdża – wyjaśniła. – Zwykle o tej właśnie porze. Usiądź, opowiedz gdzie byłeś, może akurat nadjedzie. Ty wiesz, że ona sama prowadzi automobil?

Oczy Sidorowicza błysnęły z wielkim zadowoleniem.

– Sama? – spytał z uznaniem.

Wreszcie usiadł, rwał zębami chleb i kolejny kawał kiełbasy.

– Jej ojciec umarł – opowiadała Franciszka. – Jest teraz bogata, a jak ładnie się ubiera!

Sidorowicz nie mógł dłużej usiedzieć.

– Muszę lecieć – oświadczył i zerwał się na równe nogi. Trzasnęły drzwi, gdy w pędzie wyskoczył do sieni.

– Zaczekaj! – wołała za nim Franciszka. – Dokąd biegniesz? Przecież nawet nie wiesz, gdzie ona teraz jest.

Ale Witia już zbiegał z ganku. W tej chwili na podwórze wjechał powóz pana Michała. Kalinowski zadarł lejce, gwałtownie wstrzymując konie.

– Święci Pańscy! – zawołała starsza pani. – To przecież Witia!

– Babunia! – chłopak rzucił się pani Katarzynie na szyję, ściskając ją niczym młody niedźwiedź. – Kochana! Gul, gul!

SPOTKANIE

Miałam rację – mówiła Olga von Tromm oglądając szkice i rysunki Haneczki Skórnickiej. – Poczyniłaś zdumiewające postępy, moja droga. Upewnia mnie to o twoim niepospolitym talencie. Jestem bardzo zadowolona, że to ja pierwsza zauważałam twoje artystyczne predyspozycje.

– Jestem pani baronowej bardzo za to wdzięczna.

Haneczka do Szkoły Sztuk Pięknych dostała się jako jedna z najmłodszych studentek, miała wówczas ledwie szesnaście lat. Stało się to możliwe tak dzięki listom polecającym pani von Tromm, jak i staraniom ojca. Pan Zdzisław poświęcił wiele czasu i niemało pieniedzy, by zrealizować marzenia córki.

Podczas pobytu w Jeronimowie Haneczka bardzo intensywnie pracowała. Zimą miała mniej możliwości, aby malować swoje ulubione pejzaże, ale kiedy tylko nadeszły pierwsze przedwiosenne słoneczne dni, rzadko można było zastać ją w domu. Wiele czasu poświęcała na wędrówki po okolicy w poszukiwaniu odpowiednich plenerów. Można ją było zobaczyć o różnych porach dnia, wczesnym rankiem i o zmierzchu w pałacowym parku, na wiejskiej drodze, pod lasem czy nad stawem. Wypuszczała się też na dalszy rekonesans, nie bacząc na kapryśną wiosenną aurę. Najczęściej korzystała z samochodu, ale stanowczo wolałaby piesze wędrówki, bo podczas nich mogła przypominać sobie szczęśliwe lata dzieciństwa. I... marzyć o Witii.

Po przyjeździe Haneczki do Jeronimowa na nowo rozkwitła jej znajomość z Bronią Lulewicz, która, początkowo onieśmielona i zdystansowana, wkrótce stała się jej powiernicą i towarzyszką wypraw po okolicy.

Pani baronowa pozwalała przyjaźnić się obu pannom. Patrzyła przez palce na ich wycieczki, a nawet i na to, że czasami wieczorem, już po skończonej pracy, pokojówka Bronia przychodziła do sypialni panny Skórnickiej. Obie dziewczyny czytały albo plotkowały i snuły rozmaite marzenia i plany.

– Mam tylko nadzieję, że nie zapomnisz zachować dystansu – pouczała Haneczkę Olga von Tromm. – Pamiętaj, że Bronia jest tylko służącą. Nigdy nie dorówna ci pozycją i powinna o tym wiedzieć. Nie mówię tego ot tak sobie, ale dla jej dobra. Ty zajmiesz się sobą, wyjedziesz, zostaniesz, możesz robić, co zechcesz. Ona nie. Więc w imię dobrze pojętej przyjaźni nie zrób jej krzywdy, dając nadzieję na inne życie niż to, do którego przywykła i które jest udziałem dziewcząt z jej klasy.

