Dworek pod Malwami. Ignaś

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #39
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 39 - Ignaś

Saga

Dworek pod Malwami 39 - Ignaś

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801620

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

PAN MICHAŁ W OPAŁACH

Maj 1918

Kryzys w związku małżeńskim Franciszki i Michała Kalinowskich zaczął się od przyjęcia urodzinowego małej Barbarki.

Początkowo niewiele wskazywało, że małżeństwo jest zagrożone.

Podczas powrotnej drogi z Jeronimowa Franciszka milczała ostentacyjnie, nawet w stosunku do dzieci zachowywała niezwykłą dla siebie oschłość. Nie odebrały tego dotkliwie, drzemały zmęczone w powozie.

– Co się stało? – spytał pan Michał. – Wyglądasz na rozczarowaną. Czy źle się bawiłaś? To należysz do mniejszości. Wszyscy czuli się bardzo dobrze i chwalili gościność baronowej.

– Nic się nie stało – zaprzeczyła Franciszka. – Przyjęcie był bardzo udane, na pewno wszystkim się podobało.

– Więc czemu masz taką ponurą minę? – nie dawał za wygraną Kalinowski.

– Głowa mnie rozbolała.

Franciszka tymczasem bardzo ciężko przeżywała wydarzenie, jakiego była świadkiem. Co innego domyślać się, a co innego zobaczyć na własne oczy. Od początku małżeństwa wiedziała, że Michał nie zadowala się tylko nią, sama go nawet namawiała, by w czasie, gdy była w zaawansowanej ciąży, chodził do innych kobiet. Mówiło się, że przez lata, kiedy był wdowcem, całkiem dobrze radził sobie w sprawach męsko – damskich, ale spodziewała się, że po ożenku nieco się uspokoi. Zezwalała mu na skoki w bok, co nie znaczy, że była z tego zadowolona. Przeciwnie, czuła zawód, że mąż nie zmieniał zachowania, choć zawsze przejawiała gotowość służenia mu swoim ciałem, nigdy nie odmawiała, nie szukała wymówek, choć czasem musiała zaciskać zęby, albo cierpiała od niewygody z powodu jego pomysłów. Jej zadaniem było przede wszystkim dać mu zadowolenie i zaspokoić jego potrzeby.

Tę część małżeńskich obowiązków Franciszka miała jednak za udaną i nawet przyjemną. Pan Michał uważał, że jest naturalne, gdy ona zawsze jest gotowa i zawsze chętnie go wita. Ale choć się starała, pan Michał nadal zachowywał się tak, jakby było mu mało tego, co dostaje od żony. Zastanawiała się nad przyczynami i nie umiała ich rozpoznać. Obawiała się zapytać wprost, bo gdy tylko napomknęła o swoich wątpliwościach, mąż stawał się oschły i niedostępny.

Teraz, gdy zobaczyła go w Jeronimowie podczas aktu, który był tylko wyłącznie jej i Michała, była rozgoryczona. Wiedziała, że romans męża z baronową von Tromm trwał od lat, a zaczął się, zanim jeszcze Kalinowski się ożenił. Liczyła, że przerwie tę znajomość, ale tak się nie stało. Twierdził wprawdzie, że do innych kobiet chodzi tylko wtedy, gdy żona nie może go zaspokoić, ale Franciszka podejrzewała, że spotyka się z baronową często i intymnie, powodowany tak swoim nieokiełznanym temperamentem, jak zauroczeniem atrakcyjną i namiętną wdową.

Teraz miała dowód. Spotkała ich w parku. Wprawdzie nie widziała Olgi von Tromm, ale nawet była z tego zadowolona, gdyż obawiała się, że mogłaby gwałtownie zareagować na widok jej uśmiechniętej, zadowolonej twarzy.

Michał stale miał jakieś sprawy wspólnie z panią Olgą. Bywały okresy, że jego znajomość z baronową słabła, ale po pewnym czasie znowu się ożywiała. Baronowa była piękna, umiała wabić mężczyzn. Franciszka wolałaby, żeby pani Olga zainteresowała się kimś innym, ale wiedziała, że na kaprysy baronowej nic nie poradzi.

