Dworek pod Malwami. Powrót tułacza

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #42
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 42 - Powrót tułacza

Saga

Dworek pod Malwami 42 - Powrót tułacza

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801590

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

ROSJANKA

Wiosna 1919

Dwa dni po przybyciu do Kalinówki Iriny Morozowej i małego Miszy po skromnym śniadaniu złożonym z sucharków i cienkiej herbaty pani Katarzyna Kalinowska powiedziała do Waci Potockiej:

– Pomóż mi się ubrać, chcę iść na słońce.

– To starsza pani nie myśli umierać? – spytała Wacia.

– Ani mi to w głowie!

Pokojowa przeżegnała się ukradkiem. Pani Katarzyna, nadzwyczaj słaba od kilku tygodni, pożegnała się już ze wszystkimi, w miniony wtorek przyjęła komunię świętą i domownicy pogodzili się już z myślą, że tym razem odejdzie na zawsze.

– Skoro tak – odpowiedziała Wacia – to włosy trzeba umyć. Jest akurat trochę wiosennej deszczówki, będzie w sam raz.

Starsza pani pokręciła głową.

– Później. Teraz mi spieszno do ogrodu.

Ubrana w czarną suknię, płaszcz pobity futrem i czapkę z lisa pani Katarzyna wzięła laskę do ręki i bez niczyjej pomocy opuściła dom, co u osoby dopiero co stojącej nad grobem było zjawiskiem nadzwyczajnym.

Stanęła na ganku, wciągnęła w płuca wiosenne, ciepłe powietrze i rozjaśnionymi oczami spojrzała na sad przed dworem. Drzewa były jeszcze nagie, ale już tu i ówdzie pojawiały się na nich pąki, oczekiwano wczesnej wiosny.

– O! – westchnęła pani Katarzyna. – Jak dobrze żyć!

Wacia Potocka wysłała poduszkami jej ulubiony wiklinowy fotel, ale starsza pani zniecierpliwiona machnęła ręką.

– Później, później! Daj się nacieszyć przyrodą!

Jeszcze wczoraj miała trudności z samodzielnym jedzeniem, a teraz bez pomocy zeszła po schodkach ganku, najwyraźniej z zamiarem dłuższego spaceru.

– Poproś Irinę – poleciła pokojowej. – Jeśli może, niech i ona zażyje trochę powietrza.

***

Irina Morozow zamieszkała od frontu w dawnym pokoju Stasia. Dla chłopca wstawiono tu drewniane łóżeczko, w którym do niedawna sypiał Józik. Syn pana Michała miał prawie sześć lat, był wyrośnięty i z poczuciem dumy przyjął przenosiny na dorosłe posłanie.

– Jesteś już duży – powiedziała Franciszka. – Ze wszystkich dzieci w domu najstarszy, więc musisz zachowywać się jak dorosły mężczyzna. Opiekować się młodszymi. Wikcią, bo jest dziewczynką, a Michałkiem, bo jest młodszy i ma za sobą trudne chwile.

– On nie jest Michałkiem – zauważył Józik. – On jest Misza. Mama wie, że jak do niego mówię „Michałek” to udaje, że nie słyszy?

– Tak? – zaciekawiła się Franciszka. – Zatem będziemy go wołać Misza.

Józik znał już niektóre litery, umiał przeczytać kilka prostych słów i z utęsknieniem wypatrywał chwili, kiedy pójdzie do szkoły.

– Ojciec pokazywał mi tornister – pochwalił się. – Bardzo ładny, wszystko się w nim zmieści. Kupi mi taki.

– Na pewno – uśmiechnęła się matka. – Kupi ci wszystko, co będzie potrzebne.

Nie łamała sobie głowy wydatkami na szkołę syna, naukę miał podjąć dopiero w przyszłym roku.

Podobnie jak innych domowników Kalinówki najbardziej przejmowała ją teraz sprawa pomocy dla Iriny Morozow.

– Powinna pojechać na leczenie – powiedziała starsza pani. – Do Warszawy albo może wrócić do Krakowa. W dużych miastach są lekarze specjaliści, oni mogliby pomóc. Ona musi żyć!

Wyjazd i kuracja były jednak bardzo kosztowne. Miałyby sens tylko wówczas, gdyby Irina mogła przebywać pod właściwą opieką dłuższy czas, na co jednak nie miała pieniędzy. I co zrobić z Miszą?