– Rozumiem – zapewniła poważnie Haneczka. – Bardzo lubię Bronię, jest moją prawdziwą przyjaciółką i bardzo dobrze się rozumiemy. Ale zdaję sobie sprawę z tego, o czym pani baronowa mówi i naturalnie, z góry zapewniam, że nie ma podstaw do obaw.

– I nie będzie? – upewniła się pani Olga.

– I nie będzie – opanowanym głosem oznajmiła panna Skórnicka. – Bronia jest pokojówką i tak zostanie. Owszem, zależy mi, żeby trafiła w życiu jak najlepiej, będę jej chciała dopomóc na tyle, na ile będzie to możliwe. Ale tylko tyle.

– Doskonale – odetchnęła z ulgą Olga von Tromm.

***

Gdy pani baronowa dawała wychodne Broni Lulewicz, Haneczka zabierała ją ze sobą. W ciągu tygodnia Bronia miała wiele zajęć związanych z opieką nad małą Barbarką i tylko po południu w sobotę służąca mogła mieć nieco czasu dla siebie. Z przyjemnością uczestniczyła w wyprawach z panienką, choć właściwie powinna odwiedzić w tym czasie dom rodzinny. Ale jakoś wcale jej tam nie ciągnęło.

– Szybko, szybko – wołała Haneczka. – Jedziemy na wycieczkę. Już wszystko mam obliczone, na kolację wrócimy.

Panna Skórnicka miała zaplanowane sobotnie popołudnia kilka dni z wyprzedzeniem.

– Dziś pojedziemy do Kamionki – mówiła. – Widziałam tam wspaniałe drzewa. Koniecznie muszę je narysować.

Bronia Lulewicz zabierała koszyk z prowiantem i obie panny jechały na piknik.

Dni były już ciepłe, pola pokryły się świeżą zielenią, młode listki pokazywały się na drzewach. Słońce świeciło jasno, dzień był pogodny i przyjemnie podróżowało się odkrytym samochodem. Wiosna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby mogły pozwolić sobie na biwakowanie w polu czy w lesie, wiec przekąskę zjadały w aucie. Bronia zawsze pamiętała o ulubionych ciasteczkach Haneczki i kanapkach z szynką, które zupełnie inaczej smakowały niż te podawane w domu.

Panny plotkowały, zwierzały się ze swoich sekretów i planów.

– Jestem bardzo szczęśliwa, że nie przestałaś być moją przyjaciółką – zapewniała Haneczka. – Gdy byłam w Niemczech, niepokoiłam się, że już mnie nie pamiętasz.

– Nigdy nie zapomniałam – uśmiechała się skromnie Lulewiczówna. – Nie mam innej przyjaciółki.

Także tego dnia Haneczka Skórnicka wyruszyła z Jeronimowa w towarzystwie Broni Lulewicz. Od dawna już chciała pojechać do Nowosadów, by narysować stare chałupy przy drodze. Bronia dziwiła się nieco jej zaciekawieniu takimi brzydkimi i zniszczonymi chatami, ale patrzyła na przyjaciółkę z wielkim szacunkiem i bez najmniejszej krytyki akceptowała jej pomysły.

Czasem tylko ostrożnie ośmielała się wyrazić swoje wątpliwości.

– Co jest ładnego w takich starych chałupach? – spytała cicho.

– Wszystko – odparła panna Skórnicka. – Właśnie to, że są wiekowe, że stoją nad drogą, że przed nimi rozciąga się ten błękitny staw, a dalej rosną stare klony.

– Przecież to tylko bajoro – dziwiła się Lulewiczówna. – Gęsi i kaczki łażą, sama też kiedyś tam chodziłam ze stadem...

– Gęsi oczywiście także namaluję – śmiała się Haneczka. – Ciebie też bym chciała umieścić na tym obrazie, szkoda, że przed laty nie umiałam. Cóż to byłby za piękny obrazek – „Bronia – gęsiareczka”.

Jadąc do Nowosadów gawędziły o wszystkich panieńskich sprawach. Ponieważ panna Skórnicka zauważyła, że młody pomocnik ogrodnika pani baronowej ogląda się za pokojówką, teraz próbowała podpytywać przyjaciółkę.

– Chciałabyś się za niego wydać? Wysoki, jasnowłosy chłopiec. Może trochę biedny, ale ładny i podobno taki spokojny. No, przyznaj, że ci się podoba!

