Dworek pod Malwami. Młoda żona

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dworek pod Malwami. Młoda żona
Dworek pod Malwami. Młoda żona
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Dworek pod Malwami. Młoda żona
Audio
Dworek pod Malwami. Młoda żona
Audiobook
Czyta Ewa Sobczak
14,99  10,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 4 - Młoda żona

Saga

Dworek pod Malwami 4 - Młoda żona

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801972

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

MAŁZONKOWIE

Powóz wjechał na podwórze Kalinówki i zatrzymał się przed gankiem. Michał Kalinowski wyskoczył z bryczki i szybkim krokiem poszedł do domu.

Pani Katarzyna siedziała w ulubionym fotelu w salonie, drzemiąc. Okulary na nosie przekrzywiły się, książka wysunęła się jej z ręki i leżała na podłodze.

– Matko – powiedział Michał. – Przywitaj synową.

Jego głos był pełen radości. Pani Katarzyna, właśnie obudzona, nie zrozumiała, co słyszy.

– Michale?

Kalinowski skinął dłonią w stronę okna.

– Moja żona. Przed domem czeka na mamy błogosławieństwo.

Doniosłość tego zdania dotarła do pani Katarzyny. Zerwała się z miejsca, zapominając laski podbiegła do okna, wyjrzała na podwórze. Zobaczyła bryczkę, ale nigdzie nie dostrzegła Justyny Nowackiej. Nerwowym ruchem założyła okulary, ale i to nie pomogło.

– Gdzie Justysia? – spytała, zmarszczonymi brwiami pokazując, co myśli o dziwnym zachowaniu syna.

Michał Kalinowski chrząknął.

– To nie Justyna, matko – wyjaśnił ze spokojem w głosie. – To ktoś inny.

Pani Kalinowska patrzyła na syna w najwyższym zdumieniu. Długą chwilę trwało, zanim zrozumiała, co słyszy.

– Ktoś inny? – zapytała. – Jak to ktoś inny? Przecież miałeś poślubić Justynę. Zapomniałeś?

***

Michał Kalinowski otworzył drzwi.

– Wejdź – powiedział. ‒ Teraz to będzie także twój dom.

Franciszka niepewnie przestąpiła próg. Pokój był wielki, oglądała go zadziwiona, stojąc pod drzwiami, niepewna, jak powinna się zachować. Wszystko wydawało się jej tu niezwykłe, piękne i wspaniałe. Meble, obrazy na ścianach, lustro, łóżko, tkane makaty, skórzane fotele, dziwne kwiaty o grubych liściach, liczne drobiazgi, o przeznaczeniu których nie miała pojęcia.

– To nasz pokój – wyjaśnił Kalinowski. – Dalej jest mój gabinet. Póki matka się nie uspokoi, tu będziesz mieszkała. To znaczy, oboje będziemy mieszkali.

Franciszka nadal stała w miejscu, zaskoczona jasnością pokoju, panującą wszędzie czystością, błyskiem przedmiotów, z których prawie każdy wyglądał dziwnie świecąco. Węzełek z ubraniami i bielizną ciągle trzymała w ręku. Kalinowski odebrał go i wstawił do szafy.

– Później zajmiesz się rozpakowywaniem.

Wziął dziewczynę pod rękę, zaprowadził do okna, żeby wyjrzała na podwórze, potem oprowadził po innych pomieszczeniach dworu. Była oszołomiona, wydawało się jej, że nie zapamięta, gdzie jakie leży i do czego służy. Pan Michał śmiał się z tego oszołomienia i nieporadności.

– Szybko się nauczysz – pocieszył. – Tutaj jest męska część domu. Po tej stronie mieszkają też moi synowie.