– Chłopak czuje się bardzo dobrze w naszej Kalinówce, kolorków nabrał, dobrze śpi, jest radosny – wyliczała pani Katarzyna. – Mógłby zostać pod opieką rodziny, gdyby Irina pojechała na leczenie. Ale przecież to zupełnie nieludzkie rozdzielić syna z matką. Jeśli, co nie daj Boże, potwierdzą się te lekarskie diagnozy i Irina umrze, nie wolno nam odbierać chłopcu tych ostatnich wspólnych chwil.

Pan Michał oburzał się na podobne podejście.

– Mama lubi wywoływać wilka z lasu – zauważył z sarkazmem. – Nie wolno tak mówić. Trzeba raczej skupić się na tym, żeby znaleźć rozwiązanie, które pozwoli wyleczyć dziewczynę. Nie dopuszczę do drugiej śmierci pod tym dachem, to po prostu nie może się zdarzyć.

Pani Katarzyna milkła, opuszczała oczy i popadała w zadumę.

– Musimy zrobić wszystko, co możliwe – powtarzała tylko. – Wszystko, co możliwe.

Pani doktor Maryla Bogdanowicz bardzo dokładnie zbadała chłopca, poświęcając na to wiele czasu. Obejrzała bardzo uważnie całe ciało – gardło, oczy, uszy, palce i paznokcie. Słuchała przez stetoskop pracy jego serca i płuc, dokładnie sprawdzała kości czaszki i kręgosłupa.

– Jest zupełnie zdrowy – oceniła. – Trochę niedożywiony, jak dzisiaj większość dzieci, ale ogólnie w znakomitej formie. Wiosna, przebywanie na powietrzu i słońce podziałają na niego jak należy. Moim zdaniem nie ma potrzeby podawania mu jakichkolwiek lekarstw, wystarczy dożywić. O to się nie martwię, znając znakomitą kuchnię Serafiny. Sugeruję jedynie dodawać miód do posiłków. Niech je go jak najwięcej.

– Z miodem nie będzie problemu – odparł pan Michał. – Jest zeszłoroczny, niedługo będziemy mieli nowy.

– Potrzebny mu cukier w każdej postaci, więc i cukierków proszę mu nie bronić – uzupełniła pani doktor.

Misza nie słyszał tej opinii, słyszał ją natomiast sześcioletni Józik.

– Ja pomogę, gdyby nie dał rady – zgłosił się ochotniczo z błyskiem w oku.

Badanie Iriny trwało znacznie dłużej. Pani doktor przeprowadziła je w pokoju Morozowej, osłuchując, opukując i badając każdy centymetr skóry i ciała. Irina początkowo nie chciała zgodzić się na żadne badanie, później zgłosiła opory wobec badań aż tak szczegółowych.

– Mam chore płuca – powiedziała. – Po co pani doktor chce oglądać plecy albo nogi?

Siedziała na brzegu łóżka, ubrana w długą do ziemi koszulę, skulona i ze zmarszczonymi brwiami.

– Ja ocenię, co pani jest – oznajmiła Maryla Bogdanowicz surowym tonem. – Trzeba to zrobić, jeśli chcemy wiedzieć, co pani dolega. Badanie mogę przeprowadzić tutaj albo w szpitalu. Więc proszę nie robić fochów i pozwolić mi pracować.

Ostatecznie Irina Morozowa zrezygnowała z oporu, położyła się na łóżku i całkowicie oddała w ręce lekarki. Gdy badanie wreszcie dobiegło końca, obie kobiety odetchnęły z ulgą.

– Koniecznie musi pani przybrać na wadze – oznajmiła pani doktor. – I to znacznie, co najmniej dziesięć kilogramów. Przecież mam przed sobą szkielet nie kobietę. Dawniej ważyła pani więcej, prawda?

Irina potwierdziła machinalnie. Chciała mieć za sobą jak najszybciej i tę rozmowę, i wszelkie badania. Nie przywiązywała do nich wielkiej wagi, poddawała się im w obawie, że pani doktor poskarży się Kalinowskim, z którymi była zaprzyjaźniona, a nie chciała robić przykrości gospodarzom.

– Trochę więcej – zgodziła się.

– Myślę, że dużo więcej – uśmiechnęła się lekarka. – Proszę na mnie nie patrzeć w ten sposób, nie jestem pani wrogiem.

– Wiem o tym – przyznała Morozowa. – Nie chciałam, żeby pani odniosła takie wrażenie. Chodzi po prostu o to, że niepotrzebnie traci pani czas i zupełnie nie ma sensu....

Maryla Bogdanowicz ujęła rękę dziewczyny, ścisnęła ją mocno i zajrzała w oczy pacjentki.