– Owszem – po chwili namysłu przyznała Lulewiczówna, czerwieniąc się ze wstydu. – Właśnie dlatego, że taki spokojny i łagodny. I ma niebieskie oczy...

 

– Bo ja ze spokojnym to bym chyba nie mogła żyć – mówiła tymczasem Haneczka. – Ja lubię ruch i odrobinę szaleństwa. Ale ty się wydajesz taka zrównoważona. Zawsze zazdrościłam ci opanowania i spokojnego usposobienia.

– Ty mi zazdrościłaś? – zdziwiła się Lulewiczówna.

– Pewnie. Teraz też ci zazdroszczę. Ojciec zawsze mnie karcił, że mam popędliwą naturę i pstro w głowie. Teraz jestem starsza, a chyba wcale nie zmądrzałam.

– Co ty mówisz – oburzyła się nieśmiało Bronia. – Jesteś taka odważna i w ogóle. Ja to się wszystkiego boję. Sama pierwsza nie zagadam do nikogo, choćby nie wiem co.

– Do tego ogrodnika też nie? – droczyła się Haneczka.

– Ani słowem. Dwa razy jak się spotkaliśmy, to tak na mnie patrzył, jakby chciał coś zagadać. Myślałam nawet go zapytać, co tak patrzy i co ma do powiedzenia, ale jakoś nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

– Oj, to fatalnie – Haneczka zmarszczyła nosek. – Powinnaś być może trochę odważniejsza. Wiesz, chłopców czasem trzeba trochę ośmielić.

– Kiedy zupełnie nie umiem...

– Nauczę cię – zaśmiała się panna Skórnicka. – To wcale nie jest trudne, jeśli wiesz, jak to zrobić, no i co chcesz osiągnąć. Trzeba wiedzieć, czego się chce – to jest najważniejsze. Czasem myślę, że brak mi twojego opanowania. Jakby ze mną i Witią co do czego przyszło, wiesz – tak na prawdę, to nie wiem, czy umiałabym nad sobą zapanować...

Samochód jechał bardzo wolno, na drodze nie brakowało kałuż po porannym deszczu i panna Skórnicka starannie je omijała, by nie zachlapać ubrań i zanadto nie ubrudzić samochodu.

Zaraz po minięciu Topolan, na skraju małego zagajnika z prawej strony drogi głośnym krakaniem odezwał się jakiś ptak.

– Co to? – zdziwiła się Lulewiczówna. – Jakby sroka, ale dziwna...

– To Witia – oznajmiła Haneczka z rozjaśnioną nagle twarzą. – Boże święty, a ja nawet nie wiem, jak wyglądam!

Zatrzymała natychmiast auto i zaczęła przeglądać się w lusterku.

– Prezentujesz się bardzo dobrze – powiedziała przyjaciółka. – Jak ciebie zobaczy, od razu się zachwyci.

– Czy on mnie w ogóle pozna?

Nerwowo patrzyła na swoje odbicie, marszczyła nos, robiła miny.

– Boże, przecież ja wcale nie jestem do podobna do tamtej Haneczki, którą Witia pamięta! – zmartwiła się i pokazała sobie język.

– Wyglądasz bardzo ładnie – powtórzyła Bronia Lulewicz.

Z niepokojem rozglądała się wokoło.

– Nikogo nie widzę – zauważyła. – Myślisz, że to naprawdę on?

– Na pewno – stwierdziła Skórnicka. – Umie naśladować różne ptaki. Mnie też uczył, ale ja potrafię tylko trochę.

– To gdzie jest?

– Ma zwariowane pomysły – tłumaczyła chłopca Haneczka. – Siedzi na drzewie albo w innym nieprawdopodobnym miejscu. Obserwuje nas z ukrycia i czeka, żeby wyskoczyć!

Lulewiczówna uznała, że może nie powinna znajdować się w pobliżu, kiedy Haneczka i Witia spotkają się wreszcie po kilku latach rozłąki.

– No coś ty! – oburzyła się Skórnicka. – Chcesz, żebym padła trupem z wrażenia? Oczywiście, że powinnaś zostać.

Samochód stał, Haneczka wyszła na zewnątrz, złożyła dłonie i zaćwierkała jak ptak. W jedną stronę, potem w drugą. Po chwili w odpowiedzi odezwał się podobny dźwięk. Haneczka powtórzyła wezwanie i znowu dał się słyszeć odzew. Podeszła kilka kroków do przodu. Była o trzydzieści czy więcej metrów od samochodu, patrzyła na skraj lasku za drogą.