Pokazał salon, a następnie kuchnię. Oszołomienie to najmniej, co można powiedzieć o stanie Franciszki. Kiedy wrócili do pierwszego pokoju, usiadła na krześle, jakby nagle opuściły ją siły. Nie mogła uwierzyć, że to, w czym bierze udział, dzieje się naprawdę, a nie jest sennym majakiem. Nigdy nie marzyła nawet, że przyjdzie jej mieszkać w takim domu. Bała się po nim chodzić. Z ulgą wróciła w miejsce, które pan Michał określił jako ich wspólne. Rozglądała się niepewnie, dopiero po długiej chwili odważyła się na kilka samodzielnych kroków. Podłoga pod oknem, gdzie stała oszklona szafka, musiała być trochę nierówna. Gdy Franciszka przechodziła w pobliżu, szklane naczynia w szafce drżały i wydawały delikatny dźwięk, cichutki i miły. Przypominał jej dzwonki w kościele, był tylko cichszy i bardziej szemrzący. Franciszka, która miała bardzo dobry słuch i była czuła na muzykę, słuchała dzwonienia z wielką przyjemnością.

Kalinowski stanął w drzwiach prowadzących od jego gabinetu i uśmiechnął się.

– Tak i zaczynamy nasze życie – powiedział. – Przygotuj się.

Gestem pokazał łóżko.

– Będziesz chyba umiała naszykować pościel? Zwykle robi to Anielka, ale dzisiaj chyba lepiej nie wołać nikogo do pomocy...

Skwapliwie skinęła głową. Cały czas obawiała się, że ktoś niespodziewanie wejdzie i odkryje, jak niepewnie się czuje w tym dziwnym miejscu.

Kiedy Kalinowski znowu poszedł do gabinetu, wstała i popatrzyła na łóżko. Było przykryte grubą narzutą, miękką, pod którą znajdowały się nieznane jej z praktyki kołdry i prześcieradła. Podobne widziała tylko w sklepie w Zabłudowie. W domu w Nowosadach spało się pod pierzyną, wypchaną co podlejszymi szczątkami pierza, a przede wszystkim szmatkami. Tutejsza kołdra, pikowana, okazała się miękka w dotyku i najwyraźniej bardzo ciepła. Pewnie w każdą pogodę pozwalała wygrzać się i nigdy nie dawała zmarznąć. Franciszka złożyła starannie narzutę, odłożyła ją na bok, odsłoniła kołdrę i z czułością pogładziła prześcieradła. Były bardzo gładkie. Przyszły jej na myśli gęsi, bo tylko one miały tak delikatne szyje.

Spojrzała na drzwi gabinetu, nie dobiegał zza nich żaden głos, ale za chwilę pewnie pan Michał wróci. Lampa, którą zapalił, jak tylko tu weszli, świeciła jasno i Franciszka pomyślała nagle, że powinna zasłonić okno. Podniosła się, by opuścić zasłony.

Kiedy mijała kredens, podłoga zaskrzypiała, a zaraz potem rozległ się cichy, delikatny brzęk zgromadzonych w kredensie naczyń. Franciszka cofnęła się o krok, potem zrobiła krok do przodu. Podłoga zaskrzypiał znowu i znowu odezwało się to miłe brzęczenie szkła.

– Co robisz?

Pan Kalinowski stał w drzwiach i przyglądał się jej z zaciekawieniem. Zaskoczona i zawstydzona odskoczyła do tyłu, a łóżko, na którym siedziała już uprzednio, wydało się jej jedynym bezpiecznym miejscem, więc zaraz tam przysiadła.

– Dzwonią... – usprawiedliwiała się.

– Aaa – skinął głową. – To przez podłogę. Wypaczyła się. Któregoś dnia wreszcie to naprawię...

– Szkoda – powiedziała prosząco. – Tak ładnie dzwonią.

Teraz dopiero zobaczyła, że pan Michał jest ubrany tylko w długą, sięgającą prawie podłogi koszulę, spod której widać było jego bose stopy.

– Nie jesteś gotowa? – zauważył ze zmarszczonymi brwiami.

Skarcona, rzuciła się do nadrabiania swojego zaniedbania. Nie wiedziała, co powinna zdjąć najpierw, sięgała a to po koszulę, a to po spódnicę. Zerkała ku palącej się lampie, ale pan Michał chyba nie zamierzał jej gasić.