– Moja droga – przemówiła poważnym, zdecydowanym tonem. – Proszę mi pozwolić samej oceniać, kiedy czas tracę, a kiedy nie. I proszę mi pozwolić tracić go, jeśli mam na to ochotę.

– Przepraszam – szepnęła Irina speszona.

Ale Maryla Bogdanowicz nie poczuła się urażona.

– Proszę się ubrać i wracajmy do innych – uśmiechnęła się.

Gdy były już gotowe do opuszczenia pokoju, panna Bogdanowicz dodała:

– Wiem, czym się pani kieruje w swoim postępowaniu. Porozmawiamy jeszcze o tym, ale już teraz powinna pani wiedzieć, że mi się to nie podoba.

Morozowa nie zaprotestowała, że lekarka tak bardzo interesuje się jej życiem.

– Nie wiem, o czym pani mówi – odparła wykrętnie.

Lekarka przedstawiła diagnozę pani Katarzynie, potwierdzając wcześniejsze przypuszczenia o gruźlicy.

– Nie wydaje mi się, żeby to było ostre stadium – oznajmiła z przekonaniem. – Zdobędziemy pewność po prześwietleniu promieniami Roentgena. Innych schorzeń nie widzę. Pani Irina jest tylko wychudzona, co wynika po prostu z niedożywienia. Niestety, razem stanowi to poważne zagrożenie, toteż sugeruję natychmiastowe podjęcie radykalnego leczenia, bo moim zdaniem dłuższe czekanie może być niebezpieczne dla jej życia.

– Co należy zrobić? – spytał pan Michał.

– Cudownych sposobów nie ma – odpowiedziała doktor Bogdanowicz z westchnieniem. – Dobry klimat, odpowiednie odżywianie, spokój, opieka fachowego lekarza, żadnej ciężkiej pracy. To podstawowe warunki dla zwalczenia choroby. Nie dają gwarancji, ale stwarzają nadzieję.

 

Pani Kalinowska zadała bardziej bezpośrednie pytanie:

– Przeżyje?

***

Zaraz w następnym tygodniu, w poniedziałek, pani Katarzyna zabrała Irinę i jej synka do Zabłudowa, gdzie obojgu zakupiono rozmaite rzeczy do ubrania.

– Wiosna idzie szybkimi krokami – powiedziała. – Nie będą przecież chodzić w zimowych okryciach. Pomijając sprawy estetyczne, to przecież niezdrowe i niehigieniczne.

Bardzo przejmowała się zdrowiem Iriny, kazała uszczelnić okna jej pokoju, ofiarowała gruby wełniany szal.

– Noś go cały czas – radziła. – Najgorsze są przeciągi, najbardziej zdradliwe.

– Pewnie – wtórowała jej Wacia Potocka. – Jednego sklepikarza z Zabłudowa to tak zawiało, że wpół się zgiął i całkiem nie dało się go rozprostować. W tym sklepie to musieli ladę obniżyć o połowę, bo wcale go zza niej nie było widać, a co najważniejsze w tym fachu – on nie widział klientów.

Irina Morozow, spokojna, trochę jakby wystraszona, zachowywała się cicho i pokornie. Nie czuła się w Kalinówce całkiem pewnie, bo choć wszyscy okazywali jej serdeczność, czasami miała wątpliwości, czy nie zajmuje miejsca komu innemu.

Nie była formalną żoną Stasia, więc nie nosiła nazwiska Kalinowskich.

Była w dodatku prawosławna, co w katolickim domu stwarzało pewne niedogodności. Wchodząc do pomieszczeń, gdzie znajdowały się święte obrazy, żegnała się przed nimi po rosyjsku, trzema palcami, co dziwiło zwłaszcza Józika.

– Ciociu – zauważył któregoś razu. – To nie tak trzeba. Ja cioci pokażę. W Imię Ojca...

Ksiądz proboszcz Miodyński, który przyjechał pewnego dnia na obiad, nie robił z tego problemu.

– Nauczy się przeważnie po naszemu – powiedział. – Dajcie jej czas. Niech najpierw przestanie być taka przeważnie przestraszona.

***

Starsza pani chodziła po ogrodzie, mały Misza trzymał ją za rekę i szedł obok zaciekawiony. Pani Katarzyna przystawała czasem, wskazywała na roślinę, drzewo, liść, kwiat.

– Wisznia – mówił chłopiec.

– Wiśnia – poprawiła starsza pani.

– Wiś-nia?