Witia wyskoczył z krzaków i pędził przez pole ku drodze. Ze swojego miejsca Bronia Lulewicz dobrze widziała, jak niczym zając sadził szybkimi susami, sprawnie omijając kopce, kępy traw i inne przeszkody.

Sidorowicz wybiegł na drogę. W miarę jak zbliżał się do czekającej dziewczyny, jego kroki powolniały, a gdy był o kilka metrów od niej zupełnie zwolnił, prawie przystanął.

Podszedł wreszcie, w milczeniu patrząc niepewnym wzrokiem na piękną dziewczynę przed sobą. Bez jednego słowa stanął naprzeciw niej.

Spoglądał z niedowierzaniem, jakby nie przypuszczał, że ta smukła panna z długimi włosami może być tak dobrze znaną mu Haneczką.

Ona też patrzyła na niego zaciekawiona, uśmiech rozjaśnił jej twarz, oczy błyskały radością, choć były niespokojne.

Witia uśmiechnął się, dając znak, że poznaje dziewczynę, ale nie odezwał się ani słowem. W jego wzroku było niedowierzanie, zaskoczenie i zachwyt.

– Haneczka – szepnął wreszcie.

– Witia...

I nadal stali naprzeciw siebie oglądając się i sprawdzając, czy się nie pomylili.

– Gul, gul – uśmiechnęła się dziewczyna.

– Gul, gul – odpowiedział Sidorowicz.

Poruszył się niespokojnie, jak ktoś, kto za chwilę wystartuje i szalonym biegiem popędzi przed siebie.

– To ja – powiedziała dziewczyna. – Poznajesz mnie? Zmieniłam się trochę, ale to ja...

Witia skinął głową.

Ostrożnie przesunął się, ona też zrobiła krok w jego kierunku.

– Czekałeś? – spytała szeptem.

– Tak – odparł szeptem Witia. – Długo cię nie było.

– Długo – uśmiechnęła się usprawiedliwiająco. – Bałam się, czy mnie rozpoznasz. To dlatego przysyłałam fotografie.

– Rozpoznałem – zapewnił.

– Zmieniłam się – tłumaczyła się, spuszczając oczy. – Nie jestem już taka chuda, zrobiłam się cięższa. Nie wiem, czy dałbyś radę nieść mnie na barana...

– Dałbym – zauważył swobodnie. – Jestem silniejszy.

– Chyba tak – zgodziła się. – Jesteś też wyższy i jakby... szerszy.

– Aha – zapewnił Sidorowicz.

– Czekałam na list od ciebie. Codziennie jeździłam do Kalinówki.

– Wiem – odpowiedział Sidorowicz. – Zdobyłem urlop. Dziesięć dni. Chcieli dać krzyż, ale wolałem urlop.

Oczy dziewczyny pojaśniały rozbawieniem.

– Wybrałeś urlop zamiast krzyża?

Na twarzy Sidorowicz pojawił się dobrze jej znany, łobuzerski uśmiech.

– Krzyż już mam.

Haneczka zachichotała. Co za radość i ulga. Tak! To był ten dawny Witia – wesoły, nieodgadniony, swobodny.

– Bałam się – powiedziała. – Jakbyś mnie nie poznał, albo nie chciał widzieć, albo bym ci się nie spodobała...

– Zawsze chcę – zapewnił Witia i dodał: – Sto lat.

Haneczka głową wskazała auto za sobą.

– To Bronia Lulewicz – powiedziała. – Znasz ją? Moja przyjaciółka. Jest pokojówką u pani baronowej. Chodź się przywitać.

Sidorowicz pokręcił głową.

– Nie chcę.

Haneczka skarciła go wzrokiem.

– Nadał jesteś taki dziki? – spytała. – To moja przyjaciółka przecież. Nie mam przed nią sekretów. Wszystko jej mówię. O tym, że na ciebie czekałam też.

Sidorowicz skinął głowa.

– To chcę. Ale jeszcze nie teraz.

– A o chcesz teraz?

– Patrzeć.

I długą chwilę przyglądał się dziewczynie.

– Zmieniłaś się – potwierdził. – I podobasz się jeszcze bardziej.