– Niech zobaczę, co poślubiłem – oznajmił z uśmiechem.

Podszedł i niecierpliwymi rękami pomógł jej pozbyć się ubrania. Została tylko w koszuli i sądziła, że na tym poprzestanie. Koszula miała wycięcie na piersiach, ręce mężczyzny już tam zaglądały.

– Wszystko – nakazał. – Wszystko do końca.

Wiedziała, że ma być posłuszna. Tak mówił ksiądz w kościele, tak mówiły koleżanki, tak napominała macocha. Chwyciła brzeg koszuli, ściągnęła ją przez głowę. Michał jęknął, a ona zasłoniła się odruchowo. Podskoczył i nie wiadomo dlaczego pomyślała, że może uderzyć. Ale on tylko rozsupłał jej poluzowane już wcześniej warkocze i pozwolił, by swobodnie opadły na plecy.

– Ładna jesteś – powiedział z zadowoleniem. – Zrobiłem doskonały interes.

***

Franciszka leżała w łóżku z zamkniętymi oczami. Obudziła się już dawno, ale nie podnosiła powiek. Próbowała zgadnąć, czy to wszystko, co zdarzyło się ostatnio, było tylko przyjemnym snem, czy może – co wydawało się mniej prawdopodobne – wydarzyło się naprawdę. Czuła, że jest jej wygodnie i ciepło, czasem tak bywało i w rodzinnej chacie, przynajmniej dopóki nie wstała, żeby się ubrać. Ostrożnie otworzyła jedno oko, wysunęła rękę, potem stopę. W pokoju było ciepło i zacisznie, pachniało czystością i nieznanymi aromatami.

– Boże! – westchnęła

Wstała, ubrała się, uporządkowała łóżko, szybko, pospiesznie. Co i raz oglądała się na drzwi, w obawie, że może tu zajrzeć starsza pani. Bała się pani Katarzyny. Nie tylko jej postępowania, gniewnych słów i spojrzeń, ale także drewnianej laski. Obawiała się, że matka pana Michała może tu wpaść lada chwila i opuścić kij na jej grzbiet.

Dopiero po pewnym czasie zaczęła sobie przypominać, co mówił Michał i z wolna się uspokajała. Że to jest jej pokój, do którego nikt nie ma prawa wchodzić bez jej pozwolenia.

I że jest teraz żoną pana Kalinowskiego, któremu powinna być uległa.

Usiadła na krześle, zerwała się nagle i otworzyła szafę. Uspokojona zobaczyła tam swoją wyprawę. Uśmiechnęła się do węzełka, jedynej rzeczy, którą uważała za własną. Chciała, żeby pan Michał już wrócił i powiedział jej, co ma robić. Na dworze był przecież jasny dzień, słońce ostro odbijało od śniegu, a dotąd nikt jej nie wyjaśnił, jakie będzie tu miała obowiązki.

Tylko jeden ich rodzaj był dla niej jasny. Po długiej nocy, w czasie której prawie nie spała, nabrała przekonania, że będzie musiała często służyć mężowi. To nie było przykre, spodziewała się, pogodziła się już wcześniej. Było to nawet przyjemne i myślała o tym bez zmartwienia.

Podeszła w stronę okna i z radością uszłyszała, jak dzwonią kieliszki w kredensie.

 

– Znowu? – zapytał pan Michał z uśmiechem, stając w otwartych drzwiach.

Nie zauważyła, jak je otwiera, wcale nie skrzypnęły. Zawstydzona odwróciła wzrok. Kalinowski podszedł i wziął ją za rękę.

– Chodź – powiedział. – Poznasz rodzinę.

Wpadła w popłoch, przypomniawszy sobie laskę pani Katarzyny. Pan Michał roześmiał się i otoczył żonę ramieniem.

– Nie bój się – mruknął. – Moja matka nie uczyni nam tego zaszczytu.

***

Po pierwszym dniu w Kalinówce, w czasie którego Franciszka poznała swoich pasierbów, przyszedł czas na poznawanie domu oraz gospodarstwa. Poznawanie to miało dla niej bardzo specyficzny przebieg.