– Wiśnia.

Albo:

– A to, babuniu? Sobaka?

– Pies.

– Pjes?

– Nie pjes, ale pies.

– Pies?

– Pies.

– Ładnie. Pies, chodź tu! Misza woła. Chodź! Dobry pje... dobry pies, dobry! A są dwa piesy, babuniu!

– Nie, wnusiu. Dwa psy. Albo dwa pieski, jeśli jeszcze małe.

– Aha, dwa pieski. Babuniu?

– Tak, wnusiu?

– A kiedy papa wróci, to będzie mieszkał z nami?

– Oczywiście!

– O, to dobrze!

OPOWIEŚĆ IRINY

Po śmierci ojca, gdy mama sama prowadziła sklep, nie szło za dobrze, a potem to jeszcze gorzej – opowiadała Irina Morozow. – Wyprowadziliśmy się z Petersburga, matka została przy siostrach, mnie wypadło szukać własnego miejsca. Zostałam tylko z Miszą i często myślałam, że nie dam sobie rady. W Saratowie była niewielka fabryczka, więc poszłam do pracy, żeby się jakoś utrzymać. Ciężko szło, bo nie umiałam szyć, ale dobrzy ludzie pomagali. Jedna sąsiadka pożyczała maszynę, kiedy sama na niej nie pracowała, uczyłam się powoli.

Tymczasem wojna trwała, ubywało mężczyzn, na wojnę szli, nie wszyscy wracali. Usłyszałam, że szukają ludzi do pracy w browarze, a płacą dobrze, jak poprzednio mężczyznom. Uprzedzali, że robota ciężka, brudna, niewdzięczna. Myślałam sobie: silna jestem, dam radę. Na szczęście Misza nie chorował, a i marudny wcale nie był. Ale jednego razu, po pożarze, wszyscy stracili zajęcie i ja też, wypłaty w żaden sposób nie można było odzyskać. Misza ciągle pytał, kiedy wreszcie będzie mógł najeść się do syta. Siostry nie mogły pomóc, miałam dziecko na utrzymaniu, a one ledwie na siebie zarabiały. Zawzięłam się. Dał Bóg dzieci, mówią, da i na dzieci. Czasem bałam się, że to zupełnie nieprawdziwe przysłowie...

Najwięcej to pomagał jeden taki, wcześniej jeszcze, jak miałyśmy sklep. Przychodził, zagadywał, użalał się, niczego w zamian nie żądał. Ale jak któregoś razu powiedział, o co mu naprawdę chodzi, to go przegoniłam. Okradł mnie ze wszystkiego, nie tylko z pieniędzy w kasie, ale i te schowane zabrał, co miałam odłożone w dzbanku na czarną godzinę.

Wiele razy zastanawiałam się, co zrobić, gdzie się ruszyć. Wtedy, gdy mnie okradli, udało mi się wynająć mieszkanie w domu na peryferiach. Mieszkanie! Pokoik z dostępem do kuchni, ale dla nas to było bardzo wiele, bo szło ku zimie, a z dzieckiem nie miałabym się gdzie podziać.

Był tam sąsiad jeden, starszy, schorowany. Szalony Polak – mówili o nim. W młodości na wojnie bywał, podobno został ranny w głowę i czasem zapominał, gdzie jest. Bardzo dobry, szczery człowiek. Kiedy się dowiedział, że Misza to Polaka syn, przyszedł i mówi, że chłopca trzeba po polsku uczyć. Ja próbowałam trochę wcześniej, uczyłam się na książkach, ale nie było ich za dużo, i pomagać nie miał kto, szło bardzo opornie. Władysław Dubowski, tak się nazywał ten starszy człowiek, czasem zostawał z Miszą, doglądał go, jak musiałam iść do pracy i trochę uczył języka jego i mnie. Miał książkę, co ją stale czytał i z niej uczył mnie wymowy i akcentu. Dużo mi opowiadał o Polsce, pamiętałam też wiele, co mówił Staś i byłam bardzo ciekawa waszego kraju i ludzi. Kiedy już się trochę nauczyłam po polsku, Misza bardzo lubił, żeby mu przed snem czytać tę książkę od sąsiada, wtedy szybko zasypiał. „Słońce już zgasło, wieczór był tiepły i tichy...”