Po powrocie do domu popłakiwała, gdy nikt tego nie widział. Żałowała, że wtedy, gdy zobaczyła ich oboje na ścieżce, nie zrobiła czegoś od razu. Trzeba było podbiec tam, nakrzyczeć na nich, głośno powiedzieć, że o wszystkim wie, że się sprzeciwia. Wybuchnąłby wielki skandal, wszyscy w okolicy dowiedzieliby się o ich romansie, ale może pani Olga zawstydziłaby się i dała spokój jej mężowi. Wierzyła, że to pani baronowa podtrzymuje romans, że kusi i zaprasza, a jako kobieta samotna może nie czuć się zobowiązana. Może gdyby pozycja Franciszki była inna, baronowa miałaby opory, ale Franciszka pochodziła z chłopskiej rodziny, uważała więc, że pani von Tromm ma nad nią przewagę. Wszyscy ją adorowali i podziwiali, trudno się dziwić, że i Michał uległ jej urokowi.

Ale żeby tak bezwstydnie, przy ludziach, przy dzieciach, prawie na oczach gości... Jak mógł to zrobić?

Kłębiły się w niej doznania, myśli, przed oczami miała ciągle scenę z parku, żal mieszał się ze złością i upokorzeniem. Franciszka sama przed sobą musiała przyznać, że poczuła piekącą zazdrość – uczucie, którego dotąd nie zaznała wobec męża.

Było coś jeszcze.

Franciszka podejrzewała, że romans Michała z panią Olgą jest wiadomy także pani Katarzynie. Starsza pani, mimo swojej pryncypialności i surowości nie uważała go za problem, z którym powinna walczyć i traktowała rzecz naturalnie, jak gdyby było zwyczajne, że żonaty mężczyzna chodzi w odwiedziny do wdowy. Na wsparcie teściowej Franciszka zupełnie nie mogła liczyć.

Nie miała też nikogo, z kim mogłaby porozmawiać o swoich kłopotach, zapytać o radę, a choćby tylko się wyżalić. Skłaniała się ku temu, by dla spokoju w domu zapomnieć o tym, co widziała w Jeronimowie. Postanowiła nawet, że nie będzie odwiedzać miejsc, w których może ją spotkać coś równie nieprzyjemnego.

Któregoś wieczora, krótko po powrocie z urodzin Barbarki, spróbowała jeszcze obronić swoją pozycję.

– A wiesz – powiedziała do męża. – W parku w Jeronimowie znalazłam buty. Damskie pantofle, zupełnie nowe. Na ścieżce leżały.

Pan Michał nie zainteresował się specjalnie.

– Pantofle? – spytał, nie odrywając wzroku od gazety. – Ludzi było tak wielu, że ktoś mógł zgubić.

– Bardzo ładne – ciagnęła Franciszka. – Brązowe, z rzemykami. Zupełnie nie wiem, jakim sposobem znalazły się w trawie.

Kalinowski wzruszył ramionami.

– Może jakaś dama miała ze sobą dwie pary. Kobiety tak się lubią stroić, że zakładają za ciasne, aby tylko ładnie wyglądać. A potem okazuje się, że nie mogą w nich chodzić, gdy przyjdzie im być w takich trzewikach dłuższy czas. Pewnie noszą drugą parę na zmianę, by je założyć, gdy oficjalna część uroczystości się zakończy. Pani doktor Bogdanowicz mówiła kiedyś, że zbyt ciasne obuwie może nawet wywołać poważną chorobę.

Franciszka przyjęła tłumaczenie. Kto jak kto, ale baronowa von Tromm miała na pewno wiele rozmaitych trzewików i pantofli, zgubienie jednej pary nie stanowiło dla niej żadnej straty. Żałowała, że nie obejrzała wystarczająco dokładnie stroju pani Olgi. Pamiętała suknię i kapelusz, jakoś nie zwróciła uwagi na obuwie, a to byłby poważny dowód.

– Barbarka rzeczywiście bardzo ładnie się rozwija – zauważyła. – Pani baronowa niezwykle się o nią troszczy. Czy twoje obowiązki ojca chrzestnego będą bardzo obciążające?

Pan Michał podniósł głowę.