Ledwie wychodzili z domu, pan Michał od razu wyznaczał jej miejsce spotkania.

– Idź do stodoły.

Franciszka szła posłusznie we wskazane miejsce, a zaraz za nią przychodził mąż.

– Rozbieraj się – nakazywał niecierpliwie.

Nie sprzeciwiała się ani słowem.

W ciągu dnia, jeśli tylko był w domu, a przebywali w sypialni, często wołał ją na łóżko albo na krzesło. Za pierwszym razem próbowała się trochę opierać, ale wcale jej nie słuchał. Po kilku dniach przywykła, a nawet się to jej spodobało. Kiedy siedziała na nim i kołysała się na krześle, podłoga w sypialni trzeszczała czasem, a wtedy naczynia w kredensie znowu cichutko dzwoniły.

Szybko przywykła, że powinna być gotowa w każdej chwili. Nie miała nic przeciwko uściskom męża, choć traktował ją zawsze dosyć z góry. Prawie się nie odzywał, sapał tylko i wydawał polecenia, jak ma stanąć czy położyć się, co ma zrobić z rękami lub nogą.

Później nagle o niej zapominał. Szedł do swojego gabinetu albo gdzie indziej i przez cały dzień nie odzywał się słowem, prawie jej nie zauważając. Znajdowała dla siebie robotę w domu lub w obejściu, a gdy czasem tam go spotykała, traktował ją niczym powietrze. To było bolesne. Pan Michał rozmawiał z innymi, śmiał się, żartował, albo mówił uczone wyrazy. Jej nie widział. Chyba tylko po to żeby powiedzieć:

– Idź do świronka. Zaraz tam przyjdę.

Gdy przychodził, rzucał się na jej ciało, jak gdyby była zabawką lub głuchoniemą istotą, pozbawioną myśli i uczuć. Służyła mu bez słowa skargi, czujnie wpatrując się w twarz męża, szukając w niej wskazań i potwierdzenia, że jest zadowolony.

O sobie nie myślała wcale.

DYLEMATY STARSZEJ PANI

Pani Katarzyna stała w kancelarii parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Zabłudowie i gwałtownie stukała laską w podłogę.

– Nie zgadzam się! – krzyczała. – Ja się nie zgadzam! Tak w żadnym wypadku nie może być!

Ksiądz proboszcz Miodyński od pół godziny próbował wytłumaczyć nierozerwalność świętych sakramentów. Michał Kalinowski jest dorosłym mężczyzną, nikogo nie musiał pytać o pozwolenie na zawarcie małżeństwa. Być może nie postąpił jak kochający syn, wcale nie radząc się matki, ale takie sprawy się zdarzają...

– Nie pytał, ponieważ wiedział, że nigdy nie dałabym zgody! – krzyczała pani Kalinowska i domagała się natychmiastowego działania ze strony proboszcza.

– Dobrodziej nie może udawać, że nie rozumie niestosowności zachowania mojego syna. Ja żądam przeciwdziałania takim nieodpowiednim zachowaniom! Kościół nie może obojętnie przyglądać się takiej niegodziwości.

Ksiądz Miodyński chrząknął głośno. Ulegał opiniom i naciskom wielu ludzi, zwłaszcza wpływowych i bogatych, ale tylko do momentu, póki nie wkraczali na terytorium zagwarantowane wyłącznie dla niego jako duchownego.

– Przeważnie nie widzę powodu, wielce szanowna pani – oznajmił. – Udzieliłem sakramentu zgodnie z prawem, jakie do mnie należy. Małżeństwo to święty sakrament i tylko sam Pan Bóg może rozwiązać to stadło.

Czuł się niezręcznie pod obstrzałem pretensji pani Katarzyny Kalinowskiej, wiernej i hojnej parafianki, ale musiał wyraźnie przedstawić stanowisko Kościoła.