Jak wybuchła rewolucja i znieśli cara, któregoś dnia pan Dubowski przyniósł gazetę. Napisali tam, że będzie polska armia, więc pan Władysław wymyślił sobie, że on też powinien iść. Dziwiłam się, był przecież stary, ale on mówił, że trzeba, żeby wszyscy poszli, kto tylko może. On nie miał rodziny, tak mówił, a chciał przed śmiercią zobaczyć tę swoją Polskę. I mnie do wyjazdu nakłaniał. „Tu dla ciebie nie ma dobrego życia” – tłumaczył. „Trzeba jechać do kraju, skąd ojciec Miszki pochodzi. Z rodziną jego się zapoznać, a i o nim samym dowiedzieć się czego prawdziwego. Jedź do Polski.”

Nie wiedziałam, jak napisać i do kogo, żeby poznać miejsce pobytu Stasia. Listy wracały z napisem: „adresat nieznany”. Tylko dwa razy miałam o nim wiadomości. Raz przez znajomego, że pytał o mnie w Petersburgu, na starym mieszkaniu przy sklepie, ale to było dawno, miesiące upłynęły. Drugi raz też przez znajomego, przypadkiem dowiedziałam się, że napisał list, ale poczta zwróciła go, bo nie miał kto odebrać...

Jesień nadeszła, Miszka miał już dwa lata, i pan Władysław zawiózł mnie do swoich dobrych znajomych, co prowadzili sklep bławatny. Pieniądze jakie miał, wyłożył i kupił drugą izbę przy tym sklepie, dla mnie, a była bliziutko, zaraz za ścianą. „Tak będzie najlepiej, dzieciaka przypilnujesz, zarobisz trochę, a jak tylko trafi się okazja, pojedziesz do Polski.” Tak mi radził ten dobry człowiek...

Na razie nie można było, bo Niemcy wszystkiego pilnowali, nie chcieli dawać papierów na wyjazd, a bez dokumentów nie było wolno. Zostałam w tym sklepie, a pan Władysław, jak umyślił, pojechał do polskiej armii. Ledwo zaczęłam pracować, jakoś się wszystko poukładało, a tu mówią, że nowa rewolucja w Piotrogrodzie, czyli w moim Petersburgu. Władza dla ludu ma być, wszystko należy do wszystkich.

Któregoś dnia przyszli jacyś ludzie i zabrali sklep. Dali papier, że zabierają, ale nie wypłacili żadnego odszkodowania. Miałam trochę rzeczy, to sprzedałam. Zaczął się głód. Słyszę ruch wielki, ludzie w różne strony jadą, pomyślałam, że i ja pojadę w jaką, może w tłumie jakoś się z dzieckiem prześlizgnę, Miszy los polepszę.

Adresu, co go miałam od pana Dubowskiego, nauczyłam się i pojechałam do jego znajomych w Kijowie. Dobrzy ludzie, chyba nawet jego krewni. Ulica Strzelców osiemnaście, mieszkania pięć, drugie piętro po prawej. Owszem, bardzo dobrze mnie przyjęli, serdecznie. Ta ciotka poradziła, że trzeba na południe jechać. „Ty, powiada, przez zachodnią granicę się nie przedostaniesz, boś ty Rosjanka. To jedź na południe, na Krym, do Odessy albo innego miasta, gdzie też wielu Polaków żyje. Stamtąd oni ciebie wyprawią do Polski. A na razie nie opowiadaj nikomu o swoich planach i nie mów, że masz dziecko z Polakiem, bo tu teraz będzie Ukraina.”

Jednego razu do ich domu przyszedł doktor. Popatrzył na mnie i mówi, że chciałby zbadać, bo widzi mu się, że jestem chora. Owszem, kaszlałam i byłam bardzo słaba. Zbadał, kazał przyjść do szpitala. Tam powiedział, że jestem chora na płuca, że to może być gruźlica, suchoty znaczy się. Pochwalił, że dobrze robię, że na południe się wybieram, bo na Krymie dobre powietrze, suche, korzystne dla zdrowia. Powiedział, że pomóc wiele nie może, nie ma czym leczyć, bo to wszędzie wszystkiego brakowało.

Za kilka tygodni pojechałam dalej. Za Żytomierzem podobno polskie wojsko stało, a stamtąd to już blisko do Polski. Odchuchali nas krewni pana Władysława, podzieli się, czym mogli, dali na drogę różnego dobra, nawet i pieniędzy. Ale z Kijowa pociąg nie szedł i trzeba było furami jechać. W drodze jacyś ludzie nas napadli, nic się złego nikomu nie stało, tylko obrabowali. Batu-chan, mówili, groźny Tatar. Jakoś tak się stało, że w drodze pomogłam dwóm takim paniom, co też w kłopoty popadły. Matka i córka. Mnie sposobem udało się trochę pieniedzy uchronić, one zostały obrabowane ze wszystkiego, tej młodszej to pierścionek zaręczynowy zabrali, bo ona akurat jechała do narzeczonego do Żytomierza. Nazywały się Samojłow, ale mówiły, że są Ukrainki. Za ich pomocą mogłam dojechać do Lwowa.