– Pytasz, czy będą kosztowne? Nie wydaje mi się. Olga, to znaczy pani baronowa, bardzo przejąła się rolą matki. Sama to chyba widziałaś. Mówi, że swoim własnym dzieciom nie poświęcała tyle czasu i uwagi, ile poświęca Barbarce. Wszystko chce robić sama, nikogo nie dopuszcza do dziewczynki. Ty wiesz, jakie było jej największe zmartwienie? Że nie może sama karmić piersią!

Franciszka nie słyszała o tym, ale wiadomość, że pan Michał został wprowadzony w takie szczegóły, przyjęła z przykrością. Rozmawiali więc o tak intymnych sprawach jak karmienie piersią.

– Jest jeszcze młoda – zauważyła. – Gdyby miała męża, kto wie, czy nie mogłaby urodzić własnego dziecka...

Pan Michał opuścił wzrok na gazetę.

– Wiadomości z frontu są dziwne – zauważył. – Niemcy twierdzą, że wszędzie atakują i zwyciężają, a to samo mówią Francuzi. Weźmy na przykład...

NIEOBECNI

Wiadomości z frontu nie były pomyślne. Doniesienia o rozbiciu korpusów polskich na terenie Rosji przyjęto w Kalinówce z wielkim żalem.

– Bili się bohatersko – powiedziała pani Kalinowska. – W tej bitwie z Niemcami pod Kaniowem poległo podobno tysiąc naszych dzielnych chłopców. Wieczna pamięć bohaterom.

Pan Michał krzywił się nieco, bo uważał, że Pierwszy Korpus postąpił znacznie mądrzej.

– Generał Dowbor-Muśnicki dał się rozbroić, ale przynajmnie ocalił ludzi. Wracają do kraju, do swoich domów i rodzin. Mają zresztą zapisaną piękną kartę po tych walkach z bolszewikami. Ale Drugi Korpus na próżno przelewał krew. Zginęli, poszli w niewolę, a i sam generał Haller zaginął.

Ta ostatnia informacja okazała się wkrótce nieprawdziwa. Po rozbiciu przez Niemców polskich oddziałów pod Kaniowem prawie połowa byłych żołnierzy rozpiechrzła się i nie dała wziąć do niewoli. Wśród uciekajacych znalazł się i dowódca, który pod fałszywym nazwiskiem „Mazowiecki” przedarł się przez front, by po licznych przygodach dotrzeć do Francji.

Wiadomości o losach polskich oddziałów w Rosji przyniósł do Kalinówki Borysewicz, który pewnego ranka przyszedł do dworu i poprosił o rozmowę z panem Michałem.

 

Kalinowski wyszedł na ganek, gdzie czekał młody człowiek w niemieckim mundurze.

– Przyszedłem powiedzieć, że panicza Stasia widziałem.

Wiadomość zrobiła na panu Michale wielkie wrażenie. Wezwał zaraz matkę, żonę i wszystkich domowników, by podzielić się dobrą nowiną.

– Siadajcie, siadajcie! – wołał do żołnierza, prawie siłą sadzając go w wiklinowym fotelu. – Musicie nam wszystko zaraz szczegółowo opowiedzieć. Mania, herbaty zaraz podaj! I nalewki!

Borysewicz usiadł, ale zaraz zerwał się, by złożyć uszanowanie nadchodzącej starszej pani.

– Czy to być może? – wołała. – Widziałeś go? Jak się czuje? Czy zdrowy?

Żołnierz uśmiechnął się niepewnie.

– Samego nie widziałem – zaczął, co obecni przyjęli westchnieniem zawodu.

– Skąd więc te wiadomości?

– W Bobrujsku byłem – wyjaśnił. – Tam i pan Kalinowski trafił.

– Do Bobrujska? – spytał zaskoczony pan Michał. – Do generała Dowbora? Jesteście pewny?

Żołnierz skinął głową.

– Tak, wielmożny panie. Na początku maja wyleciał.

– Wyleciał? – zmarszczył brwi Kalinowski. – Czy to znaczy, że go usunęli z armii?

Borysewicz uśmiechnął się przepraszająco.

– Na aeroplanie wyleciał – wyjaśnił.

– Co takiego? Dokąd?