– Rozwiązanie małżeństwa nie wchodzi w rachubę – oświadczył. – Jeden tylko Ojciec Święty mógłby tego dokonać. Ale to długa droga, wielce łaskawa pani. Wymagane jest także spełnienie tego warunku, że wniosek przeważnie może złożyć tylko osoba zainteresowana, zatem przeważnie pan Michał albo jego żona...

– Tylko nie żona! – zaperzyła się pani Katarzyna. – Tylko nie żona! Nigdy nie uznam w niej Kalinowskiej!

Proboszcz uśmiechnął się z zakłopotaniem.

– Rozumiem problem wielce szanownej pani – oznajmił z zatroskaniem. – I nawet w pewnym sensie, przeważnie współczuję. Ale zapewniam, że postąpiłem jak najuczciwiej. Nie mogłem odmówić prośbie pana Michała, nawet gdybym wiedział, że chce żenić się wbrew wyraźnej woli matki. Nie mogłem odmówić. Prawo kanoniczne przeważnie stwierdza, czyja wola stanowi w sprawach małżeńskich...

Naciskany przez panią z Kalinówki zgodził się w końcu zastanowić nad znalezieniem sposobu dotarcia do biskupa w celu rozpoczęcia procedury rozwodowej.

– Postaram się – oznajmił. – Ale to niełatwa sprawa i przeważnie może okazać się przykra...

– Nie będzie bardziej przykra od tego, co jest teraz – oświadczyła dobitnie pani Katarzyna. – Czy ksiądz na pewno rozumie, z jakim problemem muszę się zmagać na co dzień? Że po moim domu chodzi dziewczyna z brudnymi nogami?

Wręczyła proboszczowi pewną sumę pieniędzy na, jak powiedziała, dobry początek. Ksiądz wziął ruble z wahaniem, zastrzegając po raz drugi i trzeci, że nawet rozpoczęcie procesu przed kościelnym sądem nie daje gwarancji na unieważnienie małżeństwa.

– Muszą być poważne argumenty – zauważył. – Najważniejszy z nich i najbardziej przeważnie pożądany, to fakt nieskonsumowania małżeństwa. W tym jednak przypadku przeważnie nie bardzo w to bym dowierzał...

Pani Katarzyna nie mrugnęła okiem.

– Wszystko jedno – oznajmiła z naciskiem. – Non consummatum, oszustwo, choroba, pijaństwo podczas odbierania sakramentu, co tylko ksiądz zechce wymyślić dla załatwienia tego po naszej myśli.

Ksiądz Miodyński schował pieniądze, ale z jego twarzy nie zniknął wyraz zafrasowania.

– Trudna sprawa, kochana pani – mruczał. – Zaprawdę, wielce trudna. Jednak dla dobra naszych kochanych przeważnie parafian gotów jestem nieco się wysilić...

– O to właśnie chodzi – zdecydowanym tonem podsumowała rozmowę pani Kalinowska. – Żeby proboszcz zechciał się wysilić.

***

Pani Katarzyna pojechała do Zabłudowa po burzliwej rozmowie z synem.

– Musisz to załatwić – nakazała. – Musisz to załatwić natychmiast, a jak nie, ja sama załatwię!

– Co mam zrobić? – zapytał Michał Kalinowski spokojnie.

Zapytał dla porządku, dla zachowania pozorów, że liczy się ze zdaniem matki. Ani przez chwilę nie zamierzał stosować się do jej pomysłów w tej kwestii.

– Czego mama chce ode mnie?

– Unieważnić to niemądre małżeństwo – oświadczyła starsza pani. – Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że świadomie zrobiłeś coś takiego. Uwiodła cię, starego głupca, a ty dałeś się omotać jak jaki młodzieniaszek.

Michał Kalinowski siedział naprzeciw z kamienną twarzą.

– Ożeniłem się z Franciszką – przypomniał. – Zapowiadałem to. W kółko mama powtarzała, żebym wreszcie wybrał sobie żonę. Żebym się ustatkował. To wybrałem.

– Byłeś pijany! – oburzała się starsza pani. – Pijany i chory na głowę! Trzeba do biskupiego sądu i natychmiast unieważnić ślub.