Narzeczony tej młodszej, ważny człowiek w ukraińskim wojsku, wyrobił mnie papiery potrzebne na podróż. Zaprosiły nas do siebie, gościły. Starsza pani dała list polecający do znanego doktora we Lwowie. Pojechałam, ale jego nie było, że niedawno umarł powiedzieli. Nie bardzo wiedziałam, gdzie się ruszyć, wstydziłam się mówić po polsku, bo strasznie kaleczyłam język, a i po rosyjsku też nie chciałam, bo naokoło Ukraina.

Znalazłam pracę w kuchni, ale jak jesień przyszła, to już bardzo osłabłam, sił zupełnie nie miałam. Przemogłam się i poszłam do szpitala, a tam powiedzieli, że to suchoty mogą być i że nie ma możności długiej kuracji. Co było robić? Spytałam doktora, ile czasu mnie pozostało, a on na to, że pół roku. Jednego wieczora usiadłam i spisałam na kartce, co trzeba zrobić. Staś tak kiedyś mówił: uporządkować myśli, zaplanować działania. Spisałam, co i jak. Myślę sobie: jak umrę, dzieciak sam zupełnie zostanie. Z jego ojcem nie wiadomo, co się dzieje, ale przecież ma rodzinę, to dziecko do nich trzeba wysłać. Może nie odrzucą, przecież to ich krew, w połowie polska...

Dostałam wszystkie papiery na wyjazd i byłam już całkiem gotowa. A tu rano rewolucja w mieście. Strzelanina, wybuchy, pożary. Na naszej Łyczakowskiej ulicy pod numerem 47 rano byli ukraińscy strzelcy, wieczorem Polacy z karabinami, a rano znowu Ukraińcy. Kilka dni minęło w strachu, w domu powybijane szyby, nie ma opału, nie ma chleba.

Poszłam na dworzec, a tam mówią, że nie wolno, bo żadne pociągi nie chodzą.

Wróciłam do domu, znowu wojsko przewalało się, raz jedni, raz drudzy. Jeden z tych żołnierzy mówił, że Polska znowu jest, że odbudowana i żeby uciekać jak najszybciej, bo nie wiadomo, co dalej będzie.

Po trzech tygodniach uspokoiło się trochę. Poszłam na pociąg znowu, wyznaczyli dzień. „Dokąd?” pytają. Nie wiem, mówię. Do Polski, albo w takie miejsce, żeby tam wojny nie było. Wzięli pieniądze, policzyli i mówią, że starczy do Krakowa. Przypomniałam sobie, co Staś opowiadał o Krakowie i wprost poczułam szczęście, choć na kolację nie było nic, bo wydałam wszystko do ostatniego grosza na ten bilet. Wcześnie rano obudziłam Miszkę i ruszyliśmy piechotą, bo na tramwaj nawet nie miałam. W pociągu jakaś kobieta powiedziała, że Miszka przypomina jej kogoś znajomego. Kogo ma przypominać, jak nie swojego ojca? Tak od słowa do słowa okazało się, że pasażerka, życzliwa dusza, zna i Stasia, i wszystkich w Kalinówce. Tak oto trafiłam do pewnego domu w Krakowie, gdzie na ulicy Szewskiej mieszka ciotka Klementyny Hoffmann...

***

– Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie... Babuniu, a gdzie ona?

– Kto, wnusiu?

– No, rieczka.

– Po polsku mówimy rzeczka. Popatrz, nasza Czarna, to jest właśnie rzeczka. Wisła to rzeka. Wielka rzeka Wisła.

– Jak Dniepr?

– Nie aż tak duża, ale bardzo piękna.

– Gdzie ona?

– Daleko, stąd nie widać.

– Nawet jak oczki założysz?

– Nie oczki, tylko okulary. Oczki, takie małe oczy, mają dzieci.

 

– ... a dopóki płynie, Polska nie zaginie... Babuniu?

– Tak, wnusiu?

– Zawieziesz mnie do tej rzeki?

– Ja to chyba nie, ale gdy wróci twój ojciec, pojedziecie wszędzie, dokąd tylko zechcesz.

– Babunia czemu nie?