– Rozmaicie mówili. Nie wiedziałem, że to panicz Staś, bo sam go nie spotkałem. Na drugi dzień po jego odlocie przyjechali Niemcy, żeby nas rozbroić i bardzo się złościli, że nie zastali jakiegoś ważnego człowieka. Bardzo im zależało, żeby go złapać i zabrać ze sobą. Wtedy słyszałem na własne uszy, jak oficerowie mówili miedzy sobą, że chodzi im o Stanisława Kalinowskiego z Kalinówki.

– Więc go nie spotkaliście... – upewnił się pan Michał.

– Samego panicza nie – powtórzył gość. – Ale to na pewno był syn wielmożnego pana. Odważny taki, że aż strach!. Mówili nawet Niemcy, że dzielny. Miarkowałem sobie, że jak panicz na tym aeroplanie wyleciał, to za jaką ważną sprawą pewnie, nie dla zabawy...

Mania Jurgielewicz podała herbatę i wszyscy siedzieli w ciasnej grupie, słuchając opowieści Borysewicza. Pochodził ze wsi Kalinówka, ze swoim przyjacielem nazwiskiem Kuczko zaciągnęli się po raz pierwszy już w sierpniu 1914 roku, nazywano ich nawet wojennymi ochotnikami.

– Rozgośćcie się – zaprosił pan Michał. – Prędko was stąd nie puścimy, bo musicie nam wszystko opowiedzieć o Korpusie, a i o sobie też.

Borysewicz spojrzał niepewnie.

– To po porządku chyba, żeby wiadome było, co i jak. I czemu ja znowu w niemieckim mundurze...

Przyjęli zapowiedź z aprobatą. Borysewicz wziął szklankę do ręki, posłodził herbatę czterema kostkami cukru, zamieszał głośno. Czekali z wielką niecierpliwością, ale nikt nie poganiał.

– Panicz Ignaś mówił nam, że trzeba się bić dla Polski – podjął opowiadanie gość. – Pytaliśmy, co i jak, a on powiedział, żeby się bić za Polskę, a w jakim mundurze to już mniejsza.

Mówił cicho, oszczędnie, co i raz patrzył na pana Michała lub na starszą panią, jakby u nich szukał zrozumienia i usprawiedliwienia.

– Poszliśmy do Niemca na ochotnika – wyjaśnił. – Razem służyliśmy, a na koniec wzięli go gdzieś, a mnie posłali dalej na wschód. Jednego razu, zeszłego lata, usłyszeliśmy, że polskie wojsko jest w Rosji, za kordonem. Zgłosili się, ale nas wyśmiali i dwa tygodnie siedzielim w areszcie, bo generał Dowbor szykował to wojsko przeciw Niemcom, a my nosilim przecie niemiecki mundur. Nie wolno – powiedzieli. Co było robić. Pomyślałem, że jak przyjdzie do bitwy, to jakoś przeskoczę na tamtą stronę i przyłączę do swoich.

– Słuszny wybór – zgodził się pan Michał. – Ale korpus Dowbora nie walczył chyba z Niemcami?

Borysewicz skinął głową.

– Czekalim okazji, zgłosili my się obaj, żeby nas na front posłali, na pierwszą linię.

Uśmiechał się, patrzył przed siebie spokojnym, opanowanym wzrokiem, nie zdając sobie sprawy, jak wielkie robi na nich wrażenie.

– Żeby się bić? – dopytywała pani Katarzyna. – Za Polskę?

Borysewicz odpowiedział spokojnym gestem.