Pan Michał zachowywał zupełny spokój.

– Małżeństwo, proszę mamy, to przecież sakrament. Mama chce mnie skłonić do odrzucenia sakramentu?

– Co to za sakrament?! – pytała starsza pani, wzburzona do granic możliwości. – Co to za niemądry, wprost głupi i nieodpowiedzialny pomysł, chcieć się ożenić z chłopką?!

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Chyba nadal nie zrozumiesz, matko. Twój syn nie chce się żenić z chłopką. On się już ożenił. Niemądry pomysł? Mało to się nasłuchałem o konieczności podnoszenia oświaty wśród ludu? No to wziąłem żonę z chłopów i będę ją oświecał.

Pani Katarzyna zamilkła wstrząśnięta bezczelnością odpowiedzi. Ale tylko na chwilę. Nigdy się nie poddawała, nigdy łatwo nie ustępowała.

– Zawróciła ci w głowie – odezwała się pojednawczym tonem. – Rozumiem. Przecież rozumiem, sama cię namawiałam do ożenku. Pewnie za długo byłeś wdowcem. Może to i moja wina. Ale to jeszcze nie powód, żeby się wiązać z kimś tak nieodpowiednim. Na Boga, nie z chłopką! Przecież my szlachta!

Pan Michał prychnął lekceważąco.

– Co to dziś znaczy? – spytał lekceważąco. – Tyle, co nic. Po wioskach, po chałupach w okolicy niemało takich, co kiedyś byli szlachtą. I co? Chodzą w pole jak chłopi, a nieraz bez butów nawet.

Starsza pani załamała ręce.

– Tak nie można! – krzyczała. – Nie można! Przecież obowiązek! Obowiązek wobec nazwiska i rodu! Oni w grobach się obracają. Jakże można zapomnieć przeszłość? Ty Kalinowski, twój herb Prawdzic, ty masz zobowiązania.

Pan Michał uśmiechnął się kpiąco.

– Zobowiązania wobec nazwiska? Mam już synów, co noszą mamy i moje nazwisko. Zadbałem więc o rodowe nazwisko dosyć. Teraz potrzebuję czegoś dla siebie. Kobiety potrzebuję, uczciwszy mamy uszy, do łóżka.

– Wstyd! – zmarszczyła usta pani Katarzyna. – Wstyd tak mówić.

Pan Michał też nie zamierzał ustąpić.

– Sam wybrałem i tylko do siebie będę miał pretensje, jeżeli się pomyliłem. Mama może być spokojna. Są w Kalinówce dziedzice nazwiska i majątku, nie musisz się martwić. A Kalinowscy? Franciszka też jest teraz Kalinowska.

Pani Katarzyna zerwała się z miejsca, gwałtownie zamachała ramionami w powietrzu.

– Po moim trupie! – krzyknęła i tupnęła z zawziętością. – Po moim trupie!

Pan Michał siedział przy stole bez ruchu i czekał, aż starsza pani nieco się uspokoi.

– Nigdzie nie pojadę – oznajmił z determinacją. – Mama powinna zrozumieć, że nigdzie nie pojadę, niczego nie unieważnię.

– Nakazuję ci! Twoi przodkowie ci to nakazują!

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Ożeniłem się z kobietą, którą wybrałem. W kościele wziąłem ślub, przy świadkach. Żadna siła mnie od tego nie odwiedzie.

Był tak pewien swego, że starsza pani mogła tylko dalej okazywać złość.

– Ona nigdy nie wejdzie do naszej rodziny! – krzyczała. – Nigdy!

– Franciszka już do niej należy – powtórzył. – Każdy musi to uznać.

– Może każdy, ale nie ja! – krzyczała starsza pani. – Nigdy, przenigdy się na to nie zgodzę!

Zagroziła, że nigdy nie odezwie się do synowej i zapowiedziała, że w żadnym wypadku nie zamierza przebywać z nią w tym samym pomieszczeniu choćby przez krotką chwilę.