– Mam sporo lat i jestem już trochę zmęczona.

– To chodźmy szybko do domu.

– Nie chcesz już spacerować?

– W domu babunia odpocznie. Jak ojciec wróci, babunia też z nami pojedzie!

***

– Klementynie od razu do wszystkiego się przyznałam, jeszcze w pociągu. Tyle było poprzednio strasznych rzeczy, tyle nadziei, strachu, oczekiwania, a ona tak mnie serdecznie potraktowała, że nie mogłam się powstrzymać i wyrzuciłam przed nią wszystkie smutki i żale.

Ona poradziła: „Jedź do Kalinówki. Jedź tam i oddaj to dziecko jego rodzinie.”

Zadbała o nas, pozwoliła się wyspać, wypocząć, dała jeść, zaprowadziła do lekarzy. Oni powiedzieli, że mam szansę na wyleczenie, ale za nic nie mogą gwarantować.

Bałam się jechać tutaj. Niby byłam zdecydowana, ale obawiałam się. Nie byłam pewna, czy trafię, czy i jak zostanę przez was przyjęta. Wiedziałam o wszystkich, pamiętałam, jakoś w myślach przedstawiałam sobie dwór, mieszkańców, cały polski kraj. Ale to było tylko wyobrażenie, sen, marzenie. Wszystko mogło się okazać zupełnie inne.

Doktorzy w klinice powiedzieli: „Ma pani szansę, ale dziecko musi pani zostawić, ono powinno mieć lepsze warunki. Nie może pani pracować, weźmiemy panią do szpitala, ale bez dziecka. Odda pani syna do ochronki. Są bardzo dobre ochronki, prowadzą je miłe siostry zakonne.” Nie chciałam tego zrobić. To dziecko ma przecież rodzinę, myślałam. Do ochronki idą tylko takie, które nie mają nikogo bliskiego. Ciężko było mi myśleć, że się rozstanę z Miszą, ale chciałam, by przynajmniej on ocalał, by miał lepiej, by trafił do dobrego domu.

Z początkiem roku Klementyna powiedziała mi: „Zostań. Ja muszę ruszyć w drogę, ale ty zostań. Wynajmę ci mieszkanie, napiszemy do Kalinówki, niechaj przyjedzie pan Michał albo Ignaś, Stasia brat, niech zobaczą twojego chłopca. Ty idź do szpitala, a oni niechaj go zabiorą.” Męczyłam się. Klementyna musiała wyjechać do swojej rodziny, gdzieś tam wybuchła jakaś wojna, powstanie. Opowiadała mi, że musi tam być , bo to jest wojna o to, czy jej ziemia, jej kraj, będzie należał do Polski. Pokazała na mapie – Poznań. I już jej nie było.

Zostałam w Krakowie i myślałam, co dalej robić, w jaki sposób zapewnić Miszce bezpieczeństwo i opiekę. Ja nie jestem ważna, zresztą poważnie chora, niedługo pewnie pociągnę. Wymyśliłam. Nie mogę pisać, upominać się. Tak nie potrafię, nie takie jest moje zadanie. Mój cel najważniejszy to dopilnować, żeby Misza, znaczy Michał Stanisławowicz Kalinowski, trafił tam, gdzie jego miejsce. Do swojej rodziny...

Postanowiłam, że pojadę, pojedziemy, odszukam Kalinowskich, jego bliskich, padnę przed nimi na kolana i będę błagać, żeby go przyjęli...

***

– Dierewa?

– Drzewa, wnusiu.

– Dierzewa, babuniu?

– Drzewa.

– Aha, drzewa. A dom?

– Dom.

– Akno?

– Nie akno, wnusiu, tylko okno.

– Okno?

– Okno. I weranda.

– Wieranda.

– Nie, nie wieranda, tylko weranda.

– Weranda. I kot. Kot jest czior... jest czarny. On lubi mljeko...

– Poczekaj, wnusiu. Posłuchaj. Tutejsi mówią mljeko, to prawda, ale poprawniej będzie: mleko. Czarny kot lubi mleko.

– Czarny kot lubi mleko. Mały Misza też lubi mleko. I kochana babunia lubi mleko...

***

– Wahałam się. Nie wiedziałam, czy dobrze robię, bo ja nie wiedziałam, jak to będzie, gdy się ze Stasiem znowu spotkamy.