– Byli my na froncie pod marszałkiem Eichhornem, Rewal zdobywali – wyjaśnił. – Brali dużo jeńców, a wśród nich trafiali się Polacy. To już po zamachu bolszewickim było, ciężkie walki zimowe. Wśród tych plennych, co mówiłem, że Polacy byli, niektorzy gadali, że koniecznie chcą do polskiej armii. Pilnowali my któregoś dnia cały batalion z samych Polaków złożony. Ot, jaka sytuacja. Oni Polacy i my Polacy. Bili my się przeciw sobie, żeby Polska znowu była. Dokładnie jak pan Ignaś kiedyś objaśniał. Że wielka wojna, że brat przeciw bratu. Ale co było robić. Służyli my, nad nami podoficery, oficery, generały, a i sam marszałek. Dokładnie my rozpytali tamtych plennych, co i jak. Znowu my poszli do naszego porucznika, żeby prosić o zwolnienie. Bo akurat ogłosili rozmowy o pokoju. To my mówimy, że jak Niemcy z Rosją pokój ustanawiają, to znaczy, że wojowania nie będzie i my niepotrzebni. Znowu nas zamknęli w areszcie, ale tylko na trzy dni. Po trzech dniach puszczają, a porucznik mówi tak: jest wojna z bolszewikami, a ten wasz polski generał też im dobrze po łbach daje. To jak chcecie, możecie iść, ale bez zwolnienia, tylko na własną odpowiedzialność. No to my i poszli. Niby nam zabronił, ale taki specjalny papier dał, żeby nas żandarmi nie łapali. I w dwa tygodnie my przyjechali do Bobrujska. Trochę koleją, trochę na barce rzeką, najwięcej piechotą...

Borysewicz przerwał, pociągnął ze szklanki, otarł usta pod cienkim wąsem. Popatrzył na skupione twarze obecnych, by po chwili zaczął mówić dalej.

– Tak i my dotarli na miejsce. Silna twierdza, mówili, że to nasi budowali, dawne żołnierze, jeńcy, co powstanie przeciw carowi zrobili. Koszary jak się patrzy, murowane, z czerwonej cegły, izby żołnierskie duże i widne. Najpierw to nas za szpiegów wzięli i musieli my się tłumaczyć, a opowiadać wszystko, co jak i dlaczego. Ale uwierzyli. Jak my dostali te mundury, szare, z orzełkiem metalowym na czapkach, to oba my płakali jak dzieci...

Sięgnął do kieszeni, wyjął chusteczkę, starannie rozwinął ją i położył na blacie stolika.

– Ot i on...

Pani Katarzyna zaniosła się szlochem, Wacia Potocka musiała podawać jej sole trzeźwiące, bo prawie zemdlała. Starsza pani brała potem do ręki żelaznego ptaka, ważyła w dłoni, wodziła po nim palcami.

– Boże Święty! Boże! Toż to nasz polski orzeł. Nasz polski!

– Wzięli nas do pierwszej kompanii, drugiego batalionu, dziewiątego pułku. Pod generała Iwaszkiewicza my popadli, do trzeciej strzeleckiej dywizji. Mundur niby frencz angielski, wypustki na kołnierzu żółte z metalową cyfrą pułku, na piersi amarantowe rabaty...

– A komendy? – spytała pani Kalinowska z ogromnym przejęciem. – Język komendy był polski?

– Polski – przytaknął Borysewicz. – Ale różnie bywało, bo to ludzie z całej Rosji zjechali się. Miedzy sobą to my i po polsku gadali, i po rusku. Przyszło jednego dnia do przysięgi, a tu orkiestra polskie pieśni gra, łza się w oku zakręciła... „Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że Ojczyźnie mojej, Polskiemu Królestwu, na lądzie, wodzie i powietrzu, na każdym miejscu i o każdej porze, wiernie i uczciwie służyć będę...”

Zapadła na chwilę cisza, starsza pani sięgneła po chusteczkę, a Wacia Potocka zaszlochała spazmatycznie.

– Niczego nam w Bobrujsku nie brakowało – podjął gość. – Dali ubranie, spanie i jeść, choć może nie zawsze do syta, ale dość. Jak my trochę pobyli, to my się szybko zorientowali, co i jak. Bo część armii na służbę do bolszewików poszła. Nas też namawiali, żeby oficerów wygnać, demokratyzację zaprowadzić i dla mas ludowych służyć. Ale my nie chcieli, zostali na miejscu. Ciężko było czasem zorientować się. Bo to na trzeciego maja wielkie święto, defilada, flagi biało – czerwone, aż za serce szczypie. Jak my zaczęli śpiewać: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, to niejeden uklęknąć miał ochotę. Wielkie święto w całym mieście! Ale jak my na uroczystym apelu zaśpiewali: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz...”, to dopiero było! Zamilkli my ze strachu, bo szpiegów wszędzie było pełno, ale generał sam zaczął śpiewać i ducha nam dodawać. Wy Polacy, powiedział, wolni ludzie, wam samym wybierać wrogów, przyjaciół i wszystko...