Haneczka uśmiechnęła się onieśmielona. Spojrzenie, jakim ją obrzucał, nie było spojrzeniem dziecka. Dobrze to wiedziała, zarumieniła się i spuściła głowę.

– Wstydzę się, jak tak patrzysz – szepnęła, zerkając na niego spod oka.

– Jak patrzę?

– Tak łapczywie.

– Łapczywie?

– Właśnie.

– Gul, gul – potwierdził Witia.

OCZEKIWANIE

Rozstali się, obiecując spotkać się następnego dnia w Kalinówce. Haneczka dysponowała samochodem, więc odległość od Jeronimowa nie stanowiła dla niej przeszkody.

Dziewczyny pojechały do Nowosadów. We wsi Haneczka próbowała szkicować miejsca, o których mówiła wcześniej Broni, ale szybko zrezygnowała.

– Jakoś mi nie idzie – poskarżyła się. Niedbale wrzuciła blok rysunkowy na tylne siedzenie auta.

– Jestem czegoś zdenerwowana...

– Wiem – zauważyła Lulewiczówna. – To przez Witię.

– Tak myślisz?

– Przez niego – poważnie potwierdziła Bronia. – Tylko o nim teraz myślisz.

Haneczka uśmiechnęła się przepraszająco.

– Prawda – przyznała się. – Tylko o nim. Może wrócimy i porozmawiamy? Nie dam rady skupić się na czym innym. Bardzo cię proszę, Broniu.

– Wracajmy – zgodziła się Lulewiczówna.

Nie miała ochoty zachodzić do chałupy rodziców, co planowała przed wyjazdem, bardziej z poczucia obowiązku niż rzeczywistej potrzeby. Bronia myśląc o swoim domu coraz częściej dochodziła do wniosku, że jej dom to pałac w Jeronimowie, a nie chałupa Lulewiczów. Teraz były blisko, ale szczęśliwie zbyt krótko. Mało kto ze wsi zorientował się, że córka starego Józefa przyjechała z panienką. Tylko rozkrzyczane dzieciaki jak zwykle biegały za samochodem.

Wieczorem Haneczka była bardzo podekscytowana.

– Coś się stało? – spytała Olga von Tromm. – Znajduję cię dziś, moja droga, bardzo niepozbieraną i rozkojarzoną. Może się zaziębiłaś podczas tych twoich malarskich wędrówek?

Panna Skórnicka wydawała się nieobecna myślami. Liczyła na szczerą rozmowę z Bronią, ale gdy tylko przyjechały z wycieczki, pokojówka musiała wrócić do obowiązków, więc pogaduszki przełożyły na później.

– Przepraszam – powiedziała teraz Haneczka. – To przez Witię...

– O! – podniosła brwi pani baronowa. – Czyżbyś wreszcie się go doczekała?

– Tak! – przytaknęła panna Skórnicka. – Pojechałyśmy do Nowosadów, gdzie miałam rysować, a on czekał na drodze.

– I co dalej?

– Poznaliśmy się – szepnęła Haneczka.

– Och! – roześmiała się pani Olga. – To chyba nic dziwnego. Powinniście się poznać. Wprawdzie upłynęło kilka lat od waszego rozstania, ale jednak tylko kilka. I jakie jest twoje wrażenie, moja droga?

Haneczka opuściła oczy.

– Jest inny – przyznała. – Taki... męski

– Ach! – powiedziała pani von Tromm. – To chyba zrozumiałe w jego wieku. Ma osiemnaście lat, to jednak już mężczyzna. A i ty nie jesteś dzieckiem. Mam nadzieję, że rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć?

– Naturalnie – przytaknęła dziewczyna. – Proszę być spokojną i nie obawiać się, bardzo dobrze zdaję sobie sprawę ze wszystkiego.

– To dobrze – odetchnęła pani Olga. – Ale powiedz, jakie wrażenia odniosłaś? Czy to jest ten sam Witia? Ten twój wymarzony Witia, którego zamierzałaś prosić, żeby się z tobą ożenił?

– Tak, pani baronowo. Ten sam. Tylko jeszcze bardziej taki... pasujący.

– Wspaniale – pochwaliła baronowa. – Bardzo się cieszę, że się nie rozczarowałaś. Bo że on się nie rozczarował, tego jestem pewna. Jesteś śliczną młodą panną, więc nie ma takiej możliwości, żebyś komuś się nie podobała.