– Jeśli ci choć trochę zależy na zdrowiu twojej matki, nie mówiąc już o jej zadowoleniu i radości, nie dopuścisz do tego, abym ją widywała.

Warunek był niesłychany. Pan Michał patrzył przez chwilę bez słowa, jakby chciał się upewnić, czy dobrze usłyszał.

– To jest nasza rodzina – odezwał się po chwili łagodnym, pojednawczym głosem. – I nasz dom. Jak mama sobie wyobraża takie życie? Macie się nie widywać, choć mieszkamy pod jednym dachem? Jak mam zrobić, byście się nie spotykały? To przecież niemożliwe.

– Nie obchodzi mnie, jak! Zrobisz, jak zechcesz. Ja swoje powiedziałam.

I dla podkreślenia ostateczności swojego postanowieni pani Katarzyna wyszła, trzaskając za sobą drzwiami.

Franciszka siedziała w sypialni na łóżku. Czekała, kiedy skończy się awantura, słyszalna chyba w całym domu. Bała się, że Michał ustąpi. Nie myślała o sobie, myślała o tym, że będzie niezadowolony.

Gdy kłótnia ucichła, strzeliły gdzieś drzwi na jej koniec, Franciszka zerwała się z posłania i wybiegła naprzeciw męża.

Pan Michał wszedł ze zmartwioną miną, ale rozpogodził się na widok zatroskanej twarzy Franciszki.

– Życzy sobie cię nie widywać – powiedział z westchnieniem. – Z czasem na pewno zmięknie, ale na razie nie chce cię widzieć, a ja nie chcę mieć w domu swarów. Dlatego będziesz mieszkać tutaj, a ona tam.

Franciszka zgodziła się bez słowa. Nie czuła się dobrze w wielkim domu, jeszcze go nie znała i na razie nie chciała poznawać. Bezpiecznie czuła się tylko w sypialni, który to pokój uważała za swój. Tu nikt z osób postronnych nie zaglądał i mogła schronić się przed spojrzeniami i nieżyczliwymi słowami.

– Będzie jak sobie życzy pani Kalinowska – odpowiedziała cicho. – Ona ma swoje prawa.

Pamiętała bardzo dobrze, jak wiele do powiedzenia w domu może mieć najstarsza kobieta, choćby po osobie swojej macochy.

Pan Michał z ulgą przyjął taką postawę.

 

– Matce to minie – pocieszył. – Na pewno minie. Poczuła się zaskoczona tym ślubem, ale wkrótce przyzwyczai się, że to ciebie wybrałem.

Franciszka spojrzała z niepokojem.

– Nie wiem, czemu akurat ja zostałam wybrana – przyznała się. – Czasem mi się śni, że to tylko taka zabawa i zaraz się obudzę...

Michał Kalinowski położył dłoń na biodrze żony.

– Wiesz, czemu cię wybrałem – oznajmił z uśmiechem. – Reszta kiedyś się ułoży.

***

Wiadomość o ślubie pana Michała Kalinowskiego i Franciszki Lulewicz, zwykłej wiejskiej dziewczyny, przyjęto wszędzie z wielkim zdumieniem i niedowierzaniem, zwłaszcza, że spodziewano się jego oświadczyn przed panną Justyną Nowacką z Topolan.

Wśród mieszkańców okolicy ożenek pana Kalinowskiego wywołał zróżnicowane oceny. Jedni chwalili jego postępowanie, uważając je za odważne, inni wyrażali dezaprobatę.

W oczach mieszkańców wsi Nowosady, a także i sąsiednich, bardzo urosła osoba Józefa Lulewicza, ojca nowej żony dziedzica Kalinówki. Zastanawiano się, jak to zrobił, że udało mu się wydać córkę bez posagu za bogatego pana.

– Ale ma na czym siedzieć – zauważył ktoś przytomnie i taka wersja powszechnie się przyjęła.