Wysączył resztę herbaty ze szklanki.

– Niemcy nas chcieli pod swoją komendę wziąć. My iść pod nich nie chcieli, bo przysięgalim Radzie Regencyjnej, co z Polaków była złożona – książę arcybiskup Kakowski, książę Lubomirski i inni. Słyszeli my, że gdzieś na Ukrainie inne polskie wojsko jest, legiony, co nie skłoniły się Niemcom. Chcielim się połączyć z nimi i razem do Polski wracać. Tam nowe prawdziwie polskie wojsko ustanowić. Ale nie dali. Tamtych od Hallera pobili w strasznej bitwie. My zaś dostali wybór: albo nas rozbroją i pójdziem, gdzie oczy poniosą, albo nas też rozbiją i poślą do obozów. To musieli my przed siłą ustąpić i pozwolić broń sobie odebrać. Tylko my wielki pomnik uszykowali przed wyjazdem. Kopiec na sławę wszystkich polskich żołnierzy, co w bojach zginęli, a rachowalim ich na dwa tysiące. Potem zaś rozjechali my się w różne strony. Jedne do Królestwa, co stamtąd byli, inne gdzie indziej, a my tutaj, ku domowi. Ale nas złapali i dawaj z powrotem do armii! Tak my znowu u Niemca i znowu na okazję czekamy do nowej bitwy. To i znowu ja przyszedł zapytać się pana Ignasia, co robić, do kogo iść...

***

Ignasia Kalinowskiego nie wspominano głośno w Kalinówce. Porzucił dom rodzinny, miano go za niewdzięcznika i obcego. Nawet wtedy, gdy o jego godnej pochwały postawie napisały białostockie gazety.

– Ignaś został bohaterem! – zawołała pewnego dnia Wacia Potocka. – Nasz Ignaś!

Rozgorączkowana opowiadała treść artykułu.

– Piszą, że człowieka uratował. Na dachu! Tamten chciał skoczyć i tak życie zakończyć, a Ignaś go uratował!

Starsza pani nie wyraziła jednak zainteresowania dokonaniami starszego wnuka.

– Dla mnie jest przede wszystkim niewdzięcznikiem – oznajmiła i zakazała podawać dalsze szczegóły opisanego w gazecie wydarzenia.

Panna Potocka wyszła, ale gazetę, otwartą na stronie, gdzie znajdowała się informacja o bohaterskim czynie Ignacego Kalinowskiego zostawiła w widocznym miejscu. Nie pierwszy raz postępowała w taki sposób. Wiedziała, że starsza pani zajrzy do gazety ukradkiem, gdy nikt nie będzie widział.

Nie myliła się. Pani Katarzyna przeczytała artykuł z zaciekawieniem, ale z nikim nie podzieliła się swoimi odczuciami na jego temat.

***

Alfred Kurkiewicz z Kamionki i jego żona Mieczysława pojawili się w kościele w Zabłudowie po raz pierwszy od długiego czsu.

– Podziękować chciałem drogiemu panu, że nas wyrwał z bezczynności i apatii – zwrócił się pan Kurkiewicz do Kalinowskiego. – Jakoś nie byłem świadomy, że czas tak szybko upływa. Gdyby nie sąsiad, który mnie zmusił do obywatelskiej aktywności, dalej bym chodził jak jaki błędny...

Długo rozmawiali na przykościelnym placu, z wielkim zadowoleniem dziękując za zaproszenie do Kalinówki.

– Zapraszamy jak najczęściej – uśmiechała się pani Katarzyna. – Tylko w sąsiadach, prawdziwych Polakach i patriotach można mieć dzisiaj oparcie.

Kurkiewiczowie przyjechali na obiad zaraz następnej niedzieli, a później bywali w Kalinówce częstymi gośćmi. Pan Alfred lubił grać w karty, a ponieważ rzadko wygrywał, stał się dla starszej pani pożądanym przeciwnikiem. Śmiał się jednak z tych drobnych niepowodzeń i powtarzał:

– Najważniejsze jest właściwe towarzystwo. Czy nie tak, szanowna pani?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?