Nalała sobie herbaty i zachęcająco skinęła ku dziewczynie.

– Zaproś go do Jeronimowa w moim imieniu. Koniecznie chciałabym go zobaczyć. Był niesforny, ale znakomicie jeździł konno. Teraz, słyszę, służy w ułanach. Poszedł na ochotnika. Wspaniała, wspaniała postawa.

– Dostał krzyż – pochwaliła się Skórnicka. – I urlop w nagrodę za dobrą służbę, więc mógł przyjechać. Ale tylko na dziesięć dni. To mi się wydaje bardzo długo, ale boję się, że zaraz będzie musiał ruszać z powrotem.

Pani Olga łagodnym uśmiechem pocieszyła dziewczynę.

– Tak to już jest, moja droga – oznajmiła ze spokojem. – Nasza kobieca rola niestety bardzo często sprowadza się do czekania na mężczyzn. Oni zawsze mają swoje pilne sprawy. Obowiązki wobec ojczyzny, honoru, pułku i tak dalej. My bywamy w ich myślach dopiero gdzieś tam w dalszej kolejności. Ale to oczywiście nic złego. Zdradzę ci tajemnicę. Dla szczęścia kobiety dobrze jest, jeśli uświadomi sobie, co jest możliwe do zyskania u mężczyzny. I nie chodzi mi wcale o podległość jednej płci wobec drugiej. Jak wiesz, jestem zwolenniczką nowoczesnego podejścia do spraw damsko-męskich. Ale pewnych ograniczeń nie da się pokonać. Dlatego dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę. Trzeba się pogodzić z pewnymi męskimi dziwactwami, a od razu spojrzysz na to wszystko jak należy i będziesz zadowolona. Zaufaj doświadczonej starszej kobiecie...

– Dziwactwami?

– Oczywiście, że dziwactwami, moja droga. Chimerami, marzeniami, fantazjami, szaleństwami nawet. Sama się o tym przekonasz niedługo, jeśli tylko wytrwasz przy swoim zamiarze poślubienia tego młodego człowieka. Już w czasach waszego dzieciństwa niejeden razy słyszałam, że tylko ty jedna jesteś w stanie go okiełznać. Mam nadzieję, że nic się tu nie zmieniło i nadal potrafisz tak grać, by tańczył według twojej melodii.

Pani Olga podeszła do dziewczyny i położyła dłoń na jej czole.

– Jesteś rozpalona – zauważyła z niepokojem. – Powinnaś pójść do łóżka. Poproszę zaraz Bronię, żeby ci podała odpowiednie ziółka. Nie zaszkodzi na uspokojenie.

 

Haneczka przytaknęła bez przekonania, uśmiechając się blado.

– Chyba powinnam odpocząć – zgodziła się. – To był taki ekscytujący dzień.

Pani Olga uścisnęła ją serdecznie.

– Przed tobą wiele jeszcze takich dni – zapewniła. – Nie mam co do tego wątpliwości, moja droga. Ale tymczasem odpocznij trochę, uspokój się.

– Dobranoc, pani baronowo. Jest pani dla mnie jak matka. Dziękuję stokrotnie.

Olga von Tromm uśmiechnęła się w zamyśleniu.

– Tak już moja rola – odparła. – Być opiekunką i doradczynią młodych kobiet. Nie jestem wprawdzie pewna, czy moje rady zawsze wychodzą im na dobre, ale nie tracę nadziei.

Haneczka poszła do siebie. Zajmowała duży pokój gościnny z łazienką i innymi wygodami. Był położony w lewym skrzydle pałacu, niedaleko od pokojów Barbarki i samej właścicielki majątku. Posiadłość intensywnie przygotowywano do remontu, prace miały zostać zakończone przed wypadającymi w połowie maja urodzinami Barbarki, kiedy to pani baronowa spodziewała się najazdu licznych gości.

– Musisz zostać na uroczystości, moja droga – powiedziała od razu do Haneczki. – Absolutnie nie wypuszczę cię wcześniej, niż po urodzinach mojej kruszyny. Skoro zamierzasz, jak rozumiem, zamieszkać może w przyszłości ponownie w naszej okolicy, powinnaś przypomnieć sobie sąsiadów i znajomych. No i pokazać się im wszystkim. A że niektórzy, a raczej niektóre pobledną z zazdrości, tym lepiej.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?