W Petersburgu, kiedy wyszedł z twierdzy, Warwara Iwanowna Jakuszyna przyjęła go jak syna. A i on był jak syn najlepszy. Powiedział, że mnie kocha. Broniłam się, nie chciałam mu wiązać życia, ale jakoś się tak porobiło... Jednego razu powiedziałam, żeby się ożenił ze mną, będzie miał czyste nazwisko, nie zapisane na policji, ukryje się. Wtedy już chciałam, żeby ze mną był, ale byłam gotowa się poświęcić i zrobić tak, jak zechce. Zgodził się, a kiedy poszłam do cerkwi na nasz ślub, on nie przyszedł. Chyba nawet nie płakałam. Rozmyślił się, pomyślałam. Serce cierpiało, ale przecież pozwoliłam, żeby to on decydował i nie pytał mnie o zdanie. A potem serce bolało jeszcze bardziej, jak okazało się, że przyjść nie mógł. Pół godziny przed ślubem znaleźli go w domu Warwary Iwanowny i wywlekli w kajdanach...

Wtedy myślałam, że nigdy go już nie zobaczę, że zginął i przepadł. A tu nagle przyjechał, w maju, pod wieczór. Deszcz padał straszny....

Żegnaliśmy się, na wojnę szedł, mówił, że nie wie, czy wróci. Pamiętam, jak się rozstawaliśmy. Płakałam. Chciałam, żeby został, mogłam go ukryć, oszukać wszystkich. Obiecał, że będzie pamiętał, że wróci. Bałam się, nie byłam pewna. Aż się posprzeczaliśmy. Prosiłam, żeby nie szedł, żeby pamiętał. Czasem, jak był zdenerwowany, to mówił po polsku. Wtedy na ulicy stał, w tym deszczu, machałam do niego, a on krzyknął, że nie zapamięta...

Co ja się wtedy napłakałam, zamartwiałam. Stale widziałam, jak stoi na tej ulicy, jak rękę podnosi i woła, że nie zapamięta. Jak zrozumiałam, że będę miała dziecko, martwiłam się, co powiem, kiedy przyjdzie mi go o tym zawiadomić.

Z końcem zimy 1914 urodził się Misza, zaraz potem wybuchła wielka wojna i wszystko pomieszało się jeszcze bardziej.

Chciałam Stasiowi przesłać wiadomość, że został ojcem, ale nie było jak. Nie wiedziałam, gdzie jest, czasem śniło mi się, że umarł i nigdy nie wróci. Od niego nie było znaku życia, listu, kartki, wiadomości jakiej...

Któregoś razu o naszym rozstaniu opowiedziałam Władysławowi Dubowskiemu. Jak to się żegnaliśmy na ulicy, w tym deszczu. Właśnie straciłam zajęcie, nie było co jeść i płakałam wtedy strasznie. A pan Władysław powiedział, że mogło być całkiem inaczej. Że Staś wołał przecież do mnie po polsku. On wołał, że nie zapomni, a ja myślałam, że pamiętać nie chce, że chce zapomnieć. „Zapomnij” po naszemu znaczy „zapamiętaj”. „Nie zapomnę” znaczy „będę pamiętał”, a ja myślałam, że to oznacza „nie będę pamiętał”. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że przecież po rosyjsku powiedziałby: „zabudu” albo „nie zabudu”. Uwierzyłam mojemu drogiemu, kochanemu sąsiadowi. Uwierzyłam, tak uczepiłam się tej myśli, że aż sił mi od razu przybyło.

Od tamtej chwili jedno tylko trzymało mnie przy życiu. Wiara, że Staś gdzieś jest, że może czasem o mnie myśli. I wszystko położyłam na jedną szalę – żeby Miszka, jego syn, znalazł rodzinę. Ja umrę, ale Staś kiedyś wróci do domu, zobaczy swojego chłopca, może go pokocha, może będzie miał za swego...

Tak mocno w to wierzyłam, że przestałam myśleć logicznie. Bo dopiero w Krakowie dotarło do mnie coś, co wcześniej nigdy nie przyszło mi do głowy. Klementyna spytała, co ja właściwie wiem o Stasiu Kalinowskim. Wszystko wiem, powiedziałam i uświadomiłam sobie, że nic o nim nie wiem. I jadąc do Kalinówki zadawałam sobie następne pytania. A może jest w domu? Może ma żonę i dzieci? Może, choć tak bardzo się starałam ocalić Miszkę, nie uzna go za swojego?

To może dziwne, ale odczułam ulgę, gdy go nie zastałam w Kalinówce. Tak serdecznie przyjęliście Miszę i teraz tak się boję, że Staś mógłby nie chcieć go widzieć i znać...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?