Pan Michał był przecież znany ze swojego zamiłowania do kobiet. Miał w okolicy mir także i dlatego, że nie zachowywał się tak nieprzystępnie jak jego matka. Umiał wypić, a gdy czasem pozwolił się zaprosić na wiejskie wesele, potrafił tam zatańczyć jak nikt. Plotka mówiła, że niejedną dziewczynę uwiódł przy okazji.

Nie brakowało takich, co zazdrościli Franciszce, że trafiła taki los, a niektórzy zapowiadali nawet, co i jak powiedzą nowej pani Kalinowskiej, gdy ją tylko zobaczą. Długo jednak musieli czekać, żeby na własne oczy ujrzeć nową żonę pana Michała.

Byli bardzo rozczarowani na widok bryczki pana Kalinowskiego, którą ten przyjeżdżał do kościoła w Zabłudowie, tylko z matką.

– Nie zabrał Franciszki? Ciekawe, czemu tak dziwnie...

Chcieli ją zobaczyć w nowej roli, ale nikomu się to nie udało i nie kryli zawodu. Rozmaicie plotkowano o powodach, dla których Franciszka przestała bywać na nabożeństwach. Pana Michała, a tym bardziej pani Kalinowskiej, nikt nie odważył się zapytać wprost.

Pani Katarzyna nie uważała za stosowne chwalić się synową przed sąsiadami i znajomymi. Milcząco tolerowała obecność Franciszki we dworze, do synowej nie odezwała się ani razu przez kilka tygodni, a i potem traktowała ją jak powietrze. Wszystkim natomiast usiłowała wmówić, że w Kalinówce nic się nie zmieniło.

W domu nadal najważniejsze było jej zdanie, tak w sprawach zasadniczych, jak i codziennych. Pan Michał jak dawniej w każdy poniedziałek jeździł do Zabłudowa i nadal w bryczce miejsce zajmowała tylko jego matka.

Zaraz pierwszej niedzieli rano pani Katarzyna kazała zaprzęgać i stanowczo życzyła sobie, aby to syn pojechał z nią na nabożeństwo.

– A Franciszka? – zapytał pan Michał. – Czy to nie z żoną powinienem jechać do kościoła? Mama może pojechać z nami, albo każę odwieźć chłopcom.

– Pierwsza twoja powinność to matka – odpowiedziała starsza pani surowo. – Przede wszystkim matka. Więc pojedziesz ze mną. A co zrobisz potem, to już mnie nie obchodzi.

Pan Michał nie podjął dyskusji i pojechał do Zabłudowa jak zwykle, z panią Katarzyną. Następnej niedzieli matka znowu zażyczyła sobie, aby zawiózł ją do kościoła.

– Chyba nie odmówisz starej kobiecie? – spytała smutnym, rozdzierającym głosem. – Ja już niedługo pociągnę, wtedy będziesz mógł wozić, kogo zechcesz.

Pan Michał ponownie ustąpił. Ugiął się też następnym razem, a także i jeszcze następnym, a z czasem wszyscy przywykli, że zarówno w niedziele do kościoła, jak i w poniedziałki do gospody Joska, pan Kalinowski jeździł z matką, jak to robił przez wszystkie minione lata.

Franciszka początkowo nie dostrzegała żadnej niestosowności w postępowaniu męża. Starszej pani należał się szacunek i pierwszeństwo. Poza tym zbyt niepewnie czuła się jeszcze w Kalinówce, by odważyć się jechać u boku Michała gdziekolwiek. Długo nie upominała się więc o swoje miejsce przy mężu, w efekcie w Kalinówce wszyscy łatwo do takiego stanu przywykli. W niedzielne poranki nikt ze służby nie pytał, dla kogo szykować powóz, pasażerowie świątecznej bryczki się nie zmienili.

Na nabożeństwach w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła przestali natomiast bywać pan Jacek Nowacki z Topolan i jego córka Justyna, co oczywiście nie tylko zauważono, ale i bardzo głośno komentowano. Były to niezbyt przychylne komentarze, pan Nowacki nie miał miru wśród sąsiadów, a jego córkę postrzegano jako zbyt wyniosłą i trochę dziwaczkę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?